Ciekawe, co tam u Monoli, dawno się nie wpisała…Monoli, hop hop, Jesteś tam? Już przywykłam do tego, że zaglądasz. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku…
Tu u nas dziwna pogoda…Wczoraj deszcz lał, w nocy dosłownie…za dnia, musiałam przemykać się pod parasolem. Jeszcze, mimo, że zapowiadali deszcz, oczywiście mimo dobrych rad P., który mnie zna , nie założyłam polaru i kurtki przecideszczowej, tylko płaszczyk…Brrr…
Na szczęście, u dentysty okazało się, że wszystko OK z zębem. Zrobiliśmy nawet prześwietlenia i nic tam nie widać. Mam nadzieję, że ząb nie będzie już dawał mi się w kość.
Poza tym dostałam email od R. To moja węgierska penpal, właściwie chyba jedna z najstarszych, jakie mi zostały z tego penpalowego boomu sprzed 4 lat. W każdym razie, napisała, że odnaleźli jej ojca. R była całe zycie wychowywana w domu dziadków przez samotną matkę i dziadków, którzy wmawiali jej, że jest dzieckiem grzechu…"super"…w każdym razie, teraz R. mieszka w USA ze swoim amerykańskim mężem węgierskiego pochodzenia. No i okazuje się, że odnaleźli jej ojca. Hmmm, ciekawe, jak facet się czuł, jak zjawiła się u niego po 27 latach zapomniana zguba. Rzekomo jest szczęśliwy (może, jak już nie musi na nią łożyć pieniędzy, czy jej wychowywać, to jest szczęśliwy). Zastanowiło mnie, czy ja bym tak się garnęła do poznania z ojcem, który najwyraźniej nie garnął się poznać mnie. Wiem, wiem, jej matka i dziadkowie mogli mu utrudniać, ale przecież nie zawsze…nie wiem. Może to ta ciąża tak na nią działa. Może , w przededniu dnia wydania na świat nowego życia, człowiek musi czuć, że mocno wrasta korzeniami w ziemię?? Nie wiem…Do przemyślenia…
