O książce Krystyny Kofty…

Wczoraj ją skończyłam. Przypominam, mówię o książce Kofty "Gdyby zamilkły kobiety", wygrałam ją w Radiowej Jedynce. Polecam. To taki jej zbiór przemyśleń na temat relacji damsko-męskich w typowym dla niej stylu napisane. Na pewno dające do myślenia. Bardzo podobała mi się forma , w jakiej zwracała się do czytelniczek, siostro (czyżby jednak zakładała, że mężczyźnie nie czytają takiej kobiecej, feministycznej literatury?). Naprawdę polecam wszystkim mądrym babkom, chociaż mam nadzieję, że większość smutnych historii tamże opisanych nas nie dotyczy i dotyczyć nie będzie.

W oparach absurdu:)

Reklama Plusa z ryczącą na dzieciaki nauczycielką została wycofana po proteście Związku Nauczycielstwa Polskiego…ale numer;)

Poza faktem, że państwo ze Związku nie załapali dowcipu, śmiem twierdzić, że reklama była wspaniała…

Nie wiem, jak dzisiejsze pokolenie, które raczej nie boi się nauczycieli, o czym świadczą radosne happeningi z wkładaniem kosza na śmieci na głowę nauczycieli na lekcjach angielskiego, ale moje pokolenie, a raczej ludzie z naszych roczników,czyli dzisiejsi dwudziestoparolatkowie i trzydziestolatkowie, każdy z nas takową panią znał…

U mnie w podstawówce takich pań było całkiem sporo. Niekótre były tylko śmiesznem czy zabawne z ich powiedzonkami, niektóre nienormalne, jak kobieta od muzyki (uczyła nas na szczęście tylko jeden rok), która uderzyła w twarz naszego kolegę…W liceum było już nieco lepiej, mniej się na nas darli,ale "wystawka" osobliwości nauczycielskich pozostała, trafiały się takie okazy, że …szkoda gadać…

Tak więc państwu nauczycielom wszelakim i ogólnie Polakom życzyłabym więcej poczucia humoru na własny temat. Nie brania wszystkiego zbyt serio do siebie, bo to nikomu dobrze nie robi.

Świąteczny wiersz…

Jakoś tak lirycznie mi się dziś zrobiło…

Więc posyłam Wam prezent, wiersz z tomiku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, fragment "Przed zapaleniem choinki",

"Powrót"

A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?)
ulica zdradzonego dzieciństwa,
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy,
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy,
dom, w którymżeś się urodził.
Ten sam stróż stoi przy bramie.
Przed bramą ten sam kamień.
Pyta stróż: "Gdzieś pan był tyle lat?"
"Wędrowałem przez głupi świat."
Więc na górę szybko po schodach.
Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda.
Przy niej ojciec z czarnymi wąsami.
I dziadkowie. Wszyscy ci sami.
I brat, co miał okarynę.
Potem umarł na szkarlatynę.
Właśnie ojciec kiwa na matkę,
że już wzeszła Gwiazdka na niebie,
że czas się dzielić opłatkiem,
więc wszyscy podchodzą do siebie
i serca drżą uroczyście,
jak na drzewie przy liściach liście.
Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask swieczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata płynnie
kolęda na okarynie:
LULAJŻE, JEZUNIU
MOJA PEREŁKO,
LULAJŻE, JEZUNIU,
ME PIEŚCIDEŁKO.

Las w domu, czyli…

zielona choinka. No, już nie taka zielona, bo ozdobiona świecidełkami, bombeczkami i łańcuchami…Ale jest piękna!

Po południu poszliśmy na cmentarz…Pierwsze Święta bez babci P. Będą na pewno inne…trudne? Zobaczymy, mam nadzieję, że nie bardzo smutne…raczej pełne wspomnień, tym bardziej, że ubywa nas przy tym stole Wigilijnym …….

Oczywiście ja niosłam szklane światełka, kiedy tuż przy alejce wywinęłam pięknego orła…Nawet nie pamiętam, jak to się stało. Szliśmy i rozmawialiśmy i oto w następnym momencie już leżałam, a raczej moje biedne chore kolana leżały w pryźmie śniegu. Na szczęście rymnęłam właśnie w świeżo opadnięty śnieg, co zamortyzowało uderzenie…A najlepsze jest, że lampki ocalały:)

A wieczorem ubieraliśmy choinkę…to poprawiło mi humor. Wygląda super;)

Ludzie nie są jak drzewa…

…i dadzą się przesadzić…Na mojej ulubionej  stronie www.virtualtourist.com znalazłam dziś ciekawą stronę, Kanadyjczyków, którzy przenieśli się do Włoch na emeryturę…mają nick mapekettle (jakby ktoś chciał sobie poczytać). Z przyjemnością czytałam ich spojrzenie na Włochy…przenieśli się tam na emeryturę (ona urodziła się we Włoszech i ciągnęło ją do powrotu tam).
Mimo, że finansowo wcale nie jest im tam aż tak super, wydają się być szczęśliwi…chyba się im nie dziwię. Podoba mi się ich sposób patrzenia na nowość jednak, jakby nie było…To, że umieją być tolerancyjni dla czegoś innego, nowego, do zupełnie odmiennego stylu życia i zupełnie innej kultury.

Przy okazji nasuwa się refleksja, czy umiałabym tak z dnia na dzień wszystko tu sprzedać, spalić te przysłowiowe mosty i ruszyć tak w nieznane? Nawet jeśli wcześniej zgłębiałam wiedzę na temat tego miejsca, ale jednak to zawsze jest nieznane…Ha, wcale nie jestem taka pewna. Ale im zazdroszczę, właśnie tej odwagi i tego, że umieli się zdecydować.

Z chińskiego ciasteczka…

Nie rozcinaj tego, co można rozwiązać…

Takie coś mi się wylosowało na mieście Plusa w chińskim ciasteczku…

Hmmmm, ciekawe, jak mogę to zdanie odnieść do ostatniej sytuacji z B.

Jacyś chętni do interpretacji?:)

A poza tym, wczoraj wreszcie wybrałam się na usg piersi. Badam się co roku. Powinnam, bo w rodzinie bliska mi osoba zmarła na raka piersi. Wszystko OK. Następny taki wypad za rok.

Dziewczyny, nie omijajcie lekarzy i kontrolujcie się, mówię tu o corocznej cytologii i badaniu piersi. Trzeba się pilnować…

Czas mija…

Coraz szybciej…Mnie zaczął biec szybko od 25-tych Urodzin…wydaje mi się, że to dopiero co było, a tu bum…zaraz trzydziestka.

A propos, Monoli, najlepsze Życzenia Urodzinowe dla Ciebie. Trzydziestkę kończy się raz w życiu;)
A więc Najlepszego, spełnienia marzeń, dużo szczęścia, zdrowia, dobrych ludzi wkoło Ciebie…Ciekawe, czy gdzieś się wybierasz, pewnie tak, bo piątek.

Ja w marcu…już zaczynam odczuwać niepokój…ale może powinnam spokojnie do tego podejść.

Na rozdrożu przyjaźni…

Ciekawe, czy ktoś był kiedyś w podobnej sytuacji.

Mam koleżankę…kiedyś przyjaciółkę, potem, dużo by gadać…nastąpiło trochę zawirowań w tej naszej znajomości. Te nieporozumienia zaczęły się dobre osiem lat temu, potem już tylko z górki się toczyło…miałyśmy już taki etap, że z rok w ogóle się nie kontaktowałyśmy.

Ponieważ jednak obie chciałyśmy to reanimować jakieś 4 lata temu podjęłam próbę…mimo, że wiele mnie to kosztowało. B. jest bowiem osobą, którą śmiało można nazwać "toksyczną" znajomą…Miałam już dość wysłuchiwania, jak to mnie jest w życiu dobrze i jak to ja mam raj na ziemi, że mam męża, to główny powód jej zazdrości, niestety, bo sama jest sama od dłuższego czasu, a kolejne związki okazują się niewypałami…

 (A skąd ona może wiedzieć, czy ja jestem taka wiecznie szczęśliwa, skoro od dłuższego czasu nie zwierzam się jej, straciłam do niej zaufanie, więc po prostu gadam na neutralne tematy). Męczyła mnie już tak, że od lipca się z nią nie kontaktowałam. Ona też najwyraźniej za mną nie tęskniła. No, ale zbliżają się Święta i zastanawiałam się, czy się odezwie…bo ma takie fazy, że Świąteczne życzenia chce składać…a ja myślałam ostatnio, że chyba dobrze by było już taki kontakt toksyczny raz a dobrze urwać. W końcu, jeśli po każdej rozmowie z "przyjaciółką" czujes się zła, wściekła, czy zdenerwowana, albo przygnębiona, to chyba nie najlepiej świadczy to o waszych kontaktach…

Z drugiej strony, czasem takie sentymentalne nastroje mnie dopadają i myślę sobie, że tyle lat się znamy (29, bo od mojego urodzenia)…to już kupa czasu, no i może szkoda tak całkiem urwać kontakt…nie wiem, nie wiem, mam mętlik w głowie.

Ale do czego zmierzam…dziś dziwna sytuacja, i jak tu nie wierzyć w moją intuicję? Otóż miałam dziś sen , w którym śniło mi się, że spotkałam się z B. Rozmawiałyśmy w tym śnie o tym, że ma faceta…

No i nomen omen, śpię sobie , a tu telefon dzwoni. Zanim się rozbudziłam, cisza. Natomiast na sekretarkę nagrana od niej wiadomość…i jak tu nie wierzyć w moją intuicję, że się tak powtórzę??

No i teraz nie wiem, co robić. Czy dalej się nie odzywać, żeby już urwać ten chory jednak kontakt, czy jednak się odezwać i kontynuować?
Nie wiem, z jednej strony mam dość jej pretensji (podświadomych), jak to mnie się wiele rzeczy udało, a jej nie (nie widzi tego, co jej się udało), a z drugiej strony znamy się tyle lat….

No, nie wiem, co robić…muszę nad tym pomyśleć…

Trochę pamiętam z tamtego grudnia…

Była niedziela. Zaczęło się nieciekawie, bo nie mogłam obejrzeć Teleranka. Co mnie wielce podirytowało (od małego byłam niecierpliwa i nie przepadałam za tym, jak siła wyższa niwelowała moje plany i zamierzenia).

Następnie dowiedziałam się, że nie pójdziemy na koncert "Gawędy", na który tak się cieszyłam…No, to już całkiem popsuło mi wtedy humor na cały dzień, bo bardzo się na ten koncert cieszyłam i nastawiłam.

Za to w TV gadał jakiś straszny facet (mam nadzieję, że nie miałam potem koszmarów w nocy, on się mógł przyśnić). Pamiętam też, że ojciec wziął mnie na ręce i pokazał przez okno, jak przez naszą ulicę jedzie powoli ponura kolumna czołgów.

Właściwie rodzice i sąsiedzi (rozpolitykowany Żoliborz) spodziewali sie tego, co się stało, ale my dzieciaki najpierw nie wiedziałyśmy, co się dzieje.

Tyle tylko tego dobrego, że w tych strasznie nieciekawych czasach, kiedy część znajomych miała duże nieprzyjemności, umieli się ci ludzie jakoś zjednoczyć. Wydaje mi się , że był człowiek bliżej człowieka wtedy…czy to za sprawą ekstremalnych sytuacji, które go dotykały? Czy też po prostu czasy były inne, a teraz zagonieni, zajęci zarabianiem pieniędzy, robieniem kariery, czy zwyczajnie walczący o utrzymanie własnych miejsc pracy, nie mają ludzie tyle czasu i chęci dla tego drugiego człowieka…

Ile to rzeczy mi się przypomina teraz. Domowymi sposobami produkowana czekolada z resztek zachomikowanego kakao, ciasteczka zwane kryzyskami z płatków owsianych…niedobra czekoladopodobna rzecz ze sklepów i masło solone…

Niemniej jednak to właśnie były czasy mojego dzieciństwa…mimo wszystko czasu beztroski i nieświadomości…

I nowy tydzień…

W weekend email od M. z dalekiej Australii…oczywiście znów wyżalanie się na Męża. Początkowo przejmowałam się potwornie i na każdy jej email od razu ospisywałam, radziłam, przedstawiałam swoje racje…a po dniu dostawałam email, że już jest OK między nimi i że "sorry" za wylewność, ale ona tam nie ma przyjaciółki, a ja tu, więc przynajmniej emailowo się wyskarży.

I jak w tej bajeczce o pastuczku, co na próżno wzywał pomoc, a jak naprawde przylazł wilk, to został zeżarty, przestałam się już jej wyżalankami przejmować. Przyjęłam zasadę, dostaję narzekaniowy email, czekam, a za dzień już jest email, że sorry, ale musiałam się wygadać, wiesz, jak jest w małżeństwie, ale już jest OK.

Nie, widać nie wiem, jak jest w małżeństwie, bo my się tak, jak oni nie kłócimy, u nich nie ma praktycznie miesiąca bez jednej, dwóch poważnych kłótni. Cóż, tak się chyba kończy, jak się żeni z człowiekiem poznanym na necie, którego przed Ślubem praktycznie nie znało, a mieszkał z tobą w dodatku w domu rodziców , dosłownie parę miesięcy przed Ślubem.

Tym razem było tak samo. W sobotę email z wyżalaniami, że T. to, że tamto, a w niedzielę na komórce sms, sorry, już między nami ok…

Myślę,że on łaskawie pozwala się jej przeprosić, a pewnie godzą się w łóżku.

Uznaję, że szkoda mojego czasu na pisanie emaili, z których ona nigdy sobie najwyraźniej nic nie robi. Za jakiś czas jej odpiszę zwykły email, pewnie nawet już nie poruszę kwestii kolejnej ich awantury.

Swoją drogą, jakie ja mam szczęście, że nie mam takiego porypanego związku. Doceniam, doceniam!

Książki Kofty nie zaczęłam;) Zajęłam się "Żabą" Musierowicz i nawet, nawet, jak na sentymentalny powrót do ulubionej autorki z dzieciństwa i bardzo wczesnej młodości. Po "Języku Trolli", który mi się nie podobał, to calkiem fajna odmiana. Podobało mi się i nawet to bajkowe zakończenie, przez Amerykanów tak cenione , a , co tam, kto z nas nie lubi bajek, które kończą się dobrze? Tych ze złym zakończeniem mamy dookoła siebie aż nadto…

Teraz czytam książkę Joy Fielding "Laleczka". To jedna z moich ulubionych autorek. Pisze niby to thrillery, niby kryminały, ale zamieszcza sporo ciekawych przemyśleń na temat dzisiejszego świata i porusza problemy tegoż, jak molestowanie seksualne dzieci, znęcanie się nad kobietami w związkach, itd. Napisałam kiedyś do niej email i nawet dostałam krótka odpowiedź;)