…czy jakoś tak to się nazywa. Dostałam jakiś czas temu od znajomej w prezencie i łaziłam koło tego, jak pies koło jeża. W końcu wczoraj stwierdziłam. Niech Bond ratuje świat, ja w tym czasie wypróbuję cudo. I tak, wtarłam w skórki specjalny peeling na bazie oleju , wmasowałam w skórki i odczekałam dłuższy czas. Potem miało być już tylko z górki. Specjalnym patyczkiem miałam je zmiękczone oczywiście skórki zeskrobać i następnie piękne paznokcie potraktować czterostopniowym pilnikiem i kremem na bazie białej herbaty, czy innego wynalazku. Tiaaaa…już wmasowywując, spoglądałam na moje skórki z powątpiewaniem. Jak się mocno trzymały, tak się trzymały i nic tego stanu zdawało się nie móc naruszyć. Potem polazłam zmyć ów peeling z olejkiem z paznokci i objawiła się pierwsza zgroza, bowiem świństwo zmyć się nie chciało, ledwo to mydło wreszcie wymyło…
Poszłam do pokoju i zaatakowałam skórki patyczkiem. I dupa blada, że się tak wyrażę mało elegancko. Skończyło się na tym, że jak już się na to zasadziłam, to zrobiłam ten manicur w żaden tam "ekologiczny" sposób, a zwykłymi cążkami wydziubałam, oczywiście pozacinałam się, jak dzika świnia, za to pazury teraz całkiem przyzwoicie wyglądają, tyle chociaż z tego wszystkiego dobrego;)
