doszła książka wygrana w konkursie. Nie wszyscy pamiętaja (w końcu rzecz działa się w początkach grudnia), że udało mi się niesamowitym zbiegiem okoliczności wygrać prawie w tym samym czasie książki, w dwóch różnych konkursach w dwóch różnych instytucjach, w Polkim Radio (Jedynka) i piśmie "Z." właśnie. Książkę z Polskiego Radio na poczcie miałam wysłaną listem poleconym dnia następnego.
Jeśli chodzi o "Z", to najpierw nie wiedzieć czemu chcieli, żeby podać im do 5 grudnia adres. Myślałam więc, że to oznacza, że książki będą w grudniu wysyłane. Kiedy po 2 tygodniach ani widu ani słychu, napisałam email do pani, która zapewniła mnie w miłym emailu, że książki zostaną wysłane poleconym dnia następnego.
Oczywiście, że nie zostały wysłane. W początkach Nowego Roku zdenerwowałam się jednak i napisałam email, z zapytaniem, co z moją książką? Tym razem żadnej odpowiedzi ani miłej, ani niemiłej już nie było.
Miałam wojować, ale darowałam sobie, postanowiłam z Nowym Rokiem mniej się denerwować. Zdobyłam doświadczenie, jak różne firmy traktują klientów i to też dobra lekcja. Tak więc nastawiłam się , że książki już nie zobaczę.
Wczoraj jednak ją dostałam. Oczywiście, że nie wysłali poleconym, a co im tam. Szkoda, zważywszy, że wcześniej pani zapewniała mnie, że właśnie poleconym wyślą, co jest logiczne, bo chyba wszyscy wysyłają tak właśnie przesyłki, szczególnie w Polsce, wiadomo bowiem, jak różnie jest z tą naszą pocztą. No, ale najważniejsze, że mam książkę.
Książka niby jest i dobrze, bo o to mi chodziło, ale jakiś niesmak po całej tej akcji pozostał. Nie tego typu zachowania spodziewałam się akurat po tym piśmie. Stracili mnie jako czytelnika, nie za akcję konkurs, choć nie powiem, że to nie pomogło, ale również za zmianę redaktor prowadzącej.
