Jak to jest, że z niektórymi osobami z netu człowiek jest w stanie rozmawiać, najpierw na jakimś forum, pisać emaile, po jakimś czasie nawet zaprzyjaźnić się? Pisać mu rzeczy, którym nawet nie wszystkim ludziom w realu się powie. I nawet mieć ochotę się spotkać, jeśli zdarzy się taka okazja. A jak to jest, że inni nas irytują, drażnią. Przecież nie znamy się wzajemnie, nie widzieliśmy się , nie znamy nawet swoich twarzy. A jakbyśmy z góry założyli, że nie warto, z góry skreślamy znajomość, bo coś nam nie gra, coś drażni. Niby widać to podobnie z drugiej strony, że ktoś tam chyba darzy nas jakąś sympatią, a ktoś tam nas nie znosi. Niby nie trzeba się przejmować, bo to jednak tylko internet, ale …może czasem szkoda, że tak, a nie inaczej? że nie dajemy sobie szansy na popisanie? Na nawet wymianę słów, dyskusji…pokłócenia się nawet, byle z klasą (ciekawe, czy się tak da:). Jak to w ogóle jest, że nie znając się dajemy sobie na taki upust emocji, czasem dobrych, czasem właśnie odczuwamy do kogoś niechęć. Czy to nie dziwne, że nie znając kogoś tak naprawdę , odczuwamy jakieś tam emocje. Czy to nie jest jednak pułapka internetu i sieci ogólnie?
Jest jedna osoba, z którą piszę zupełnie nie wiem, na jakiej zasadzie. W realu pewnie byśmy się omijały szerokim łukiem. To inna dziewczyna, ale tak zupełnie ode mnie różna, że aż zastanawiam się, co nas skłania do tego, żeby czasem ten email wymienić …Ta odrębność? Fakt, że pewnie wzajemnie pewne sprawy nas drażnią? Że właśnie czasem się kłócimy? Czy właśnie fakt, że pewnie nigdy się nie spotkamy a tu nagle trafiła się szansa poznania takiej zupełnie innej osoby, z którą w rzeczywistości pewnie nie mielibyśmy szansy porozmawiać, bo zwyczajnie nie podpasowałybyśmy sobie jako rozmówczynie.
Do przemyślenia…