Wczoraj uskuteczniliśmy. Wieczorem usłyszeliśmy jak ktoś wbija gwóźdź w ścianę. Dziwne, ale być może coś mu spadło i wiesza. Okazało się jednak, że to nie wbijanie gwoździa, a pukanie do nas do drzwi. Była to sąsiadka z piętra wyżej, ale nie ta nad nami. To taka młoda dziewczyna, która kiedyś nawet tuż po przeprowadzce oglądała nasze mieszkanie i zachwycała się rozwiązaniami. Przyszła spytać o pewne techniczne szczegóły, konkretnie, jakiś namiar na architekta wnętrz. I okazało się, że oni się niebawem wyniosą. Nie dziwne w sumie. Z pół roku temu urodziła im się trzecia córka, a niby pokoje cztery, ale mówi, że się przestali mieścić. Tak więc kolejna sąsiadka nam zniknie…Już ta obok nas , która wyjechała do narzeczonego a chyba męża do Włoch, mamy wrażenie, że zaszła w ciążę, tak, jak ją ostatnio widzieliśmy. Teraz oni. Nie będziemy już znać żadnych kompletnie ludzi. Bo do tej pory to właśnie z dziewczyną obok i nimi mówiliśmy sobie "dzień dobry"…Ale nie dziwię się, że zmieniają lokum. Nie bardzo sobie w naszym metrażu dwoje dzieci wyobrażam a już trójka? Kupili połówkę bliźniaka, niezły metraż, teraz tylko chcą go zacząć szykować, a że wskoczyli na miejsce kogoś, kto nie dostał kredytu, tak więc szukają na szybko architekta wnętrz.
Przy okazji oplotkowaliśmy tych nad nami. My się poskarżyliśmy, że tacy hałaśliwi, oni (a mają ich vis a vis), że strasznie gburowaci, że nie odpowiadają im na "dzień dobry", tak więc nie tylko my ich tak kiepsko odbieraliśmy…
szkoda mi się trochę zrobiło, że się wynoszą kolejni chociaż trochę znajomi sąsiedzi, bo samotnie się tu zacznę czuć…
