„Bursztynowe Słodycze Magiczne”. Hiyoko Kurisu.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2026).

Anna Horikoshi.
Tytuł oryginalny Yuyamidori Shotengai – Kohaku Yogashiten.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa do recenzji, za co ogromnie dziękuję.

„Bursztynowe Słodycze Magiczne” to nazwa, jaką nosi niewielki sklepik ze słodyczami (niespodzianka 🙂 ) w bardzo schowanym w mieście, opustoszałym pasażu handlowym nieopodal niewielkiej świątyni.
Część osób jednak trafia do sklepiku właśnie drogą via chram. Kiedy odczuwają potrzebę modlitwy w jakiejś szczególnie ważnej intencji, bywa, że dostrzegą ukrytą przed oczami innych, drogę prowadzącą do pasażu właśnie. A kiedy tam trafią i wędrują pomiędzy zamkniętymi lub wydającymi się być nieodwiedzanymi sklepikami, ich nogi prędzej czy później zaprowadzą ich do „Bursztynowych Słodyczy Magicznych”.

Książka składa się z sześciu opowieści o pięciu klientkach i klientach tajemnicznego sprzedawcy Kogetsu i o nim samym (ostatnie opowiadanie przybliża nam postać owego niezwykłego młodzieńca, który wydaje się być czasem nie w pełni człowiekiem).

Czyż nie byłoby cudownie, gdybyśmy mieli możliwość na część naszych zmartwień i problemów „zażyć” jakąś słodycz, zjeść kandyzowany owoc, cukierka lub jakieś mini ciasteczko? Klienci sklepiku mają taką możliwość.
Oczywiście wchodząc w progi cukierni nie mają zielonego pojęcia, jak owe słodkości, które ich skuszą, działają. Ale może to i lepiej?
Kupujący kierują się czasem smakiem, kształtem słodycza a najczęściej intrygującą nazwą. Bo któż z nas nie skusiłby się na smakołyk noszący tak intrygującą nazwę, jak „Chciwe konpeito”, „Niewidzialny wasanbon”, „Monaka z kasztanem nie do ukrycia”, „Karmelki podmianka” czy „Jabłko w polewie „Sprawdzam” „. Takie zresztą noszą tytuły poszczególne opowiadania, ostatnie to „Pożegnalne mame daifuku”.

Czy słodycze, które klienci kupują u Kogetsu mają w sobie jakąś magię? Zgodnie z tytułem książki, oczywiście, że tak. Okazuje się, że ich zjedzenie (nie w nadmiarze, przed czym przestrzega sprzedawca), może pomóc zmierzyć się z tym, co człowieka gnębi, gryzie, co sprawia, że jest mu źle i ciężko na duszy.
Można powiedzieć, że dzięki tym słodyczom łatwiej jest im zrozumieć coś, dojść do dobrych pomysłów i rozwiązań, zrozumieć siebie wzajemnie i otaczających ich ludzi.
Nie są ostatecznym remedium na wszystkie bolączki, ale okazuje się,że mocno wspierają ich w podjęciu najwłaściwszych rozwiązań i uwolnieniu się od tego, co ich tak bardzo przygnębiało.

Proza Hiyoko Kurisu jest delikatna i łagodna. Autorka operuje słowem, stara się wygładzić treść i stworzyć łagodny klimat, powoduje, że ma się wrażenie, że ta proza otula czymś ciepłym i przyjemnym.
Jest to też niewątpliwie ta książka, o której mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie jest dla każdego. Nie dlatego, że dyskryminuję jakiegokolwiek czytelnika, ale wiem, że są osoby, którym taka opowieść z pogranicza baśni i z dobrymi zakończeniami historii, bo takie są, nie przypadnie do gustu. Ale wiem też, że jest wiele osób, które z chęcią, jak ja, sięgną po nią i odnajdą w niej coś w rodzaju ukojenia.

Moja ocena to 6 / 6.

„To był nasz dom”. Marcus Kliewer.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2025). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Żak.
Tytuł oryginalny We Used to Live Here.

Na samym początku moja uwaga – asertywność, to ważna umiejętność. Ogólnie, jeśli któregoś dnia do Waszych drzwi zapuka jakaś rozgorączkowana rodzinka, twierdząca, że chce tylko na pięć minut rzucić okiem po domu, bo kiedyś tam mieszkali – nie wpuszczajcie. Pogońcie z pomocą chomika lub może kota, jak napisała znajoma w grupie książkowej, gdzie też zastosowałam ten żarcik kosmonaucik.

Eve i Charlie to para młodych kobiet, które niedawno kupiły stary dom, który chcą odnowić i sprzedać. Na razie w nim mieszkają ze swoją uroczą suczką Shylo i powoli się aklimatyzują.
Jest zimowe poźne popołudnie, gdy Eve przebywająca sama z suczką zostaje zaskoczona przez przybyłą dość niespodziewanie obcą rodzinę. Rodzice z trójką dzieci pukają do drzwi z nietypową prośbą. Jako, że ojciec rodziny mieszkał tam w dzieciństwie, a akurat przejeżdżali obok, chciałby pokazać dzieciom i żonie swój dom rodzinny.
Eve nie jest do tego przekonana. No bo jak to, zmierzcha się, zanosi się na śnieżycę, a ona siedzi w domu na totalnym pustkowiu sama i ma oprowadzać obcych ludzi po domu? I prawie udaje jej się pozbyć rodzinki już na samym początku, ale przecież wtedy nie byłoby tej książki. Asertywność nie jest najmocniejszą stroną Eve i niestety, kobieta wpuszcza do domu piątkę obcych sobie ludzi.
Ale! teraz dzieje się najlepsze. Jak to ostrzegał ją jej wewnętrzny głos w postaci głosu ulubionej zabawki z dzieciństwa, Szympansika Mo, „Kiedy już wejdą, nigdy nie wyjdą”.

Chwila, gdy Eve Palmer wpuszcza rodzinę Faustów do swojego domu staje się momentem granicznym i od tej pory zaczyna się totalny rollercoaster wydarzeniowo emocjonalny.
Jestem bardzo zadowolona całościowo z tej książki, pomimo, że w pewnym jej momencie odczułam coś na kształt znużenia (dalej też nie rozumiem pewnych motywów wystepujących w niej, po co na przykład wizyta w starej, zniszczonej chacie?), ale nieważne. Ważne, że czyta się ją dobrze, że nie jest oczywistością to, co nam się w danym momencie oczywistością wydaje.
Lubię takie niejasne i niezbyt łatwe do uzasadnienia rozwiązania, podczas których można brać pod uwagę ogrom możliwości. Co tak naprawdę stało się w starym domu? Co oznaczają dokumenty przeplatające się z poszczególnymi rozdzaiałami książki?
Żeby nie zdradzać tego osobom, które lekturę mają dopiero przed sobą, powiem jedynie, że naprawdę książka jest z gatunku nieodkładalnych. I oczywiście – polecam !

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

„Ostatnia sprawa”. Jorn Lier Horst.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2026). Ebook. 

Przełożyła Milena Skoczko-Nakielska. 
Tytuł oryginalny Den siste saken. 

Bardzo dziękuję mojej znajomej D. za miły prezent, jaki od Niej otrzymałam. Obie uwielbiamy serię Horsta o komisarzu Wistingu i oto najnowszy tom kryminalnej historii otrzymałam od Niej w ramach niespodzianki bez okazji! Najlepiej, prawda?  Jeszcze raz Ci, D. , dziękuję! Niech Ci los wynagrodzi w udanych lekturach.

Powiem tak, odkąd sama odkryłam dla siebie dłuuugo po tym, jak zaczęto wydawać książki Horsta w Polsce, ten cykl kryminalny, wsiąkłam. Wsiąkłam w sposób pisania autora. Już o tym kiedyś pisałam, to niezręczne co najmniej określenie, ale ja czytając te książki zwyczajnie…odpoczywam. Na pewno dzieje się to też dzięki temu, że autor zdecydowanie oszczędza bezsensownego okrucieństwa i zbędnych najczęściej opisów zbrodni, czy ich szczegółów a po prostu tworzy ciekawy klimat książek. Ja uwielbiam Wistinga za jego zwyczajność. UFFF…nareszcie śledczy bez nałogu, prowadzący  po prostu życie, (zapracowane, to racja ale bez niewiadomo jakich fajerwerków). Do pewnego momentu życie męża i ojca, od pewnego czasu niestety, przyszło mu w udziale życie wdowca. Jednak na szczęście i w życiu Wistinga zaczyna się ostatnio dziać coraz lepiej pod kątem życia osobistego, zwłaszcza po tym, jak dorosłe dzieci wyprowadziły się z domu. A dodatkowo przyszła nowa, lubiana przez komisarza rola – rola dziadka. Amalie, córka Line ma już sporo lat. To nie maluszek, a całkiem duża, chodząca już do szkoły, dziewczynka, która też lubi spędzać czas z dziadkiem.

I w tej części ta rola została bardzo ładnie przypomniana i wręcz wyolbrzymiona dodatkowo z racji tego, że Wisting ma za zadanie opiekować się przez tydzień swoją wnuczką, jako że jej mama, córka Wistinga, Line, jedzie z koleżanką z pracy do RPA. Tam mają przygotować materiał do podcastu na temat jednego z policjantów w Kripos, Adriana Stillera, który mieszkał we wczesnych latach nastoletnich z rodzicami jakiś czas w RPA. Tam zaginęła jego dziewczyna i w podcaście Line z koleżanką chcą pokazać, jak bardzo dramatyczne zdarzenie z młodości Stillera mogło wpłynąć na jego późniejszy wybór zawodu. 
Podczas wyjazdu córki i mamy Wisting i Amalie robią to, co lubią najbardziej, czyli oglądają razem fajne kreskówki, jedzą pizzę, coś tam razem pichcą i wypiekają. Wspomniałam wielokrotnie, lubię zwykłość i codzienność bohaterów tego cyklu. I za to autorowi jestem wdzięczna. Stworzył kogoś, kogo się lubi po prostu a nie, bo dokonuje nie wiadomo jak bohaterskich czynów lub odnosi nie wiadomo, jak wielkie sukcesy. Najwyraźniej lubię tak zwanych zwyczajnych, szarych ludzi, z którymi łatwo mi się utożsamiać. 

Jednak nie jest tak, że podczas bycia dziadkiem i opiekunem Wisting bierze urlop w pracy. Nie, nie. Podczas gdy wnuczka jest w szkole, on chodzi do pracy. I okazuje się, że zarówno i Line w RPA będzie prowadziła zupełnie dla niej niespodziewane śledztwo, tak i on sam nieco nieoczekiwanie zostanie zmuszony do prowadzenia śledztwa, w dodatku dotyczącej swojego dawnego kolegi, który chciał się koniecznie z Wistingiem spotkać a do spotkania niestety, nie doszło. 

Nie chcę za dużo zdradzać. Ja jestem osobiście ogromnie zadowolona z kolejnej historii śledczego, jego pracy i życia jego bliskich. 
Czasami autorzy serii wydają się toczyć po równi pochyłej. Może to wynika z „wypalenia” i braku świeżych pomysłów, może z czegoś zupełnie innego. W przypadku książek Horsta absolutnie nie musimy się o to wypalenie obawiać. Jest w każdej książce ten sam, wysoki poziom. 

Moja ocena to 6 / 6


No i? Czekam na ciąg dalszy ! 

„Pozdrów Reagana”. Thomas A. Lukaszuk, Agatha Rae.

 Wydana w Wydawnictwie AXIS MUNDI. Piaseczno, (2026). 

Książkę udało mi się wygrać na fanpejdżu Maple Corner-kanadyjska popkultura na Fb.

Wygrałam ją parę tygodni temu i otrzymałam wraz z miłymi dodatkami. Oczywiście jednak wiadomo, książka zawsze cieszy najbardziej. 
„Pozdrów Reagana” to napisana przez Agathę Rae (prowadzącą ów fanpejdź i stronę Maple Corner) opowieść Tomasza Łukaszuka lub Thomasa Lukaszuka, jak jest znany w Kanadzie. 
Opowieść to słodko-gorzka. Thomas jako nastolatek został niejako przymusowo wyrwany z Gdyni, gdzie się wychowywał. Wraz z mamą i młodszym bratem Adamem wylecieli do Kanady, gdzie od paru lat żył ich ojciec i mąż. Ojciec, który będąc marynarzem zdecydował się uciec ze statku i został w Kanadzie. Jako, że reszta rodziny dołączyła do niego w 1982 roku, a więc formalnie jeszcze wciąż w okresie Stanu Wojennego a ojciec zachował się wcześniej tak a nie inaczej, trójka nowych emigrantów właściwie opuszczała Polskę z biletem w jedną stronę.

„Pozdrów Reagana” – tak powiedział do chłopca jeden z dziadków przed wyjazdem rodziny do Kanady. A wyjazd ten był naprawdę ciężki. To nie czasy, gdy opuszcza się kraj mając przy sobie torebkę ale ulubione ubrania, przedmioty i drobiazgi można nadać frachtem. Bohaterowie opowieści zmuszeni byli spakować całą trójkę do jednej walizki 😦  W związku z tym każdy z chłopców mógł wziąć ze sobą jedną tylko rzecz. Jak trudne musiało być to przymusowe opuszczanie ojczyzny nie tylko dla matki ale i dla jej synów? W ogóle nie chcę sobie tego wyobrazić.

Książka dzieli się niejako na parę części. Krótki fragment dotyczy życia rodziny w Polsce, właściwie samej matki z dziećmi, bo ojciec szybko zniknął z domu, potem etap wyjazdu i przystosowywania się do nowego życia, warunków, następnie  opisany jest okres nauki i życia osobistego bohatera. Poznajemy też wnikliwie  jego karierę polityczną.  Albowiem Kanada odwdzięczyła się tej trójce za jej dzielność i pracowitość. Zarówno mama, która dość szybko po przenosinach do Kanady ponownie właściwie została samotną matką, jak i obaj synowie, dali sobie w tym kraju radę. Chłopcy wykształcili się a Thomas  nawet rozpoczął udaną karierę polityczną. Przez niemal piętnaście lat pełnił rolę zarówno ministra kilku resortów (na przykład edukacji), jak i wicepremiera Alberty, gdzie z rodziną osiedli. 
Jednak nawet najlepsza kariera polityczna się kończy i także rozdział życia Lukaszuka „po” polityce opisany jest w tej książce. 

Osobiście powiem, że mnie samą najbardziej zainteresował rozdział o wyjeździe i klimatyzacji bohatera i rodziny w Kanadzie. Okazuje się, że dla tego dorastającego chłopaka był to niemały stres i jak się okazuje, taka zadra przymuszenia do wyjazdu tkwi w Nim chyba do dzisiaj… Tak przynajmniej wyczytałam między słowami. Tym bardziej, że obie córki Thomasa mają na oku Polskę. Jedna z nich już wróciła do ojczyzny taty, tu mieszka i pracuje, druga w chwili pisania opowieści, rozważała tę opcję. Czy sam Thomas zdecyduje się kiedyś wrócić do Polski? Nie sądzę, ale… nic przecież nie wiadomo. Życie potrafi zaskakiwać, ale też daje po prostu wiele ciekawych możliwości, więc kto wie?

Opis kariery politycznej Lukaszuka również jest ciekawy, na pewno dla wielu stanowi ogromny plus, że ktoś z naszego kraju przy swojej ciężkiej pracy i ambicjach był w stanie właśnie w obcym kraju zostać politykiem i to na naprawdę wysokim szczeblu. Nie jestem przekonana, że taka sytuacja odwrotnie mogłaby zadziać się u nas, ale, wiadomo, każdy kraj ma inne zasady i nie ma co chyba porównywać.

Na pewno trzynastoletni Tomek opuszczający rodzinne miasto, dziadków, kuzynów, przyjaciół, kolegów i szkołę nie mógł w tamtym siermiężnym roku 1982 przewidzieć nawet, jak potoczy się jego życie. 

Książkę czyta się naprawdę dobrze, wciąga. Okraszona licznymi fotografiami z archieum Lukaszuka z pewnością staje się pozycją, która może wciągać nie tylko polityków 🙂 Jestem tego najlepszym przykładem. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Mrok jest miejscem”. Ariadna Castellarnau.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2024). 
Przełożyła Justyna Sterna.  
Tytuł oryginalny La oscuridad es un lugar.

Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, jakbym zareagowała, gdyby moje dziecko zadedykowało (a tak zrobiła autorka, pisząc „Moim rodzicom”) mi akurat tę książkę. A serio, ucieszyłabym się oczywiście z każdej dedykacji. 

Ta wzięta z osiedlowej Książkodzielni książka okazała się kolejną w nie tak odległym czasie książką, o której właściwie niełatwo mi coś napisać. 
Jest to zbiór ośmiu opowiadań, rozpoczynający się zresztą opowiadaniem noszącym tytuł zbioru. 

I naprawdę, trudno jest mi coś o nich powiedzieć. Napiszę więc to, co notowałam sobie podczas lektury. 

Opowiadania są naprawdę przedziwne. Nie są lekkie, nie. Osoba hiszpańskojęzyczna, która miała możliwość przeczytania w internecie fragmentu pierwszego opowiadania orzekła, że język jest „surowy”. I to chyba bardzo trafnie oddaje to, jaki jest język tych historii właśnie. Surowy. Nie chcę rozróżniać literatury na kobiecą i męską ale szczerze, gdybym nie wiedziała, że napisała je kobieta, nie wiem czemu, ale wzięłabym za pewnik to, że ich autorem jest mężczyzna. 

Te osiem opowieści faktycznie wydają się wyłaniać z mroku. Jakby ów usiadł i klepnąwszy miejsce koło siebie powiedział do czytelnika „Siadaj obok!”. 
Klimat to właściwie dojmujący smutek, jakaś atmosfera rozedrgania i niepewności. Właściwie wszystko, co może pójść źle, idzie źle. 
Na okładce Wydawnictwo pisze, że „Bohaterami (…) są rodzice i ich dzieci uwikłani w destrukcyjne relacje”, ale nie chodzi tu według mnie jedynie o tę więź i pokrewieństwo, tym bardziej, że nie tylko ta realacja rodzicielsko-dziecięca jest tu przedstawiona. Chociaż, to prawda, że głównie ta. 

Nie potrafię pisać o nich, że mi się „podobają”, bo to trochę tak, jak piszą w komentarza podcastów true crime niektórzy, że „super, będzie nowy materiał do posłuchania do snu” ;/ No więc, nie. Trudno jest tu napisać, że te treści i ich forma mogą się „podobać” bo estetyki i słodkości tu nie znajdziemy. Za to mogę napisać, które opowiadania zrobiły na mnie wrażenie, a są to : „Calipso”, „Marina Fun” (pomysł stworzenia pół chłopca pół syrenka zrobiło na mnie wrażenie), „Z nagła powódź” (ojciec tworzący z kości postać córki zmarłej podczas powodzi jest dość przygnębiającą postacią), „Wyspa w chmurach” (iście biblijny motyw dziecięcia podrzuconego na progu domu w wiklinowym koszu). 

Na pewno nie jest to literatura krzepiąca, czy podnosząca na duchu. No, przynajmniej mnie ani nie pokrzepiła ani na duchu nie podniosła. Natomiast zdecydowanie jest to ciekawy eksperyment z mojej strony sięgnąć po coś takiego, bo faktycznie zbyt rzadko sięgam poza tak zwaną wypróbowaną strefe komfortu. No więc tu wyszłam z tego poczucia komfortu, pokręciłam się w mroku i przygnębieniu i wracam w bezpieczne strefy (kryminałów, hmmm, sama nie wiem, co o tym myśleć). 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Gdzie rosną cedry”. Craig Mod.

Wydana w Znak Literanova. Kraków (2026).
Przełożył Mikołaj Denderski.
Tytuł oryginalny THINGS BECOME OTHER THINGS: A Walking Memoir.

Na pewno nie jest to książka o Japonii, jak może sugerować opis, czy okładka. Japonia, to miejsce, w którym autor mieszka od ponad dwudziestu lat. Japonia jest tu jedynie tłem do rozważań Moda.
„Gdzie rosną cedry” to raczej książka, która tak naprawdę mogłaby się dziać w paru innych miejscach na ziemi, być może akurat tu, gdzie autor mieszka i gdzie jest jednak zupełnie inaczej od jego amerykańskich rodzinnych stron, łatwiej jest o refleksję i nastrój rozprawienia się z przeszłością. Oraz, być może w podróży, bo autor odbywa długi spacer (coś w rodzaju „cywilnej” pielgrzymki?) łatwiej jest oswoić żałobę? Żałobę po przyjacielu, która najwyraźniej trwa i uwiera.
Autor więc spaceruje, odbywa podróż po Półwyspie Kii i snuje rozważanie o swojej przeszłości, o przeszłości jego i przyjaciela, o życiu, o tym, jak nierówne szanse na starcie są w stanie nas jednak mocno stłamsić w życiu.
Na pewno nie jest to książka dla każdego (pozdrawiam koleżankę A. ). Z pewnością grono ludzi powie, że nie wie, o czym to w ogóle jest. Czy ja wiem? Na pewno doceniam fakt, jak autor postarał się zmierzyć z żałobą, widać ogromną wrażliwość i emocje, tak po wschodniemu ubrane w estetyczne opisy i słowa.
Czy miałam poczucie podczas lektury, że „ile razy można o tym samym?”. Trochę tak, ale w sumie, czemu autor ma nie pisać tak, jak chce i czuje, jeśli udaje mu się to dodatkowo opublikować?
Na pewno nie jest to jedna z tych książek, które po przeczytaniu się zapomni a ja wręcz sądzę, że będę do niej wracać.
Ogólnie polecam, chociaż uprzedzam, nie sądzę, żeby każdy odnalazł w niej coś, co sprawi, że będzie z niej zadowolony.

Moja ocena to 5 / 6.

„Gdzie rosną cedry”, Craig Mod.

Wydana w Znak Literanova. Kraków (2026).
Przełożył Mikołaj Denderski.
Tytuł oryginalny THINGS BECOME OTHER THINGS: A Walking Memoir.

Na pewno nie jest to książka o Japonii, jak może sugerować opis, czy okładka. Japonia, to miejsce, w którym autor mieszka od ponad dwudziestu lat. Japonia jest tu jedynie tłem do rozważań Moda.
„Gdzie rosną cedry” to raczej książka, która tak naprawdę mogłaby się dziać w paru innych miejscach na ziemi, być może akurat tu, gdzie autor mieszka i gdzie jest jednak zupełnie inaczej od jego amerykańskich rodzinnych stron, łatwiej jest o refleksję i nastrój rozprawienia się z przeszłością. Oraz, być może w podróży, bo autor odbywa długi spacer (coś w rodzaju „cywilnej” pielgrzymki?) łatwiej jest oswoić żałobę? Żałobę po przyjacielu, która najwyraźniej trwa i uwiera.
Autor więc spaceruje, odbywa podróż po Półwyspie Kii i snuje rozważanie o swojej przeszłości, o przeszłości jego i przyjaciela, o życiu, o tym, jak nierówne szanse na starcie są w stanie nas jednak mocno stłamsić w życiu.
Na pewno nie jest to książka dla każdego (pozdrawiam koleżankę A. ). Z pewnością grono ludzi powie, że nie wie, o czym to w ogóle jest. Czy ja wiem? Na pewno doceniam fakt, jak autor postarał się zmierzyć z żałobą, widać ogromną wrażliwość i emocje, tak po wschodniemu ubrane w estetyczne opisy i słowa.
Czy miałam poczucie podczas lektury, że „ile razy można o tym samym?”. Trochę tak, ale w sumie, czemu autor ma nie pisać tak, jak chce i czuje, jeśli udaje mu się to dodatkowo opublikować?
Na pewno nie jest to jedna z tych książek, które po przeczytaniu się zapomni a ja wręcz sądzę, że będę do niej wracać.
Ogólnie polecam, chociaż uprzedzam, nie sądzę, żeby każdy odnalazł w niej coś, co sprawi, że będzie z niej zadowolony.

Moja ocena to 5 / 6.

„Nagrobek”. Anna Klejzerowicz.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa do recenzji, za co ogromnie dziękuję. 

Od razu napiszę, że jest to moja pierwsza książka z serii o Felicji Stefańskiej. Nie znam innych z tej serii, ale okazuje się, że jest to książka, którą spokojnie można czytać nawet jeśli się nie zna poprzednich części. 
Felicja pracuje od paru lat w urzędzie gminy na stanowisku rzeczniczki prasowej. Kryszewo, gdzie pracuje, nie jest miejscem, z którego pochodzi, bowiem pochodzi z Trójmiasta, gdzie wciąż mieszkają jej rodzice, natomiast ona sama po przejściach życiowych i osobistej tragedii jest wdzięczna przyjaciółce, Grecie, która to pomogła jej w znalezieniu pracy, jako, że sama jest na stanowisku wójta. Niemniej jednak ta praca po znajomości rzec można jest opłacalna dla gminy, bo Stefańska ma świetne pióro i oprócz stanowiska rzeczniczki prowadzi też lokalną prasę. 
Akcja książki rozpoczyna się od krótkiej historii sprzed dziewięciu lat, kiedy to dziewiętnastoletnia Martyna Jakubczyk wraca w końcu czerwca  do domu z dyskoteki na przystani. Zmęczona i rozgoryczona faktem niepokazania się na imprezie chłopaka, na którym jej zależało, zamiast pójść wygodniejsza dla zmęczonych nóg  ale dłuższą trasą, skręca w las, by w ten sposób szybciej dostać się do domu. Wchodzi do lasu i ślad po niej ginie.

Mija dziewięć lat. Martyna niestety, nie odnalazła się, jej rodzice nie wiedzą, czy w ogóle jest jakakolwiek szansa na to by obecnie młoda kobieta w ogóle żyła. 
Wczesną jesienią na miejscowym cmentarzu odbywają się prace renowacyjne najstarszych nagrobków. Podczas prac dochodzi do szokującego znaleziska. W jednym z grobowców znalezione zostaje bowiem ciało bardzo młodego mężczyzny, który padł ofiarą zbrodni. Dość szybko okazuje się, że był to Ukrainiec. 
Felicja dowiaduje się o tym, co się stało, rusza na miejsce zdarzenia chociażby po to, by zebrać materiał do oświadczenia wójta i do gminnej gazety. 
I okazuje się to początkiem jej prywatnego śledztwa. Podczas, gdy policja mocno chce wkręcić temat polityczno narodowy i skupić się na animozjach narodowościowych, Felicja czuje, że sprawa ma jakieś inne, drugie dno. 
Nie daje jej też spokoju sprawa zaginięcia młodej Martyny. Mimo, że minęło dziewięć lat i rzeczniczka wówczas nawet w Kryszewie nie mieszkała, sprawa ta w jakiś sposób zaczyna ją „uwierać”. Tym bardziej,że szybko zaczyna się orientować, że sprawa zaginięcia nastolatki może w jakiś sposób łączyć się ze znalezionym w grobowcu ciałem młodego Ukraińca. Natomiast w jaki sposób te dwie sprawy i osoby się łączą? Tego przyjdzie dowiedzieć się Felicji w jej prywatnym śledztwie. Na pewno na korzyść świadczy fakt, że swego czasu łączyło ją coś bliskiego z miejscowym policjantem, Zygmuntem Rybą oraz fakt, że Felicja ma nawet pomoc w postaci młodego dziennikarskiego narybku, jakim okazuje się mieszkanka Kryszewa, Kasia Malinowska. Narybek jest o tyle cenny, że wszyscy Kasię znają i lubią a jej siostra swego czasu przyjaźniła się z zaginioną Martyną.

I tak oto rozpoczyna się śledztwo, zarówno to policyjne, jak i indywidualne, Felicji i Kasi. Śledztwo, które ruszy niejeden mur i spowoduje naruszenie konstrukcji zbrodni i zmowy milczenia. 
Lubię takie klimaty, tu jest to dobrze napisane, klimat małego miasteczka, w którym niby to nie dzieje się nic, ale okazuje się, że czasem wystarczy tylko poskrobać malowaną warstewkę, aby wylazło z niej to, co ktoś chciał usilnie zamalować i ukryć przed ludzkim wzrokiem. 

Anna Klejzerowicz w swojej książce poruszyła temat zaginięcia. To jedna z najgorszych sytuacji, tak myślę, kiedy ktoś bliski znika i gdy ślad dosłownie się po nim urywa. Stres i zapewne niekiedy wątpliwości, co stało za powodem zniknięcia kogoś jest z pewnością wręcz zabójczy. A w „Nagrobku” też w pewnej chwili nie wiadomo do końca, czy może Martyna zniknęła na własne życzenie, czy też jednak przyczyniły się do tego osoby trzecie. 

Szybka akcja ale bez zadyszki, że tak powiem, interesująca warstwa kryminalna ale przede wszystkim ciekawe obserwacje społeczno obyczajowe składające się na „Nagrobek” powoduje to, że daję tej książce ocenę 

5.5 / 6. 

„Mira. Kobieta światowa”. Monika Ksieniewicz-Mil.

 Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2025).

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa na prośbę jej Autorki. 

Sądzę, że ten główny tytuł może wielu osobom nie mówić (niestety) kompletnie nic. Podtytuł „Opowieść o Mirze Michałowskiej” już więcej a najwięcej pewnie powie komuś, komu wydaje się, że „nie kojarzę osoby” fakt, że na przykład jest autorką przekładu „Szklanego klosza” Sylvii Plath, książek Joan Didion, Agathy Christie , Vladimira Nabokova, Henry’ego Millera i nie tylko. A już całkiem dużo powie hasło „Wojna domowa”, jestem tego pewna. 

Dla mnie Mira Michałowska pozostanie zawsze w głowie przede wszystkim, jako autorka jednej z najbardziej lubianych przeze mnie książek, czyli „Portretu nocą malowanego” (pisałam jakiś czas temu o książce). 

O książkach pisanych przez znajomą osobę nie jest łatwo (mnie przynajmniej pisać). Z jakiego powodu? Ano, z takiego, że nie chciałabym być posądzona o stronniczość opinii. Z kolei myślę też sobie, że być może te obawy powodują to, że patrzę na tekst surowiej, niż gdybym autorki nie znała. Jak uniknąć nepotyzmu i bycia zbyt surową? Oto jest pytanie! 
A w tym przypadku Autorkę biografii jak najbardziej znam, bo ukończyłyśmy wspólnie licealną orkę. Ba, byłyśmy nawet w jednej klasie. Niemniej jednak i tak napiszę, co myślę, bo czemu by nie? 

Od razu powiem tak. Książka mi się podobała ale jednocześnie miejscami mocno stała się dla mnie nużąca. A działo się tak dlatego, że jest tu podana istna mnogość szczegółów z życia Miry i jej rodziny. I o ile faktycznie muszę przyznać, że pewne szczegóły podawane na początku biografii znalazły swoje uzasadnienie na niemal końcu książki (sytuacja oskarżeń politycznych wysuwanych pod adresem Michałowskiej w sprawie narracji katyńskiej, który to fragment stanowi nawiasem mówiąc akurat dla mnie jeden z ciekawszych fragmentów książki czy kwestia bycia ewentualnym szpiegiem), to chyba nie wszystkie musiały zostać aż tak szczegółowo opublikowane. Jednym słowem, podsumuję nie owijając w bawełnę. bywało, że nieco przebiegałam oczami po tekście, gdyż zwyczajnie nie był dla mnie zbyt ciekawy. 

Ale od początku. Biografia napisana przez Ksieniewicz-Mil z pewnością jest biografią dobrą. Nie ma tu niepotrzebnego chaosu, wydarzenia z życia prowadzone są chronologicznie i to zdecydowanie na plus. Co do owej nadmiernej (według mnie, oczywiście) szczegółowości, już wspomniałam. 

Autorka opisuje więc życie Miry Michałowskiej i jej dwa małżeństwa. Pierwsze – krótkie, drugie – długie i z tego, co widzę, ogromnie udane. 
To drugi mąż Jerzy Michałowski, z którym spędziła większość życia i miała dwóch synów, Piotra i Stefana, był, jak sądzę miłością jej życia i podporą dnia codziennego. Pełniący rolę ambasadora w  placówkach polskich po IIWŚ, w Londynie i następnie w Stanach Zjednoczonych w Nowym Jorku i Waszyngtonie wprowadził ją w życie dyplomacji, ale też nie tak, że Mira stanowiła jakieś marne tło tego duetu. Jako osoba władająca paroma obcymi językami, wykształcona i inteligentna swoją rolę pełniła wyśmienicie. 
Jednocześnie nie rezygnowała z siebie, że tak może powiem po kołczowemu 🙂  Pisała felietony do „Przekroju”, tłumaczyła teksty, pisała własne książki i sztuki, które cieszyły się powodzeniem, również po upadku komunizmu w Polsce. 
Tego mi w książce zabrakło. To znaczy sięgając po nią miałam ogromną nadzieję na więcej opisu procesów twórczych Michałowskiej (piszącej pod ogromną ilością pseudonimów nawiasem mówiąc, na przykład Maria Zientarowa, ale to jeden z wielu, oczywiście).

Dla wielu Polaków, powiedzmy, starszych ode mnie, z pewnością zostanie ona zapamiętana jako ta, na podstawie której felietonów powstał fantastyczny serial „Wojna domowa” (jeden z moich ulubionych). Dlaczego ma on jedynie tyle odcinków, ile ma, to wyjaśnia autorka biografii i nie ukrywam, dla mnie to było zaskoczenie, bo zwyczajnie, myślałam, że chodzi jedynie o to, że w PRL-u nie produkowano seriali-tasiemców. 

Życie Miry było z pewnością niezwykłe, zresztą, tak naprawdę czy można powiedzieć coś tak trywialnego, jak to, że jest jakieś „zwykłe życie”? więc może tak, życie Miry Michałowskiej z pewnością obfitowało w mnóstwo wydarzeń i sytuacji, którymi śmiało można by obdarzyć życiorysy co najmniej paru osób. Urodzona w Łodzi w rodzinie zasymilowanych Żydów, szybko pozbawiona stabilizacji życiowej (najpierw rozwód rodziców, następnie IIWŚ podczas której jeden z braci zginął na Wschodzie a praktycznie cała rodzina w wyniku Zagłady), szybko angażowała się w związki uczuciowe i dość prędko wyszła za mąż za Ignacego Złotowskiego, z którym żyła w Stanach Zjednoczonych.  Mira do Stanów dotarła już w 1940 roku. Jednak, tak jak prędko się pobrali, tak szybko rozwiedli. 
Drugim mężem, o którym pisałam, że stał się podporą i miłością Miry był Jerzy Michałowski. 
Z nim długie lata spędziła na zagranicznych placówkach i właśnie te fragmenty były dla mnie momentami nużące. Z jednej strony z pewnością ciekawie opisane życie dyplomatyczne na placówce już PRL-owskiej, z drugiej, miałam wrażenie, że momentami czytam biografię jej męża a nie jej samej. 
Nie chcę zostać źle zrozumianą, być może dla kogoś innego to akurat stanowić może dużą zaletę biografii. Mnie miejscami zmęczył. 
Już chyba bardziej wciągnąła  mnie ta część książki, którą Monika Ksieniewicz-Mil poświęca życiu Michałowskiej po powrocie jej i jej męża z placówek na stałe do Polski. Powrót zresztą w atmosferze skandalu właściwie bo nieżyczliwe języki postarały się o to, aby Jerzy dyplomatą nie pozostał. 
Ale i tu okazało się, że czy to dzięki znajomościom czy to może szczęściu para de facto zaliczyła raczej miękkie lądowanie. Okazało się,że obojgu mimo perypetii i zawirowań udało się żyć w całkiem dobry sposób, zważywszy na to,że żyło im się zdecydowanie lepiej, niż większości przeciętnych Polaków wówczas żyło. 
Część po powrocie stała się dla mnie ciekawsza właśnie ze względu na literaturę, którą żyła Mira. Jest więc i o jej działalności dziennikarskiej i pracy literackiej, na przykład zarówno jej własnej , jak i przekładach literatury światowej. Tak lubiana przez Polaków „Kobra” , czyli Teatr Sensacji „Kobra” nie byłaby tym, czy jest, gdyby nie jej przekłady czy wręcz przynoszenie na plan zdjęciowy przedmiotów których na polskich sklepowych półkach próżno by szukać, a w domu Michałowskich owszem, były.

Osobny fragment to też ten na temat rozmaitych plotek ciągnących się za autorką i tłumaczką czyli oskarżenia o to, że była szpiegiem radzieckim. Ksieniewicz- Mil zrobiła kawał dobrej roboty studiując archiwa IPN-u i przekopując się (przepraszam autorkę za ten kolokwializm) przez szereg materiałów i donosów i twierdzi, że dowodu, dokumentu potwierdzającego takową współpracę nie ma. 
A możliwości udowodnienia było sporo, bo zarówno ona jak i jej mąż byli podsłuchiwani i na celowniku polskich służb specjalnych. Pozostało dużo papierów, donosów, dokumentów. Nie dziwię się zatem Michałowskiej, że w literaturze odnajdywała na nowo spokój i wyciszenie. Praca słowem i ze słowem najwyraźniej stanowiła dla niej najlepsze odprężenie i możliwość oderwania się od codziennych zmartwień, ludzkich złych języków, wrogości.

Jedną z najciekawszych a niestety, najmniej poruszonych w książce „Mira. Kobieta światowa” jest kwestia pochodzenia Miry Michałowskiej i tego, jak do tej kwestii podchodziła przez całe życie. Autorka porusza tu całą kwestię wypierania i pokoleniowej traumy osób pochodzenia żydowskiego (co prawda Marzec 68 Mira z Jerzym spędziła za granicą, co nie zmienia faktu, że przecież miała świadomość tego, co stało się wówczas w Polsce. 
To wyparcie, ta niechęć do mówienia zarówno o pochodzeniu swoim i bliskich, zapewne nie taka nietypowa dla wielu osób w podobnej sytuacji, z pewnością ciążyła jej przez całe życie i sądzę, że śmiało można postawić tezę, że stanowiła podwaliny do depresji, jaka dotknęła Mirę Michałowską w latach po śmierci męża w roku 1993 i w latach poprzedzających jej odejście. 
Kwestia traumy i pochodzenia jest tak delikatna, że sądzę, że Ksieniewicz-Mil, która znała osobiście Mirę Michałowską, celowo nie chciała rozpisywać się w tej kwestii nad samą Michałowską a raczej poruszyła (czy raczej dała zaczątek do zainteresowania się tematem traum dziedziczonych i problemów z tego wynikających) temat, który bez wątpienia może stanowić dla kogoś start do solidnej, osobistej analizy. 

Czy poznałam z tej biografii człowieka czy „kobietę światową”? Nie wiem. Myślę, że poznałam jedynie taką postać, jaką chciała światu pokazać sama Mira Michałowska. Na pewno osobę inteligentną, chętną do poznawania innych ludzi, towarzyską wręcz. Ale jednocześnie dźwigającą swoje osobiste traumy i psychiczne ciężary. Sądzę, że z upływem czasu być może coraz bardziej pogrążającej się w mroku własnych demonów. Ale to jedynie moje przypuszczenia, chociaż sądzę, że coś niestety w tym jest, że jednostki wrażliwe, a taka bez wątpienia była Mira Michałowska, przeżywają wszystko w dwójnasób, spalając swoje emocje wręcz nadmiernie. A niestety, bilans tego nie zawsze musi być pozytywny. 

Podsumowując, co na plus? 
To, że w ogóle powstała książka o arcyciekawej postaci jaką niewątpliwie jest Mira Michałowska. 
Fakt, że mnie samej udało się dowiedzieć dużo o życiu i pracy autorki tak kochanej przeze mnie książki, czyli „Portretu nocą malowanego” (ale też „Drobnych ustrojów”, „Wojny domowej”, wreszcie uwielbianej przeze mnie w dzieciństwie książeczce „Sezamki” (Moniko, dziękuję, że uświadomiłaś mi, że „Sezamki” są jej autorstwa, ja do dziś mam do tej książeczki ogromny, sięgający dzieciństwa, sentyment). 
To, że dzięki tej biografii wiele osób, które gdy o książce mówiłam twierdziły, że „Ale nie wiem w ogóle, o kim mówisz” zrozumieją, że jak najbardziej wiedzą o kim jest mowa, bo na przykład czytały przekłady jej autorstwa. 
Poruszenie tematu traumy, o której to pisałam powyżej, więc jedynie wymieniam. 

Minusy, (przypominam,że moje opinie zawsze są subiektywne i nie ma obowiązku się ze mną zgadzać), trochę zbyt rozwlekłe opisy i szczegóły w pierwszej części książki. Owszem, sporo wnoszących coś do treści ale chyba nie w aż takiej ilości szczegółów. 
To, że mimo wszystko miałam nadzieję na najwięcej szczegółów pracy literackiej autorki i tłumaczki (nie mówię, że nie ma ich wcale, ale według mnie procentowo nie wyszło tego wiele) .

Usiłuję sobie przypomnieć, czy czytałam felietony Miry Michałowskiej w „Filipince” bo pisała je akurat w czasie, gdy kupowałam to pismo i bardzo je lubiłam. Nie sądzę,żebym w tamtych czasach akurat sięgała po treści przez nią proponowane (trochę mi wstyd za tamtą trzpiotkę), możliwe za to, że czytałam coś jej autorstwa w „Twoim Stylu”, w którym pisywała również w czasie, gdy nie tyle kupowałam to pismo, co czytałam je niemal od deski do deski w domu licealnej przyjaciółki (swoją drogą, ciekawe Madzik, jak Ci się życie poukładało…). 

Ogólnie jednak uważam „Mirę. Kobietę światową” za udaną biografię i zdecydowanie pozycję od dawna potrzebną na naszym literackim rynku. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Aniołowie z sąsiedztwa”. Wojciech Kania.

 Wydana w Wydawnictwie Diecezjalnym i Drukarni Sandomierz sp. zo. o.  Sandomierz (2026).

Książkę udało mi się wygrać na stronie Autora na Fb w konkursie, który odbywał się jakiś czas temu. Otrzymałam ją wraz z miłą, odręczną notatką od Autora. 

 Miałam chwilę z nią poczekać ale…zaczęłam jedno opowiadanie i… ! Wciągnęło mnie tak, że, pomimo że autor sugeruje aby z czytaniem kolejnych opowieści poczekać chwilę i dać sobie czas na ich przeżycie, mnie się to nie udało i przeczytałam ją w całości. 
To zbiór trzydziestu czterech opowiadanek. Celowo zdrabniam, bo to są właściwie krótkie historie, opowiastki, czasem nawet na trzy strony. A pomimo tego, że krótkie, są wartościowo treściwe.
Jak napisałam do jednej ze znajomych, te opowiadania są ciepłe, miękkie, przytulne. Jakby puszyste słowa otulały czytelnika i wprowadzały go w swój świat. Są jak podana w odpowiedniej chwili chusteczka, aby się wypłakać, kubek ciepłej herbaty, gdy wraca się zziębniętym z dworu, jak uśmiech nieznajomej osoby, kiedy mijasz się z kimś w sklepie lub na ulicy, taki po prostu, aby sprawić ci radość, bez powodu.

Opowiadania te są pokrzepiające, dodające otuchy. To opowieści o zwykłych ludziach jakich dużo wokół nas, którzy są dla nas wsparciem, czasem nawet o tym nie wiedząc. To może być przyjaciel ale i pan listonosz, krawiec, fryzjerka, nauczycielka, która nie skreśliła nas wtedy, gdy wszyscy inni to zrobili.

Niejeden raz się nad którymś wzruszyłam do łez i wiem, to takie może bajki dla dorosłych, ale sama miałam w życiu parę razy takie wrażenie, że jakiś Anioł trzymał mnie za rękę, gdy tego najbardziej potrzebowałam. 

Historie te utrzymane są w nieco bajkowym czasem, onirycznym wręcz klimacie i to dodatkowo tworzy ich nastrój. 
Tytułowi Aniołowie to ludzie koło nas, którzy mogą stać się takimi Aniołami dla nas nawet o tym nie wiedząc. Ale! to niesie wspaniałe poczucie, że i my możemy stać się takimi Aniołami dla kogoś, czasem z własnej inicjatywy a czasem być może nawet samemu o tym nie wiedząc. 

I chociaż wcale nie jest tak, że dzieją się tu same wesołe sprawy i mają miejsca jedynie dobre i szczęśliwe wydarzenia, to całokształt tych opowieści niesie z każdym z nich nadzieję na dobro. 
W każdym, nawet najkrótszym z opowiadań jest co najmniej jedno zdanie, które podkreśliłam. Po czym poznaję wspaniałe książki, które czytam? Ano po tym, jak kolorowe stają się one po lekturze, gdy barwy karteczek indeksujących stają się barwnym dodatkiem. 
Dla mnie samej dodatkową historią, która mogłaby się znaleźć w tomiku jest samo to, jak udało mi się wejść w jej posiadanie, ale …to historia dość osobista i z pewnością nie na forum publiczne. Niemniej jednak, ona po prostu MUSIAŁA znaleźć się w moich rękach. 

Autor jest księdzem, ale odpieram „obawy” niektórych, którzy mogą sądzić, że jak ksiądz, to pisze o kościelnych sprawach. Tak naprawdę to książka dla każdego, kto chce po prostu zatrzymać się na chwilę, przemyśleć, wzruszyć lub uśmiechnąć, ucieszyć. To po prostu ładne, ciepłe opowieści, których tak wielu z nas wciąż potrzebuje (chociaż niektórzy nie chcą się do tego przyznać).

Moja ocena to 6 / 6. 

„Ludzie z peronu 5”. Clare Pooley.

Wydana w Wydawnictwie ZYSK i S-KA. Poznań (2026).

Przełożyła Magdalena Ciszewska. 
Tytuł oryginalny The People on Platform 5.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Od razu napiszę pytania, które mogą się pojawić, nie, nie znam debiutu Clare Pooley „Cała prawda o miłości” (czy chciałabym poznać? oczywiście, że tak).

Ta, którą mam w ręku ujęła mnie dedykacją dla córki autorki, pisałam to już niedawno, jak bardzo lubię dedykacje w książkach. Tu oprócz dedykacji jest jeszcze bardzo cytat słów Agathy Christie dotyczących jej podróżowania pociągami. 

A sama książka „Ludzie z peronu 5” to miła, ciepła, krzepiąca opowieść. Tak, to coś, co zawsze określam jako „bajka dla dorosłych”. Czy to jest literatura dla każdego? Z pewnością nie, nawet potrafiłabym z miejsca wyliczyć swoich znajomych, którzy sarkaliby na tę książkę. Czy to jest to, czego potrzebowałam? Czegoś, co zapewniało mi przekonanie, że mimo opisywanych w książce problemów i zmartwień, zakończy się szczęśliwie? Tak. Dokładnie tego potrzebowałam. 

Książka dzieli się na rozdziały imienne, które pochodzą od imion głównych bohaterów, są też jeszcze bohaterzy drugoplanowi, którzy też odgrywają mniejszą ale ważną rolę dla rozwoju akcji książki. 
Iona, to niemal sześćdziesięcioletnia kobieta pracująca w piśmie „Modern Woman” prowadząca dział rad noszący nazwę „Zapytaj Ionę”. Kobieta zaczyna odczuwać ciążącą coraz cięższą atmosferę w miejscu pracy. Zaczyna snuć przykre refleksje, że niestety, jest to powodowane jej wiekiem i tym, że jest najstarsza w zespole. I najwyraźniej dla głównego szefa nie liczy się jej wiedza i doświadczenie i to, że pomaga osobom przysyłającym listy do redakcji. Na razie jednak co rano żegna się ze swoją żoną Beą i jedzie wraz z suczką Lulu codziennie pociągiem o tej samej porze. Jadą, jak wspomniałam do Londynu, a po drodze dosiadają się inni pasażerowie, wsród których jest paru głównych bohaterów. Emmie, pracownica biura reklamy, Sanjay, pielegniarz pracujący na oddziale onkologii, Piers, pracujący w City finansista, Martha, nastolatka z górą problemów w szkole, David, starszy mężczyzna z bardzo długim stażem małżeńskim i takimiż zmartwieniami. Wszyscy ci ludzie spotykają się codziennie niemal na tej samej trasie i w przedziale o tym samym numerze, ale zapewne nigdy nie wypowiedzieliby do siebie słowa, gdyby nie pewna poranna i mająca dość dramatyczny przebieg sytuacja. Na szczęście zakończyła się ona dobrze, ale stała się przyczynkiem do tego, że wszystkie te postaci nawiązały ze sobą kontakt, z czasem się poznały i nawet zaprzyjaźniły. 
Wraz z upływem akcji poznajemy losy poszczególnych osób. I tak, może ta książka jest ciut zbyt sztampowa i trochę z góry możemy założyć, że wiemy, jak potoczą się losy bohaterów, ale według mnie porusza mimo wszystko ważne współczesne problemy. Mówi o różnego rodzaju nietolerancjach względem drugiego człowieka, przemocy rówieśniczej w szkole, fakcie, że spora część osób uległa kultowi bycia pięknym, młodym i bogatym i tym, że o ile mężczyźni starzejąc się nabierają wręcz blasku w oczach innych, kobiety w tym samym momencie dla większości osób stają się wręcz niewidzialne. 
Oczywiście, że uwielbiam książki, w których ludzie z obcych stają się sobie bliżsi i wspierają się wzajemnie. Jest to dla mnie zawsze taki rodzaj literatury, który mogę przyrównać do otulającego kocyka i kubka ciepłej, aromatyzowanej herbaty, które czekają na nas, gdy wracamy do domu zziębnięci i potrzebujemy się rozgrzać a tu ktoś bliski z tym na nas czeka. Narzuca nam na ramiona koc, stawia kubek z herbatą i już wiemy,że wszystko będzie dobrze. I każdy problem da się rozwiązać, bo mamy przy sobie kochającą, wspierającą osobę. Lub nawet więcej, niż jedną. 

Dla mnie osobiście jakoś najsilniej zarezonował wątek Iony, która ze smutkiem stwierdza ową transparentność starszych kobiet. Być może dlatego, że właśnie chcąc nie chcąc, w tę niewidzialność wraz ze swym wiekiem, wkraczam. I tak, nie ma co się z tym spierać, tak dokładnie jest. 

Moja ocena tej książki, to 6 / 6. 

Pamiętajcie, jeśli będziecie szukali czegoś pokrzepiającego, dodającego otuchy dla kogoś lub dla siebie, bo czemu by się samemu nie rozpieścić? to „Ludzie z peronu 5” są według mnie bardzo dobrym wyborem.