Kolejny kryminał Mankella, który bardzo mi się podobał. Jakże spragniona byłam jego stylu, tego, w jaki sposób oddaje atmosferę, zarówno miasta, jak i miejsca pracy komisarza Wallandera, a również zmiany w Szwecji i jej społeczeństwie, na przestrzeni ostatnich kiludziesięciu lat.
Szkoda tylko wielka, że W.A.B wydaje te książki, podobnie, jak Marininy, od Sasa do lasa, co zapewnia wątpliwą przyjemność nagłych skoków i zmian w życiu bohaterów i niestety, nieco uprzykrzającą czytanie i poznawanie książek, niekonsekwencję chronologiczną. Szkoda. Jednak cykl czytany w miarę jego pisania wiele dodaje uroku.
No, ale wydawnictwa nie zmienię, apele najwyraźniej pozostają bez echa.
Cóż, więc opowiem coś niecoś więcej o samym kryminale.
Tym razem wszystko zaczyna się w pewną mglistą jesienną noc, kiedy to ginie w wypadku samochodowym pewien prawnik. Jakiś czas potem jego syn, również prawnik, pracujący w kancelarii ojca, stara się spotkać z Kurtem, gdyż podejrzewa, iż ojciec nie zginął w wypadku a w wyniku zaplanowanego wcześniej morderstwa.
Nie jest jednak łatwo dostać się do Wallandera, bowiem ten od roku, od dnia, kiedy na służbie zabił człowieka, pogrążony jest w bardzo poważnej depresji, niemal nie dającej szans na powrót do służby. Praktycznie zdecydowany jest zamknąć rozdział w swoim życiu zatytułowany "praca w policji". W dniu, w którym postanawia odejść dowiaduje się jednak o tym, iż syn zmarłego adwokata , który rozmawiał z Kurtem o swoich wątpliwościach dotyczących śmierci ojca, został zastrzelony w kancelarii. To powoduje, iż zmienia od diametralnie spojrzenie na swoją przyszłość i wraca do policji.
Wraca, aby po raz kolejny przedrzeć się przez lepką mgłę otaczającą zbrodnię. Wraca, aby po raz kolejny zwalczyć zło, które wydaje się nie mieć końca.
Przede wszystkim jednak wraca, aby zetrzeć uporczywy uśmiech z twarzy pewnego człowieka…
Jak zawsze w przypadku Mankella-polecam!
i tak…
…od pewnego czasu mam wrażenie, że osoby obok mnie żyją moim życiem, a raczej tym wyobrażeniem, jakie kiedyś na temat własnego życia i tego, jak się potoczy miałam. I tak, mam właśnie coraz bardziej męczące wrażenie, że ktoś bardzo obok realizuje to, co mnie, z przyczyn rozmaitych , nie udało się zrealizować. I to uczucie zdaje się mnie uwierać coraz bardziej. Zastanawia mnie, czy znikłoby wraz ze zniknięciem tej osoby z moich oczu…czy zaraz zauważyłabym następne.
I tak, mam dość tego, że widzę, że pewne sprawy z przeszłości wracają się , jak bumerang. I tego, że nic nie poradzę na to, że osoba obok ma ojca , który ją kocha, a mój własny niedawno doprowadził mnie znowu do złości i irytacji, chociaż już dawno postanowiłam sobie odpuścić, bo przecież spraw się nie zmieni, czasu się nie cofnie i nie warto psuć sobie nerwów. A mimo to dobrze wie, jak uderzyć słowem, żeby zranić, w końcu jest moim ojcem. Nie odpuściłby sobie raz na kiedy zranić.
I nie wiem, jaką nauczkę mam wynieść z lekcji życia, która pokazuje mi kontrast mojego ojca i ojca tej osoby, który jest mojego zaprzeczeniem. Bo ta lekcja żadna pouczająca nie jest, a jedynie boli.
Ot, takie niedzielne refleksje.
Upał nieznośny. Mózg się lasuje. Wybywam na balkon czytać Mankella. Ostatnio nawet książki wolniej mi się czyta, myśli zajęte, wirują wokół czego innego………
