
Następnego dnia postanowiliśmy znowu pojechać na plaże nad Morzem Libijskim. Tak w ogóle, to muszę przyznać, że zachodzę w głowę, czemu nie przyszło tam nikomu do głowy zbudować lotniska , ot takiego na kilka samolotów czarterowych, i przy okazji więcej hoteli. Coś tam chyba jest, ale nie za wiele, a okolice piękne, plaże wymarzone do leniuchowania…no, mini raj:)
Pojechaliśmy więc znowu na południe Krety…jeśli wydawało nam się, że podróżowaliśmy już przez wszystkie kręte drogi wśród górskich szczytów Krety podczas wyprawy na Plażę Preveli, to ten pogląd radykalnie się nam zmienił podczas docierania do Frangokastello, a już na pewno podczas powrotu stamtąd:)
Niemniej jednak na razie udajemy się na południe. Zupełnie przypadkiem odkrywamy ciekawe archeologicznie miejsce, późnominojskie cmentarzysko w Armeni, nawet za wstęp nie chcą opłaty. Wchodzimy więc i na dość rozległym terenie mamy wreszcie możliwość dopasowania sarkofagów wcześniej widywanych w Muzeach Archeologicznych (na przyklad w tym w Retymnonie), do tego, jak to wszystko wyglądało. A ma się wrażenie, że są to wykute w skałach grobowce, komory jakby, w których te sarkofagi się znajdowały. W jednym z przewodników wyczytałam, że bywał zwyczaj, że takowy sarkofag wcześniej używano jako wannę kąpielową, a dopiero po śmierci delikwenta wkładano tam jego ciało i tak grzebano. Cóż za wyrafinowane poczucie humoru mieli wtedy ludzie:)
Tak, czy inaczej owo odkrycie archeologiczne jest ciekawe i na pewno osoby interesujące się tymi sprawami powinny owo cmentarzysko odwiedzić, choćby po to, aby mieć lepsze wyobrażenie o tym, jak to wyglądało.
Ruszamy dalej i wąskimi, górskimi drogami docieramy do wyjątkowo ładnego miejsca, a mianowicie do Frangokastello. Jest to Twierdza Wenecka, i kolejne miejsce marturologiczne dla Kreteńczyków, tam bowiem podczas bitwy z Turkami poległo wielu Kreteńczyków walczących o odzyskanie niepodległości.
Ale sama twierdza bardzo ładna, spojrzawszy na nią od strony morza widzimy zamek, nieco jak to nazwał jeden z przewodników, wręcz tybetański, na tle gór. Widok naprawdę malowniczy. Sama twierdza w bardzo dobrym stanie, tak więc pozwiedzialiśmy trochę, a potem poszliśmy rozkoszować się tamtejszą plażą.
Powrót nauczył nas,że górskie drogi to właściwie jedyne, jakie są na Krecie, ale o dziwo, w ciągu tygodnia nie wiedzieliśmy żadnego wypadku, i tylko raz gdzieś w górach wrak samochodu, może aby przypominał tym, co lubią mocniej na pedał gazu nacisnąć, że góry są dumne, nie lubią tych, co zbytnio szarżują…
Po drodze na skałach, niemal wisząc nad przepaścią co i rusz spotyka się tawerny i miejsca, gdzie można odpocząć, napić się czegoś zimniejszego i pokontemplować widoczki.
Do moich ulubionych greckich widoczków należą też kapliczki. Tak, jak u nas przy drodze spotyka się Krzyże, tak w Grecji są to kapliczki, najczęściej w kształcie mini kościółeczków, w środku jest często kilka Ikon i lampka oliwna i oliwa, którą zapewne rozpala się w ważniejsze święta religijne. Mnie te kapliczki, jak ja je nazywam, "kaplisie" zawsze bardzo wzruszają i ujmują za serce…a już jak taka kaplisia jest na tle gaju oliwnego, gdzie zewsząd słychać chór cykad, no to mi więcej do szczęścia nie potrzeba…
