Jedna nad drugą…za oknem popaduje, świeci słońce i jest tęcza…bardzo lubię tęcze….od dziecka fascynowały mnie i zostało mi tak do dzisiaj…i zawsze mam jakieś lepsze myśli, jak widzę tęczę;)
„Szczerze oddany Szurik”. Ludmiła Ulicka.
Hmmmmmm…..oj, zawiodłam się na tej książce. Szczerze mówiąc? Nawet trochę się na niej wynudziłam.
Nie czytałam nic tej autorki wcześniej, ale skusiła mnie jej narodowość, miałam nadzieję na coś interesującego, a tym czasem jakoś nie wciągnęło mnie, a na koniec, co mi się nieczęsto zdarza, już życzyłam sobie , aby się skończyła.
Ciekawe, czy to mnie nie podpasowała ta książka, czy też po prostu nie jest ona właśnie rzucająca na kolana. I nie wiem też teraz, czy Ulickiej dawać drugą szansę czytając jakąś jej inną książkę…
"Szczerze oddany Szurik" opowiada o , jakżeby inaczej;) Szuriku. Poznajemy jego losy od narodzin, poprzez wychowanie go przez matkę i babkę. Mężczyzn w zyciu Szurika nie było. Może dlatego Szurik wysrasta na delikatnego, spokojnego mężczyznę, który nie umie zranić żadnej kobiety, ani matki ani babki ani też żadnej ze spotkanych kobiet. O dziwo, Szurik ma niespotykane wprost "wzięcie" a nie umiejąc odmawiać kobietom, sporą gromadkę kochanek.
I tak oto cała książka opowiada praktycznie o tych Szurikowych spotkaniach i amorach z paniami…ot, takie z tego mężczyzny, serduszko na dłoni, co to żadnej kobiecie nie może przykrości sprawić…tia….
Szczerze? Napisane jest to delikatnie, żadne tam ociekające mięchem opisy, ale jak dla mnie, nudne po prostu. Poznawanie amorów Szurika wystarczyłoby, jak dla mnie, w zaledwie połowie tej prawie 400stronnicowej książki…
Jak napisałam wyżej. Nie wiem, czy ja się nie poznałam na prozie pani Ulickiej, czy to jakiś jej "wypadek przy pracy", tak, czy siak , jakoś namiętnie nie będę polecała. A jak, to czytajcie na własną odpowiedzialność:)
trochę ściągnę od Darii:)
ale natchnęła mnie kulinarnym wpisem.
A nawet, powiedziałabym, restauracyjnym.
My też ostatnio odkryliśmy nowe miejsce dla siebie. To otwarta na miejscu francuskiej knajpki (która początkowo nawet nam się podobała a potem niestety , nie) restauracja włoska.
Mniam. Pisałam już o niej kiedyś tutaj, ale znowu napiszę, bo wczoraj znowu po spacerze w tężniach wpadliśmy tam na obiad. Tym razem oprócz sałatki ze świeżego szpinaku i tradycyjnie już foccacia, zjadłam ravioli z borowikami w sosie śmietanowo szałwiowym. O mamo. Dawno tak mi się coś w ustach nie rozpływało, takie cudo.
Żeby tylko ta restauracja jak najdłużej się utrzymała i nie podzieliła losu poprzedniej…tak nam brak na Kabatach włoskiego miejsca.
Hmm…rozmarzyłam się wspomnieniowo i jedzeniowo i znowu poczułam smak owych ravioli…
Żeby nie było, potem znowu poszliśmy na spacer, po okolicy. Lubię spacerować na Kabatach. Mijamy czasem ludzi i dumam, jak to jest , że często takich na pierwszy rzut oka sympatycznych ludzi się mija a jakoś nowe znajomości trudno jest zadzierżgnąć.
W tym kraju, jak się nie ma dzieci albo psa, to chyba niemożliwe jest zapoznać się z kimś z dzielnicy…
zapachy…
Kakunia u siebie (niestety zamkniętym, więc nie wszyscy poczytają) wywołała mnie do zwierzeń zapachowych, a to przecież taki ważny dla mnie temat, jako, żem "węchowiec", jak ja to nazywam…
Kakuniu, nie wiem, czy podam jakieś konkrety. Napiszę na wstępie, że u mnie jest tak, że mój świat składa się z zapachów. Także zapach wspomnień.
I tak, mój ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona, który kojarzy mi się i ze Ślubem i z najfantastyczniejszymi wyjazdami do ukochanej Grecji. I na inne miłe wakacje. Do tego stopnia, że na wyjazd praktycznie prawie zawsze biorę ten zapach. Gwarantuje pomyślność;) i udany odpoczynek…
W moim domu zawsze czymś musi pachnieć. Albo są to kadzidełka z L’Occitanne , o zapachu zielonej herbaty albo świece zapachowe z Alladyna (ostatnio rozkoszuję się zapachem mango ale lubię też lawendę). W szafkach pachnie lawendą a to za sprawą kulek zapachowych z Saponarii jak również woreczków z najprawdziwszą lawendą i nasączonych lawendowym olejkiem od przyjaciółki przywiezionych z Hvaru.
Zapach , gdzieś u mijanej na ulicy czy w sklepie osoby potrafi przywieźć na myśli cały szereg wspomnień…
Nie muszę mówić, że dane zapachy zostały też "zapamiętane" z konkretnymi osobami.
A zapachy takie, które mnie rozczulają?
Wspomniany już ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona …
Hmmm…zapach, który odnajduję w smarowidle z TBS, w "Brasilian Nuts"…jakiś taki słodkawy, nieco egzotyczny, spokojny…
zapach rozgrzanej plaży, kiedy jestem nad brzegiem morza w Grecji, z tym charakterystycznym zapachem roztapiającego się na skórach olejku do opalania, rozgrzanego piasku…
uwielbiam zapach lasów iglastych, szczególnie rozgrzanych słońcem…
wanilia (której w perfumach nie lubię, za to w potrawach mi bardzo się podoba)…
zapach zielonej herbaty…uspokaja…
deszcz…i jego zapach…taki charakterystyczny…
hmmmm…karmel, czekolada, ładnie pachnie…
i wiele, wiele innych…
O zwierzenia zapachowe, jeśli chcą, proszę :
Shalu, Madymail, Margę, Malą_mi, Judyttę. Jeśli jednak nie będzie Wam się chciało pisać, oczywiście, zrozumiem.
Acha, wybrałam dostępne ogólnie blogi, żeby nam wszystkim się dobrze czytało;)
