książka z autografem…

…dzisiaj do mnie dotarła od znajomego autora. Tym razem "Zagubieni w Tokio", Marcina Bruczkowskiego, więc powrót literacki do Japonii. Ciekawe, jak mi się spodoba. "Bezsenność w Tokio" bardzo mi się podobała. Druga książka nie podobała mi się, uczciwie mówiąc. Mam nadzieję, że teraz lektura znowu zostanie przeze mnie oceniona na plus…

w czym mogę pani pomóc?

Czyli gdzie to zapytanie istnieje?
Bo ja się z nim szczerze mówiąc, w sklepach nie spotykam i może dobrze. Najwyraźniej mam na twarzy wypisane, że jeśli już dotarłam do ciuchowni, to dobrze wiem, czego w danej chwili potrzebuję i co chcę nabyć. Nie jestem więc zbytnio męczona przez panie ekspedientki. Hmmm, właściwie nie pamiętam, kiedy zwróciła się do mnie jakaś z chęcią pomocy. A , pamiętam, 3 lata temu, kiedy kupowałam w pewnym sklepie z damską odzieżą kostium. Pamiętam, że wtedy dziewczyna nie dość, że coś doradziła, bez wciskania, to jeszcze przyniosła mi sweterek, który to stał się jednym z moich ulubionych, mimo, że sama z siebie nie rzuciałbym na niego okiem, kiedy był na półce.
No, ale do rzeczy. W środę wybraliśmy się do Galerii Mokotów. Ja wiedziałam, co tym razem chcę upolować. Poszukiwałam bluzy. Z cienkiej bawełny. Coś podobnego do ciucha, jaki już mam. Weszliśmy do konkretnego sklepu ( z litości nie podam nazwy;), i zaczęliśmy szukać. To znaczy ja zaczęłam. Sprzedawczynie na sali były dwie o ile się zorientowałam, w tym jedna stanowiła kuriozum. Rozmemłana w sobie, z nadwagą, którą skutecznie eksponowała wbita w obleśny, wyświechtany dres, opadający jej z tyłka na przyklapnięte klapiące japonki i odsłaniający kawał wystającego brzucha. Nie, nie była w ciąży.
OK, nie wygląd mówi o człowieku, aczkolwiek ten był dość odstraszający. Dziewczyna jednak była zwyczajnie wkurzona, że musi tam być. Bo tak. Długi weekend za pasem, patrz pani, a ona musi robić. Bo ona tu tak mało zarabia a taka Aga w Anglii, to hoho. (Pewnie Aga nie zdążyła jej powiedzieć, że w Anglii na tym samym stanowisku na przykład pomaga klientom, czy zwyczajnie uśmiecha się do nich w sklepie ;).
Przymierzałam bluzy w przymierzalni , a ona rzucała mi nieprzyjemne spojrzenia, zrywając z oburzeniem ciuchy pozostawione, nie, nie przeze mnie, a przez inne przymierzające ciuchy dziewczyny…
Jakaś niezorientowana kobieta , która uparła się na kupno kurtki, poprosiła ją o sprawdzenie, czy jest większy rozmiar, w kolorze szarym, to owszem, polazła niespiesznie i wróciła…z jasną.
Szczerze mówiąc, obsługa tam odstraszała i gdyby nie to, że mnie mało co w takich dziumdziach przestraszy, to pewnie bym nie została i nie kupiła tych bluz, ale zostałam i nabyłam;)

Jednak z poczuciem urazy estetycznej poszliśmy dalej i wstąpiliśmy do KappAhl , gdzie nabyliśmy spodnie krótkie dla P. , a babeczki przy kasie nie dość, że były sympatyczne, to przypilnowały wyrobienie karty klienta i jeszcze zwróciły nam uwagę na promocję, jaka miała miejsce i której nie zauważyliśmy, a która była bardzo ciekawa i chętnie ją wykorzystaliśmy.
Jeszcze się śmiały, że trzy osoby nas obsługują;) i uśmiechały się do nas…niesamowite;)

Cóż, czyli można inaczej…

Z bytności na pewnym forum wiem, że w niby modnych centrach , a w większości przypadków dziewczyny skarżą się na sprzedawczynie. Co jest takiego, ktoś zmusza te lasie do pracy w tak ciężkim i stresującym zawodzie? Bo przecież tyle jest ofert pracy, nic, tylko wybierać…