Na fali filmów o przemiłych zakątkach Europy, czyli drugi film o Toskanii obejrzany w bliskim czasie. I chociaż nie umywa się do "Ukrytych Pragnień", to z chęcią go obejrzałam. Tak mi było właśnie potrzeba czegoś lekkiego i relaksującego. I zgadzam się z psiapsiółkami Soyneny i nią samą, że irytowała je bohaterka, która wydawała się odnaleźć sens życia dopiero przy boku mężczyzny. Szkoda, że nie umiała do końca docenić to, co już miała, a co o paradoksie, nie każdemu jest dane! Czyli uroczej willi w jednym z najpiękniejszych miejsc świata, grona oddanych przyjaciół (a jak wiemy, to skarb), tego, że ma na tyle wolny zawód, że może sobie właśnie tak zmienić styl życia i wynieść się do Europy…
Postarałam się jednak na to przymknąć oko i rozkoszowałam się widokami 😉 i śmiałam z jej perypetii…
Po rozwodzie Frances daje się namówić przyjaciółce na wyprawę do Włoch. Tam, w Toskanii, tknięta jakimś niesamowicie silnym impulsem, decyduje się na kupno stareńkiej willi od toskańskiej contessy…
Willa wymaga remontu, więc zatrudnia ekipę Polaków ,którzy z czasem staną się dla Frances przyjaciółmi a niektórzy z nich jak rodzina…
Frances nawiązuje nowe znajomości, przyjaźnie, integruje się z miejscową ludnością i tylko szkoda, że ten akcent parcia na poznanie faceta taki silny.
Nie czytają książki, ciekawe, czy w książce też tak to było podkreślone?
Czytałam jej drugą część, "Bella Toskania", która przyjemnie mnie zaskoczyłą, stanowiąc subiektywny przewodnik po Toskanii wart wzięcia pod uwagę gdy się będzie do Toskanii wybierać.
Ogólnie film fajny i jak znalazł na relaksacyjny wieczór.
Podobał mi się bardziej, niż niedawno oglądany "Dobry Rok".
przyjaciele, dobre dusze, znajomi…
…czasem jakby telepatycznie wiedzą, kiedy się odezwać w ten, czy inny sposób. Dziś, kiedy miałam naprawdę kiepski dzień, najpierw odkryłam w skrzynce pocztówkę z Grecji od osoby, od której nie spodziewałabym się ! a potem zadzwoniła przyjaciółka i pocieszyła mnie…Obie te wydarzenia poprawiły mi zdecydowanie nastrój, a kartka z Peloponezu cieszy teraz oko w naszej sypialni…postawiłam koło tej z Irlandii, ciekawe, czy owce nie wybiorą się na wycieczkę nad ciepłe morze…
przy tej okazji pozdrawiam mala_mi…
,w blogu której o dziwo, odkryłam ostatnio link do swego. Chciałam zostawić Ci komentarze, walczyłam we wpisie o truskawkach, nic z tego;( nie wiem, co robiłam źle…Wysłałam Ci za to email, mam nadzieję, że doszedł. Pozdrawiam;)
better late then never…
…pomyślała moja "ukochana" firma, PP i oto dziś w skrzynce otrzymaliśmy życzenia , nie, nie na Majówkę,a Świąteczne, nadane 26 marca i płyty , które wygrałam w konkursie nadane 23 kwietnia…priorytetem. Tia…
Dzisiaj w ogóle był dziwny dzień.
Otrzymałam potężną lekcję życiową. W interesach nie ma miejsce na sentymenty. I nigdy już nie będę zakładać,że druga strona ma takie same podejście do załatwiania spraw, jak ja. Cóż, staję się meganieufna. Nauka dla żuka.
Kolekcja Muzea Świata
zaczęła się w "Rzeczpospolitej". Wczoraj P. przydygał mi album. Aż się zdziwił, że jeszcze dopadł, bo mówi, że wczoraj dawali na zanętę po prawie bezkosztach;) tak, czy siak, teraz były Wielkie Muzea Watykańskie. Będę się czaić na kilka z kolekcji, takich, jak Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, czy Archeologiczne w Atenach, Prado w Madrycie, Musee d’ Orsey w Paryżu i pewnie jeszcze kilka innych…Całkiem przyzwoicie to zrobili…
„Ukryte Pragnienia”, soundtrack…
Dzięki dobrej blogowiczce (ukłon w stronę Madymail, która jednak "objawi się" pewnie tutaj po swojej wyprawie do Paryża, rozkoszuję się ową płytką. A naprawdę jest świetna;) Każda piosenka mi pasuje i któryś dzień pod rząd muzyka leci w tle i towarzyszy moim sprawom. Dzięki raz jeszcze;)
„Bezpieczne miejsce”, Caroline Graham.
O, widzę, że z Patekku dałyśmy temu kryminałowi na biblionetce taką samą ocenę, czyli dobra. I widzę, że zgodzę się z Patekku, a raczej z jej recenzją książki na Jej blogu.
Bo i faktycznie, schematyczność bije. Szczerze mówiąc, zaczyna mnie przynajmniej, trochę to nudzić, jeśli w każdej książce pojawiają się dokładnie te same "typy" postaci, które wikłają się w podobego kalibru związki. Co, niestety, czyni książkę przewidywalną. I niestety, pewnych spraw domyśliłam się szybko.
Szkoda.
Rzecz dzieje się jak zawsze w małej wiosce. Ginie, okrutnie zamordowany jeden z mieszkańców wioski, co ludzie na początku chcą wziąć za przypadkowy atak, nie zaplanowaną zbrodnię. Jednak do policji dochodzą pewne informacje. Z domu byłego proboszcza, ginie podopieczna. Ów mężczyzna stworzył tam miejsce, gdzie chce dokonywać czegoś w rodzaju społecznej resocjalizacji i właśnie jedna z podopiecznych ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jakiś czas potem kolejne wydarzenia zaczynają sugerować, że pierwsza zbrodnia nie była przypadkowa. Do akcji wkracza Barnaby wraz z jak zawsze irytującym mnie do granic maziajowatym Troyem. Wkraczają do akcji i udaje im się, jak zawsze, rozwiązać sprawę.
Nie powiem, że źle mi się czytało, ale jednak lubię element zaskoczenia w kryminale, a tego mi tym razem zabrakło…
w historię najnowszą Kabat…
…a raczej obszaru Lasu Kabackiego wpisane jest i to wydarzenie. Katastrofa samolotu w lesie…
Mimo, że wtedy nawet nie śniłam, że kiedyś będę mieszkać w tej okolicy, to na dalekim Żoliborzu też byliśmy poruszenie. Pamiętam, siedziałyśmy wtedy w mieszkaniu mojej o rok młodszej przyjaciółki i wraz z jej siostrą omawiałyśmy sprawę, przeglądałyśmy gazety, które wtedy miały całe DODATKI złożone z nekrologów, a nasi rodzice w sąsiednim pokoju wspominali również tą wcześniejszą katastrofę, podczas której zginęła Anna Jantar.
Pamiętam jak dziś te historie, które przy tym opowiadało, o babce, która chciała przewieźć więcej futer, niż można było , celnicy jej nie wpuścili i zrobiłą im awanturę, po czym podobno potem rzucała im się na szyję i wyła podziękowania. Pamiętam opowieść o młodziutkiej stewardessie, która zamieniła się na dyżur z przyjaciółką, bo akurat chciała kupić materiał na ślubną suknię, gdyż niedługo miała brać Ślub. Pamiętam te nekrologi w gazetach, bo były bardzo emocjonalne i pamiętam, jak Gośka wyszukała wtedy, że podczas lotu zginęła kobieta, która urodziła się jeszcze w dziewiętnastym wieku…
Dla jedenastolatki jest to pewnie mniej przerażające, niż jakby zdarzyło się to teraz…
Byliśmy na miejscu pamięci tej katastrofy raz, lat temu wstecz chyba …4…był piękny sierpniowy dzień, jeden z długiego weekendu, postanowiliśmy pójść zobaczyć pomnik pamięci ofiar (drugi, stoi na Cmentarzu w Wólce).
I tak, jak pewnie na codzień jest tam cisza i spokój, to my zobaczyliśmy raczej coś innego. Jakby czas się mocno cofnął. Młodą dziewczynę, która płakała , zawodziła okrutnie, wręcz rzucając się na pomnik i szlochając "tyle czasu, tyle czasu!"…Pamiętam, że oczywiście poryczałam się, bo straszne to wrażenie na mnie zrobiło…
Nie boję się latać. Wiem, że nie zginę w katastrofie lotniczej. O wiele bardziej boję się polkich dróg, szczególnie w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy siadają za kierowcami pijani Polacy. Ale nie boję się również dlatego, że mam złudne poczucie, że teraz mamy lepszy sprzęt. Kupiony od firm, które jak ówczesne ruskie, nie będą się migać od odpowiedzialności i wmawiać, że wot przypadek…
Dzisiaj mija 20 lat, odkąd to się zdarzyło…
Nie zapalę wirtualnej świeczki, bo jakoś nie mam tego zwyczaju ale po prostu, pomyślę o nich dzisiaj…
Poniżej artykuł z gazety na ten temat:
strach ma wielkie oczy;)
poszłam dzisiaj do lekarza. Odwlekałam u niego wizytę, bo ostatnio lekarzy mam przesyt. Ale poszłam. Trochę się cykałam, że będzie niemiły, bo mam to "szczęście", że jakoś sporo takich niefajnych spotkałam. Weszłam do gabinetu. Facet okazał się pięćdziesięcioparolatkiem w bluzie z rockowymi akcentami, zajebistych modnych oprawkach okularów, pijącym kolejną (jak nam wyznał) tego dnia kawę. Przy tym wszystkim okazał się nie dość, że kompetentny, to jeszcze bardzo sympatyczny (chociaż nie jestem pewna, czy dyskusja o rodzajach win na koniec wizyty powinna mieć miejsce;). Strach ma wielkie oczy i w tym przypadku to powiedzenie zdecydowanie się sprawdziło;)
sąsiedzkie tete a tete…
Wracamy ze spaceru. W drzwiach do klatki schodowej mijamy się z "ulubionym" sąsiadem z góry. Tym, co nam hałasuje z rodzinką do społu i który, jak zdradzili nam sąsiedzi mieszkający z nim naprzeciwko, nigdy im się nie odkłaniał na "dzień dobry" aż zaprzestali im mówić owe "dzień dobry". Ja zła, bo go nie lubię i nawet mijać się nie lubię. Mijamy go, kiedy sąsiad wydaje z siebie odgłos "gwrbrw"…chyba do nas. P. mówi "dobry wieczór". Jadąc windą zastanawiamy się.
Ja: "Co to było?"
P. :"Chyba powiedział nam dobry wieczór".
Ja: "Eee, chyba kaszlał"…
kurtyna.
