co to są kwadraty na oczach?

jakaś przenośnia, czy coś? Bo właśnie z bramki dostałam sms , cytuję "ps. a tym masz kwadraty na oczach, bo grałaś kilera w W11;D".
Żadnego kilera nie grałam i ewidentnie ps wysłał się w niebyt, czyli zawirowania doprowadziły część czyjegoś sms do mnie, natomiast zaintrygowały mnie te kwadraty na oczach…może o takie zasłonięcie, jak przestępcy mają, chodziło…dumam…

Uwielbiam pomyłkowe smsy, chociaż żałuję, że sobie mojego ulubionego , o którym już kiedyś pisałam, nie zostawiłam gdzieś na pamiątkę;)

„Zwyczajna Rodzina”. Dokument.

Lubię filmy dokumentalne. Jedynka puszcza je całkiem interesujące. Tak, jak jakiś czas temu obejrzałam z zainteresowaniem ten o dzieciach z Korei , które w pięćdziesiątych latach przyjechały do Polski, tak wczoraj obejrzałam dokument "Zwyczajna Rodzina", o rodzinie z Argentyny, która padła ofiarą kryzysu gospodarczego sprzed kilku lat.
O, o tym mówię:

http://www.itvp.pl/event/dokumentwjedynce/?tab=7

Film, zrealizowany przez ekipę szwedzką, pokazywał nam , jak zmienił się dosłownie z dnia na dzień świat ludzi całkiem dobrze do owej pory sytuowanych, z tak zwanej klasy średniej. Małżeństwa, które miało trójkę dzieci, z których tylko dwoje miało prawie wszystko, co mogło sobie zamarzyć. I z dnia na dzień przyszedł krach i ludzie, którzy do tej pory mieli dom, pracę, zaczęli żyć w zupełnie im nieznany sposób. Na przykład wyprzedając swoje dobra na tak zwanym targu wymiennym.
Oglądaliśmy to i zastanawialiśmy się, na ile człowiek, przyzwyczajony do dobra a przynajmniej do tego, że w razie co jakąś pracą na owo dobro zapracuje, jest w stanie pogodzić się z tym, że z dnia na dzień pracy nie ma , a z czegoś trzeba żyć i wykształcić dzieci.

Bohaterowie podjęli trudną decyzję o emigracji z kraju, w którym do pewnego momentu mieli wszystko. Podjęli kursy zawodowe, mające zapewnić im start w życiu w nowym miejscu zamieszkania i za dosłownie resztki jakichś pieniędzy kupili bilety na Grand Canarię…skąd swego czasu dla odmiany emigrowali ludzie do Argentyny.
Było im o tyle łatwiej, że z tego, co się zorientowałam, mieli tam dość bliską rodzinę, która wynalazła im mieszkanie i bardzo się na początku emigracji nimi zajęła, już duży plus. Bo przecież mogli jechać na zupełny żywioł, nie znając realiów danego miejsca…

Pamiętam, jak w TV słuchaliśmy jeszcze przecież całkiem niedawno, wiadomości o kryzysie gospodarczym w Argentynie. Widzieliśmy świetnie ybranych ludzi, którzy z rozpaczą w oczach stali w kilometrowych kolejkach do banków , aby odebrać swoje pieniądze, które z chwili na chwilę traciły wartość.
Za każdym z nich stała podobna historia, jak ta, którą wczoraj opowiedziano nam w dokumencie…Ciekawe, ilu z nich podniosło się, jakoś dało sobie radę…ile natomiast tragedii musiało się stać, kiedy ktoś nie dał jednak rady?

Amelie Nothomb, „Dziennik Jaskółki”.

Amelie Nothomb ma szczególny dar do przedstawiania świata jeszcze gorszym  i paskudniejszym, niż się wydawać może. Widziałam to już w jej "Kwasie Siarkowym", który , mimo, że kontrowersyjny, to uważany jest przeze mnie, jako jedną z jej najlepszych książek.

Kobieta posiada też cięty język i sporą dozę ironii, nie tylko wobec otaczającego ją świata, ale i samej siebie. To plus, bo jak wiemy, nie każdy to potrafi.

Jednak "Dziennik Jaskółki" nie bardzo mi się podobał. Sformułuję to inaczej, przeczytałam i…nic. No właśnie. Jakoś nie zostało we mnie nic po tej lekturze. Hmmm…czyżbym przestała rozumieć jej książki? A może po prostu nie miałam farta i ta konkretna mi nie podeszła, jak ja to mówię??

"Dziennik Jaskółki" opowiada o mężczyźnie, który po zawodzie miłosnym przekonuje się, że wyjałowił się z wszelkich uczuć i doznań i postanawia zmienić swoje życie zostając zawodowym mordercą. Jego życie zmienia się więc całkowicie. Z zimną krwią wykonuje swoją "pracę", stając się jednym z najlepszych w swoim fachu. Do czasu, kiedy przyjdzie mu zamordować całą rodzinę pewnego ministra. Zetknięcie z jedną osobą z rodziny ministra sprawi, że bohater zacznie się wahać co do swego życia i dalszej kariery zawodowej.

No i wszystko fajnie, jednak, jak napisałam, lektura na kolana mnie nie rzuciła. Jakoś tak przeszło bez echa.
Hmmmm…