Wracamy ze spaceru. W drzwiach do klatki schodowej mijamy się z "ulubionym" sąsiadem z góry. Tym, co nam hałasuje z rodzinką do społu i który, jak zdradzili nam sąsiedzi mieszkający z nim naprzeciwko, nigdy im się nie odkłaniał na "dzień dobry" aż zaprzestali im mówić owe "dzień dobry". Ja zła, bo go nie lubię i nawet mijać się nie lubię. Mijamy go, kiedy sąsiad wydaje z siebie odgłos "gwrbrw"…chyba do nas. P. mówi "dobry wieczór". Jadąc windą zastanawiamy się.
Ja: "Co to było?"
P. :"Chyba powiedział nam dobry wieczór".
Ja: "Eee, chyba kaszlał"…
kurtyna.
ślubny rotfl;)
Tak się czasem zastanawiam, jak my się w ogóle z tym moim P. te ponad siedem lat temu pobraliśmy i że cholercia wie, może my w ogóle jakiś nielegalny Ślub mamy?:) Taka refleksja po audycji w mojej Jedynce na temat małżeństwa, ale okazało się,że bardziej na ślubie dzisiaj skupionej…No i po czasem, z rzadka, lekturze zajmującego forum Ślub i Wesele, które przyprawia mnie głównie o spazmatyczne ataki niekontrolowanego śmiechu.
Ale , ale, ja tu sobie dworuję, a przecież to ja mam problem;)
Bo tak, zaczęło się już źle, muszę P. powiedzieć, że oświadczył się bez fasonu;) Bo co to za oświadczyny bez firmy to organizującej (tak, tak, pan w radio powiedział, że i przy tym pomagają , ciekawe, stoją za facetem w knajpie, czy gdzie tam i podrzucając tekst? niedosłuchałam chyba, bo rozmawiałam z przyjaciółką , która właśnie wróciła z zielonej i pięknej Irlandii). No więc , oświadczył się sam wszystko orga
nizując, bez cyrku dla rodziny, po prostu we dwoje. Już minus;) po drugie, to straszne, ale dostałam skromny pierścionek ! (Powinnam go za to koniecznie opieprzyć:). Cóż z tego, że diamenty dostaję teraz, skoro przecież powinien wtedy się szarpnąć, wykosztować i w ogóle;)
Po trzecie, Ślub a raczej przygotowania, organizowaliśmy sami i to dosłownie, bo dziwnym trafem nawet jakichś tłumów chętnych do pomocy nie było, więc większość spraw sami załatwiliśmy i okazało się, że się dało.
Mąż widział mnie w sukni przed Ślubem (straszne;), wiem!), obrączek w Kościele nie podawały nam dwa gołąbki;) wesela (moje osobiste brrrrr) nie było, a fajna kolacja po. No, dramat. W dodatku , cóż za nietakt, nie uważam Ślubu za "najpiękniejszy dzień w moim życiu"…zabiegany, o tak, to lepsze słowo, bo i wyjazd do fryzjera, i stylistka (jedyny chyba rozpustny akcent, na jaki sobie pozwoliłam;), potem fotografie i jazda na Ślub…Jak już kiedyś tu pisałam, wciąż uważam, że ów "najpiękniejszy dzień mego życia" przede mną…i mam nadzieję, że niejeden.
Tak naprawdę, wyszło wszystko fajnie, oprócz obrączek, przy których jubiler oszust nas wykiwał,ale to długa historia i nie chce mi się nawet pisać. Jedno radzę tym, którzy szykują się właśnie do ceremonii, zostawiajcie wszelkie rachunki i nie zgubcie ich nieopatrznie, jak to my zrobiliśmy, bo nawet nie mogliśmy reklamacji złożyć po latach.
Hmm, ciekawe, czy przy tych wszystkich brakach jednak ten nasz Ślub jest ważny?:)
