O, widzę, że z Patekku dałyśmy temu kryminałowi na biblionetce taką samą ocenę, czyli dobra. I widzę, że zgodzę się z Patekku, a raczej z jej recenzją książki na Jej blogu.
Bo i faktycznie, schematyczność bije. Szczerze mówiąc, zaczyna mnie przynajmniej, trochę to nudzić, jeśli w każdej książce pojawiają się dokładnie te same "typy" postaci, które wikłają się w podobego kalibru związki. Co, niestety, czyni książkę przewidywalną. I niestety, pewnych spraw domyśliłam się szybko.
Szkoda.
Rzecz dzieje się jak zawsze w małej wiosce. Ginie, okrutnie zamordowany jeden z mieszkańców wioski, co ludzie na początku chcą wziąć za przypadkowy atak, nie zaplanowaną zbrodnię. Jednak do policji dochodzą pewne informacje. Z domu byłego proboszcza, ginie podopieczna. Ów mężczyzna stworzył tam miejsce, gdzie chce dokonywać czegoś w rodzaju społecznej resocjalizacji i właśnie jedna z podopiecznych ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jakiś czas potem kolejne wydarzenia zaczynają sugerować, że pierwsza zbrodnia nie była przypadkowa. Do akcji wkracza Barnaby wraz z jak zawsze irytującym mnie do granic maziajowatym Troyem. Wkraczają do akcji i udaje im się, jak zawsze, rozwiązać sprawę.
Nie powiem, że źle mi się czytało, ale jednak lubię element zaskoczenia w kryminale, a tego mi tym razem zabrakło…
w historię najnowszą Kabat…
…a raczej obszaru Lasu Kabackiego wpisane jest i to wydarzenie. Katastrofa samolotu w lesie…
Mimo, że wtedy nawet nie śniłam, że kiedyś będę mieszkać w tej okolicy, to na dalekim Żoliborzu też byliśmy poruszenie. Pamiętam, siedziałyśmy wtedy w mieszkaniu mojej o rok młodszej przyjaciółki i wraz z jej siostrą omawiałyśmy sprawę, przeglądałyśmy gazety, które wtedy miały całe DODATKI złożone z nekrologów, a nasi rodzice w sąsiednim pokoju wspominali również tą wcześniejszą katastrofę, podczas której zginęła Anna Jantar.
Pamiętam jak dziś te historie, które przy tym opowiadało, o babce, która chciała przewieźć więcej futer, niż można było , celnicy jej nie wpuścili i zrobiłą im awanturę, po czym podobno potem rzucała im się na szyję i wyła podziękowania. Pamiętam opowieść o młodziutkiej stewardessie, która zamieniła się na dyżur z przyjaciółką, bo akurat chciała kupić materiał na ślubną suknię, gdyż niedługo miała brać Ślub. Pamiętam te nekrologi w gazetach, bo były bardzo emocjonalne i pamiętam, jak Gośka wyszukała wtedy, że podczas lotu zginęła kobieta, która urodziła się jeszcze w dziewiętnastym wieku…
Dla jedenastolatki jest to pewnie mniej przerażające, niż jakby zdarzyło się to teraz…
Byliśmy na miejscu pamięci tej katastrofy raz, lat temu wstecz chyba …4…był piękny sierpniowy dzień, jeden z długiego weekendu, postanowiliśmy pójść zobaczyć pomnik pamięci ofiar (drugi, stoi na Cmentarzu w Wólce).
I tak, jak pewnie na codzień jest tam cisza i spokój, to my zobaczyliśmy raczej coś innego. Jakby czas się mocno cofnął. Młodą dziewczynę, która płakała , zawodziła okrutnie, wręcz rzucając się na pomnik i szlochając "tyle czasu, tyle czasu!"…Pamiętam, że oczywiście poryczałam się, bo straszne to wrażenie na mnie zrobiło…
Nie boję się latać. Wiem, że nie zginę w katastrofie lotniczej. O wiele bardziej boję się polkich dróg, szczególnie w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy siadają za kierowcami pijani Polacy. Ale nie boję się również dlatego, że mam złudne poczucie, że teraz mamy lepszy sprzęt. Kupiony od firm, które jak ówczesne ruskie, nie będą się migać od odpowiedzialności i wmawiać, że wot przypadek…
Dzisiaj mija 20 lat, odkąd to się zdarzyło…
Nie zapalę wirtualnej świeczki, bo jakoś nie mam tego zwyczaju ale po prostu, pomyślę o nich dzisiaj…
Poniżej artykuł z gazety na ten temat:
