Rosenstolz, „Kassengift”.

Kolejna płytka od Margi zanalizowana na spokojniej. Na tej płycie utworem , który najbardziej mi się podobał był utwór numer 12 , czyli"Sag doch", potem numer 5, czyli "Septembergrau", ale także 2, czyli "Bastard" (Marga, czy po niemiecku to też znaczy "bękart"??), 4, czyli "Amo Vitam", 7 czyli "Es is vorbei", 8-"Engel der Schwermut", 9-"Du atmest nicht"…Nieco inny styl, niż Silbermond, ale też mi się podoba.

Strona zespołu :

http://www.rosenstolz.de/

„Imię Róży”, Uberto Eco.

Mając lat piętnaście zdarzyło mi się trafić na literackiego guru. A tak;) Zupełny przypadek. Osoba, którą znałam. Nastolatek, no, już dwudziestolatek , prawie członek rodziny. Który, nie wiem, czym się kierując, najpierw być może chciał zobaczyć, czy taka smarkula jak ja zmoże takie lektury, a potem chyba sam tym zafascynowany, podsuwał mi smakowite literackie kąski. Raczej wątpię, czy ówczesne moje rówieśniczki czytały coś , co wtedy ja pochłaniałam. Raczej wątpię. Jeśli już coś czytały, była to nowość, zaczęta wtedy być wydawana "Dziewczyna", polska edycja "Bravo" i raczej to krążyło.

Wtedy to pamiętam, zaproponował mi masę fajnych książek, które do dziś z sentymentem wspominam, Orwella, Vonneguta, "Władcę Much", "Młode Lwy", "Mistrza i Małgorzatę", "Imię Róży"…i wiele innych.

W zeszłym roku postanowiłam skonfrontować swoje wspomnienia o "Mistrzu i Małgorzacie" a niedawno o "Imieniu Róży"…

No i oczywiście, wyszło znowu na plus dla książki. Aczkolwiek , przyznam się, skupiłam się głównie na wątku kryminalnym, ale przecież, jako czytelnikowi, wolno mi? Na tym urok książki polega, że można ją czytać na swój własny sposób, odbierać z niej to, co się chce, wyjmować, jak smakowitą czekoladkę z pudełka. Adso i Wilhelm prowadzili więc skomplikowane dochodzenie w 14-wiecznym opactwie, śledztwo, które prowadziło do biblioteki , w otoczeniu ginęli kolejni mnisi, toczyły się wewętrzne walki w opactwie, toczyły się teologiczne dysputy, a ja chłonęłam sobie książkę. Która jest napisana rewelacyjnie. W fantastycznym stylu. I w dodatku tłumaczenie Adama Szymanowskiego jest rewelacyjne. Bardzo smaczna książka, z rodzaju tych, które można kroić i zajadać się nią wręcz;)
Potem przeczytałam posłowie od autora i zadumałam się, jak fajnie by było uczęszczać na wykłady Eco. Jak ciekawe muszą być…I jakimi szczęściarzami są ci, którzy mogli na nie chodzić. Z takimi wykładowcami nie ma nudnych tematów…no, ale tacy trafiają się pewnie nie tak znowu często.

Nie sądzę, że muszę komukolwiek polecać tę książkę, ale jeśli ktoś przypadkiem nie czytał, to? Do biblioteki albo księgarni marsz;)