poszłam dzisiaj do lekarza. Odwlekałam u niego wizytę, bo ostatnio lekarzy mam przesyt. Ale poszłam. Trochę się cykałam, że będzie niemiły, bo mam to "szczęście", że jakoś sporo takich niefajnych spotkałam. Weszłam do gabinetu. Facet okazał się pięćdziesięcioparolatkiem w bluzie z rockowymi akcentami, zajebistych modnych oprawkach okularów, pijącym kolejną (jak nam wyznał) tego dnia kawę. Przy tym wszystkim okazał się nie dość, że kompetentny, to jeszcze bardzo sympatyczny (chociaż nie jestem pewna, czy dyskusja o rodzajach win na koniec wizyty powinna mieć miejsce;). Strach ma wielkie oczy i w tym przypadku to powiedzenie zdecydowanie się sprawdziło;)
