odwołuję …

…swoje narzekanie wczorajsze na wczorajszy niby to pech związany z popsutym kranem 😦 W porównaniu z tym co wieczorem wydarzyło się w Paryżu to nie jest to żaden pech, nie zdarzyło się nic nieodwracalnego …

Wczoraj wieczorem jeszcze moja znajoma z Paryża pytała na fejsie „jak wam minął piątek trzynastego”? a chwilę potem moja komórka pokazała mi wiadomości z BBC news o „strzelaninie” w centrum Paryża a jej samej ktoś polecił w komentarzu aby włączyła wiadomości w tv.

Nic więcej nie doczytawszy się poszliśmy spać a rano kiedy włączyłam komputer przybił mnie ogrom potworności tego, co miało miejsce, tego koszmarnego ataku terrorystycznego 😦 Przybił mnie ogrom nieszczęścia i ten brak poczucia bezpieczeństwa jakie tak naprawdę człowiekowi coraz częściej towarzyszy…
Trudno mi coś sensownego napisać, buzują we mnie emocje, kolejny raz niezgoda na to, że ktoś ogarnięty szaleńczą ideą po prostu idzie i odbiera komukolwiek innemu życie…znów myśli dla jak wielu osób wczoraj skończył się świat 😦 to jest to, o czym kilkakrotnie próbowałam tu na blogu napisać, czyli to, że trzeba naprawdę cieszyć się każdym dniem, każdym miłym słowem ze strony kogoś, każdym uśmiechem bo tak naprawdę nie znamy przyszłości…

Bardzo , bardzo jest mi smutno, bardzo jestem przygnębiona, że stało się to, co się stało…

chyba zacznę…

…być przesądna. Dzisiejszy ranek rozpoczął się od popsucia się kranu w jednej z łazienek 😦 Szczęśliwie właściwie (więc może nie tak pechowo powinnam to potraktować) sprawa się wydarzyła gdy jeszcze P. był w domu i wsparł sięgając do skrzynki z narzędziami, gdzie dopiero za pomocą szczypiec udało się zatrzymać strumień wody. Dobrze, że w drodze do pracy ma sklep hydrauliczny czynny od ósmej, to odpowiedni kran już nabył. Przy okazji pan twierdzi, że kran jaki mieliśmy nie może być ten znanej i dobrej firmy, bo zwyczajnie z plastikowymi częściami podobno nie produkują. Pojęcia nie mam w takim razie, bo kran zakładany był wieki temu gdy się wprowadzaliśmy, czyżby podróbki znanych firm produkujących kran czy też pan się myli jednak, nie wiem. 

Z milszych spraw, to otrzymałam mnóstwo pięknych przesyłek od znajomych. Kartkę z Japonii z Kanazawy, ze zdjęciem parku z podobno jedną z najsłynniejszych latarni. Wszyscy dostaliśmy piękne kartki z Brugii od Ewy z Dublina, która zwiedzała to belgijskie miasto a że miasto słynie między innymi z wyrobu koronek ja i Jaś otrzymaliśmy po kartce z motywem koronkowym! Moja to Sowa, przepiękna a ta Jasia, kot bawiący się piłką. Śliczna robota a jaka wycyzelowana. Dostałam też kartki i magnesik na lodówkę z Sową z Grecji! 

A z książek, to udało mi się wygrać „Marzenia szyte na miarę. Stacja Jagodno” Karoliny Wilczyńskiej (nieważne, że już czytałam ebook, przyjemnie jest nacieszyć się nią również w papierowej wersji). Dzięki uprzejmości znajomego otrzymałam też najnowszą na naszym rynku powieść, oczywiście kryminał, Aleksandry Marininy czyli „Stylistę”. Ongiś w bodajże Telewizji Puls puszczali czteroczęściowy (za to szesnaście w sumie odcinków było) serial na podstawie kryminałów Marininy i jesteśmy z P. pewni, że właśnie na podstawie tej książki jedna część była, szczęśliwie ja nic z akcji nie pamiętam poza oczywiście takim ogólnym zarysem.

Czytam teraz „Atlas chmur” Davida Mitchella , to kolejny „grubas” książkowy a trochę rozmaite sprawy spowalniają moją lekturę, tak czy inaczej na razie dotarłam jeszcze nawet nie do połowy (chociaż już prawie, prawie). Bardzo mnie ten stylista kusi i szczerze mówiąc najchętniej już bym po tę książkę sięgnęła tym bardziej, że wieki całe nie czytałam kryminału. 

Życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu, mój tydzień był trochę ze zmartwieniami natury rozmaitej dlatego mam nadzieję, że weekend będzie spokojniejszy i pozwoli na nieco wyciszenia. 

Persymona…

…piękna nazwa, prawda? A owoc ten spróbowaliśmy za sprawą, ciekawe czy komuś przyszłoby do głowy, książki „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Davida Mitchella. 

To bardzo zdrowy owoc, poczytajcie sobie o nim, nośnik wielu ważnych dla zdrowia składników. Poza tym bogactwem dla zdrowia, które ma w sobie persymona, zachwyca mnie w tym owocu mnogość nazw, jakimi się go określa. Oprócz persymony właśnie to kaki, sharon. A samo drzewo,na którym rośnie nazywają też hebanowcem czy hurmą. 

Swoją drogą chyba pierwszy raz sięgnęłam po coś nieznanego mi do jedzenia pod wpływem lektury właśnie 🙂 Kolejny plus dla tej wspaniałej książki. 

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”. David Mitchell.

Wydana w Wydawnictwie MAG. Warszawa (2013). Ebook.

Przełożyła (wspaniale) Justyna Gardzińska.
Tytuł oryginału „The Thousand Autumns od Jacob de Zoet”.

Ostatni tydzień spędziłam na Dejimie na przełomie wieków osiemnastego i dziewiętnastego. 
Wraz z bohaterem książki Davida Mitchella, tytułowym Jacobem de Zoetem, poznałam życie na sztucznie stworzonym skrawku ziemi w Zatoce Nagasaki. Miejscu, w którym holenderska faktoria prowadziła z Japonią handel i praktycznie było to najdalsze miejsce, w którym jakiś obcokrajowiec mógł się zapuścić chcąc trafić do Japonii w tamtym czasie. 

Powieść Davida Mitchella jest wspaniała. Zjawiskowa. To słowa, które przypominają o tym dlaczego czytanie jest taką wspaniałą rozrywką i dlaczego jest w tej czynności coś wręcz magicznego. Za cenę książki bowiem nie dość, że byłam wiele tysięcy kilometrów od domu to dodatkowo cofnęłam się w czasie.
Język jakim posługuje się autor (a pani tłumacz wspaniale go oddała) jest niezwykle malowniczy, Na stronie wydawnictwa w jej opisie można przeczytać, że jest to powieść panoramiczna. Nie wiem czy spełnia do końca warunki tejże, niemniej jednak wiem jedno, to opowieść o życiu, ujęta na przykładzie historii kancelisty Jacoba de Zoeta, który ongiś trafił tam, gdzie trafił, gdzie spędził dwadzieścia następnych lat swojego życia. W tle (ale jednak w tle) toczy się historia.

To powieść o wielu aspektach życia. O miłości, o nadziejach, jakie wiążemy z miłością, o rodzinie, o pożądaniu zmian i przygód. O chciwości, o żądzy władzy. O brutalności i bezwzględności w dążeniu do własnych celów. O zakłamaniu, o tworzeniu fałszywych kultów. O źle, jakie jeden człowiek bez mrugnięcia okiem może wyrządzić drugiemu człowiekowi ale i o tym, że miłość potrafi przetrwać całe życie. To powieść o człowieku, o jego uczuciach, o życiu. A cała opowieść spisana wspaniałym barwnym językiem. I nie waham się napisać, mimo, że to książkowy „grubas”, to każde zdanie ma tam znaczenie i jest potrzebne.

Jak to się wspaniale czyta! Mnie ta opowieść dosłownie porwała. Fakt, początek może kogoś zniechęcić bo trzeba się w niego wczytać. Za to jak już się człowiek w niego wczyta to…no właśnie, potem nie może się od tej powieści oderwać. Nie dziwię się Padmie z blogu Miasto książek , że mi tę książkę w pewnym miejscu tak bardzo polecała. Za tę polecankę jestem Jej niezwykle wdzięczna, jako, że gdyby nie Ona, być może ominęłaby mnie wspaniała lektura i jedna z najlepszych książek roku a i w ogóle, jakie czytałam. W ogóle, tu mała dygresja, ten rok obfituje u mnie w tak wiele wspaniałych książek, że aż sama sobie zazdroszczę 🙂

Znacie to uczucie, kiedy odbyliście wspaniałą podróż po świecie jakiejś książki (a już dodatkowo kostium historyczny tej książce zdecydowanie pomaga) i odkładacie ją po skończeniu i nagle dopada Was uczucie, że to już koniec, że trzeba porzucić ten literacki świat? Znacie, znacie, jestem pewna. No więc mnie właśnie to uczucie dopadło. Dobrze, że zostało sporo myśli, refleksji, także cytatów z tej książki. 
Cieszę się natomiast, że tą książką utwierdziłam się w przekonaniu, że David Mitchell, którego do tej pory czytałam jedynie jedną książkę, czyli „Sen_numer_9” stał się niniejszym jednym z moich ulubionych autorów. To kolejne wspaniałe uczucie książkowe, kiedy odkrywasz, że jakiś autor pisze tak wspaniale i, to też miła perspektywa, że tak wiele jego książek jeszcze przed tobą do przeczytania.

Bardzo serdecznie Wam polecam „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”. Bardzo.
Moja ocena 6.5 / 6. 

 

 

 

 

 

 

czytam teraz coś…

…wspaniałego. A mianowicie „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Davida Mitchella. 
W pewnym miejscu mocno mnie zachęcano do przeczytania tej książki i muszę przyznać, że świetnie, że się skusiłam. Oczywiście poczekałam na promocję ebookową (bo cena wyjściowa była wysoka) ale teraz już wiem, że nawet i bez promocji warto było zdecydowanie ją przeczytać. To taki książkowy grubas, więc jeszcze minie trochę czasu zanim skończę ale jestem nią zachwycona.
Tego samego autora czytałam parę lat temu „Sen_numer_9”, która to książka też mi się bardzo podobała. Autor w swoich książkach umieszcza jako miejsce akcji Japonię (z racji rodzinnych powiązań jak mniemam i tego, że sam spędził tam kilka lat nauczając) i zarówno „Sen…” jak i „Tysiąc jesieni…” właśnie w Japonii mają swoją akcję, z tym, że o ile w „Śnie…” akcja działa się w Japonii współczesnej to „Tysiąc jesieni…” opowiada o sprawach dziejących się w Japonii na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku.

Na swoją kolej czeka też tego autora „Atlas chmur”, na podstawie której to książki nakręcono film (twórcy i obsada to znane osoby). Film mimo, że ma jak widzę raczej słabe opinie, na tyle nam się spodobał, że wiedziałam, że chcę przeczytać książkę na podstawie której go nakręcono. 
Myślę, że zyskałam kolejnego autora, którego mogę nazwać jednym ze swoich ulubionych.  

 

 

„Światło, którego nie widać”. Anthony Doerr.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2015). Ebook.

Tytuł oryginału All the Light We Cannot See

Przełożył Tomasz Wyżyński.

„Światło, którego nie widać” to książka, o której sporo słyszałam przed jej przeczytaniem. Same dobre opinie, zaznaczę. Co trochę mnie zastanowiło bo z jednej strony o książce było dość głośno a z drugiej strony, polecały ją osoby, w gusta których wierzę i wiem, że jeśli coś polecają to jest to po warte przeczytania. 
No i w końcu po nią sięgnęłam. Sięgnęłam i nie zawiodłam się.

Jest to niby to kolejna książka, której akcja dzieje się w czasie II Wojny Światowej a jednak na swój sposób jest inna.
Poznajemy, dwutorowo, losy dwójki głównych bohaterów tej niezwykłej opowieści, młodej Francuzki, Marie-Laure, i Niemca, Wernera. Tych dwoje żyło przed wojną, uczyło się, dorastało. Ona pod wielką opieką ojca, który nagle stał się jedynym opiekunem dziecka, ponadto tracącego wzrok (dziewczynka straciła wzrok zupełnie mając zaledwie kilka lat), on w jednym z niemieckich sierocińców w górniczym mieście w Zagłębiu Ruhry.

Gdyby nie wybuch IIWŚ, zapewne oboje mieszkaliby tam jeszcze długo, ale wojna pokrzyżowała im plany. Marie-Laure wraz z ojcem ucieka do Saint-Malo w Bretanii, w której ma rodzinę, a Werner idzie do szkoły aby potem zostać wcielonym do wojska i na chwilę przed zakończeniem wojny, zjawić się w Saint-Malo gdzie spotka się z Marie-Laure.

Dlaczego ta książka zrobiła na mnie aż takie wrażenie? Chyba dlatego, że jest napisana bardzo ładnie, ma niezwykle przyjemny, elegancki styl. I równie dobrze została przetłumaczona dlatego jej lektura staje się przyjemnością. 
Ponadto, po raz kolejny mierząc się z tematem wojny, autorowi udało się odejść od dość klasycznego modelu martyrologii wspólnej aby na podstawie losu dwóch jednostek pokazać okrucieństwo wojny. Jakiejkolwiek wojny.  

Zarówno bowiem bohaterka, jak i wcielony do armii okupanta Werner, padli po prostu jej ofiarami. Oboje to jeszcze dzieci, jedno osamotnione i przerażone , drugie również, które dodatkowo nagle musiało stać się żołnierzem i walczyć w imię bezsensownych idei i mrzonek wodza.

Dodatkowo, jako czytelnika, uwierała mnie ta myśl, która zresztą pojawia się w samej książce, a dotyczy Wernera, czyli to kim ów chłopak miałby szansę się stać, kim mógłby zostać ze swoim głodem wiedzy i nieprzeciętną inteligencją a co właśnie wybuch wojny mu skutecznie uniemożliwił. 

Bardzo, bardzo poruszająca, jak już wspomniałam, dobrze napisana książka, którą moim zdaniem naprawdę warto jest polecać. Dla mnie to jedna z najlepszych książek przeczytanych w tym roku a i w ogóle. Naprawdę muszę przyznać, że rok 2015 obfituje w takie bardzo dobre książki, co oczywiście mnie cieszy bardzo.

Co ja niniejszym czynię. Moja ocena 6 / 6. 

„Marzenia szyte na miarę. Stacja Jagodno”

Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2015). Ebook.

Po pierwszej części cyklu o ludziach związanych z Jagodnem, o której pisałam w tym wpisie, doczekałam się części drugiej. W sumie, nieźle, że pierwszą przeczytałam niedawno, bo na drugą naczekałam się nie tak bardzo długo. Trochę poczekam teraz, bo część trzecia ma się ukazać dopiero w przyszłym roku (och, szkoda, szkoda!).

„(…) I choć różne wiekiem, doświadczeniami i emocjami, to żadna z nich nie czuła się samotna w tej kobiecej wspólnocie”. 

Taki cytat na początek. Bo on określa klimat tej książki (podobnie zresztą jak pierwszej ale w tej jest jeszcze bardziej zdecydowany). Czyli motyw, który zawsze mnie chwyci za serce a mianowicie, siła kobiet, wspólnota jak w książce określa to autorka. Tak, wspólnota. Nie wzajemne pretensje, oskarżenia, podcinanie sobie nóg i rywalizacja a okazane sobie wsparcie, serce, dobra rada. Zabiegane czasy a w tych zabieganych czasach Jagodno, miejsce, w którym wszystko ma swój początek i zakończenie 🙂 I właśnie ta siła kobiet, które wzajemnie się wspierają. I to, co chwyta mnie tak bardzo w prozie Karoliny Wilczyńskiej, a mianowicie to, jak bardzo ważne są dla niej osoby słabsze, mniej przebojowe, takie, o które ktoś często zawalczyć musi a raczej o dobro dla tych słabszych.

Tamara i Marysia znalazły już całkiem swoje miejsce w Jagodnie. Szczęśliwie jest ono na tyle blisko ich rodzinnego miasta położone, że można bardzo często odwiedzać Babcię Różę. W jej domu odnalazły tak potrzebny im w ostatnim czasie spokój, dobrą radę, wsparcie duchowe. Szkoda, że relacje Tamary z własną matką nie są tak idealne, ale cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.

Marysia porządkuje sprawy w szkole, Tamara pracuje a w weekendy nabierają sił u Babci Róży. 
W tej części cyklu pojawią się nowe osoby, których losy poznajemy jako czytelnik i którymi to losami będziemy się przejmować (a przynajmniej ja bardzo się przejmowałam i nawet denerwowałam). 

I znowu zapewniona jest dawka wzruszeń, przemyśleń i refleksji.  Bardzo krzepiąca lektura, którą naprawdę polecam ! 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Mężczyźni bez kobiet”. Haruki Murakami.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2015). Ebook.

Tłumaczyła Anna Zielińska-Elliott. Tytuł oryginału 女のいない男たち

Złamałam na chwilę polskie panowanie lekturowe i przeczytałam zbiór siedmiu opowiadań Haruki Murakamiego. Ci, którzy wystarczająco długo czytają mój blog wiedzą, że Murakami jest jednym z moich ulubionych autorów więc logicznym jest, że jak tylko pojawia się coś nowego jego autorstwa, czytam to.

Nie mam też nic do formy literackiej jaką są opowiadania (a wiem, że sporo osób nie przepada za opowiadaniami). 

Jedno z opowiadań znałam wcześniej z Magazynu „Książki”, więc wydawało mi się, że jakąś zapowiedź tego, co mnie czeka, już mam. Ale nie. Każde z opowiadań jest na swój sposób inne i ma swój własny styl, klimat, co mnie mocno ucieszyło bo sprawiło, że praktycznie każde z nich pamiętam bo zrobiło na mnie inne wrażenie.

Z różnych przyczyn chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie pierwsze , otwierające zbiór, czyli „Drive My Car” i ostatnie tytułowe „Mężczyźni bez kobiet”. Bowiem to, co łączy bohaterów wszystkich opowiadań jest właśnie ta tytułowa „bezkobietowość”…W rozmaitych ujęciach i aspektach.

Jedno z opowiadań, „Yesterday” jest specyficzne. O nim we wstępie do książki pisze tłumaczka wyjaśniając zabieg tłumacza, który zastosowała w tym opowiadaniu. Myślę, że to opowiadanie, o którym w gronie tłumaczy rozmawia się i rozmawiać będzie. Bowiem zastosowano tam gwarę poznańską. Więcej nie piszę, ci, którzy będą czytać książkę, dowiedzą się o co chodzi.

Murakami nie zaskakuje może niczym nowym. Pojawia się sporo znanych nam motywów czy miejsc, o których mowa w poprzednich jego książkach. Dla stałych i wiernych czytelników stanowi jednak przytulną przystań, wyspę specyficznego stylu i aurę, która według mnie jest mocno rozpoznawalna. I dla mnie na plus, że jak zawsze niektóre myśli, refleksje wydają się jakby pochodzić z mojej własnej głowy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

tradycyjnie już …

…przypominam o zmianie czasu dziś w nocy 🙂 Z 3.00 na 2.00 ale raczej wiadomo, że nikt z tym nie będzie czekał aż do trzeciej w nocy. Godzina snu gratis i jak Wiecie, dla mnie to jedyny plus całej sytuacji. 

Miłego więc spania o godzinę dłużej 🙂

16 lat temu…

…Ślubowaliśmy przed Ołtarzem to wszystko, co się w tym miejscu i w takich okolicznościach ślubuje.

Nie chcę powtarzać kolejny raz truizmu, że pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj (a tak jest) czy że czas płynie naprawdę szybko i że ani się człowiek obejrzał a tu minęło szesnaście lat (płynie, ani się obejrzał) więc napiszę tak. Przez te szesnaście wspólnych małżeńskich lat przeszliśmy naprawdę wiele. Pewnie naszymi historiami można by obdarzyć jeszcze niejedną parę. No ale to nasze losy i nasze małżeństwo i najwyraźniej tak miało być. 

Mam nadzieję, że Miłość i Szczęście będzie nam towarzyszyć w naszej dalszej małżeńskiej drodze z P.. 

 

Ps. W sumie to super, że tamtego dnia było może i rześko (było) ale słonecznie i nie lało jak teraz leje za oknem.