pod wpływem…

ostatnio na kilku blogach dyskusje na temat właśnie blogów owych, i ogólnie sytuacji z tym związanych się toczyły. Sporo zastanawiania się nad faktem, czy osoba, która chce nagle bloga zamknąć , ma do tego prawo? (kiepskie wyrażenie, nie do końca o to chodzi), czy może bez słowa zniknąć… Ja akurat z frakcji, która ceni sobie chociażby jedno zdawkowe słowo uprzedzenia i pożegniania się z czytelnikami.
Natomiast przy tej okazji zastanowiłam się, czy dla kogokolwiek mój blog jest ważny. Jedna z osób  biorąca udział w dyskusji u kogoś napisała, że ma świetnych czytaczy i że jest szczęśliwa mogąc ich u siebie gościć…a ja sobie dumam, czy faktycznie jest ktoś, komu byłoby smutno, czy czegoś brak, gdybym zniknęła? I nie chodzi mi teraz o słowa zapewnienia, że "no chiara, pewnie, że tak"…tylko takie naprawdę. Na ile ta nasza rzeczywistość "netu" ma oddźwięk w realu. To znaczy, czy faktycznie dla kogoś te moje pisaniny są z tych, czy innych powodów ważne. I mimo tego, że czasem może kogoś opinią czy wpisem wkurzę, czy zirytuję, to chce czytać te moje opinie…
Ostatnio usłyszałam od kogoś, a raczej przeczytałam, że "w ostatecznym rozrachunku i tak zostajemy sami"……hmmm…dotyczy to życia , ale oczywiście nie tylko tego w realu a i w necie pewnie też…i czy byłaby chociaż jedna osoba, która by pomyślała, gdybym zniknęła "szkoda, że tego bloga już nie ma" a nie zapomniała, po miesiącu, dwóch, roku…….
Do przemyślenia………

kwestia zaufania…

…ale takiego w wymiarze ogólnoludzkim…może to taki ciężki, niekoniecznie weekendowy temat, ale nic na to nie poradzę. Z pewnych względów o tej sprawie wczoraj w domu rozmawialiśmy.
A mówię o tym:
http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,4172758.html

Grupa ludzi pojechała na wyjazd z firmy i jedna z dziewczyn, młodsza ode mnie o 5 lat , już z tego wyjazdu nie wróciła. Bo ktoś nie wywiązał się ze swoich obowiązków…….

Zaufanie…praktycznie codziennie podejmujemy taką niepisaną umowę z wieloma osobami, ufając im…Wsiadając do metra czy autobusu liczymy na to, że kierujący posiada stosowne umiejętności, że nie napił się przed jazdą…

Wysyłając dzieci na kolonie, mamy nadzieje, że opiekunowie spełniają również konkretne warunki.

Jadąc na taki wyjazd firmowy, na którym organizowane są różne sportowe rywalizacje często, liczymy na to, że firma to organizująca , zadba o nasze bezpieczeństwo. Że będziemy mogli odreagować stres, czy po prostu dobrze się bawić, a nie zastanawiać, czy ktoś z lenistwa lub dlatego, że szef tnie koszty i nie zatrudnia fachowca, nie zabezpieczył sprzętu w należyty sposób.
Źle się stało, zginęła w bardzo nieprzyjemny sposób młoda osoba…ciekawe, czy dla kogokolwiek będzie to jakaś nauczka…? Hmm…

„Pod słońcem Toskanii”, France Mayes.

Kakuniu, Wiesz, że to przez Ciebie;))

Bo jak napisałaś, że ciekawa Jesteś opinii, to sięgnęłam po tę książkę, żeby przekartkować, zaczęłam czytać pierwszą stronę i …wciągnęłam się.
Powiem tak. Mnie się podobało. Kulawego tłumaczenia nie zauważyłam. Czytywałam już dużo, dużo gorsze tłumaczenia.

"Pod słońcem Toskanii" uradowało mnie jeszcze z innego powodu. Otóż, w przeciwieństwie do filmu, tu w ogóle nie ma parcia na znalezienie faceta. Owszem, być może dlatego, że w książce autorka jest już z nowym partnerem od początku, niemniej jednak widać, że w ogóle kobieta raczej z tych, które swego życia nie podporządkowywują kolejnemu chłopu, następnemu romansowi i temu, żeby "koniecznie w szafie portki jakieś wisiały"…Czyli w filmie, to była taka wolna amerykanka reżysera;)

Frances opisuje kupno i potem stopniową i kilkuletnią renowację willi "Bramasole" w Toskanii. Także jej i Eda zagnieżdżanie się w nowym miejscu, w którym, trzeba jej przyznać, wygląda na to, że zagnieżdżenie się przyszło im bardzo łatwo…aż podziwiam, bo wiadomo, że różnie to bywa i z miejscami i z sąsiadami. Tu jednak wygląda na to, że wszystko układa się po jej myśli. Podejrzewam, że Frances i Ed nabyli po prostu "szczęśliwy" dom. A wierzę, że są takie. Sama w zeszłym roku podczas wyjazdu na Maltę takowey zwiedzałam, nawet Wam go opisałam…

Tak, czy inaczej, książka toczy się niespiesznie, przywołując opis życia w Toskanii, które przerywane jest jednak dłuższymi wyjazdami do Stanów, gdzie oboje ciągle wykładają na Uniwersytetach. Życie w Toskanii toczy się słonecznie, powoli, niespiesznie, w rytmie dnia i sjesty…i wieczornej przechadzki passeggiata…
I to zderzenie dwóch światów, mimo, że Mayes i tak jest bardzo świadoma Europy, daleko jej do stereotypu amerykańskiego turysty, to jednak pewne rzeczy, szczególnie w pracy i podchodzeniu do niej we Włoszech, ciągle ją irytuje…nie dziwne zresztą.

Ta książka, to jak wyprawa do Toskanii, bez ruszania się z kanapy czy fotela…Czytając ją miałam wrażenie, że słyszę ogłuszający hałas cykad, czułam promienie słońca na twarzy i wraz z Frances i Edem niespiesznie podjadałam oliwki podczytując dobrą lekturę na tarasie…
Przy okazji kilka chyba wartych wypróbowania toskańskich przepisów, więc lubiący eksperymenty w kuchni też coś znajdą dla siebie.

Mnie się podobała i polecam;)