narażę się:)

Wiem, że tym wpisem mogę się narazić paru stałym czytaczom. Ale trudno;)
Tak sobie myślę, co mi najbardziej nie pasowało podczas tego wyjazdu. I wyszło mi, że oprócz o dziwo, fantazyjnego aż za bardzo czasem stylu jazdy, palenie. Austriacy kopcą. Palą tak, że zapewne niebawem uda im się doszczętnie zniszczyć całe to krystalicznie świeże powietrze, jakie ich otacza.
Nie palę. Żeby była jasność, że nie gadam o czymś, o czym pojęcia nie mam, kiedyś usiłowałam. Próbowałam. Jednak wciągnąć się nie umiałam, potem nałożyła się śmiertelna choroba ciotki, która stała się impulsem, żeby z papierosów zrezygnować raz na zawsze.
Oprócz tego, jestem alergikiem i dym papierosowy zwyczajnie mnie drażni i to tak dosłownie. Momentalnie włącza mi się kaszel, oczy przypominają oczy królika…itd.
Znajomi i bliższa rodzina, tak się na szczęście złożyło, że nie palą. I dobrze, bo mieliby u nas trudno. U nas w domu bowiem się nie pali.
To nie jest tak, że dyskryminuję palaczy. Ale chciałabym, żeby raczej mnie, jako niepalącej, nie dyskryminowano. Na przykład nie wytyczając jako sali dla niepalących niefajnej norki przy tym, jak palący mają super miejsce w knajpkach…
I dlatego jestem całym sercem za zakazem palenia w miejscach publicznych.
O dziwo, nawet Włosi, Włosi???:) na to poszli, więc…kto wie, może kiedyś się uda i u nas i w innych krajach.
A Austrii o miejscach dla niepalących mogliśmy zapomnieć. Przynajmniej tam, gdzie byliśmy. W Grecji tak tego się nie czuje, bo mają zwyczajnie dobrą klimę. Tam zaś w hotelu klimy nie było i kilkakrotnie dziennie przedzierać się musieliśmy przez dymną zasłonę kaszląc (ja) lub mamrocząc coś pod nosem (P.).
To się naraziłam moim ukochanym palaczowym gościom;)) teraz mogę dostać po głowie hehe. Tak…ten temat jest jednym z kilku, podczas których nie znam pojęcia politycznej poprawności;))

Legenda w Krakowie…

Hmm, jakoś na gazecie nie znalazłam, a na onecie tak, więc stąd link podam:
http://wiadomosci.onet.pl/1570581,69,item.html

Orient Express, ten sam, który opisała w książce Agatha Christie! przybył do Krakowa.

Od razu przeniosłam się wyobraźnią w zupełnie inny świat. Świat ludzi, którzy mieli więcej wolnego czasu, którzy do eleganckich kolacji zasiadali nie w wyświechtanych dżinsach, ale w wytwornych kreacjach, by przy niezobowiązującej rozmowie sączyć szampana. Czasem też, jak wiemy z książki Christie, działo się coś więcej…

Cacko, nie ma co.