„Kontrolerzy”…

Dziś , korzystając z możliwości, wreszcie obejrzałam. I rzeczywiście, ciekawy film , dzięki za polecenie mi go i dobre opinie. Podobały mi się te zakręcone klimaty, aczkolwiek zaczynam rozumieć to krótkie przemówienie pana z Budapesztańskiego metra na poczatku filmu, po obejrzeniu go co wrażliwsze jednostki mogą zacząć bać się jazdy metrem, a na pewno w Budapeszcie;)

No, a ja od tej pory uważniejszym okiem spojrzę na panów kontrolerów;))

Obyś żył w ciekawych czasach…

Chorowanie ma swoje kiepskie strony (gorączka,osłabienie albo inne "atrakcje") i swoje dobre strony (można poczytać bezkarnie w łóżku, niestety, w tym przypadku nie podjadając (zatrucie pokarmowe;( …

Są też inne strony, można obejrzeć z lenistwa a trochę, nie przeczę, z ciekawości igrzyska dla ludu, a mianowicie rozdanie Telekamer. Nagroda ta, czymkolwiek by nie była, jest chyba przede wszystkim okazją do połechtania próżności tych, którzy do niej są nominowani, a także zapewne do niezłej wyżerki na bankiecie po całej imprezce. No i pewnie okazją do poobgadywania konkurencji (kamera wyłapuje czasem niezłe minki, czy "uśmieszki", jakie strzelają podczas przemówień nagrodzonych te czy ci (jednak częściej te), którzy zdobyli drugie, trzecie, albo dalsze miejsca.

P. nie oglądał części, najpierw katował się na rowerku (ach, jak miło leżeć w tym czasie pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty), a potem poszedł wziąć prysznic. Jednak zdążył zaprorokować, że na pewno wygra Doda. Zastanowiło mnie, w jakiej to niby konkurencji Doda miałaby tam wygrać…No i kiedy on brał ten swój prysznic, zobaczyłam, że jest rzeczywiście jakaś nominacja w kategorii muzyka i faktycznie jedną z nominowanych jest nie mniej, ni więcej a Doda właśnie. Nie muszę dodawać, kto wygrał…i tak patrząc sobie na ową Dodę , zastanawiałam się, że dożyłam zaiste ciekawych czasów. Czasów, kiedy osoby pokroju Dody stają się sławne i to one w ten, czy inny sposób, stają się popularne. Jednym słowem, panie i panowie, powiększamy sobie to, co akurat w naszym przypadku powiększyć można, wbijamy się w różowy kubraczek i tlenimy się na blod, aaa, zapomniałam, panie robią tipsy i dobrą minę do złej gry…I na pewno zrobimy karierę.

„Pod piaskiem”…

Wczoraj, zupełnie przypadkiem, udało mi się obejrzeć bardzo dobry film "Pod piaskiem", w reżyserii Francois Ozon’a. Przypadkiem, bo oczywiście leciał późno, kończył się prawie o drugiej rano, ale…jakoś mnie zainteresował na początku i wciągnęłam się. Film był bardzo smutny. Szczerze mówiąc, na koniec nawet się popłakałam…końcówka filmu zdała mi się bardzo przejmująca.

Jeśli ktoś chce obejrzeć fim, to niech dalej nie czyta, bo zdradzę właściwie wszystko.

Film opowiadał o małżeństwie z 25 letnim stażem, które co roku spędza wakacje nad morzem w letnim domku. Podczas kolejnych wakacji, mąż idzie się wykąpać do morza i…już nie wraca. Początkowo kobieta sądzi, że być może wrócił do domku, rozpoczyna poszukiwanie, potem, odczuwając coraz większy niepokój zgłasza sprawę straży wodnej i policji.

I praktycznie od początku filmu czujemy, że ów mąż już nie wróci. Pytanie jest tylko jedno, czy odszedł, czy też zginął?

Marie wraca do Paryża i niby wraca do dawnego życia, choć bez męża. Dalej chodzi na siłownię, wykłada na uczelni, spotyka się na miłych kolacjach z przyjaciółmi. Jednak, cały czas dalej widzi swego męża, rozmawia z nim, prowadzi dyskusje…on po prostu ciągle jest , choć go nie ma.

Nawiązuje nawet romans, chociaż ciągle widzi Jeana, nawet podczas intymnych chwil.

Dowiaduje się też, iż Jean cierpiał na poważną depresję, którą jednak przed nią ukrywał…

Przejmujące jest  to zmaganie się  rozumu Marie,  który podpowiada jej że mąż nie żyje i że nie wróci, a uczucia, które nie pozwala jej zrozumieć, że coś się skonczyło…Uczucia, które zdaje się być silniejsze od śmierci.

Przejmująca jest końcowka filmu. Powiadomiona przez policję o znalezieniu ciała , opisem odpowiadającego jej zgłoszeniu z zeszłego lata, Marie wraca na letnisko. Ogląda ciało. My wiemy, że jest to Jean. Patolog opisując wcześniej sytuację, mówi,iż potwierdzona została zgodność DNA Jeana z jego żyjącą matką ,również stan uzębienia zgadza się z tym, o którym mówił dentysta Jeana. Jest też zegarek, który po zaginięciu męża dokładnie opisała Marie. Teraz jednak podczas oględzin ciała Marie stwierdza, że to nie jest zegarek męża.

I zakończenie filmu. Marie wraca na plażę, tam, gdzie po raz ostatni widziała męża. Zanosi się płaczem. A mimo to nagle w oddali znów widzi jego sylwetkę. Jean jest, nie umarł, wrócił.

I zaczyna biec, w jego kierunku, a jednak go mija. To znów nie był on, a może w ogóle nikogo na plaży nie było? Ale to nieważne, Marie po prostu wie, że Jean zawsze będzie obok niej.

Mróz, śnieg, byle do wiosny…

Za oknem mróz (-11C), sypie nieustannie śnieg. Na dzisiejszą noc zapowiadają ekstremalne mrozy…Oby tylko było grzanie i ciepła woda, jak jutro wstaniemy.

Nie lubię zimy, no nie i już. I jak w Puchatku, od razu sobie przypominam, że im bardziej pruszy śnieg bim bom, tym bardziej marzną mi paluszki…

Ci, którzy mają żyjące Babcie i Dziadków przypominam o ich Świętach, na pewno czekają przynajmniej na Wasze telefony.

Kawa, o, to coś, co w tym momencie bardzo mi się należy. Idę się więc jej napić.

Książkowo, turystycznie…

Zupełnie przypadkiem dziś w księgarni znalazłam książkę "Świat z papieru i stali-okruchy Japonii". Praca zbiorowa. Szukaliśmy przewodników po Malcie i nagle mój wzrok przyciągnęła wepchnięta na dolna półkę książka…Oj, jak się ucieszyłam.

A co teraz czyta Chiara? Otóż, wzięła się za "Śmiertelną klątwę", przysłaną wczoraj przez M. Trochę ją pamiętam, wygląda na to, że jakiś czas temu czytałam. Co pewien czas bowiem lubię sobie wrócić do Agathy.

Co do Malty, to o ile los dobry pozwoli i nie nastąpią niespodziewane przeszkody, to w maju jedziemy odwiedzić ten intrygujący kraj. Ja się bardzo cieszę. Nie ukrywam, że na decyzję wpłynął również fakt wydania przez Gazetę jakiś czas temu przewodnika o Malcie. Generalnie nie znam wiele osób, które tam były. Prawdę mówiąc, znam jedną. Znajoma, jeszcze z pracy mojej Mamy. Wróciła zachwycona. Nawet dostałam od niej dwie pocztówki do mojej kolekcji. No i wczoraj P. przypadkowo zgadał się ze znajomym z pracy, który na Malcie był z żoną w zeszłym roku. Zachwycony. Jacy my wrócimy, to się okaże, ale mam nadzieję, że również zachwyceni. Jedyne, co mnie trapi, to fakt, że to podobno drogi kraj. A na pewno będę chciała i pocztówki wysłać, i jakieś suwenirki kupić (chociażby dla M. z Anglii, która obsypuje mnie prezencikami po każdej swojej podróży). No i…pierwszy raz zobaczę słynny lewostronny ruch;) Będzie nowe doświadczenie.

I jeszcze jeden wiersz Księdza Twardowskiego…

Aleksandrze Iwanowskiej
Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz

Jan Twardowski

Jakiż prawdziwy…

Tych "otwartych okien" w każdym zawirowaniu życiowym Wam życzę……..

Słodko, gorzko…

Bardzo dziwny dzień…trochę dobrego i trochę smutnych akcentów.

Dobre akcenty, to wielka niespodzianka od koleżanki pracującej w jednym z polskich wydawnictw…..3 książki Agathy Christie. Wielka niespodzianka, bo zupełnie nic mi nie mówiła, że wysyła, tak więc naprawdę  mnie zaskoczyła miło. Dostałam od niej "Morderstwo na Plebanii", "Śmiertelną Klątwę" i "Godzinę Zero". Z tych książek dopiero co czytałam "Morderstwo na Plebanii", ale pozostałych nie kojarzę, co nie znaczy, że nie czytałam, bo książek Agathy czytałam masę. Ale naprawdę miło mi się zrobiło, że taką niespodziankę mi wysłała.

Potem email od M. tej kuzynki P. , z którą ostatnio miałam małe spięcie na necie. Wygląda na to, że na razie jest zawieszenie broni. Zobaczymy…Przysłała zdjęcia ich nowego domu…heh, jak człowiek poogląda domy, a nie mieszkania, to zaczyna go korcić, żeby samemu coś takiego sobie zbudować…….kiedyś, oczywiście. Bo i miejsca więcej i fajnie można urządzić. I ogródek mieć i psa itd…

Za to dosłownie przed godziną, smutny email od A. Tej mojej koleżanki z Londynu, co miała w planach powrót dopiero za parę miesięcy, może w kwietniu. No, ale życie weryfikuje plany. Dawno się emailem nie odzywała, to napisałam z zapytaniem, co u niej słychać. No i dziś odpowiedź. Jest w Polsce, już na stałe, jej Mama miała wylew, była w stanie krytycznym…

Zasmuciło mnie to. Oczywiście napisałam jej, że może się zawsze wygadać i że jestem z nią i że mam nadzieję, że jej Mama wróci do zdrowia…zasmuciły mnie te wieści od niej. Mam nadzieję, że da sobie radę psychicznie, bo widzę, że na razie jest jej ciężko.

Taki wiersz Księdza Twardowskiego…

Do moich uczniów

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,
ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,
com wam uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,
i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świetych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie-
gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie –
czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie –
i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,
z noskiem co się tak uparł, że został króciutki –
za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi –
a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamta lekcję, gdym o niebie mówi,
te łzy co w okularach na religii stają –
właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,
co wołali na dworze – nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami –
grubasku i jąkało – osowiały, niemy –
Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe
szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty coś po sznurze
drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie –
Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku
coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką –
ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci –
z barankiem wielkanocnym. – Bez was świeczki gasną –
i nie ma życ dla kogo.

Ten od głupich dzieci.

Jan Twardowski

———–

I tak mi się przypomniało, jak omawialismy to na lekcji polskiego, bodajże w 3 klasie podstawówki…Pamiętam do dziś, jak Ania S. się oburzała. Brała ten wiersz zbyt dosłownie, po prostu dosłownie, jak to dziecko właśnie. A ja go rozumiałam, pewnie przez to, że ta poezja dzięki Mamie , była mi bardzo w tym dzieciństwie bliska.

I nie wiem, czemu , ale ten wiersz najczęściej mi się przypominał, kiedy słyszałam nazwisko Twardowski. Mimo, że potem poznałam ich dużo więcej. Może właśnie dlatego, że kiedyś ta Ania tak zapiekle "walczyła" w obronie "głupich dzieci"…

Zimowo…

Podobno są tacy, którzy lubią zimę.

Ja do nich nie należę. Zima wygląda ładnie na pocztówce z gór. W każdym innym przypadku nie podoba mi się. Jest mi za zimno. Nawet, jak mam na sobie stertę ubrań, to i tak mi zimno.

Ale pocieszam się, jeszcze tylko 2,5 miesiąca i będzie kwiecień a to już taki wiosenny miesiąc;)

A najlepsze jest, jak dostaję email od M. z Melbourne i zdjęcia w t-shirtach i krótkich spódniczkach.

Z drugiej strony wiem, że upałów cały czas pewnie też bym dobrze nie znosiła. No i to moje uczulenie na słońce…

Z lektur, wzięłam się za totalne czytadło;) Nie wiem, co mnie naszło, ale wczoraj zaczęłam "Królową Żurawin". Dziś pewnie skończę.

Co dalej czytać? Mam masę ambitnych lektur, ale chwilowo coś mnie ciągnie do takich luźniejszych. Zobaczymy…

Odezwały się dwie osoby , które chcą być moimi nowymi penpalami. Tu słowo wyjaśnienia. Swego czasu (5 lat temu) zarejestrowałam się na paru portalach , na których można było znaleźć takich właśnie korespondencyjnych znajomych. Ja chciałam poćwiczyć angielski. Pamiętam do dziś, jak w jednym z nich, amerykańskim, ale rejestrują się ludzie z całego świata, napisali, żeby na początku nie podawać nikomu adresu pocztowego, bo, jak się wyrazili "there are many scary people in the world". To jest fakt, nawiasem mówiąc…no, ale wracając do penpalingu. Pisałam z kilkoma osobami dość długo, bo te najstarsze pisane znajomości właśnie około 5 lat potrwały. Ale większość z nich się jednak skończyła. Myślę, że jednak nie da się na dłuższą metę utrzymywać jedynie pisanego kontaktu. Ludzie mają potrzebę spotykania się, a wiadomo, że w większości przypadków to się nie udaje i wtedy jednak ta korespondencja się urywa…

Mam teraz jedną penpal z Anglii, z którą ciągle pisuję, no i M. z Australii, ale ją akurat poznałam nie przez taki portal. M. z Australii poznana została, kiedy były plany, żeby może tam wyjechać i szukałam kontkatu z Polakami tamże. Plany wyjazdu się rozwiały, przyjaźń się rozwinęła. Widziałyśmy się w 2003, kiedy odwiedziła Polskę. I potem kontakt się nie urwał, czyli jest OK.

A właśnie wczoraj dostałam email z zapytaniem, czy bym nie chciała popisać. Tak dawno już nie zaczynałam z kimś korespondencji penpalowej, jak ja to nazywam, że aż odwykłam. Zastanowię się…

Z kilkoma osobami ostatnio piszę z portalu www.virtualtourist.com , na którym to sama mam stronę.