notka o…

o pisaniu na bloxie.
To tak informacyjnie, bo wiem, że czasem niektórzy się dziwią, czemu ich komentarz się nie pojawił. Zdziwienie dotyczy raczej osób, które bloga na blox nie posiadają. Z prawdziwą niestety przykrością donoszę bowiem, że pisanie tu nie należy do relaksujących.
Nie wspomnę, że nauczyłam się kopiować wpis przed dodaniem go jako nowy, bo parę razy po prostu blox go nie wstawił. Nie, bo nie. I już.

Jednak niestety równie nieciekawie jest , jeśli chodzi o komentarze. Bowiem, jak się zorientowaliście, od dłuższego czasu zezwoliłam na pisanie komentarzy osobom niezalogowanym na gazecie. Stwierdziłam, że dlaczego ktoś ma być zmuszany do zakładania sobie konta (by the way, gazetowa poczta, to osobna historia, niestety:(  na gazecie, niech ma możliwość pisania. Żeb jednak uniknąć uciążliwego spamu, skorzystałam z opcji, która ma jemu zapobiegać. Innymi słowy, jak Wiecie, trzeba przepisać cyfry plus jakieś literki i wtedy komentarz się ukaże.
Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że uwaga uwaga, nie ma szansy, żeby numerek został zaakceptowany od razu. Praktycznie chcąc odpowiadać na Wasze komentarze, muszę najczęściej trzykrotnie wpisywać te numerki i zaczyna mnie powoli trafiać…
Domyślam się, że Wy , przy wpisywaniu komentarzy , możecie mieć podobną sytuację. Ja już nauczyłam się patrzeć, czy wypowiedź wklejona została, bowiem najczęściej czytam komentarz (wpisz poprawnie, mimo, że oczywiście robiłam to jak trzeba). Kiedy się nie wpisze ponownie tych cholernych cyferek często komentarz delikatnie mówiąc, trafia szlag i wysyła w wirtualny niebyt.
Tak więc, jeśli zostawialiście jakiś komentarz a go nie ma, to nie z mojej złej woli a jedynie z winy działania bloxa, niestety.
To tak informacyjnie, bo wiem, że czasem ktoś ma ochotę napisać komentarz a tu nic z tego nie wychodzi…

zakazane lektury?

Niedługo zamiast zakazanych piosenek będziemy mieć być może zakazane lektury…
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4190213.html
i nie, nie uważam, że przesadzam. Uważałabym jakieś półtora roku temu. Teraz już mnie niewiele zdziwi…

A już "Kafka" mnie powalił kompletnie. Chyba za całokształt mu się dostało. Bo kochana władzo, na pewno nie dlatego, że był Żydem, prawda??

RATUNKU….paranoja wokół mnie.
Boję się sięgać do gazet.
No strach mnie ogarnia, co się dowiem.
I żeby było dość, powiem, że w przeciągu raptem trzech dni dobiegły mnie właśnie ze trzy przynajmniej takie paranoidalne wiadomości, o Tinky’m, który ma być gejem za to, że nosi damską torebkę, o cenzurze "Małej Brytanii" (czy prawo autorskie jakoś tego nie określa? bo nie chce mi się wierzyć, że cenzor amator zwrócił się do BBC z prośbą i zmianę) i ta o lekturach, którą słyszę od rana w radio……..

Nie mam nawet gdzie wyemigrować;( z Australii już zrezygnowałam dawno temu a na Wyspy mnie nie ciągnie;(((

„Zakochany Paryż”, reż. rozmaici.

"Zakochany Paryż", to bowiem projekt, nad którym pracowało 20
reżyserów, którzy w sumie stworzyli opowieści z osiemnastu dzielnic
Paryża.


Nie podoba mi się tytuł polski, bowiem sugeruje , że nowelki dotyczyć
będzie tylko stanu zakochania, a więc miłości raczej
erotycznej…Natomiast bardziej pasuje mi tytuł oryginalny, mianowicie
Paris, je t’aime… Poszczególne nowele opowiadają bowiem o miłości w
rozmaitych jej aspektach od miłości między kobietą a mężczyzną, przez
miłość macierzyńską, aż po miłość do miasta, czy autora…Mamy też
smakowity horror w konwencji niemieckich horrorów z lat 20-stych , ale
i historię o mimach, przedstawienie miłości do życia jako takiego i
wiele innych…


Wśród reżyserów odnajdujemy między innymi Toma Tykwera, Tani, wiem, że
jeśli nie widziałaś, jego nowelka spodobałaby Ci się. Nareszcie coś
nieco innego, niż ona walcząca o niego aż do utraty sił i tchu;)


Film podobał mi się właśnie za pomysł, za te krótkie filmy, których jest, o ile się nie mylę, osiemnaście właśnie.


Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa filmy o miłości macierzyńskiej.
Ten w którym rolę matki po stracie synka zagrała Juliette Binoche i
ten, w którym pokazana jest historia emigrantki z jakiegoś
hiszpańskojęzycznego kraju, która wstaje skoro świt, aby oddać swoje
dziecko do żłobka całodziennego, żeby pędzić na szóstym biegu do domu
bogatych ludzi, w których opiekuje się cały dzień dzieckiem w wieku
swojej własnej córeczki.




Każdy filmik ma w sobie to "coś", co sprawia, że staje się ciekawy.


Każdy na swój sposób oryginalny, każdy z nich pokazuje nam rozmaite oblicza miłości, uczucia, utraty miłości…




Podejrzewam, że jeszcze większą radość mają miłośnicy Paryża, a wiem,
że odwiedzają mnie tacy (Madymail, ukłon w Twoją stronę;)…jako, że
całkiem sporo, jak na film , oczywiście, miasta tam widać, a na pewno
dla kogoś, kto zna je, jak własną kieszeń. Ja przynajmniej lubię w
filmach odnajdywać miejsca, w których kiedyś byłam, gdzie spacerowałam.




Mnie się podobało i bardzo polecam tym, którzy nie widzieli.

„Księżyc i Anioł”, Gina B. Nahai.

Moja półka z książkami, które czekają na swoją szansę jest dość spora. I fakt, że książki stoją na niej w dwóch rzędach nie ułatwia tym z głębi ujawnienia się często. Ostatnio przeglądając, co tam jest wyciągnęłam "Księżyc i Anioł". Pamiętam, że nawet moja Mama już ją sobie pożyczyła, czytała, podobała jej się, a ja jakoś zwlekałam. Ale ponieważ dawno temu poleciła mi ją znajoma z FK forumowiczka, która co jak co, ale na książkach znała się, jak mało kto, więc nie wątpiłam, że będzie to dobra lektura.
I? Nie myliłam się…
Niezwykła jest to bowiem książka! Gdybym wiedziała, że tak niezwykła, pewnie sięgnęłabym po nią wcześniej.
Jako, że autorka urodziła się w Iranie, a potem przeniosła do Stanów, w jej prozie wyraźnie midać takie przemieszanie motywów i myśli Wschodu i Zachodu i tworzy to naprawdę ciekawą mieszankę…

"Księżyc i Anioł" opowiada o miłości, losie i przeznaczeniu. O młodziutkiej Roksanie, która kiedyś opuści swoją rodzinę i malutką córeczkę, aby , jak jej się zdaje, nie przekazać jej złego losu. Również dlatego, że jak sama stwierdzi nie kochała swojej córeczki dostatecznie mocno…

W jakiś sposób chciała oszukać przeznaczenie, jednak okazuje się, że, jak sama mówi na końcu "było wiele możliwości , a ja wierząc, iż jestem skazana, pozwoliłam im się zmarnować"… Otóż owa ucieczka, chęć oszukania przeznaczenia, okazała się najgorszym rozwiązaniem…czasem dobrze jest jednak uwierzyć, że na sporo spraw w swoim życiu mamy bardzo decydujący wpływ i stanąć z życiem twarzą w twarz…

To również opowieść o porzuconej córce, Lili, która nie mogła do końca uwierzyć, że jej ukochana matka będzie w stanie ją porzucić…co jednak się stało.

Trudno opisać jej, o czym jest ta niezwykła książka. W każdym razie dla chcących przeczytać coś zupełnie innego, niezykłego, z niezwykłym stylem, klimatem , polecam!

Pozwólcie, że na koniec cytat z niej zostawię, słowa, które chciałabym powiedzieć Roksana do opuszczonej przed laty córki Lili:

"Chciałabym powiedzieć Lili: Jest we mnie smutek ukryty tak głęboko, że nie umiałabym go nawet nazwać. To smutek mojej matki, a przed nią i jej matki-łzy padające do zielonego flakonu i wypijane w samotności. Nie chcę dać mojej córce takiego dziedzictwa. Nie chcę zostawić ci łez. Dlatego odeszłam-aby w twoich oczach nie było smutku.Ale to nieprawda, że poświęciłam się dla ciebie. Nie myślałam wtedy o tobie. Podążyłam za własną potrzebą,(…)pragnęłam położyć kres szaleństwu.
Dopiero po powrocie zrozumiałam, co straciłam."


——————

Dodatek-ostatnio zupełnie przypadkiem wpadła mi w łapy jej pierwsza książka, wydana w tańszej wersji kieszonkowej, "Pawi Krzyk" i teraz ją czytam. Mam ochotę pozostać w tych klimatach egzotyki, Wschodu, zupełnie innej kultury, mentalności i spojrzenia na otaczający mnie świat…

„Lustro”, reż. Seong-ho Kim.

Czyli kolejny horror z Azji, tym razem z Korei. Sięgam teraz praktycznie chętnie po większość horrorów z Azji właśnie, nie tylko po japońskie.
Dom handlowy Dreampia ma być ponownie otwarty po zamknięciu go po pożarze rok wstecz. Na parę dni przed wznowieniem działalności ginie jedna z młodych pracownic sklepu. Popełnia ona w dość nietypowy sposób samobójstwo w jednej z toalet. Jakiś czas potem ginie następny pracownik sklepu popełniając również w dziwny sposób samobójstwo. Pozostaje zadać sobie pytanie, czy mamy do czynienia z samobójcami czy też może z seryjnym mordercą…a może z czymś jeszcze innym? Wszystkie ofiary bowiem giną przy lustrach.
Szef sklepowej ochrony to dawny policjant, który odszedł ze służby po dramatycznych wydarzeniach w przeszłości. Teraz do sprawy oddelegowano policjanta, którego osobiście zna szef ochrony. Czy uda im się odkryć, kto jest sprawcą owych mordów? Czy będą w stanie razem współpracować? A może wydarzenia z przeszłości zaciążą na ich relacjach prawie aż do niezwykłego zakończenia filmu?
Miłośnikom kina azjatyckiego, szczególnie horrorów mogę polecić.

Valencia!

Nenuś, dziękuję za pocztówkę. Szła długo,ale doszła;) Mówiłam, że na szczęście , pocztówki entuzjazmu nie wzbudzają na poczcie;)
Za to mnie przybyła do kolekcji.
Dziękuję za pamięć!

Polonia na obczyźnie…

…nie tylko pod wpływem ostatniej sytuacji (niektórzy wiedzą, o co chodzi) zastanowiło mnie, jak tam zmieniła się nasza Polonia na obczyźnie. Bo to i znowu się fala wyjazdów zaczęła, więc temat wraca. Jako, że ja tu, w kraju, wypowiedzieć się nie mogę, ale ostatnio zauważyłam, że sporo moich gości czyta mnie i pisze do mnie z zagranicy i ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z Polonią. Dobre, czy złe? Ja znam tylko opowieści z lat osiemdziesiątcyh dotyczących głównie Polaków w Stanach i tamte jakoś dziwnie grozę głównie moją budziły. Że nie wspomnę o wyjazdach do krajów typu Irak, czy Libia, gdzie cudze żony potrafiły na stałe zaopiekować się wysłanymi aby zarobić na chleb i dom w Polsce, mężami.
Doświadczenia Margi już znam, pamiętam z Jej bloga, nie są dobre, ale może w innych krajach jest lepiej?
Z moich znajomych z Polakami na obczyźnie trzyma tylko moja przyjaciółka z Australii, ale tam już w drugą stronę skrajnie, bo żadnych przyjaźni z Australijczykami nie poczyniła, a mieszka tam od prawie 20 lat…
No, to jak to jest z tymi naszymi rodakami za granicą?

zabieganie…

Taka reklama ostatnio pojawiła się w sieci…reklama niby sieci a czy nie trącaca reklamą społeczną? Takie miałam wrażenie po zobaczeniu jej pierwszy raz…Czy to nie syndrom naszych zabieganych współczesnych czasów? Kiedy kolejna rada nadzorcza, zebranie, teambuilding przeszkadzają w nawet najdrobniejszym kontakcie z najbliższymi? Czy nie gubimy się w tym zabieganiu?
Podoba mi się ta reklama. Wiem, że trochę jest "przejaskrawiona", ale chyba celowo.
Nie warto się zagubić…