Trochę pamiętam z tamtego grudnia…

Była niedziela. Zaczęło się nieciekawie, bo nie mogłam obejrzeć Teleranka. Co mnie wielce podirytowało (od małego byłam niecierpliwa i nie przepadałam za tym, jak siła wyższa niwelowała moje plany i zamierzenia).

Następnie dowiedziałam się, że nie pójdziemy na koncert "Gawędy", na który tak się cieszyłam…No, to już całkiem popsuło mi wtedy humor na cały dzień, bo bardzo się na ten koncert cieszyłam i nastawiłam.

Za to w TV gadał jakiś straszny facet (mam nadzieję, że nie miałam potem koszmarów w nocy, on się mógł przyśnić). Pamiętam też, że ojciec wziął mnie na ręce i pokazał przez okno, jak przez naszą ulicę jedzie powoli ponura kolumna czołgów.

Właściwie rodzice i sąsiedzi (rozpolitykowany Żoliborz) spodziewali sie tego, co się stało, ale my dzieciaki najpierw nie wiedziałyśmy, co się dzieje.

Tyle tylko tego dobrego, że w tych strasznie nieciekawych czasach, kiedy część znajomych miała duże nieprzyjemności, umieli się ci ludzie jakoś zjednoczyć. Wydaje mi się , że był człowiek bliżej człowieka wtedy…czy to za sprawą ekstremalnych sytuacji, które go dotykały? Czy też po prostu czasy były inne, a teraz zagonieni, zajęci zarabianiem pieniędzy, robieniem kariery, czy zwyczajnie walczący o utrzymanie własnych miejsc pracy, nie mają ludzie tyle czasu i chęci dla tego drugiego człowieka…

Ile to rzeczy mi się przypomina teraz. Domowymi sposobami produkowana czekolada z resztek zachomikowanego kakao, ciasteczka zwane kryzyskami z płatków owsianych…niedobra czekoladopodobna rzecz ze sklepów i masło solone…

Niemniej jednak to właśnie były czasy mojego dzieciństwa…mimo wszystko czasu beztroski i nieświadomości…