zła…

że bez kija nie podchodź. Takie mam od wczoraj wk…rwa…, że historia.
Jad kapie mi z pyska , wkurzenie nie mija na razie. Jak się na to wszystko kawy napiję, to już w ogóle…strach będzie się do mnie odezwać. A właśnie idę na kawę;)

Oddalam się, żeby Was nie denerwować;)

w hąkągu nigdy nie byłam księdzem…

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3950430.html

bardzo lubię słuchać wyników konkursu Srebrne Usta. Tegoroczne kandydatury są całkiem sympatyczne, hąkąng wesoły a oświadczenie Zyty Gilowskiej lakoniczne i twarde tak tylko, jak powinny być oświadczenia silnych babek;)
Z pozdrowieniami i również oświadczam Wam, że nigdy nie byłam księdzem;)

roślinne umawianki…

A może kwiaty rośliny mają swój tajemny język? Bo czym wytłumaczyć, że w zeszłym roku o podobnej porze roku zakwitł nam zamioculas i kaktus (zdjęcia na bloga wtedy nawet wrzuciłam obu roślin). A w tym roku o dziwo, znów Zamioculas nam zakwitł, na razie kwiat się przebija, a dziś rano zauważyłam, że ten sam kaktus, co w zeszłym roku, ponownie kwitnie…Może one się po prostu umawiają ze sobą na to kwitnienie?
Jestem podekscytowana, bo uwielbiam, kiedy roślina w domu hodowana kwitnie, to dla mnie znak, że dobrze się u nas czuje…

„Drapieżcy”, Graham Masterton.

Horror, horror proszę państwa. Nie, nie w sensie, że taka zła literatura, a horror z …(przecież nie napiszę krwi i kości), więc karty i druku?:)

Tak, czy inaczej horror. Czytywałam dotąd horrory praktycznie tylko Kinga, a tu przypadkowo na półce znalazłam otrzymaną z rok temu książkę i jakoś tak w nastroju na coś lżejszego byłam. Być może w dawnych czasach coś jego czytałam,ale kompletnie nie pamiętam.
Akcja "Drapieżców" rozgrywa się na małej angielskieh wyspie Wight, gdzie glówny bohater otrzymuje pracę przy renowacji starego domostwa, które onegdaj było sierocińcem. Bohater przybywa tam  z synem a dołącza do nich wkrótce młoda dziewczyna, Liz, która postanowiła w czasie wakacji dorobić sobie na wyspie pracując w Parku Ptaków Tropikalnych.

Niestety, dom od samego początku sprawia wrażenie nieprzyjemnego a z czasem bohaterowie nabiorą pewności, że nawiedzonego. Zaczynają dziać się w nim mało dobre rzeczy, tam i w okolicy zostają popełnione zbrodnie. Jak to w horrorze, zamiast natychmiast się wynosić, nasz bohater postanawia jednak zostać , co daje okazję do poznania mrocznej tajemnicy domostwa.

Lubiącym horrory, polecić mogę.

podejmuję rękawicę;)

czyli zabawę, w którą wciągnął mnie Adobi. Podobno trzeba podać 5 mało znanych faktów ze swego życia, a potem wciągnąć w zabawę 5 innych blogowiczów. No, to do dzieła:

1.nigdy nie kupiłam nic na Allegro i jestem z tym faktem całkowicie szczęśliwa.

2.Mam łapę do załatwiania wspaniałej pracy. Głównie innym. Może powinnam założyć agencję pośrednictwa pracy, czy coś?

3.mam ciche marzenie, aby kiedyś na mój blog trafił ktoś, kto zaproponowałby mi potem jakąś super pracę związaną z pisaniem na tematy książkowe lub podróżnicze*

*wybrane skreślić;0)

4.wierzę w miłość i nienawiść od pierwszego wejrzenia.

5.jestem wredotą chodzącą a jednocześnie idiotyczną romantyczką. Jak się okazuje, owe cechy doskonale mogą mieścić się w jednym ciele i duszy…

A teraz do zabawy chciałabym wciągnąć następujące 5 osób (wybrane te, których nie wybrali inni i blogi otwarte, wierzcie, że najchętniej poczytałabym Was wszystkich:0).

1.Raspberry-swirl,

2. Finetkę,

3.Patekku,

4.Clem,

5.Reiwsz.

living in the city….

Jedziemy sobie dziś wieczorem Alejami Niepodległości i nagle przy jednej ze stacji metra zauważamy jeszcze będąc dość daleko mrygające światła policji. Zbliżając się zauważamy straż pożarną, wóz transmisyjny , stosowny tłumek ludzi. Teren otoczony jest charakterystyczną zółtawo-czarną taśmą. Mnie, czytelniczki kryminałów, od razu do głowy przychodzi, że coś stało się w metrze, może jakieś morderstwo? Potem na myśl przychodzi mi atak terrorystyczny…Zaniepokojeni jedziemy dalej. Szukamy informacji w necie przez komórkę i okazuje się, że to tylko kolejny nieodpowiedzialny człowiek siadł za kierownicą samochodu. Taką ciężką miał nogę, że zniosło go z jezdni na chodnik, następnie zjechał schodami do stacji metra potrącając jakiegoś starszego pana, który właśnie wychodził ze stacji…
Nie skomentuje, bo nie chcę się wyrażać. Mam tylko nadzieję, że ten starszy pan nie odniósł bardzo poważnych obrażeń…

„Księżniczka i Wojownik”, reż. Tom Tykwer.

Poszłam za ciosem i skoro radziliście, to skorzystałam z okazji, że nadawano go w Ale Kino! i zobaczyłam. Powiem tak, podobał mi się, chociaż nie umiem napisać jakiejś konkretnej recenzji, na temat " o czym jest film i co reżyser miał na myśli, bowiem film jest z gatunku nieco zakręconych (lubię takie). Tym razem mamy chyba nieco starszą siostrę Loli z "Biegnij, Lola, biegnij", ale ciągle tak samo gotową poświęcić się dla faceta…(czyżby jakieś utajnione pragnienia reżysera do miłości aż tak pełnej poświęceń?:0). Pewnego dnia Sisi, na codzień pracująca z zamkniętym zakładzie dla osób chorych psychicznie,  staje się ofiarą wypadku. Życie ratuje jej tajemniczy nieznajomy (scena pod ciężarówką jest według mnie jedną z ciekawszych filmowych scen, jakie widziałam).
Sisi, choć lekarze twierdzą, że to niemal cud, dochodzi jednak do siebie i po opuszczeniu szpitala postanawia odszukać mężczyznę, który uratował jej życie.
Znajduje go i zaczyna się walka Sisi o mężczyznę, który skrywa w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Albo przynajmniej młodziutkiej Sisi tak się wydaje.
Bohaterka również skrywa pewne sekrety, o których dowiadujemy się w dalszej części filmu.
Film, jak już wspomniałam, dość zakręcony, ale podobał mi się jego klimat. Chociaż trochę denerwuje mnie ta stronniczość Tykwera i te jego bohaterki, które tak walczą o tych swoich mężczyzn, ale być może po prostu tak trafiłam w tych dwóch filmach…
Aż czekam na to, co napisze Tani na ten temat;)
Tym, którzy nie widzieli filmu-polecam.

Quand j’etais chanteur, czyli…

Chiara poleca. To w ramach piosenki francuskiej. Tak, znęciła mnie wtedy na tyle ta piosenka, że zanabyłam drogą kupna (przy okazji, jak nasz rynek przy takich cenach płyt ma nadzieję na walkę z piractwem? doprawdy nie wiem).
Soundtrack jest przeuroczy, taki, jaki powinien towarzyszyć francuskiemu filmowi , jak się domyślam, bowiem nie widziałam, o miłości. Piosenki są przyjemne, lekkie, wpadające w ucho (czy nie gadam, jak ci z "Rejsu"??:). W każdym razie oprócz numeru 4 , czyli tej, która tak mnie zachwyciła, "Pauvres Diables", jest wiele innych, naprawdę przyjemnych, nowych aranżacji znanych dotąd przebojów i płyta w sam raz na relaks weekendowo codzienny. Polecam miłośnikom piosnenki francuskiej, ale oczywiście, nie tylko.

urodziłam się…

nie, nie w Małkini, a w kraju, gdzie zima zajmuje całkiem sporą część roku. Ci, co mnie znają wiedzą, nie cierpię zimy. Nie dla mnie śnieg , szron na szybach, nie dla mnie mróz. To jakaś ironia losu, że ja, która mam nastroje i upodobania Południowca, urodziłam się w naszym kraju (mogło być gorzej w sumie, na przykład mogłam się urodzić w Nowosybirsku)…dziś na noc zapowiedzieli minus 14 C i mam już dość. Mam nadzieję, że to ostatnie takie zimowe uderzenie…nie, nie oczekuję śniegu, mrozu  podczas którego mam wrażenie, że lodowacieje mi każda komórka ciała, chcę już słońca, ciepła, chcę odczuć, że wszystko dookoła mnie budzi się do życia…