Ptychu na swoim blogu poruszyła ciekawą kwestię. Pieniędzy, kredytów. Tego wszystkiego, co w polskiej rzeczywistości tak naprawdę funkcjonuje jednak na całego od niedawna. Dlatego spora część osób jest tym ciągle przerażona. To nie kraje anglosaskie, gdzie kredyt jest tak samo naturalny, jak to, że rano wstaje się i je śniadanie.
Pamiętam do dziś rozmowę na jakimś wyjeździe, gdzie pewni starsi państwo byli przerażeni, kiedy powiedzieliśmy im, że myślimy o kredycie mieszkaniowym. Byli naprawdę przerażeni. Stwierdzili, że oni nie wyobrażają sobie kredytu. Usiłowaliśmy im wyjaśnić, że my z kolei nie wyobrażamy sobie brać pieniędzy od rodziców, jak niektórzy nasi znajomi, ale to było, jak rzucanie grochem o ścianę.
I tak sobie dumam, dlaczego niektórzy tego aż tak się boją…ja wiem, że perspektywa kredytu na lat 20 może być dla niektórych przerażająca, ale żeby aż tak?
Z drugiej strony, nie lubię niefrasobliwego podejścia do kwestii finansowych na zasadzie, jakoś to będzie. Mam taką znajomą Angielkę. Ona jest przykładem konsumenta. Kiedy przeprowadza się sondaże i wynika z nich, że najwięcej na zakupy w Europie wydają Anglicy, jestem pewna, że ona zawyża im dane. Zakupy robi praktycznie non stop , mając pozaciągane kredyty na wszystko, na co można. Zastanawiam się czasem, czy ona się zwyczajnie nie boi, że nie da rady finansowo? Mało tego, ponieważ lubi podróże, to jeździ. Lata do koleżanki do Kanady, bo ta ją zaprosiła, jedzie do koleżanki do Szwajcarii, bo jak wyżej. Wszystko to przy sytuacji, że jej facet właśnie został bezrobotnym, bo zamknęli fabrykę, w której pracował. Mało tego, nie zanosi się, że szybko znajdzie nową pracę…I tak żyjąc z jednej jej pensji właśnie wybrali się na dwutygodniowe wczasy na Cypr. Wczoraj dostałam pocztówkę.
Nie napiszę "podziwiam", bo nie podziwiam takiej postawy, ale może trochę zazdroszczę, tego bezmyślnego podejścia, tej beztroski, która pozwala myśleć, że jakoś to będzie…I jak się okazuje, jakoś to jest. Pytanie tylko do kiedy…