finetka mnie dzisiaj nie będzie lubić…

…a to za czarnowidztwo a raczej wypisanie się. Wiedziałam, po prostu czułam, że pewna sprawa nie wyjdzie. Wiadomo, w końcu, po ch..a Chiarze marzenia?
Nawiasem mówiąc,o osobie, dzięki której właśnie owe marzenia zostały storpedowane, bardzo brutalnie, nie umiem myśleć nic dobrego, więc staram się o nim myśleć jak najmniej …
Jestem maksymalnie zła. Żeby nie nazwać gorzej. Może dodam +18 i sobie napiszę.
Gość zachował się nieprofesjonalnie, a przez takiego sukinkota walnęły się w niebyt pewne nasze plany.
Ale nic to mówią, że dobro się wraca do ludzi, a ciekawe, jak jest ze złem, jakie się wyrządza innym…
Nie piszę nic więcej, bo złość mną targa okrutna.

ps. a tęcza to chyba tak się wczoraj ironicznie pokazała i wystawiła jęzor mówiąc "wsadź sobie w tyłek marzenia"…

„Szczerze oddany Szurik”. Ludmiła Ulicka.

Hmmmmmm…..oj, zawiodłam się na tej książce. Szczerze mówiąc? Nawet trochę się na niej wynudziłam.
Nie czytałam nic tej autorki wcześniej, ale skusiła mnie jej narodowość, miałam nadzieję na coś interesującego, a tym czasem jakoś nie wciągnęło mnie, a na koniec, co mi się nieczęsto zdarza, już życzyłam sobie , aby się skończyła.

Ciekawe, czy to mnie nie podpasowała ta książka, czy też po prostu nie jest ona właśnie rzucająca na kolana. I nie wiem też teraz, czy Ulickiej dawać drugą szansę czytając jakąś jej inną książkę…

"Szczerze oddany Szurik" opowiada o , jakżeby inaczej;) Szuriku. Poznajemy jego losy od narodzin, poprzez wychowanie go przez matkę i babkę. Mężczyzn w zyciu Szurika nie było. Może dlatego Szurik wysrasta na delikatnego, spokojnego mężczyznę, który nie umie zranić żadnej kobiety, ani matki ani babki ani też żadnej ze spotkanych kobiet. O dziwo, Szurik ma niespotykane wprost "wzięcie" a nie umiejąc odmawiać kobietom, sporą gromadkę kochanek.
I tak oto cała książka opowiada praktycznie o tych Szurikowych spotkaniach i amorach z paniami…ot, takie z tego mężczyzny, serduszko na dłoni, co to żadnej kobiecie nie może przykrości sprawić…tia….

Szczerze? Napisane jest to delikatnie, żadne tam ociekające mięchem opisy, ale jak dla mnie, nudne po prostu. Poznawanie amorów Szurika wystarczyłoby, jak dla mnie, w zaledwie połowie tej prawie 400stronnicowej książki…

Jak napisałam wyżej. Nie wiem, czy ja się nie poznałam na prozie pani Ulickiej, czy to jakiś jej "wypadek przy pracy", tak, czy siak , jakoś namiętnie nie będę polecała. A jak, to czytajcie na własną odpowiedzialność:)

trochę ściągnę od Darii:)

ale natchnęła mnie kulinarnym wpisem.
A nawet, powiedziałabym, restauracyjnym.
My też ostatnio odkryliśmy nowe miejsce dla siebie. To otwarta na miejscu francuskiej knajpki (która początkowo nawet nam się podobała a potem niestety , nie)  restauracja włoska.
Mniam. Pisałam już o niej kiedyś tutaj, ale znowu napiszę, bo wczoraj znowu po spacerze w tężniach wpadliśmy tam na obiad. Tym razem oprócz sałatki ze świeżego szpinaku i tradycyjnie już foccacia, zjadłam ravioli z borowikami w sosie śmietanowo szałwiowym. O mamo. Dawno tak mi się coś w ustach nie rozpływało, takie cudo.
Żeby tylko ta restauracja jak najdłużej się utrzymała i nie podzieliła losu poprzedniej…tak nam brak na Kabatach włoskiego miejsca.
Hmm…rozmarzyłam się wspomnieniowo i jedzeniowo i znowu poczułam smak owych ravioli…
Żeby nie było, potem znowu poszliśmy na spacer, po okolicy. Lubię spacerować na Kabatach. Mijamy czasem ludzi i dumam, jak to jest , że często takich na pierwszy rzut oka sympatycznych ludzi się mija  a jakoś nowe znajomości trudno jest zadzierżgnąć.
W tym kraju, jak się nie ma dzieci albo psa, to chyba niemożliwe jest zapoznać się z kimś z dzielnicy…

zapachy…

Kakunia u siebie (niestety zamkniętym, więc nie wszyscy poczytają) wywołała mnie do zwierzeń zapachowych, a to przecież taki ważny dla mnie temat, jako, żem  "węchowiec", jak ja to nazywam…

Kakuniu, nie wiem, czy podam jakieś konkrety. Napiszę na wstępie, że u mnie jest tak, że mój świat składa się z zapachów. Także zapach wspomnień.

I tak, mój ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona, który kojarzy mi się i ze Ślubem i z najfantastyczniejszymi wyjazdami do ukochanej Grecji. I na inne miłe wakacje. Do tego stopnia, że na wyjazd praktycznie prawie zawsze biorę ten zapach. Gwarantuje pomyślność;) i udany odpoczynek…

W moim domu zawsze czymś musi pachnieć. Albo są to kadzidełka z L’Occitanne , o zapachu zielonej herbaty albo świece zapachowe z Alladyna (ostatnio rozkoszuję się zapachem mango ale lubię też lawendę). W szafkach pachnie lawendą a to za sprawą kulek zapachowych z Saponarii  jak również woreczków z najprawdziwszą lawendą i nasączonych lawendowym olejkiem od przyjaciółki przywiezionych z Hvaru.

Zapach , gdzieś u mijanej na ulicy czy w sklepie osoby potrafi przywieźć na myśli cały szereg wspomnień…

Nie muszę mówić, że dane zapachy zostały też "zapamiętane" z konkretnymi osobami.

A zapachy takie, które mnie rozczulają?

Wspomniany już ukochany "Jaipur Saphir" Boucherona …
Hmmm…zapach, który odnajduję w smarowidle z TBS, w "Brasilian Nuts"…jakiś taki słodkawy, nieco egzotyczny, spokojny…
zapach rozgrzanej plaży, kiedy jestem nad brzegiem morza w Grecji, z tym charakterystycznym zapachem roztapiającego się na skórach olejku do opalania, rozgrzanego piasku…

uwielbiam zapach lasów iglastych, szczególnie rozgrzanych słońcem…

wanilia (której w perfumach nie lubię, za to w potrawach mi bardzo się podoba)…

zapach zielonej herbaty…uspokaja…

deszcz…i jego zapach…taki charakterystyczny…

hmmmm…karmel, czekolada, ładnie pachnie…

i wiele, wiele innych…

O zwierzenia zapachowe, jeśli chcą, proszę :
Shalu, Madymail, Margę, Malą_mi, Judyttę. Jeśli jednak nie będzie Wam się chciało pisać, oczywiście, zrozumiem.
Acha, wybrałam dostępne ogólnie blogi, żeby nam wszystkim się dobrze czytało;)

przygoda w…

Empiku. Nauczyliśmy się w piątek jednej rzeczy. Po odejściu od kasy sprawdzaj, czy w torbie jest wszystko, za co zapłaciłeś.
Nabywalismy rozmaite rzeczy, a to pismo, a to dwa babskie pisma z czytadłami dodanymi a to nabyłam po bardzo korzystnej cenie nie czytaną przeze mnie książkę ostatnio lubianej egzotycznej autorki Giny B. Nahai (niecałe 10 złotych za książkę), wzięliśmy też przedostatnią część "07 zgłoś się".
I dopiero w domu, przy rozpakowywaniu, okazało się, że filmu w torbie nie ma. Musiał się zawieruszyć, kiedy chłopak przy kasie mizia tymi towarami w celu rozkodowywania antyzłodziejskiego. Tak, czy siak, filmu nie było, godzina była już na tyle późna, że do sklepu zadzwoniliśmy dopiero w sobotę rano.
Nie wiem, czy film został i się zorientowali, czy postanowili o klienta zadbać, najważniejsze, że mogliśmy go odebrać. Jednak wyprawa przez całe miasto nauczyła nas, że teraz będziemy po odejściu od kasy zerkać, czy wszystkie produkty się jednak znalazły.

7 bezpańskich milionów czeka…

taką elektryzującą wiadomość usłyszałam wczoraj w TV. Parę dni temu padła główna wygrana w Totka i właściciel kuponu do tej pory nie zgłosił się do kolektury.
Według mnie, jak przegapi, z tych, czy innych względów, to warto, żeby nigdy się nie dowiedział, co mu przeszło koło nosa……

Swoją drogą, przyjemnie by było ustrzelić tego typu wygraną.

Gracie w Totka? My raz na ruski rok, jak jest wyjątkowo nęcąca wygrana w perspektywie, czyli ciekawa kumulacja…ale na razie nawet trójki nie trafiłam…

czego nie lubię…

teraz będzie taki marudny wpis. A co! Wolno mi;) W końcu wakacje to nie tylko sezon ogórkowy, nie?
Ostatnio po pewnej dyskusji , naszło mnie, czego nie lubię. A nie lubię:
A) bezsensownej zazdrości połączonej często gęsto z ukrytą zawiścią , w dodatku podszytej płaszczykiem  "oni mają lepiej"…ktoś , kto nie zna mojego życia, naprawdę może darować sobie dywagacje, czy lepiej, czy gorzej, czy zupełnie inaczej…
B) obiecanek -cacanek, czyli, ktoś coś obieca, ja oczywiście naiwnie uwierzę i…czekaj tatka latka, czyli to mnie wkurza ogromnie, bo ja jak komuś coś obiecam, to staram się bardzo mocno słowa dotrzymać. Tak naprawdę, jak wiem, że czegoś nie zrobię, to nie obiecam na odczepnego, bo będzie mnie to męczyć. Wolę wyjść na nieużytka, niż coś obiecać i olać. Jak dla mnie, to brak szacunku dla drugiej strony. Nie ukrywam, że ostatnio jedna taka sytuacja, z pozoru błacha, zirytowała mnie…
C) skąpstwa. Nie nie mówię tu o oszczędzaniu, a skąpstwie w czystej postaci. Na ogół, dziwne, zaobserwowanym u osób, którym się powodzi. I te opowieści, jak to im źle finansowo (a potem nagle kolejne auto, czy wakacje). Rzygam tym. Szczerze mówiąc, taka postawa jest dla mnie niezrozumiała. Po cholerę takie opowieści? Na jakiejś pogańskiej zasadzie odczyniania uroku i złego oka, które jak się dwieście razy powtórzy, że jest źle, nie przygna ludzkiej zawiści, czy coś?
Nie mam w zwyczaju skarżyć się do innych na sytuację materialną, bo uważam, że byłoby to daleko idącą hipokryzją. Ale nie mam ochoty ze strony osób lepiej ode mnie sytuowanej wciąż i wciąż słyszeć  tych samych narzekań.
D)dwulicowości i obłudy…a niestety, poznałam jej w ostatnich paru latach za dużo. Brrr…

Ot, taki nielekki wpis, ale musiałam sobie to wypisać…

nasz pierwszy raz;)

czyli zakupy w e-markecie.
Zrobiliśmy to. Kilka razy , parę miesięcy temu zauważyłam , że do bloku naprzeciwko podjeżdża samochód dostawczy z napisem "frisco. internetowe zakupy"…zainteresowało nas to. Znajomy kupuje w e-leclercu i nie narzeka. Mówi, że woli spędzić czas z żoną i dzieckiem. Co racja, to racja. Postanowiliśmy więc, że po powrocie i my zobaczymy, jak to jest kupować w e-markecie…
Towar dowieźli w czasie, w którym mieli dowieźć, ładnie zapakowany w ekologiczne torby, wszystko schludnie.
Nie dość, że wyszły nas te zakupy (a poszliśmy na całość i zrobiliśmy mega zakupy) taniej, to jeszcze i czas oszczędzony i nie nadźwigaliśmy się.
Podoba mi się;)
Będziemy ponawiać.

jak to jest…

…zostawić swój własny dom, w którym się człowiek urodził, przeżył często jedne z najszczęśliwszych dni w życiu, a potem to miejsce z dnia na dzień zostawić, bo trzeba? Tak mnie naszło po wczorajszych rozmowach w Radiowej Jedynce. Miało być o miastach ze wspomnień, w których się żyło, a zeszło na kresowe wspomnienia z praktycznie wspominaniem Lwowa głównie…
Znałam kogoś, kogo losy wojenne wygnały z Wilna, gdzie się urodził. Ta kobieta zawsze potem mówiła z tym charakterystycznym "zaśpiewem", którego nie da się podrobić.
Jej dom jest gdzieś, zajęty po wojnie przez kogoś innego. Po wojnie udało jej się w latach osiemdziesiątych chyba pojechać zobaczyć i to Wilno i ten dom.
Nie spytałam wtedy, za mała byłam, jaka okazała się konfrontacja wspomnień i rzeczywistości. Czy bardzo bolesna? I czy serce bardzo płacze, kiedy stoi się na swoim a już nie swoim? Nie spytałam, a teraz już nie mam okazji. Szkoda. Żałuję, że wtedy nie spytałam…
Ciężko musi być..ciężko, bo wczoraj dzwoniący do radia ludzie, mimo upływu lat, zaczynali płakać, kiedy wspominali swoje miasto, w którym często tylko się urodzili, a potem zostali wygnani i tę miłość do miasta wpoili im rodzice…