„Cicho sza!”…

czyli japoński film, który obejrzeliśmy. Jak Wiecie, interesuję się tym krajem, więc wszystko, co japońskie mnie ciekawi. "Cicho sza!" jest filmem nakręconym niedawno, bo w 2001 roku, a więc można zobaczyć w nim już nowoczesną Japonię. Film opowiada o parze gejów, Katsuhiro i Naoya, którzy wiodą spokojny żywot , dopóki na ich drodze nie stanie Asako, która jednemu z nich proponuje, aby został ojcem jej dziecka. Film jest na tyle specyficzny, że trudno jest mi go opowiedzieć. Po drodze ów potencjalny ojciec stanie się obiektem westchnień współpracownicy, poznamy jego rodzinę, ale przede wszystkim , zobaczymy, jak trójka, owa para gejów i Asako z obcych sobie ludzi , stają się sobie kimś bliskim, przyjaciółmi. Podejrzewam, że film nie każdemu może podpasować, ale nam się podobał.

Każda kobieta wie, że…

pójście do fryzjera poprawia samopoczucie. Najlepiej mieć tego jedynego, sprawdzonego. Ja niestety, ciągle jeśli chodzi o fryzjera, jestem w fazie poszukiwań. Podobało mi się, jak obcinała mnie niejaka Pani Kasia, ale przy moich dość długich włosach nie chodziłam do niej aż tak często i przy ostatniej wizycie w salonie okazało się, że pani Kasi po prostu nie ma, przeniosła się gdzieś tam indziej.

Dziś poszłam i ponieważ pani fryzjerka znikła (jak się potem okazało spędzała czas w jednym z fast foodów), obcięła mnie szefowa zakładu. Nawet nie wiedziałam, że też jest fryzjerką…Ponieważ pani pochodzi ze Wschodu (dalekiego zresztą) miała dwie cechy typowe dla tamteg regionu. Szybkie , stanowcze cięcia, które na myśl przywodziły mi ciosy karate a także bardzo delikatny dotyk, dzięki któremu pojęłam, czemu osoby stamtąd są mistrzami masażu.

Podcięła mi końcówki fajnie, jestem zadowolona. W ogóle, to zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam, że poprzednio u fryzjera byłam równo 3 miesiące temu, a włosy odrosły mi bardzo, wcale nie tak, jak się spodziewałam.

Pani zaskoczyła mnie czymś jeszcze. Stwierdziła, że to fajnie, że nie mam siwych włosów. Hm, myślę, że w moim wieku jeszcze się ich nie powinno mieć, ale może bywa różnie.
Powiedziała też, ale z tym spotykam się za każdą wizytą u fryzjera, że mam łądne, naturalne i ZDROWE włosy! Wyobraźcie sobie, że ja osobiście wiecznie mam przekonanie, że właśnie moje włosy są niezbyt zdrowe i staram się ciągle je ulepszyć…nie ukrywam, że łykam wyciąg ze skrzypu. Zastanawiam się z czym więc przychodzą inne klientki, skoro pani stwierdziła, że mam takie ładne, zdrowe włosy…

Terapia u fryzjera się udała. Nastrój znacznie się poprawił:)

Biedronki:)

z reklamy Pegueot’a są rewelacyjne;)
Tylko trochę się obawiam, czy przy obecnych zmianach reklama ta nie zostanie usunięta , czy nie zakaże się jej emisji?
Wszak ci, co mają brudne myśli, zamiast zabawnej reklamy auta, dopatrzą się w niej sprośnego , nieokiełznanego seksu (być może, o zgrozo bez ślubu?:).

Dziś mija rok od zamachów w Londynie…

zleciało.

Pamiętam, jak podali w radio i od razu myśl, co z naszymi? Sporo kuzynostwa ze Śląska pojechało tam właśnie. Wcześniej, kiedy były zamachy na kolejkę w Hiszpanii, też było podejrzenie, że z dalekiej rodziny dziewczyna mogła tam być. Jak się okazało mogła, bo tą kolejką o tej porze jeździ dzień w dzień dopracy. Tamtego dnia nie pojechała, bo się rozchorowała.

A co do Londynu, to z okazji rocznicy dziś w radio o tym mówili. Zaproszony pan z antyterrorystycznej jednostki czy ogólnie komórki do spraw terroryzmu, nie pocieszył. Zapowiedział, że apogeum ataków na stolice europejskie i Europę mamy dopiero przed sobą.

Chińczycy? mawiali, "obyś żył w ciekawych czasach". Czego, jak czego, ale tego przemiotnika nie sposób nie użyć w stosunku do czasów, w jakich żyjemy, ale co z tego…

„Biały Oleander” Janet Fitch…

Książka, która wspaniale obala kilka mitów. Po pierwsze mit matczynej miłości, gotowej na wszystko dla dziecka. Jeśli tego się spodziewałeś sięgając po tę książkę, to nie ma tak dobrze.

Drugi obalony mit , to mit wspaniałej Ameryki, która daje sobie radę ze wszystkim i ma super rozwiązania społeczne, w tym instytucję rodzin zastępczych.

Mam cichą nadzieję, że te przejaskrawienia popełnione zostały przez autorkę książki celowo, aby wstrząsnąć czytelnikiem.

Książka opowiada o matce i córce. Ingrid i Astrid. Ingrid wychowuje samotnie Astrid. Jest poetką, nie stroni od przyjemności tego świata. Rozliczne miłostki traktuje powierzchownie, aż do czasu, kiedy najwyraźniej i ona się zakochuje. Może też i miłości tu braknie (czytając książkę odnosiłam wrażenie, że Ingrid w ogóle kochać nikogo nie potrafi) , a raczej następuje efekt urażonej dumy. Ingrid zostaje zdradzona przez jednego z kochanków i postanawia się zemścić. Robi truciznę z tytułowej rośliny, Białego Oleandra i wysyła niewiernego kochanka na lepszy ze światów.

Całe jej postępowanie jest według mnie egoistyczne, bowiem mszcząc się nie myśli o konsekwencjach czynu, a co za tym idzie, nie myśli, co stanie się z nią i jej córką, kiedy sprawa wyjdzie na jaw, co dzieje się bardzo szybko. I tak Ingrid zostaje aresztowana,trafia do więzienia a dla Astrid zacznie się od tej pory wędrówka po amerykańskich rodzinach zastępczych. Galeria postaci przedstawionych czy to w rodzinach, czy w okolicy, którą poznaje Astrid, jest zaiste oryginalna. Mamy więc i alkoholiczkę, która usiłuje zerwać z nałogiem, i luksusową prostytutkę, która uczy Astrid prawdy życiowej, która młodej dziewczynie potem przyświeca, a mianowicie, "tym światem rządzą mężczyźni", i lukrową rodzinkę, która zabiera Astrid jedynie po to, aby opiekowała się ich prawdziwymi dziećmi, i głodzącą dziewczyny opiekunkę, której zależy jedynie na pieniądzach, jakie dostaje od państwa za opiekę nad dziewczynami i na koniec , osobę, która potrzebuje podopiecznych do robienia interesów na bazarze.

Astrid trafia raz jedyny do rodziny, w której przez chwilkę czuje się w miarę dobrze, gdzie jest na nią skierowana uwaga, ma swój pokój, ładne ubrania, gdzie płaci się za jej dodatkowe lekcje rysunku, Astrid ma bowiem talent plastyczny. I tu jednak sielanka nie trwa wiecznie. Okazuje się bowiem, że przybrana matka, opiekunka, w adopcji dziecka szuka pomocy dla swoich kłopotów psychicznych , popełnia na koniec samobójstwo i Astrid znowu traci pewny grunt pod nogami.

W tym wszystkim najciekawsze jest, jak zza więziennych krat , w życie córki wciąż interweniuje jej matka, Ingrid. Interweniuje, ingeruje i często przeszkadza. Czytając książkę byłam pewna, że tytułowy "Biały Oleander" nie odnosi się do rośliny, którą otruto niewiernego kochanka, a do Ingrid samej. To ona jest trucizną dla własnego dziecka i to ona zabija ją powoli i skutecznie. Najpierw, co wychodzi w książce , porzucając Astrid jako malutkie dziecko i udając się na roczny wypad w nieznane, zostawiając dziecko pod opieką sąsiadki, następnie pozbawiając Astrid resztek tego, co dawało jej pewnik i oparcie w życiu a więc jej samej. Myśląc jedynie o sobie samej, o tym, aby się zemścić, zabrakło jej jakiegokolwiek myślenia o tym, co stanie się z jej nieletnią córką. I kiedy Astrid odwiedza matkę, ta również stara się za wszelką cenę wyśmiać jakiekolwiek próby odnalezienia się w rzeczywistości, w nowej , gorszej wersji rzeczywistości. Ingrid zatruwa życie Astrid ze wszelkimi tego konsekwencjami…

Astrid załamuje się po wizycie u matki z opiekunką, którą chyba sama Astrid traktowała najbardziej jako substytut matki, niepracującej aktorki, tej samej, która starała się chyba najbardziej o nią zadbać , Claire. Po tym, co nastąpi Astrid przestaje pisać do matki i ją odwiedzać.

Ze strony Claire matka Astrid najwyraźniej wyczuła największe zagrożenie, bo tę więź starała się szybko zniszczyć, co w jakimś stopniu, jak według mnie, jej się udało.

Czemu miała służyć ta egoistyczna więź Ingrid z córką? Nie wiadomo. Na początku książki mała Astrid jest spokojna, wrażliwa, wędrówka wśród rodzin zastępczych czyni ją twardą i mało co jest w stanie ją wzruszyć. Na sam koniec, również sama jej matka, która stara się o wyjście z więzienia.

Nie czytać dalej mojego wpisu, jeśli nie chcecie znać zakończenia;)

Ingrid bowiem rzeczywiście uda się wraz z prawniczką tak zadziałać, że zostanie uniewionniona. I będzie chciała wrócić do punktu wyjścia, do córki, którą zostawiła. Z tym, że to już nie będzie możliwe. A przynajmniej nie tak, jak rządząca zawsze wszystkim Ingrid sobie to wyobraża…

Książka super napisana. Wspaniale oddane postaci, dużo psychologii. Postać matki tak wiarygodnie rozrysowana, że gdybym spotkała ją na żywo , miałabym ochotę dać jej w twarz.

Książkę rok temu przeczytała moja Mama i też jej się podobała. Teraz ja się za nią wzięłam i nie żałuję. Aczkolwiek potwornie przygnębiła mnie ona.

Szkoda, że film na jej podstawie aż tak dobry nie jest, to chyba mnie do tej pory trochę od niej odstręczało, a teraz cieszę się, że po nią sięgnęłam.

Polecam!!!

Reklama społeczna, która mnie…

ostatnio zirytowała, to ta zanęcająca potencjalnych rodziców do płodzenia potomków.

Na izbie porodowej leży kobieta i rodzi, oczywiście nie ma lekko, ale żeby było ciekawiej, pani w efekcie rodzi nie dziecko a nowy odkurzacz i miłosnym ruchem przytula go do swego łona.

W tle leci muzyka gospel (przez to, dopóki niedawno reklamy nie widziałam a całości a slyszałam piąte przez dziesiąte , przekonana byłam, że to kontynuacja niedawnej reklamy Allegro, tak więc dla twórców również za to wielgachny minus). Wielki Brat informuje nas, że coraz częściej dzieci przegrywają z przedmiotami i karierą. Potem blabla, że rodzi się nas coraz mniej i kluczowe pytanie:

A ty co jeszcze masz zamiar sobie kupić, zanim zdecydujesz się na dziecko?

Tak mnie ta reklama zirytowała, że aż poświęcę jej swój cenny czas i cenny wpis na blogu;)

A zirytowała mnie z różnorakich powodów. Po pierwsze, to jest potwornie krzywdzące stwierdzenie, które tam pada. Ktoś założył sobie takową tezę nieco na wyrost. Drodzy twórcy reklamy, radzę, zanim rzucicie hasło o tym, że ludzie dzieci nie mają dlatego, że są (w podtekście) wstrętnymi egoistami, co to wolą przed sprowadzeniem dziecięcia na ten świat, wykształcić się przyzwoicie i zdobyć podstawowe środki do życia, pomyślcie. To nie boli, naprawdę.

Polecam również zbadanie statystyk mówiących o kłopotach z płodnością, które dotykają społeczeństwa, a dziwnym trafem najczęściej te coraz bardziej nowoczesne i cywilizowane. Tłok w klinikach leczenia niepłodności mówi coś innego, niż wy, z tym, że nikt , kto takowych kłopotów doświadcza, nie przylepi sobie na czole kartki z napisem , że owe kłopoty z poczęciem ma.

Kolejna sprawa. Jakieś to straszne, że istnieją na świecie osoby, które być może z założenia nie chcą mieć dzieci W OGÓLE. Jakież to straszne, że nastąpił taki rozwój antykoncepcji, że kto dzieci mieć nie chce przy odrobinie starań ich mieć nie będzie. Przecież to kolejny egoista. Który zamiast dać życie dzieciątku myśli tylko o sobie i swoich płaskich potrzebach. Lepiej, jak mnożą się bezmyślnie niektórzy, potem nawet stają się sławni, kiedy zamroczeni alkoholem, narkotykami, czy własną złością na niechcianego dzieciaka, robią nim o ścianę, zabijają albo w innym wypadku robią kalekę na całe życie i potem trafiają do aresztów a w rezultacie do więzień.

Tak sobie myślę, że reklama promująca wzrost demograficzny powinna być jednak nieco bardziej subtelna. Oskarżanie innych o fakty, które się tylko domniemywa , jest moim zdaniem obrzydliwe i krzywdzące.

„Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya”…

Rebecca Wells.

Książka fantastyczna!

Mam do siebie małe pretensje, bo leżała u mnie na półce do przeczytania dobry rok a może i więcej? Wygląda na to, że capnęłam ją na jakiejś empikowej wyprzedaży, bo z tyłu obok ceny jest jakaś niższa.
Bardzo się cieszę, że jakiś czas temu do niej sięgnęłam i zaczęłam czytać, co zaowocowało totalnym przepadnięciem …przepadłam na Południu Stanów Zjednoczonych, w stanie Luizjana…

Książka jest tak ciekawa tak barwna. Postaci rozrysowane wspaniale, ma się wrażenie, że niemal stoją koło ciebie. Ponadto książka jest, jak to ja prywatnie mówię "smaczna", można ją kroić, ma tyle warstw.

Nie wiadomo, która z nich jest najważniejsza, myślę, że wszystkie razem tworzące całość. Opowiada ona bowiem o czterech dziewczynkach, które zawiązują tajne stowarzyszenie Ya-Ya, w którym wytrwają aż do późnej starości. Jest więc tam o przyjaźni i to takiej na śmierć i życie, takiej, która czasem udaje się bardziej, niż miłość czy związek…Pada tam jedno zdanie, które chcę Wam zacytować, wypisałam je sobie, bo uważam, że jest bardzo mądre. A brzmi ono tak "Niektóre kobiety modlą się o dobrych mężów dla swoich córek. Ja się modlę , by Siddalee i Lulu znalazły przyjaciółki choć w połowie tak lojalne i oddane jak Ya-Ya". I rzeczywiście, te cztery przyjaciółki staną się dla siebie największym wsparciem, najwierniejszymi powierniczkami sekretów i tajemnic, współuczestniczkami najdzikszych pomysłów i wielkim wsparciem nawzajem…

W książce opisane sa też zawiłe relacje jednej z członkiń Ya-Ya, Vivi i jej najstarszej córki Siddy…Poznajemy Vivi wraz z jej córką, która dzięki dziennikowi Ya-Ya a potem relacjom samych członkiń dowiaduje się wielu skrywanych dotąd przed nią tajemnic matki…To nie jest miłość idealna, ale to właśnie ta skomplikowana relacja, to uczucie łączące obie kobiety, pokazuje, że coś takiego jak miłość idealna macierzyńska nie istnieje. Że zawsze popełniamy jakieś większe, czy mniejsze błędy, które mają wpływ na nas , nasze dzieci i nasze z nimi relacje.

Sidda jest tak zagubiona w swoich relacjach z matką, że przekłada planowany ślub…dopiero odkrycie pewnych spraw, dzięki wspomnianemu już dziennikowi członkiń Ya-Ya , odkrycie samej siebie i własnych uczuć, emocji dotyczących pewnych spraw, pozwala jej zrozumieć , że nie ma w niej winy i że zasługuje na szczęście i miłość.

To książka barwna, porywająca, taka, w czasie lektury zmusza czasem do śmiechu a czasem do łez, jak życie…

Jest ona czasem porównywana do "Smażonych zielonych pomidorów", ja jednak nie lubię takich porównań. Jedno, co je łączy, to akcja dziejąca się na południu Stanów i fakt podkreślenia wielkiej więzi i braterstwa łączącej kobiety…Książkę bardzo polecam!

Włosi może robią dobrą pizzę, ale…

lodówki i pralki im nie wychodzą.

Właśnie wychodzi na to, że poszukujemy nowej lodówki. Włoskiej już więcej nie kupimy. Pralka i lodówka tej samej firmy i kupione w tym samym momencie, jako prezenty ślubne dla nas, a więc mają nieco mniej , niż 7 lat. Pralka odwiedzana przez pana speca kilka razy już, lodówka jak do tej pory nie, ale za to właśnie wychodzi na to, że raz a dobrze się zepsuła. Działo się z nią coś niedobrego już od kilku tygodni i jest wyrok. Można próbować ją naprawiać, ale nie ma gwarancji, że się uda, a można poszukać nowej. Pomysł ten kwitł już nam w głowach od jakiegoś czasu. Co prawda, ja chciałam, żebyśmy kupili nową pralkę, ale wychodzi na to, że na razie pralka będzie jeszcze ciągle ta sama. A ja zaczynam na razie na necie oglądać lodówki…szkoda, że akurat w tym momencie…