ale natchnęła mnie kulinarnym wpisem.
A nawet, powiedziałabym, restauracyjnym.
My też ostatnio odkryliśmy nowe miejsce dla siebie. To otwarta na miejscu francuskiej knajpki (która początkowo nawet nam się podobała a potem niestety , nie)  restauracja włoska.
Mniam. Pisałam już o niej kiedyś tutaj, ale znowu napiszę, bo wczoraj znowu po spacerze w tężniach wpadliśmy tam na obiad. Tym razem oprócz sałatki ze świeżego szpinaku i tradycyjnie już foccacia, zjadłam ravioli z borowikami w sosie śmietanowo szałwiowym. O mamo. Dawno tak mi się coś w ustach nie rozpływało, takie cudo.
Żeby tylko ta restauracja jak najdłużej się utrzymała i nie podzieliła losu poprzedniej…tak nam brak na Kabatach włoskiego miejsca.
Hmm…rozmarzyłam się wspomnieniowo i jedzeniowo i znowu poczułam smak owych ravioli…
Żeby nie było, potem znowu poszliśmy na spacer, po okolicy. Lubię spacerować na Kabatach. Mijamy czasem ludzi i dumam, jak to jest , że często takich na pierwszy rzut oka sympatycznych ludzi się mija  a jakoś nowe znajomości trudno jest zadzierżgnąć.
W tym kraju, jak się nie ma dzieci albo psa, to chyba niemożliwe jest zapoznać się z kimś z dzielnicy…

Dodaj komentarz