Las w domu, czyli…

zielona choinka. No, już nie taka zielona, bo ozdobiona świecidełkami, bombeczkami i łańcuchami…Ale jest piękna!

Po południu poszliśmy na cmentarz…Pierwsze Święta bez babci P. Będą na pewno inne…trudne? Zobaczymy, mam nadzieję, że nie bardzo smutne…raczej pełne wspomnień, tym bardziej, że ubywa nas przy tym stole Wigilijnym …….

Oczywiście ja niosłam szklane światełka, kiedy tuż przy alejce wywinęłam pięknego orła…Nawet nie pamiętam, jak to się stało. Szliśmy i rozmawialiśmy i oto w następnym momencie już leżałam, a raczej moje biedne chore kolana leżały w pryźmie śniegu. Na szczęście rymnęłam właśnie w świeżo opadnięty śnieg, co zamortyzowało uderzenie…A najlepsze jest, że lampki ocalały:)

A wieczorem ubieraliśmy choinkę…to poprawiło mi humor. Wygląda super;)

Ludzie nie są jak drzewa…

…i dadzą się przesadzić…Na mojej ulubionej  stronie www.virtualtourist.com znalazłam dziś ciekawą stronę, Kanadyjczyków, którzy przenieśli się do Włoch na emeryturę…mają nick mapekettle (jakby ktoś chciał sobie poczytać). Z przyjemnością czytałam ich spojrzenie na Włochy…przenieśli się tam na emeryturę (ona urodziła się we Włoszech i ciągnęło ją do powrotu tam).
Mimo, że finansowo wcale nie jest im tam aż tak super, wydają się być szczęśliwi…chyba się im nie dziwię. Podoba mi się ich sposób patrzenia na nowość jednak, jakby nie było…To, że umieją być tolerancyjni dla czegoś innego, nowego, do zupełnie odmiennego stylu życia i zupełnie innej kultury.

Przy okazji nasuwa się refleksja, czy umiałabym tak z dnia na dzień wszystko tu sprzedać, spalić te przysłowiowe mosty i ruszyć tak w nieznane? Nawet jeśli wcześniej zgłębiałam wiedzę na temat tego miejsca, ale jednak to zawsze jest nieznane…Ha, wcale nie jestem taka pewna. Ale im zazdroszczę, właśnie tej odwagi i tego, że umieli się zdecydować.