„Postrzyżyny”, Bohumil Hrabal.

Pisałam kiedyś, że z prozą czeską jakoś się nie znam i że to prawdopodobnie błąd, dlatego powoli nadrabiam sobie tę stratę. "Postrzyżyny" słyszałam jakiś czas temu, kiedy w Radiowej Jedynce wspaniale interpretowała ich fragmenty Anna Dereszowska (tak przy okazji, niesamowita jest siła interpretacji, można książkę wzbogacić a można położyć ją kompletnie). Wtedy bardzo zachciałam przeczytać owe "Postrzyżyny"…zerknęłam w księgarni,ale nie znalazłam. Jakoś temat się rozmył i oto, szukając wśród książek na półkach, tych "do przeczytania", sięgnęłam w głąb i w moich rękach znalazła się książka na grzbiecie której ujrzałam nazwisko Hrabal. Najpierw zobaczyłam tytuł "Pociągi pod specjalnym nadzorem", ale także, coś drugiego i oto, jak na jakieś moje prywatne zamówienie , zobaczyłam, że drugie są właśnie tak wyczekane przeze mnie "Postrzyżyny". To książka z serii wydawanej przez Wyborczą jakis czas temu. Ucieszyłam się ogromnie i oczywiście od razu zaczęłam czytać.
Książka, nawiasem mówiąc, moja rówieśnica, stanowi część pierwszą trylogii nymburskiej…
I co tu dużo kryć, wsiąkłam. Proza Hrabala złapała mnie za ręce i nie puściła…zachwyciła…tym językiem, którym niby to zwykłe sprawy, drobne rzeczy autor umie oddać w taki sposób, że chce się go czytać i czytać i czytać i nie przestawać………
"Postrzyżyny" to w pogodny, humorystyczny sposób opowiedziana historia Marychny i jej męża Francina, kierownika browaru…Maria jest jakby dzieckiem w ciele dorosłej kobiety, a na pewno nie jest stateczną matroną, jaką chciałby w niej widzieć Francin, zakochany w niej najbardziej, kiedy żoneczka zalega chora i kiedy to Francin może sprawować nad nią należytą opiekę.
Marychna , o dwumetrowych , rudych, pięknych włosach, które stanowią ozdobę jej samej i jak się okazuje, jest lokalnym kolorytem małego miasteczka, jest nieposkromiona i spontaniczna, robi, co przyjdzie jej do głowy (aczkolwiek wydarzenia z psem nie mogłam jej darować)…to ona z bratem męża podcina stół w krzywy sposób, to ląduje na dachu przy kominie i to ona wreszcie decyduje się na niesamowity krok. Otóż, decyduje się wybrać do ulubionego fryzjera i ściąć owe piękne włosy…czyżby pierwszy krok w prawdziwszą dorosłość?
A może tylko jej kolejny numer, jaki wycina Francinowi?
Tak, czy inaczej, obcina się i zjawia u męża, który nie może pojąć, jak mogło do tego dojść, tak jest zszokowany.
I oto cała sytuacja kończy się iście po hrabalowsku, pozwólcie, że zacytuję:

"A Francin przyskoczył nagle do mnie, przegiął mnie przez kolano, podniósł mi spódnicę i zaczął mnie smagać po tyłku(…). W końcu Francin postawił mnie na ziemi, opuściłam spódnicę, Francin był piękny, nozdrza mu drżały zupełnie tak samo jak wówczas, kiedy poskromił spłoszone konie.
-Tak, moja panno-powiedział.-Zaczniemy nowe życie!"

I tego im właśnie ze szczerego serca życzę;)

Tym, którzy nie znają- polecam!

oczywiście nie mogłam się oprzeć…

…i nabyłam wczoraj w tańszej książce dwie , między innymi "Pod słońcem Toskanii", niech tam, zobaczę, czy tak, jak chyba Tani pisała, tak koszmarnie tłumaczona…
A propos nie mogłam się oprzeć, jakiś czas temu wstąpiłam tylko pooglądać kolczyki w biżuterii etnicznej w Galerii…i zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale one mnie wołały, normalnie mówiły "weź nas"…no i jedna para wylądowała u mnie. Są super, dość delikatne, srebrne z kordierytem…co oczywiście brzmi dość dziwnie w sytuacji, kiedy co i rusz jedno ucho odmawia współpracy, ale ostatnio, odpukać, jakby lepiej i może siłą woli wyleczę, bo mam wielką ochotę przymierzyć wreszcie tamte kolczyki….na razie ciągle je biorę do ręki i oglądam i napatrzeć się nie mogę, tak mi się podobają.
Miłego, spokojnego weekendu Wam życzę;)