Na jednym z blogów skomentowałam wpis , zostawiając odpowiedź o tym, że swego czasu przyjaciółka w liceum zrobiła dla mnie obraz z japońskimi motywami, coś w rodzaju kolażu…Padło pytanie, czy już wtedy interesowałam się Japonią…raczej trzeba by się spytać, czy był czas, kiedy się nie interesowałam?:) Pisałam kiedyś już o tym na forum japońskim, moje "początki" datuję na czas, kiedy ojciec pokazał mi przyniesiony z pracy zegarek. Elektroniczny. Japończycy odwiedzali ich zakład pracy w ramach wymiany doświadczeń (chyba złe określenie, bo nie wiem, czego mogli się oni u nas nauczyć w tamtych czasach, chyba tylko pogratulować sobie rozwoju) i zostawili kilka takowych zegarków, które rozlosowano jakoś pomiędzy pracowników. Zegarek był super i oczywiście jak na tamte czasy świetny. żadna tam plastikowa tandeta. Na eleganckiej biżuteryjnej bransolecie, z rubinowym ekranem, który rozświetlał się pokazując godzinę, kiedy nacisnęło się z boku przycisk. Praktycznie mógł uchodzić za elegancką biżuterię. A wszystko to w czasach, kiedy u nas o czymś takim nawet pomarzyć nie można było…A potem, jak miałam osiem lat, w TV pojawiła się "Oshin" (czy kiedykolwiek jakaś telewizja powtórzy ten serial? wątpię…) i …wsiąkłam w japońszczyznę na dobre…
La vie est une chanson…
…czyli coś, na co wzięło mnie od paru dni…Piosenka francuska. Wyszło sobie w 2001 wydanie najlepszych piosenek francuskich, pod tą właśnie nazwą, czyli "Życie jest piosenką". Dwupłytowy smaczek.
Dla tych, którzy wątpią, życie faktycznie jest piosenką. Przynajmniej życie we Francji. Tak, jak nie bardzo mnie tam ludzie zachwycili, to jedno wiem, to jest najlepszy język dla piosenki. I basta;) I tak oto od paru dni zachwycam się i słynnymi parolami;) czyli "Paroles, paroles" i "La Madrague", i "Viens, viens", i "Emmanuelle"…i wszystko to nagrane dawno, dawno temu a jak znalazł. Ja się oczywiście domyślam, że nie wszystkich taka muzyka zachwyca, ale mnie tak…i od razu myśli mi szybują do Francji…do Paryża Edith Piaf, która zmarła na raka mając przy sobie dużo młodszego mężą (kiedy pobierali się wrzało, a to on podobno stał się jej najlepszym wsparciem i przyjacielem w tych ostatnich, najgorszych chwilach), do Francji nie tylko Paryża, ale prowincjonalnej, która mnie zachwyciła. Nic na to nie poradzę, że chętnie zamieszkałabym sobie w jakimś małym francuskim mieście, wcale nie metropolia tam mnie kusi…ot, mała winniczka i mały domek i…czegóż chcieć więcej?:)
Tak więc, cieszmy się życiem, jak francuską piosenką, smakujmy je, jak wino francuskie, jak te wszystkie radości w tych piosenkach wyśpiewane, czasem wykrzyczane emocje. Ono jest piosenką……..
lekki wpis…
…bo tak. Mam ochotę na lekki wpis.
Wczoraj pospacerowaliśmy po okolicy. Jednak, co by nie mówić o Kabatach, to cenię sobie to poczucie bezpieczeństwa (ja wiem, i to się z czasem będzie zmieniać, ale póki jest, korzystamy)…Pogoda była niezła, dopiero pod koniec spaceru z nieba zaczął sypać śnieg, który jednak szybko topniał, więc na kurtkach osiadł właściwie jako deszcz. Poobgadywaliśmy ludzi, o których wydawało nam się kiedyś, że byli znajomymo, a bardzo się na niekorzyść zmienili. Ciekawe, czy piekły ich uszy;)
Wygląda na to, że pojawiło się trochę nowych sklepów w okolicy. Między innymi nowy z materacami, ale i dekoracyjny i jakiś dla odchudzających się…za to ciągle brak jakiegoś nowego warzywniaka czy z wędlinami w bliższej okolicy. Otwiera się setny salon fryzjerski, w którym nigdy nic się nie dzieje a ludzie mogliby zbijać spore pieniądze, kiedy otworzyliby właśnie wyżej przeze mnie wymienione. Nie wiem, może to "eleganciej" brzmi, że "mam salon stylistyczno-fryzjerski" , niż "mam warzywniak":) Tak, czy inaczej dylać musimy na bazarek, a to wcale nie taki też rzut beretem, szkoda.
Sporo lokali ciągle w dwóch nowych blokach na wynajem, widać, że chyba ceny nie takie, albo nie ma z innych przyczyn chętnych (wyjechali już do Anglii czy Irlandii?)…zobaczymy, co tam się pootwiera. Ja oczywiście przewiduję milionowy w okolicy salon fryzjerski…zobaczymy…
