…złapał parę dni temu i nie puszcza. Jest jakiś powód, ale nie on jeden. Strasznie dużo myśli, refksji, coś tłoczy mnie od środka, czarno widzę pewne sprawy i zastanawiam się, czy puści czy będzie trzymać zajadle. Dawno tak się nie czułam, dawno nie widziałam tak beznadziejnie spraw dookoła. Dół jednym słowem.
wczorajsza mgła…
…dawno takiej mgły nie pamiętam. A wyjechaliśmy jeszcze na chwilkę wieczorem. Mgła była niesamowita. Jak coś bardzo materialnego, wydawało się, że można ją kroić. Dziwne uczucie. P. jeździło się w pewnym momencie naprawdę średnio, stwierdził, że nigdy dotąd w takiej mgle nie jechał.
Przedziwna sprawa taka mgła, wydaje się, że dusi człowieka, wtłacza go do środka…albo ja tak wczoraj miałam…
Wczoraj w ogóle był przedziwny dzień. Najpierw awaria prądu w W-wie, która zaowocowała kłopotami z wodą, potem ta mgła.
A przede mną nieciekawa niedziela, denerwuję się nią, a raczej pewnym spotkaniem , w którym muszę wziąć udział. Bez sensu spala mi to nerwy;/
„Popołudnie…”, Michał Bajor…
dawno tak nie "kopnęła" mnie piosenka. Ostatnio, to ta Laury Pausini…
A dzisiaj kopnęła mnie piosenka Bajora "Popołudnie". Już nie wspomnę, że interpretacja wspaniała, bo to się rozumie samo przez się, ale słowa, całość, tak przerażająco życiowa i prawdziwa, że aż brak tchu.
Update do wpisu…słucham tej piosenki obsesyjnie, od wczoraj. Jest fantastyczna. Szarpie emocje tak, że historia. Bajor robi z niej majstersztyk. Opowiada o załamaniu się czyjegoś świata w tak spokojny a jednocześnie przejmujący sposób…o tym, jak nasze nagłe zerwanie z rutyną może doprowadzić nas do prywatnej tragedii….
Wklejam link z oficjalnej strony artysty do tekstu, polecam jej posłuchać, jak kiedyś będziecie mieć okazję:
http://michalbajor.pl/red/piosenki/popoludnie.html
„Trzeci Znak”, Yrsa Sigurdardottir.
Kryminał z Islandii. Na Uniwersytecie w Reykjaviku znalezione zostają zmasakrowane zwłoki studenta z Niemiec, niejakiego Haralda, który studiował u nich historię Islandii. Chociaż zostaje aresztowany domniemany sprawca, rodzina młodego Niemca jest przekonana o niewinności aresztowanego i prosi o pomoc i wyjaśnienie sprawy młodą prawniczkę Thorę. Ma ona do pomocy wysłannika rodziny , Niemca, Matthew.
I tak, przyjdzie im poprowadzić specyficzne śledztwo w tle którego będzie zarówno historia Islandii jak i mnóstwo tajemnic , takich jak sprawy z przeszłości zarówno kraju jak i samego zamordowanego. Poznamy tajemne stowarzyszenie, do którego należał, jego fascynację tajemnymi obrzędami, czarną magią, czarami…Okaże się, że przeszłość, w której na stosach płonęli mężczyźni a nie jak w reszcie Europy, kobiety-czarownice, będzie miała wielki wpływ na współczesność.
Akcja dzieje się wartko, domyśliłam się jednej sprawy, ale nie związanej z wykryciem sprawcy, lecz z życiem Haralda.
Rrooda, sądzę, że ten kryminał mógłby Ci się spodobać.
Ja osobiście polecam.
„Papermoon”, „Past and Present”…
powyżej strona o zespole.
mam , mam ich płytę…to ten zespół, o którym wspominałam z czułością z czasów młodości durnej i chmurnej;)
I rozkoszuję się płytą i , jak to stwierdził P., chyba wróciły mi wspomnienia…No…tak…I tytuł taki jakiś pasujący do moich obecnych nastrojów…
„Diabeł ubiera się u Prady”.
Czyli nieźle się ubawiłam. Patrząc na super ciuchy, blichtr i pokazy mody w Paryżu. Aczkolwiek, nie obyło się bez zgrzytu, cały czas bowiem podczas oglądania , dumałam, czy to może nie jest polecana i zalecana "lektura" partii rządzącej wraz z przyległościami, jako, że przesłanie filmu jako żywo jak z tego artykułu, co jakiś czas temu w którejś z polskich gazet się ukazał. Czyli, marzenia głównej bohaterki o zrealizowaniu się we własnym zawodzie, sięgnięciu po najwyższe szkoły jazdy , zaowocować muszą przegraną w życiu osobistym. Czyli przesłanie kobieto realizujesz się=tracisz rodzinę i bliskich. Dziwne, że w przypadku takowej realizacji u mężczyzn nie ma mowy o żadnych stratach a zyskach, bo zyskuje on prestiż i wspaniałą rodzinę na ogół. Hmm…
Ale do rzeczy. Jak wiecie zapewne, film jest ekranizacją książki pod tym samym tytułem. Książki nie czytałam, więc nie wypowiem się, jak wiernie został zrealizowany i na ile się ta realizacja powiodła. Biorąc pod uwagę fakt, że hucznie się ubawiłam, chyba nieźle;)
Andy, dziewczyna z prowincji (tak ulubiony motyw w filmach amerykańskich "dziewczyny z sąsiedztwa") rozpoczyna staż w piśmie o modzie "Runway". Na pierwsze spotkanie z in spe szefową Mirandą (w tej roli REWELACYJNA Meryl Streep), słynnym diabłem na obcasach, zwanym też smoczycą, idzie ubrana raczej niedbale, przyznaje się, że nie zna się kompletnie na modzie, a nazwisko Gabbana jest dla niej tak obce, jak zielony stwór z kosmosu.
O dziwo, dostaje jednak tę pracę i tak zaczyna się jej niekończący się prawie rok pracy, pełen przedziwnych życzeń szefowej, której oczywiście nikt się nie śmie sprzeciwić. Praca jednak na początku dość wyśmiewana przez Andy , zaczyna powoli ją wciągać, staje się też coraz lepszą asystentką Mirandy, co zaskakują tak ja samą jak i Mirandę (chociaż nigdy by się do tego nie przyznała).
Andy zaczyna inaczej się ubierać, zaczyna o siebie dbać, z dziewczyny w burych niemodnych spódnicach, zmienia się w atrakcyjną, pewną siebie i swojej kobiecości dziewczynę, zachowując przy tym swą inteligencję i umiejętność zachowania zimnej krwi.
Niemniej jednak, to, co napisałam wcześniej. Z filmu płynie rozbrajające przesłanie (pewnie takowe płynęło z książki, nie wiem), a mianowicie, kobieto, chcesz się realizować, sięgnąć po gwiazdkę z nieba i przypadkiem , dziwnym zbiegiem losu uda ci się, więc poniesiesz karę pod postacią utraty głupawego narzeczonego i bliskich przyjaciół. Dlaczego narzeczonego irytuje kariera Andy, jestem w stanie zrozumieć. Pomocnik kucharza, niekoniecznie w hotelu "Hilton" może czuć się sfrustrowany, kiedy jego do tej pory zabiegana dziewczyna w burych łaszkach staje się atrakcyjną asystentką kobiety ikony mody i najwyraźniej cieszy się własną pracą (nawet podświadomie). Niemniej jednak zachowanie "przyjaciół" Andy zastanawia mnie. Nie chciałabym mieć przyjaciółki, która jest wyraźnie zazdrosna, niby to w imię wyższych idei i tego typu blablabla.
Powiem tak, pewnie ten film nie zasługuje na aż tak długie recenzowanie. W końcu, to tylko na wesoło opowiedziana historia dziewczyny, która w rezultacie nic nie traci, odchodzi z prestiżowego pisma, ale znajduje inną satysfakcjonującą ją pracę i niestety! będzie chyba z głupawym narzeczonym. Ale właśnie ten przekaz tak mnie zirytował, że aż musiałam to z siebie wyrzucić. 😉
Na relaksacyjny wieczór, polecam!
klasyczny blackout…
…wczoraj mieliśmy. To chyba dlatego, że w emailu do Miisiadla wczoraj zadałam jej pytanie o ich brak prądu parę dni temu. Tak się dziwiłam, że miałam okazję sama to przeżyć. Tym razem prądu nie było sporo, bo ponad godzinę. Akuratnio wypełzłam spod prysznica, z mokrą głową oczywiście, kiedy zgasło światło. Nie łączyłabym jednak tych faktów;) Podobno poszły jakieś fazy. Tak, czy siak, do 24.00 siedzieliśmy przy świeczkach, jak za króla Ćwieczka. A gdybym poszła jakieś 20 minut wcześniej się myć zdążyłabym wysuszyć głowę…Najlepsze było, że nie wszystkie domy potraciły prąd i zabawnie było patrzeć , jak domy naprzeciwko są rzęsiście oświetlone…Opłaca się jednak też mieć fioła na punkcie świeczek i świeczuszek, bowiem momentalnie się oświetliliśmy. Jak to ludzie kiedyś żyli całkiem bez prądu? Nie umiem sobie tego wyobrazić.
„Kod da Vinci”, czyli filmowa wersja czytadła.
O ile czytadło było właśnie czytadlane, czyli całkiem pasowało na wakacyjny wypad (nie jestem jakimś wielkim przeciwnikiem tej książki, jak niektórzy, może dlatego, że umiem spojrzeć na nią jakimś niefanatycznym okiem i umiem też zrozumieć, gdzie jest zamysł literacki), to film był według mnie kiepski baaardzo. Zmogłam, ale uczciwie przyznam , że rzucałam na to jednym okiem, jako, że nie wciągnęło mnie kompletnie. No i zawiodłam się na grze Tautou. Oj, oj, czy ona pozostanie w mojej pamięci jako aktorka jednej rewelacyjnej roli, czyli Amelii? Chociaż w "Niewidocznych" też była w miarę OK. A tu grala beznadziejnie. Ale i cały film był kiepski. Niestety, kompletnie nie wyszedł. Jak na film akcji ział nudą. Nie polecam.
A z filmów, to chętnie zobaczyłabym "Dobry Rok"…dla Prowansji, rzecz jasna;)
Na pierwszym tle drzewo…
…potem Sekwana i przucumowana do brzegu barka, a na drugim brzegu rzeki w tle Wieża Eiffel’a…Wszystko to w sepii i leciuchnym różu. Taką oto kartkę dostałam w piątek (dołącza do kolekcji stojących w sypialni;).
Przypomniały się miłe chwile spędzone w Paryżu, aczkolwiek ze względów osobistych milej wspominam wyjazd 13 lat temu.
A dzisiaj dostałam kartkę z Nowej Zelandii, na którą się wyczekałam. Już myślałam, że nie dojdzie. Bo z 3 tygodnie szła. Nie dziwne, bowiem widnieją na niej stemple…poczty Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jak ta kartka tam się znalazła i jaką drogą do mnie szła? nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że doszła;)
„Czerwone Pantofelki”, Kim Yong-gyun.
Czyli w ramach poznawania horrorów świata, horror z Korei Południowej.
Tym razem , opowieść jest o parze różowych pantofli, które tym, którzy znajdują je (zawsze na konkretnej stacji metra lub w metrze) , przynosci szaleństwo i śmierć. Pantofelki są różowe, a tytuł filmu wynika z odniesienia się podobno jego autorów do bajki Andersena o tymże tytule. Bajki nie pamiętam, więc nie wypowiem się na ile rzeczywiście są odniesienia i jak wyszło.
Pantofelki faktycznie są cholernie pechowe, o czym przekonuje się główna bohaterka, która opuszcza niewiernego męża i wraz z córką wynosi się do nowego mieszkania. Ma pecha, że jadąc metrem znajduję ową parę pantofli i od tej pory jej życie zmieni się całkowicie.
Jak na wschodni horror, o dziwo dużo krwi. Wolę chyba nieco mniej krwi a więcej tego typowo wschodniego straszenia, chwilą, ujęciem, narastaniem napięcia. Ale ogólnie, maniakom hororu wschodniego mogę polecić, chociaż i tak ostatnio największe wrażenie na mnie zrobiło "Widmo".
