Shalu:)

wielkie podziękowania dla Shalu, która wczoraj dała mi "cynk" o programie o Japonii na TVKultura. Dzięki niej miałam naprawdę wiele frajdy, bo i o Murakamim była dyskusja i o wystawie w CSW w W-wie, i fantastyczny film dokumentalny Japończyków i ich stosunek do gaijinów i film o Tokio. Super! Shalu, nawet nie Wiesz, jaką wczoraj miałam radochę, dzięki, że o mnie pomyślałaś:)

Uffff…zakup dokonany;)

Mniej ufff, że kolejny w tym roku wydatek (przypominam, że w czerwcu padła lodówka również Candy), ale mam nadzieję, że będzie dobrze teraz, bo nabylismy Boscha. Podobno solidne. Oby!

Jo_orca, normalnie się śmieję, czyli widzę, że fartuchowe problemy są w Candy normalne, my na 7 lat użytkowania (uważam, że tylko 7), wymienialiśmy 4 razy fartuch. Poza tym, ewidentnie się psuła już i pod koniec prała nie tak, zmiana była w planach a dzisiejszy kaputt tylko przyspieszył akcję "zakup".

Niemniej jednak były pewne plany ale życie pokazało, że woli, żebyśmy wydali kasę na coś innego, więc z planami się pożegnałam. Cóż, życie. Dobrze, że zdarzyło się to w weekend, kiedy można było od razu pojechać do sklepu.
Nowa pralka ma być w poniedziałek…trzeba będzie się zapoznać z instrukcją, ale mam nadzieję, że jest przystępna.

shit happens…

…czyli po lodówce Candy rozpirzyło się kolejne dzieło tejże firmy, pralka.

A mówiliśmy o tym, że ją trzeba wywalić i nową kupić, bo mieliśmy dość niekończącego się z nią kłopotu i wymieniania po raz kolejny fartucha?

Ale nie, trzeba było poczekać, aż agonia stanie się faktem. No i mamy…kłopot. Jak się okaże, że pralkę też się będzie kupować miesiąc, to może stać się coś złego, jako,że z wszelakich robót nienawidzimy prać ręcznie i obawiam się, że na dłuższą metę to nie wyjdzie nic dobrego…

Czyli weekend ustawił nam się sam, rundka po sklepach agd, a o firmie Candy zapominam, nie istnieje już dla mnie. Spuszczam zasłonę milczenia na jej produkty.

Za oknem biało…

w nocy albo nad ranem musiało posypać nieźle. Wstaliśmy przed dziesiątą , to i śnieg nas zaskoczył. A wymiana opon dopiero w czwartek. To są jakieś tam jedne z nielicznych minusy posiadania najlepszego, jak mawiają nasi znajomi, samochodu na świecie, służbowego;) Z tym, że w tym roku pan od floty samochodowej w firmie P. chyba przespał prognozy pogody. Sama się dopytywałam P. jak to z tą wymianą będzie, czy już nie powinna być. No i skutek jest taki, że w czwartek dopiero, bo pan od floty się chyba przebudził ze snu wczesnojesiennego i jednak załatwił.

Podobno w poniedziałek ma już być powrót przyzwoitej pogody, ale i tak trochę się martwię, jak nam się będzie w weekend jeździć. Mam nadzieję, że dobrze.

A śniegu o tej porze roku nie znoszę. W ogóle, nie jestem fanką śniegu w mieście. Może jest milusio poza (chociaż wspomnienia znajomych z Mazur, którzy opowiadali, czym kończą się śnieżne burze, czy wichiry jesienno zimowe zdają się temu przeczyć), ale w mieście śnieg jest zbędnym elementem.

Jesień w toku, zima dopiero przed nami, a ja już nie mogę doczekać się wiosny …z roku na rok gorzej znoszę jesienie i zimy. Aż mi samej siebie żal.

Byle do wiosny!;)

Zaczęłam czytać książkę porzuconą w styczniu. Książka jest dziełem Noblisty, japońskiego autora Kenzaburo Oe, "Sprawa Osobista"…nie jest to optymistyczna lektura, nie wiem, czy to dobry pomysł, że po nią sięgnęłam…zobaczę, czy tym razem dotrę do końca. W styczniu odłożyłam, bo zbytnio mnie zasmucała i przygnębiała…

„Hotel Paradise”, Martha Grimes.

Czyli, daaawno się tak nie wynudziłam przy jakiejś książce. Nie wiem, doprawdy, jakiem było zamierzenie autorki, ale wydaje mi się, że pogubiła się, co konkretnie chce napisać, czy kryminał z tłem obyczajowym czy obyczajową powieść z kryminałem w tle. W rezultacie wyszła nuda moim zdaniem. A tak liczyłam na smakowite opisy życia amerykańskiej prowincji i niby były, ale…czegoś zabrakło. Na biblionetce ktoś dobrze ją podsumował, że jest to książka "przegadana" i dokładnie takie ja miałam wrażenie…

Książka opowiada o dwunastolatce, która chce rozwiązać tajemnicę śmierci jej rówieśnicy sprzed 40 lat. Niestety, akcja jakoś mało wciąga, jeśli miało to oddać leniwy styl życia amerykańskiej prowincji, to czytałam już parę innych książek, w których opisane to było lepiej.

Wynudziłam się i raczej nie polecam.

różne kręgi kulturowe…

…mają różne obyczaje, święta i inną po prostu mentalność. Taka refleksja naszła mnie po wpisaniu się na lokalnym forum o Halloween. Otóż, może to kogoś zdziwi, albo nie, ja tego święta u nas "nie widzę". Wpisałam się pod wpisem osoby, która zadała pytanie, "czy nie byłoby miło, gdyby to święto było radosne, jak w Meksyku". Po pierwsze, Wszystkich Świętych według mnie nie jest smutne, a raczej refleksyjne i …bardzo mi ta konwencja pasuje. Jest to taki dzień, w którym chwilkę się człowiek zaduma nad sobą, życiem. Wierzący, pomyślą o tym, co czeka ich gdzieś tam po życiu, niewierzący, czy zwyczajnie spełnili się tu na ziemi, jako człowiek, który był godzien szacunku , czy byli po prostu dobrymi ludźmi…

I nie, nie pasuje mi w tym wszystkim radosny rechocik przy zdobywaniu cukierków czy łakoci, świecące dynie, czy cukrowe czaszki do zjadania.

Pewnie, gdyby przyszło mi żyć w Meksyku, czy kraju anglosaskim, musiałabym się z tym świętowaniem na radosno bardziej oswoić, ale nie żyję w takowym kraju i uważam, że dobrze jest, że mamy jedno spokojniejsze święto w roku. A jakie jest Wasze zdanie na temat przyswajania Halloween do naszego kręgu kulturowego? Ma to szansę, czy nie? Fajne to, czy nie?

I oto mamy jesień…

taką właśnie, jak nie lubię, o jakiej piszę, że jej nie cierpię. Ni to zima, ni jesień. Pierwszy ni to śnieg ni deszcz za nami…ziąb, pesymistycznie.

Nic mnie do jesieni nie przekona, niestety;)
Ja chcę ciepła, słońca, zdecydowanie. To ironia losu, że urodziłam się w kraju, w którym jest 5 miesięcy zimna (liczę do marca, bo może w kwietniu już będzie znośniej?:0).

Byle do wiosny!

równowaga w przyrodzie…

…polega również najwtraźniej na tym, że na dni smutku i refleksji przypadają jakieś wieści weselsze. Tak więc, po otworzeniu poczty dzisiaj dowiedziałam się, że nasi znajomi wczoraj zostali rodzicami. Zdecydowanie wolę wiadomości o narodzinach , niż śmierci na przykład. Tak więc, niech Stanisław zdrowo im rośnie. Wznoszę toast herbatą;)

refleksyjnie…

…dziś taki dzień specyficzny…dużo refleksji. Wspomnienia tych, których już nie ma wśród nas. Tych, których śmierci spodziewaliśmy się i zdążyliśmy się na nią przygotować (czy w ogóle można?) i tych, którzy odeszli nagle. I to poczucie, że z niektórymi z nich nie zdążyłam się pożegnać. Powiedzieć tych paru ciepłych , dobrych słów więcej. Wydzielamy sobie te dobre słowa, czyny, jakbyśmy nimi handlowali. A może czasem warto narazić się nawet na, nie wiem, śmieszność? i obdarować ich nimi aż w nadmiarze,  żeby potem nie żałować?