…, P. przygląda się temu, a ja dostałam email od kogoś z zapytaniem o Rodos i właśnie skończyłam odpisywanie, oczywiście, wyszedł mi mały elaborat , coż ja na to poradzę, że o Grecji mogę pisać i czasu upływu nie widzę, i pisząc, przypominałam sobie naszą podróż tam i jakbym się przeniosła , prawie usłyszałam cykanie cykad zamiast strzelaniny z telewizora i prawie poczułam na twarzy ciepłe promienie słońca………
rozmaitości;)
Jako, że urlop niebawem (jednak zdecydowaliśmy się na wyjazd, jako, że poprawiły się pewne sprawy decydujące), wyruszamy co pewien czas po zakupy na wyjazd. I tak, jako, że wyruszamy w zupełnie nowy dla nas region, jakim ma być austriacki Tyrol, nabyć musieliśmy buty do łażenia po niekoniecznie płaskim terenie. W super wysokie góry się nie rzucę, jako, że nie mam kondycji nie wiadomo jakiej, ale buty nabyć trzeba było. Okazało się, że nie było to łatwe. Owszem, w sklepie półka uginała się od towaru, natomiast okazało się, że mój numer (39) stanowi problem. Butów bowiem w tej numeracji jest już tylko dosłownie parę par, estetycznie niekoniecznie mi pasujących. Kurczę. Chciałam kupić buty do łażenia a nie sandałki Manolo Blahnika! Tak, czy siak, nabyłam. P. też. Mniej miał kłopotów. Widać nie ma przeciętnej numeracji. Rozbroiła nas ekspedientka, która na pytanie, czy skoro nie ma tak wielu butów w tej numeracji nieszczęśnie popularnej 39, to jest szansa na dostawę. Okazało się, że nie. Hmmm…ktoś, kto prowadzi ten sklep robi to chyba hobbystycznie, bo raczej na pewno nie dla zarobku…
Tak, czy siak, buty odhaczone. Nowa para jeansów, co łaziło za mną od paru miesięcy, też nabyta.
Teraz tylko jakaś bluza by się przydała.
Oprócz tego do czyszczenia zostały oddane obrączki ślubne, nabyta woda toaletowa Róża z YR, z 50% zniżką, a także ulubione smarowidło do ciała stamtąd.
Poza tym, czy w warszawskich sklepach jest do nabycia Teletubiś tak ostatnio ochoczo podejrzewany o to, że kocha inaczej? W tych, do których zaglądaliśmy z ciekawości, nie widzieliśmy żadnych…mam nadzieję, że nie wycofali na wszelki wypadek wszystkich ze sprzedaży, aż rządzący uznają, że jednak Teletubiś jest w porzadku, bezpieczny i ok.
Dzisiaj zasypiam cały dzień, ciśnienie niskie i deszcz wiszący w powietrzu tak na mnie działa i nawet spacer do Botanicznego mnie nie rozruszał…
„Dowód”, reż. John Madden.
http://dowod.filmweb.pl/
Hmmm, nastawiłam się chyba zbyt na nie wiadomo , jakie cuda wianki. Co prawda już porównywanie do "Pięknego Umysłu" powinno dać mi do myślenia, ale przyjaciółka od dłuższego czasu namawiała mnie na ten film, więc w końcu po niego sięgnęlismy.
Film opowiada o sytuacji córki znakomitego i sławnego matematyka, który po zapadnięciu na zdrowiu psychicznym ostatnie pięć lat spędza w domu pod opieką właśnie owej córki, która porzuciła matematyczne studia, żeby się nim zająć. Jest jeszcze druga córka, która jednak najwyraźniej z tych, czy innych przyczyn nie poczuwa się do opieki i zjawia się dopiero po śmierci ojca, na pogrzeb, w dodatku z zamiarem sprzedania domu i zabrania siostry do Nowego Jorku, w którym obecnie mieszka. Podejrzewa bowiem, że owa młodsza, opiekująca się do tej pory ojcem, siotra odziedziczyła po nim chorobę psychiczną.
Kathrin, czyli młodsza siostra, nie bardzo jednak chce jechać z siostrą, mimo, że faktycznie wydaje się być wyczerpana psychicznie i w złej formie.
Cały praktycznie film zastanawiamy się, czy reżyser ujawni , które właściwie oszalało, czy córka, czy ojciec, w dodatku mamy tajemniczy matematyczny dowód, który to właśnie tę kwestię ma pomóc nam rozstrzygnąć.
Nie przepadam za grającą główną rolę, Gwyneth Paltrow, odnoszę wrażenie, że ona w większości ról zachowuje ten sam obojętny wyraz twarzy i gra jakoś mnie denerwująco, co pewnie wpłynęło na mój odbiór filmu.
Za to gra Anthony’ego Hopkinsa (ojciec) jak zwykle fantastyczna! Właściwie nie miałabym nic przeciwko, gdyby tylko on grał w tym filmie.
Nie powiem, że był ten film zły, nie, nawet intrygował. Być może jednak nastawiłam się trochę niepotrzebnie na coś nieco lepszego.
Jeśli jednak ktoś ma ochotę po niego sięgnąć, to nie odradzam.
ROTFL:)))
właśnie widzę, z czym trafiłk do mnie ktoś na bloga. Otóż szukał na googlu hasła, uwaga uwaga "znaczenie koloru majtek".;) Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek na ten frapujący zapewne temat pisała…Tiaaa…na pociechę maturzystom. Na swoją studniówkę zapomniałam wdziać czerwone gachy. Leżały sobie w szafce. I maturę zdałam;) Precz z przesądami!
bo w każdym z nas drzemie dziecko…
…i tego ukrytego wciąż dziecka Wam wszystkim życzę w tym dniu;)
Z okazji dnia dziecka temat literatury dziecięcej mnie naszedł. A mianowicie, wczoraj przypomniałam sobie Mikołajka. U nas w domu gada się Mikołajkiem. Stały tekst "nazywam się X, a wy? -A my nie":) itd itd. No co jest , kurczę blade itd…;)
Pamiętam, jak uwielbiałam słuchać Radiowej Jedynki, w której w wieczornej audycji dla dzieci Irena Kwiatkowska czytała Mikołajka tak, że pokładał się człowiek ze śmiechu…(podobno teraz Jedynka przypomina "Wakacje Mikołajka" w jej interpretacji.)
I wczoraj rozmawialiśmy z P. o tym właśnie, że tak Mikołajka lubimy. A mnie zastanowiło, jak to z tym Mikołajkiem jest. Taka fajna literatura dla dzieci. Taka z życia wzięta. Chociażby wyjazd na kolonie. Kto jeździł, ten wie;) w każdym razie, taki kawał porządnej literatury dla dzieci a kiedy została wydana, nie było promocji , nie było takiej komercji, jak teraz. To nie HP, który został wypromowany w modelowy wprost sposób (nawiasem mówiąc, HP też mi się podoba, uważam to też za dobrą literaturę nie tylko dla dzieci, więc nie to, że umniejszam). Ale Mikołajek trafił jeszcze na takie czasy, kiedy książki , pewnie dla dzieci szczególnie, aż tak się nie promowało. Teraz pewnie kolejne wydania czy części poprzedzały by bilbordy, kampanie reklamowe w TV czy radio, może jakieś strony internetowe, na których można by było grać w grę itd itd.
Lubię Mikołajka za to, że czytając go nawet teraz;) odnajduję w nim dawne czasy beztroskiego dzieciństwa…
