refleksje, tak na gorąco…


Widoki Tyrolu, Alp, lasów, wodospadów górskich , krów pasących się na górskich łąkach, świstaków! powaliły nas na kolana i pewnie długo się jeszcze z tych kolan nie podniesiemy.
P. w górach bywał. Mój wyjazd w górskie okolice był pierwszy od lat baaaaardzo wielu, praktycznie taki z łazikowaniem to pierwszy, więc tym bardziej cieszę się, że się udał!

Niemiecki poćwiczyliśmy. Przy okazji, Marga, dowiedzieliśmy się, że podobno mamy akcent twardy, jakby z okolic Berlina;) A co Powiesz na "fenszter"? i "aufweiderszejen"? Ja się śmiałam.

Nie dopadłam ani jednej salamandry, co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się ich wiele. Za to znalazłam jedną, jedyną szarotkę, która rosła wzdłuż szlaku i obfotografowałam ją wzdłuż i wszerz.

Widzieliśmy prawdziwe świstaki, słyszeliśmy ich świstanie, cieszyliśmy się ich minami i tym, że możemy je widzieć.

Na zawsze zapamiętam dźwięk dzwonków, które noszą krowy i który to dźwięk niesie się daleko, daleko po łąkach i halach i po nim poznajesz, że jakieś towarzyskie stado jest nieopodal. Towarzyskie piszę, bo krowy bardzo lubią tam się z człowiekiem spotkać. Jak cię wypatrzą, często gęsto zdążają, żeby się przywitać, a były takie, co od niektórych nawet głasków się domagały.
Nabiał i czekoladę mają tam rozpływające się w ustach! Wspaniałe!

Jedzenie mi jednak kompletnie nie podchodzi, wierna pozostaję kuchni śródziemnomorskiej.

Ludzie też trochę mnie zawiedli. Zawsze myślałam, że jest zasada, że w stolicach są mniej mili czy outgoing, niż na prowincji, a tu odwrotnie, zdecydowanie bardziej wolę Wiedeńczyków. I tak w moim prywatnym rankingu na najbardziej sympatycznych mieszkańców są Maltańczycy i Grecy na tym samym miejscu.


Natura jest tam przepiękna i aż nie mogę uwierzyć, że widziałam to na własne oczy!!!

Więcej napiszę za jakiś czas…