„W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni”. Rebecca Otowa.

Wydana w Świat Książki. Warszawa (2013). Ebook.
Przełożyła Iwona Kordzińska-Nawrocka. 

Tytuł oryginału At home in Japan.

Czytając wspomnienia czy opis życia w Japonii najczęściej niestety jednak mamy do czynienia z kimś, kto przebywał tam jednak czasowo. Dlatego jak sęp na padlinę rzucam się na cokolwiek co dotyczy kogoś, kto w Japonii spędził czas nie turystycznie a kto tam zwyczajnie mieszka, żyje. Nie inaczej było w tym przypadku, czyli podczas lektury książki autorstwa Amerykanki mieszkającej w Japonii od blisko trzydziestu lat. W dodatku, co jest plusem, na japońskiej prowincji.

Ponieważ ostatnio o życiu na prowincji japońskiej czytałam tu, o, opisuję w tym wpisie, więc jak widzę, dość dawno. 

„W Japonii czyli w domu” nie zawiodła mnie. Nie spodziewałam się fajerwerków ale za to wręcz otrzymałam więcej niż oczekiwałam. Autorka nie analizuje dogłębnie kultury Japonii a opisuje swoje wrażenia, swoje refleksje po tych dziesiątkach lat spędzonych w Japonii. Odniosłam wrażenie, że takie „uporządkowanie” myśli było jej najbardziej potrzebne. I uważam, że warto, że na to się skusiła. 

Już kiedyś chyba wspominałam, że gdy czytam opisy życia w Japonii to bez względu na to czy są to opisy Polaków czy też innych nacji, to są dwie opcje, albo często krytyczne i narzekające albo wręcz bałwochwalcze co przy całej sympatii do tych zachwyconych,  ale wpływa też na moją lekturę bo zwyczajnie, nie dowiem się prawie nigdy czy kraj ten posiada jakiekolwiek minusy. 
Rebecca Otowa podeszła do tematu jeszcze inaczej, odnoszę wrażenie, że chyba wyszło jej to przypadkiem. Jak mówię, po prostu zebrała w książce swoje spostrzeżenia, swoje refleksje po tylu latach spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. W centrum opowieści ustawiła, i słusznie, siebie i wokół swojej postaci opowiada o życiu, o zwyczajach, o pracy w gospodarstwie.

Niełatwo było jej na pewno wdrożyć się w życie w Japonii a na pewno niełatwo było jej przenieść się na wieś a mimo to widać, że zdecydowanie jej się to udało.
Ja czytając jej opowieść wręcz odnosiłam wrażenie, że ona usiłując zjednoczyć się z nowym miejscem zamieszkania, jakby wręcz zapomniała o sobie samej. Skupiła się na wypełnieniu oczekiwań jakie wobec niej wysuwano werbalnie bądź nie. Czy to dobrze? Wydaje mi się, że nie do końca i chyba sama autorka podczas tego porządkowania myśli, sama w jakiś sposób zdaje sobie z tego sprawę. Już nie przejmując się tym czy owym, stwierdza, że do pewnych spraw zmusić się nie zamierza, szczególnie gdy są one sprzeczne z jej uczuciami czy odczuciami czy potrzebami.  

 Podobało mi się, że autorka nie narzeka a widzi w swoim życiu w nowym, starym już miejscu raczej więcej pozytywów. Jest, co wyraźnie czuje się podczas lektury, szczęśliwa w małżeństwie i rodzinie. Baaardzo pięknie i ciepło wyrażała się nie tylko o swoim mężu ale o dwóch synach, z których widać, że jest naprawdę dumna.

Ponadto co uważam za bardzo miłe, zna ona historię rodziny męża (o co może nietrudno gdy mieszka się w ponad trzystuletnim domu!) i widać, że traktuje ją jak część swojej historii. 

Ogólnie podejrzewam, że wytrawni znawcy Japonii oczywiście do wielu rzeczy w tej książce by się przyczepili. Ja się nie przyczepiam, jak mówię, dostałam wręcz więcej niż oczekiwałam i miałam udaną lekturę. 
Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Życie jak w Tochigi na japońskiej prowincji.” Anna Ikeda.

 

życie jak w Tochigi

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Pozostając w klimatach „japońskich”, skusiłam się na książkę dotyczącą Japonii aczkolwiek opowiadaną z perspektywy Polki, autorki, zamieszkującej ten kraj wraz z mężem Japończykiem i dwoma kotami. Jak zauważyłam, większość Polaków tam mieszkających jest „zakocona” jak ja to nazywam, mój Przyjaciel swego czasu miał trzy koty. Domyślam się, że wynika to po części z tego, że warunki mieszkaniowe są po prostu wygodniejsze na trzymanie w mieszkaniach kotów aczkolwiek kto wie, czy tylko o to chodzi;)

Tak czy siak, dla mnie ta książka interesująca była właśnie ze względu na tytułową prowincję. Sporo czytałam czy wiem z opowieści znajomych o ich życiu w wielkim mieście a właśnie o realiach życia w małej miejscowości czy po prostu niekoniecznie metropolii jaką jest na przykład Tokio, wcale. 

Można by było pokusić się zapewne o porównywanie tego typu książki do czytanej przeze mnie przecież tak niedawno innej książki jaką był „Japoński codziennik”, o którym pisałam tu i tu. Ale ja o takie porównywanie tych książek pokusić się nawet nie zamierzam? Dlaczego? A dlatego, że na pierwszy rzut oka widać, że jednak obie książki zupełnie się od siebie różnią. Książki Aleksandry Watanuki miały tą niezwykłość, świetny chwyt, który mnie ujął, a mianowicie to, że faktycznie były zapiskami z blogu i to wraz z dodatkami czyli naszymi, czytelników komentarzami. Jak pisałam, początkowo nie wiedziałam, jak to wyjdzie, po lekturze wiem jedno, był to świetny pomysł i dodało to książce bardzo dużo. Przynajmniej, oczywiście, w moim osobistym odczuciu. 
Druga sprawa, trudno porównywać dwa spojrzenia na ten sam kraj dwóch zupełnie innych osób i ja właśnie nawet potrzeby takich porównań nie mam. Przyjmuję, że Japonia jest na tyle otwarta, że jest w niej miejsce na odbieranie jej oczami Oli jak i Anny Ikedy. 

Autorka opisała swoje życie na japońskiej prowincji z dużym poczuciem humoru. Widzi wady kraju, w którym mieszka ale nie odbieram pisania o nich jako marudzenia. Ot, zauważa realia. Ta postawa jest mi chyba bliższa, bowiem mam podobnie, to znaczy nawet coś kochając widzę , że ma to coś zarówno zalety jak i wady i przyjmuję to do własnej świadomości.

Autorka opisuje zarówno swoje własne doświadczenia przy zdobywaniu pracy jako nauczycielka języka angielskiego , jak również codzienność życia w małej miejscowości gdzie dominuje raczej uprawa roli i rolnictwo w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale opisuje też miejscowe święta, miejsca kultu, wyprawy do miejsc otoczonych kultem czy też swoje relacje z miejscowymi. Podkreśla chociażby fakt, że dwie najbliższe jej przyjaciółki są właśnie Japonkami. 
Dla mnie dodatkowymi ciekawostkami były te właśnie „prowincjonalne smaczki” jak chociażby wzmianka o automacie do czyszczenia ryżu.

Są oczywiście ilustracje, które ja jednak znam w postaci czarno białej jako, że to kolejna książka, którą z ochotą przeczytałam w formie ebooka. 

Myślę, że po te książkę sięgną osoby, które interesują się Japonią i które chcą zobaczyć kolejne ujęcie życia tamże w oczach Polaka. Oczywiście, nie każdemu musi się ona spodobać, ale to jak ze wszystkim, kwestia gustu.

Moja ocena to 4.5 / 6.

 ps. i cały czas zastanawiam się czy autorka to nie pewna osoba, którą kiedyś, daaawno temu, spotykałam na blogach…ale śledztwa oczywiście robić nie zamierzam;)

„Japoński codziennik. Część druga”. Aleksandra Watanuki.

 

Japoński codziennik dwa.

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2012).

Ukazała się druga część książki Aleksandry Watanuki, „Japoński codziennik”, na którą to czekałam. Ukazała się niemal równo w pierwszą rocznicę trzęsienia ziemi i fali tsunami, jakie nawiedziły Japonię w roku 2011. Przypominam, że 15% dochodów ze sprzedaży pierwszego wydania tej książki zostanie przekazana na pomoc ofiarom tej katastrofy.

O swoich wrażeniach z części pierwszej „Japońskiego codziennika” pisałam w tym i w tym wpisie

Ta część jest kontynuacją książki powstałej na podstawie wielu lat prowadzenia blogu przez Polponkę, czyli autorkę. I znowu oprócz samej treści czyli wpisów, które miały miejsce na blogu (pojawiły się również wpisy wcześniej na blogu niepublikowane) są komentarze nas, czytelników tego blogu.
Autorka blogu zawsze tak uprzejma dla swoich czytelników nie pozostawiała naszych wypowiedzi bez odpowiedzi, stąd na blogu zawsze miały miejsce interesujące dysputy i na pewno nie było nudno. Czytając tę część przypomniałam sobie refleksje jakie lekturze blogu Oli mi towarzyszyły. A są to refleksje dotyczące generalnie blogów, które z roku na rok stają się coraz bardziej popularne i odwiedzane. Otóż niestety, z bliżej nieznanych powodów, popularność takowego blogu (nieważne , to ciekawe, czego on dotyczy , książek, osobistych spraw, choroby dziecka, dekoracji wnętrz czy życia w innym kraju) niesie ze sobą odwiedziny osób, które z pewnością nie można nazwać miłymi czytelnikami. I nie mam tu na myśli konstruktywnej krytyki a zwykłe chamstwo czy bycie niemiłym. To temat rzeka, niejedna osoba już o tym pisała. Być może w przypadku blogów pisanych z perspektywy życia w innym kraju jest jeszcze więcej takich sfrustrowanych osób, które „muszą bo inaczej się uduszą” napisać coś niemiłego, niesympatycznego, czy jak pisałam, wręcz chamskiego. Nie wiem co ludźmi kieruje aby dawać upust swoim często zapewne nie nudzie a frustracjom, być może poczucie anonimowości. W każdym razie pamiętam, że i na blogu Polponki pojawiało się z biegiem czasu coraz więcej osób, które nie miały nic do napisania poza czymś niemiłym, szkoda. Japonia jest krajem trudnym, to z pewnością. Ale nie sądzę aby innym od każdego innego, w którym ktoś spoza niego ma zamiar się osiedlić. Jak każdy inny kraj nie mówi „możesz tu zmienić wszystko, co zastaniesz, w końcu nasza wielowiekowa tradycja jest nieważna, rób co chcesz”. Nie, to kraj, który to normalne, mówi, „rozgość się, jesteś tu mile widziany, ale dostosuj się do mnie. Uszanuj to, co zastałeś.” Polponce, to podkreślam, udało się to w stu procentach. Być może niemiłe głosy, które się pojawiały, pochodziły od osób, którym ta sztuka się nie udała.
Ktoś powie, co to ma wspólnego z książką? Ma, bo książka jakby nie była, powstała na podstawie blogu pisanego latami i takie też sytuacje, o których piszę dla każdego blogowicza nie są niczym obcym. 

Wracając do samej książki, to ponownie powiem, z pewnością osoby, które interesują się Japonią po raz kolejny podczas lektury nie zawiodą się. Nie brak tu spraw, które każdy z Japonią kojarzy, znanych, nam, jak zachwyt nad sakurą (nie dziwię się) ale i poruszane są tematy nowe, które z jakichś przyczyn ważne są dla Autorki a które na pewno dla zainteresowanych życiem codziennym właśnie w Japonii będą równie ważne i na pewno ciekawe. Jest ogromna ilość pięknych barwnych zdjęć, które okraszają treść jak również ponownie, podane przez Autorkę linki do kręconych przez Nią filmów. Na pewno to książka dla tych, którzy szanują inność, umieją się dostosować a nie tych, którzy uważają , że każdy inny świat musi dostosować się do nich i ich upodobań. Szczególnie interesujący jest rozdział „Japończycy a cudzoziemcy”.

Podejrzewałam, że ostatnie rozdziały dotyczące katastrofy, będą niewesołe i tak też jest, to logiczne. Aleksandra w czasie wydarzenia przebywała w Japonii. Pamiętam, że początkowo wszyscy denerwowaliśmy się na blogu, co z Nią i Jej Bliskimi, na szczęście szybko się odezwała. Relacjonowała też na bieżąco jak się sprawy mają, podawała przykłady organizowanej pomocy ofiarom katastrofy jak również dawała rady tym, którzy w tamtych chwilach pytali się jej co robić z ich planowaną wtedy podróżą do Japonii, często planowaną latami i tą wymarzoną. 

Jak mówię, miłośnicy Japonii na pewno nie poczują się książką zawiedzeni. Oczywiście pewnie jak zwykle, trafią się marudy. Szczerze? Trudno. Mnie się ta książka podobała, znowu przeżyłam swoje własne małe prywatne katharsis, ale nie szkodzi, tak na pewno być musiało. Ponownie wyrażam na głos pragnienie aby blog Polponki powrócił na łono blogów, bardzo, bardzo się za Autorką i Jej czytelnikami, jak również tym zwykłym, ciepłym, wesołym spojrzeniem na Japonię, stęskniłam. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Japoński codziennik. Część pierwsza”. Aleksandra Watanuki.

japoński codziennik

 

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2011).

Mam dobrą wiadomość dla miłośników i współczytelników blogu http://www.japoniacodzienna.blox.pl który jakiś czas temu został zamknięty. Na rynku pojawiła się książka powstała na podstawie tego właśnie blogu.

Kiedy na blogu polponki wyczytałam wiadomość, że coś takiego będzie miało miejsce, że książka, która powstanie będzie drukiem blogu, wtedy, no cóż,  nie ukrywam, że początkowo gdzieś w duchu nie wzbudziło to do końca mojego entuzjazmu. No bo jak to pomyślałam blog to „żywe” pisanie, żywy kontakt z czytelnikiem. Jak więc to ma wyglądać na papierze? 
Ale już pierwsze chwile, które spędziłam z „Japońskim codziennikiem” (jego pierwszą częścią) dowiodły tego, że rację mieli mądrzy ludzie w wydawnictwie, którzy się na to pokusili i wyszło świetnie według mnie. Tak w ogóle to moich wpisów na temat książki będą dwa. Ten jest pierwszy i stanowić będzie recenzję książki. W drugim będzie bardziej „osobiście”, ale domyślam się, że dla szukających informacji o samej książce osobiste wynurzenia chiary niekoniecznie muszą zdać się tym, o czym marzą. 

Według mnie świetnym pomysłem okazało się właśnie pozostanie w konwencji blogu. Wybrane wpisy są bowiem okraszone naszymi, czytelników tegoż, komentarzami. Nie ukrywam, że bardzo przyjemnie jest zobaczyć swój komentarz w druku, trochę poczułam się, jakbym miała malusieńki, ale jednak wkład w powstanie książki. 
Pierwsza część obejmuje czas mniej więcej roku, od końca października 2008 do października 2009 roku. Poznajemy początki blogowania autorki, która opisuje swoje życie w Japonii. Kraju tyleż dla nas ciekawym i tajemniczym co jawiącym się jako chyba nigdy do końca nie poznanym. A może tylko ja mam takie wrażenie? Być może, mam do tego prawo.
Nie jest to jednak, siłą rzeczy i dobrze, typowa książka opisująca życie obcokrajowca w Japonii. Piszę bardzo dobrze, bo to właśnie dodaje tej książce autentyzmu. Widać bowiem, że autorka zaczynając prowadzić blog nie nastawiała się na pewno na fakt wydania go kiedyś. Powstało więc coś ciekawego dla tych, którzy interesują się Japonią niekoniecznie tylko pod kątem kolejnej atrakcji turystycznej. Aleksandra Watanuki bowiem w swoim blogu pisała o zwykłym życiu w Kraju Kwitnącej Wiśni, zawierając najrozmaitsze przemyślenia i obserwacje na temat Japonii.

Autorka spędziła w tym kraju ponad 20 lat i jest wspaniałym (według mnie) mieszkańcem kraju, o jakim to każdy kraj marzyć powinien rozpatrując gości napływowych, którzy z czasem wtapiają się w japońską codzienność. Aleksandra Watanuki bowiem właśnie wtapia się doskonale w życie w tym dla wielu tak obcym kraju, z łatwością, na którą jednak ma receptę. Receptę, o którą niełatwo niejednemu a mianowicie, ma otwartą głowę, jest tolerancyjna, co nie znaczy, że nie widzi problemów czy nawet nazwijmy to „różnic” (chociaż wiem, że wyrażenie „różnice kulturowe” zapewne rozdrażniły by autorkę). Ale (co właściwie można potraktować jako niezłą receptę na życie po prostu) przyjmuje to, co zastaje z szacunkiem, wychodząc zapewne z założenia, że dopóki jej tu nie było, świat, w który wkracza istniał i miał się dobrze, co zatem idzie nie ma potrzeb rewolucji akurat z jej strony. Ja przynajmniej tak to właśnie postrzegam. 

Blog wspominam z wielkim rozrzewnieniem, jako, że osobiście znalazłam na nim to, czego szukałam chcąc poznać Japonię tę nie z folderów turystycznych czy nawet mądrych kompendiów na temat a Japonię codzienną, zwykłego człowieka zamieszkującego jakieś swoje własne miejsce w tym kraju. Sporo dowiedziałam się o zwyczajach, obyczajach, mentalności mieszkańców tego kraju. Wiele rzeczy już wcześniej wiedziałam, niektóre nie i z wielkim zainteresowaniem czytałam wtedy o tym na bieżąco na blogu autorki. Muszę jednak przyznać, że coś tam zawsze umknie i tym większa radość była, gdy przypominałam sobie te wpisy podczas lektury książki. Zresztą -nie ja jedna. Blog polponki był bardzo popularny i chętnie odwiedzany, pamiętam liczbę komentarzy pod każdym z wpisów. Z czasem wytworzyła się grupa „stałych” czytelników, z sentymentem przypomniałam sobie niektóre nicki, które i u mnie na blogu swego czasu bywały (pozdrawiam e-katkę, annę_w_japonii, siamsoleils, tak tak, Twoje komentarze też są w tej książce;).

Dla mnie, nie wielkiego tam znawcy, ale po prostu sympatyka Japonii, i blog i wydana książka stanowiły wielką frajdę i atrakcję i na pewno sięgnę po mającą się ukazać (jak wyczytałam na stronie Wydawnictwa Waneko) w przyszłym roku część drugą tym bardziej, że jest trochę zdjęć (kolorowych i czarno białych) jak również linków do filmów w internecie dotyczących wydarzeń opisywanych w książce. 
Myślę, że nie zawiedzie nikogo kto interesuje się Japonią. 

Ja się nią zachwyciłam i moja ocena to 6 / 6. (Z rozmaitych powodów, o których niebawem).

Acha i jeszcze, cytując z okładki książki „15% dochodów ze sprzedaży pierwszego wydania książki zostanie przekazane na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Japonii z 11.03.2011”.

„W drodze na Hokkaido. Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni”. Will Ferguson.

W drodze na Hokkaido

 

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (najprawdopodobniej 2011, nigdzie nie mogę znaleźć w książce konkretu).

Przełożył Jarosław Włodarczyk. Tytuł oryginału Hokkaido Highway Blues, Hitchhiking Japan.

Japonia to taka „Toskania Wschodu”, zauważyliście? Książek o podróży obcokrajowców (też nie lubię wyrażenia gaijin) do tego kraju wydanych jest całkiem sporo. I jak to bywa, oczywiście ile książek, tyle opinii, aczkolwiek ja osobiście odnoszę wrażenie, że w stosunku do tego kraju pobito rekordy zatracenia poczucia humoru i zdroworozsądkowego zauważania nie tylko plusów ale i minusów tegoż. O Japonii wolno więc mówić szeptem, z nabożnym szacunkiem, milknąc na odpowiednio długą pauzę, aby zaznaczyć ważkość tematu. Precz z tymi, którzy ośmielą się skrytykować coś, zauważyć wady Japończyków czy pośmiać się z czegoś, co tam zdaje się być zabawne. Zaraz zostają obwołani naczelnymi „nicnierozumiejącymiztegowysublimowanegokrajuktóryłaskawiedajesięnamobejrzeć”.(To nie jest łatwe napisać taki wyraz bez spacji, poćwiczcie sami).

Will Ferguson porywa się więc na niemal niemożliwe, ośmiela się pożartować z Japonii, czym zapewne staje się wrogiem dla fanatyków Kraju Kwitnącej Wiśni, jak i bardziej zapalonych miłośników tegoż. Albowiem w swojej książce nie raz i nie dwa daje wyraz irytacji Japończykami, ich zachowaniem, czy jego brakiem. Wolno mu? Wolno. Robi to z wielkim poczuciem humoru, który spowodował, że czytając tę książkę śmiałam się, czego nie robiłam od bardzo, bardzo dawna. No, ale domyślam się, że dla niektórych stanie się on kimś w rodzaju wroga publicznego…:) Dodać trzeba, że autor umie pośmiać się również z samego siebie, ale to chyba generalnie cecha ludzi z zachodu, dystans do samego siebie i możliwość żartu (nie wyśmiewania) to cecha obca nawet tak wielu Polakom.

Nie, nie, żebym nie została źle zrozumiana. Nie chodzi mi o to, że facet przez całą swoją opowieść marudzi, tego bym nie zniosła, bo będąc sama w złym nastroju, chcę się rozerwać. Ferguson po prostu nie stawia Japonii na piedestale i nie rzuca się przed nią na kolana z nadmierną czołobitnością. Ja wiem, wiem, to pewnie ignorant nie znający się na rzeczy.

Powiedzmy, że ja umiem jakimś krajem się fascynować (na przykład Grecją), ale doskonale zdaję sobie sprawę z jej nieciekawych aspektów czy elementów wpisanych w mentalność tam żyjących.

No, ale o samej książce. Will Ferguson podjął się ciekawego wyzwania, postanowił podążyć za kwitnącymi wiosną kwiatami wiśni, wzdłuż wysp wchodzących w skład państwa japońskiego. Odbywa więc indywidualną sakurę, która pozwoli mu w jakiś sposób zbliżyć się nieco bardziej do Japończyków, którzy szczerze mu ową podróż odradzali, zapewniając go, że spokojna Japonia jest niebezpieczna i że uprzejmi Japończycy nie zabierają nikogo na stopa. Jak jest inaczej, okazało się oczywiście, kiedy niemal zaraz po wyruszeniu, autorowi udało się złapać auto, które go podwiozło.

W czasie swojej podróży autor nie bawi się w intelektualny rozbiór kraju, zajmuje się raczej codziennością, opisem zwiedzanych miejsc, przedstawieniem nam galerii postaci, które napotyka na swojej drodze. Kończy swoją podróż według mnie już jako inny człowiek. Nie, nie doznał oświecenia. Za to okazuje się, że bardziej polubił Japończyków, co zdaje się samego go zadziwiło. Ale i chyba ucieszyło. 
Ja również jednak odebrałam go jako innego pod koniec podróży z innego względu. Być może końcówka, jak to zwykle bywa, była po prostu męcząca, ale być może autor również dowiedział się podczas tej podróży czegoś o samym sobie. Czego w książce nie zdradza, ale jakiś taki podskórny klimat odczułam na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.

Mnie, jako naczelnej ignorantce w sprawach Japonii ta książka ogromnie się podobała;)

Daję jej 5 / 6. 

„Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii”. Rafał Tomański.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2011).

Dziwnie się czuję pisząc o tej akurat książce w tej sytuacji. W sytuacji, w której Japonia toczy nierówną walkę ze skutkami żywiołu, w chwili, w której nie dość, że dotknęło ich i dotyka trzęsienie ziemi, tsunami, to nie wiadomo, co będzie w związku z sytuacją w elektrowni atomowej.
Decydując się na lekturę nie przypuszczałam, że tak naprawdę tok lektury będzie przeplatał się z takimi wiadomościami jak również i z własnymi refleksjami i jak bardzo trywialne staną się poruszane w książce tematy, które przecież w innej sytuacji tak mnie interesują i ciekawią.

Książka Rafała Tomańskiego to zbiór jego własnych refleksji i obserwacji poczynionych podczas zarówno pobytu w Japonii, jak i w wyniku jego osobistych jak również naukowych studiów nad Krajem Kwitnącej Wiśni.

Jest to nacechowana subiektywizmem relacja i ocena z obrazu Japonii współczesnej. Czytelnik, zwłaszcza ten, któremu Japonia obca nie jest zapewne nie ze wszystkimi tezami autora się zgodzi. Ja się nie zgadzałam z niektórymi, co nie znaczy, że nie przeczytałam chętnie oceny i tego, jak postrzega ten kraj i zmiany w nim zachodzące sam autor.

Na samym początku , szczególnie z rozdziale poświęconym pierwszemu wrażeniu, odnosiłam wrażenie, że autor wręcz powiela krążące o Japończykach stereotypy i to nieco mnie nawet zirytowało. Potem jednak było już lepiej, szczególnie, kiedy autor skupił się na obserwacjach społeczno kulturowych, które to mnie zawsze interesują najbardziej. Obyło się bez nadmiernego, często prowadzącego do przesady analizowania i rozkładania na czynniki pierwsze.

Oprócz bowiem tematyki dość już "oklepanej" kiedy mówi się o tym kraju, jak problem karoshi, powstaniu hoteli miłości czy manii gry w pachinko autor poruszył inne tematy, które mnie osobiście zainteresowały o wiele bardziej.
I tak poruszył problem, o którym już kiedyś pisałam po obejrzeniu ciekawego dokumentu, a mianowicie wystąpienie "syndromu męża na emeryturze" (zainteresowanym polecam przeczytanie mojego wpisu o tym filmie), fakt sprzeciwiania się tradycyjnemu pojmowaniu roli kobiety coraz większej ilości młodych japońskich kobiet czy chociażby zwiększającej się liczbie samobójstw wśród młodzieży. Poruszył też i inne tematy, które mnie osobiście ciekawią a mianowicie specyficzne podchodzenie do spraw seksu, wczesne rozpoczęcie współżycia wśród nastolatek, a niekoniecznie najwyraźniej myślenie o zabezpieczeniu, skoro występuje tam tak wielka ilość dokonywanych przez te dziewczyny aborcji. Pisał o młodych ludziach, którzy nie umieją odnaleźć się w życiu i egzystują na utrzymaniu rodziców latami, często wręcz nie opuszczając zupełnie domostwa.
Pisał też o zmieniającym się podejściu do literatury, która mniej teraz sięga w stronę tradycji a sięga po nowe formy wyrazu jak chociażby książki, które najpierw powstają na telefonach komórkowych.

W podsumowaniu autor stawia tezę, że współczesnych mieszkańców Japonii dotknął syndrom niejakiego rozdwojenia narzuconego przez kulturę. Uważa on ponadto, że kraj ten zaczyna tracić siebie i własną świadomość i nie widzi ucieczki z tej równi pochyłej.
Czy się z nim zgadzam? Nie. Ale i też nie zamierzałabym się z nim spierać. Uważam bowiem, że jeśli już, to tego typu zjawiska dotyczą niestety, nie tylko tego kraju a większości z nich.
Słusznie jednak Tomański stwierdza jednak, żeby absolutnie nie oceniać Japończyków po pozorach, be zadania sobie trudu wniknięcia głębiej w mechanizm zachowań. Takie stwierdzenie jednak powinno się chyba odnosić do wszystkich "obcych nam", których zamierzamy poznać.

Ogólnie mówiąc, książka mnie zainteresowała, chociaż, jak mówię, nie sprzyjała może w danej chwili skupieniu się na lekturze sytuacja i wiadomości płynące z radia i telewizji na temat kataklizmu, który dotknął kraj, którym tak się przecież interesuję.

Myślę jednak, że dla kogoś, kto hobbystycznie interesuje się tym krajem ta książka okaże się interesującą lekturą.

Moja ocena to 4.5 / 6.

podobno…

…tak silne trzęsienie ziemi nie zdarzyło się w Japonii od 140 lat. Pamiętam, jak mój przyjaciel mieszkając tam bardzo obawiał się, że któregoś dnia przyjdzie mu brać udział w takim wydarzeniu. Niby pewnie żyjąc tam człowiek musi się przyzwyczaić do myśli o tym, że coś takiego może mieć miejsce, ale zapewne łatwiej przychodzi to komuś, kto tam wyrósł i się wychował a pewnie jednak osobom z zewnątrz, szczególnie żyjącym na terenach, których trzęsienia ziemi nie dotykają,  nie przyszło by to łatwo. Oswoić się z myślą zapewne można, ale pewnie i tak za każdym razem, kiedy coś takiego się zdarzy, jest szok.
W dodatku dowiedziałam się, że mój daleki bardzo ale jednak kuzyn prawdopodobnie przebywał w tamtych rejonach, rodzina nie ma od niego żadnej wiadomości. Ponieważ wiem to z tak zwanej drugiej czy nawet trzeciej ręki, więc nie wiem, czy był w dotkniętych trzęsieniem ziemi rejonach czy w bezpieczniejszych. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Dziwna sprawa, wczoraj skończyłam czytać Murakamiego i wzięłam się za następną książkę dotyczącą Japonii, a tu takie wiadomości w radio z rana…a w nocy dziwnie spałam, sny dziwne się śniły.
Smutne te piątkowe informacje z Japonii. Oby jak najmniej ofiar było, ale niestety, wiadomo, że tak nie będzie, nie przy takim nasileniu, stopniu katastrofy…

Z gazety na ten temat.

„podróżuję” sobie ostatnio…

…niedawno Malta, a wczoraj Japonia odwiedzona została przeze mnie i udało mi się tego dokonać nie ruszając się z domu, ha;)
Film z kolekcji Dookoła Świata o Japonii pojawił się już dawno, pamiętam, że ktoś dał znać na forum, ja ganiałam po okolicznych kioskach i w jednym nawet pan mi powiedział, że dosłownie chwilę przede mną jakiś chłopak ów film nabył, co mnie jakoś specjalnie nie pocieszyło.
Tak więc, kiedy zupełnie przypadkiem zobaczyłam, że film ten bez problemu mogę nabyć w Merlinie, wiadomo było, że musiałam go mieć i wczoraj właśnie popodróżowałam sobie po Japonii.
Uwielbiam architekturę starych zamczysk, które i tu były przedstawione. Bardzo podobają mi się ogrody , które faktycznie wnoszą poczucie spokoju dla podziwiających je osób.
Zwiedziłam sporo świątyń i popodziwiałam widok Pana Fuji.
Zadumałam się po raz nie wiedzieć który nad tragedią, która dotknęła Hiroszimę ale i współczesny świat, który tamże użył po raz pierwszy bomby atomowej.

Moim osobistym marzeniem jest obejrzeć film mniej nieco nastawiony na turystyczną stronę Japonii a bardziej na kulturę, społeczeństwo współczesne japońskie, jego obyczajowość. Odnajdywałam to w filmach fabularnych, jakie w zeszłym roku udało mi się obejrzeć, ale wciąż mi tego mało.
Niemniej jednak cieszę się, że wczoraj mogłam tam przez chwilę pobyć…
Szkoda, że już nie będę tak często, jak kiedyś otrzymywać pocztówek z Japonii, jako, że mój przyjaciel tam mieszkający wyniósł się czas jakiś temu do Stanów a i kontakty z japońskimi penpals, jakie kiedyś miałam, urwały się…