teraz będzie taki marudny wpis. A co! Wolno mi;) W końcu wakacje to nie tylko sezon ogórkowy, nie?
Ostatnio po pewnej dyskusji , naszło mnie, czego nie lubię. A nie lubię:
A) bezsensownej zazdrości połączonej często gęsto z ukrytą zawiścią , w dodatku podszytej płaszczykiem "oni mają lepiej"…ktoś , kto nie zna mojego życia, naprawdę może darować sobie dywagacje, czy lepiej, czy gorzej, czy zupełnie inaczej…
B) obiecanek -cacanek, czyli, ktoś coś obieca, ja oczywiście naiwnie uwierzę i…czekaj tatka latka, czyli to mnie wkurza ogromnie, bo ja jak komuś coś obiecam, to staram się bardzo mocno słowa dotrzymać. Tak naprawdę, jak wiem, że czegoś nie zrobię, to nie obiecam na odczepnego, bo będzie mnie to męczyć. Wolę wyjść na nieużytka, niż coś obiecać i olać. Jak dla mnie, to brak szacunku dla drugiej strony. Nie ukrywam, że ostatnio jedna taka sytuacja, z pozoru błacha, zirytowała mnie…
C) skąpstwa. Nie nie mówię tu o oszczędzaniu, a skąpstwie w czystej postaci. Na ogół, dziwne, zaobserwowanym u osób, którym się powodzi. I te opowieści, jak to im źle finansowo (a potem nagle kolejne auto, czy wakacje). Rzygam tym. Szczerze mówiąc, taka postawa jest dla mnie niezrozumiała. Po cholerę takie opowieści? Na jakiejś pogańskiej zasadzie odczyniania uroku i złego oka, które jak się dwieście razy powtórzy, że jest źle, nie przygna ludzkiej zawiści, czy coś?
Nie mam w zwyczaju skarżyć się do innych na sytuację materialną, bo uważam, że byłoby to daleko idącą hipokryzją. Ale nie mam ochoty ze strony osób lepiej ode mnie sytuowanej wciąż i wciąż słyszeć tych samych narzekań.
D)dwulicowości i obłudy…a niestety, poznałam jej w ostatnich paru latach za dużo. Brrr…
Ot, taki nielekki wpis, ale musiałam sobie to wypisać…