Dzień Księgarza…

…takie święto przypada dziś w kalendarzu świąt innych niż znane i typowe.
Ma tego pecha, że wybrano datę zbieżną z rocznicą wybuchu Stanu Wojennego. O polityce jednak pisać nie będę. Jestem zmęczona polityką na co dzień.

Tak więc wracam do tematu Święta Księgarza.
W dzisiejszych czasach coraz mniej takich typowych księgarń. A z dzieciństwa tyle ich pamiętam. I pomimo, że wtedy zdobywanie książek wcale nie było takie trywialne jak obecnie to kupowało się, a jakże.
Z dzieciństwa pamiętam ulubioną księgarnie na Broniewskiego, z dodatkowym działem antykwarycznym, w którym swego czasu również się obkupywałam. Nawet pamiętam konkretne tytuły tam nabyte. „Szósta Klepka” Małgorzaty Musierowicz, „Stonoga” Krystyny Boglar czy „Alicja w Krainie Czarów”…

Teraz jak mówię, coraz mniej księgarni z prawdziwego zdarzenia, co nie znaczy, że ich nie ma .
Pierwsze miejsce na wakacjach w tym roku, w którym zrobiliśmy wspaniałe zakupy, to była właśnie kętrzyńska księgarnia.
Tu, w Warszawie, kupuję teraz ebooki ale dla Jasia wciąż jak najbardziej papierowe książki. Mam taką ulubioną księgarenkę , na lokalnym bazarku. Panie już mnie znają, zwłaszcza z jedną z nich się polubiłyśmy. Potrafiła dla mnie zostawić i dać P. torbę z katalogiem wydawnictwa dziecięcego i pocztówkami i zakładkami tegoż wydawnictwa. Ot, miły, serdeczny gest.
Mam tam już stałą zniżkę, oczywiście, ale i pewność, że zawsze mogę tam zamówić dany tytuł i mi go sprowadzą czy porozmawiać o książkach.
I pomimo, że księgarnia nie jest tania, to tam kupuję z racji tego, że chcę aby to miejsce, które polubiłam, utrzymało się.

A Wy ? Macie jakieś swoje ulubione księgarnie?  

 

„Jasne oblicze śmierci”. Aleksandra Marinina

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Książka podarowana mi przez Wydawnictwo.

Przełożyła Aleksandra Stronka.
Tytuł oryginalny Светлый лик смерти

Za co lubię kryminały Aleksandry Marininej? Za to, między innymi, że jest konsekwentna w kreowaniu rzeczywistości opisanej na kartach jej książek. Konsekwentna w „prowadzeniu” losów swoich bohaterów. I za to, że pomimo, że wydaje się, że to, co czytaliśmy, było już gdzieś przez autorkę „grane” , wciąż odkrywam na nowo, że niby ten sam temat można poprowadzić w nowy sposób. Tematem powracającym w kryminałach autorki jest bowiem powiązanie wydarzeń z przeszłości ze zbrodnią. Swoiste ostrzeżenie „grzechy z przeszłości lubią mścić się w czasach obecnych”. 
Nie inaczej jest i w tej części opowieści o Anastazji Kamieńskiej i zespole, w którym Kamieńska pracuje i musi wykrywać zbrodniarzy.

Cala opowieść zaczyna się w czasach współczesnych (chociaż jak potem okaże się, korzenie będzie miała długo przed wydarzeniami , od których zaczyna się książka). 
Oto bowiem zostaje zamordowana piękna, młoda dziewczyna, która do tej pory żyła bez ograniczeń i zdecydowanie korzystała z życia.
Niebawem znów dzieje się coś złego , w co wplątana zostaje inna młoda kobieta.
Będzie jeszcze jedna zbrodnia. A wszystkie osoby ( nie tylko te, które padły ofiarą przestępstwa) okażą się być na swój sposób powiązane. Poprzez osobę jednego mężczyzny.

Jak już wspomniałam , po raz kolejny Marinina udowadnia , że wydarzenia z przeszłości potrafią stać się kamyczkiem, który na swój sposób ruszy lawinę, której konsekwencji nie będzie można zatrzymać.
Przy tym, jak już pisałam, kreuje wiarygodne postaci i bohaterów, z ich ułomnościami i zaletami. Do tego to, co lubię czyli opis miasta, zwykłego życia w nim i to, co też mi się podoba a mianowicie, Anastazja na ogół porusza się po Moskwie środkami komunikacji miejskiej, co nadaje jej jeszcze bardziej prawdziwy rys.
Ciekawa intryga kryminalna i to poczucie, że „stara, dobra Marinina” się czyta, to wszystko złożyło się na moją ocenę tej książki a jest nią 5 / 6. 

Mikołaj…

…był, był, a jakże. 
Dopisał.
Dziecko już załapało o co chodzi bo biedak Jasiek wczoraj nie mógł zasnąć godzinę chyba, taki przejęty był…:)
Na szczęście jak już zasnął to potem obudził się na podziwianie. I tak najbardziej podobały się …baloniki od Babciowego Mikołaja. I weź tu człowieku bądź mądry i pisz wiersze. U nas i tak Mikołaj przynosi drobiazgi ale wiadomo, trochę ich zawsze się uzbiera, a tu proszę, baloniki 🙂 

Dla nas też Mikołaj przyniósł to i owo , najwyraźniej byliśmy dość grzeczni 🙂

Obejrzeliśmy „Wyspę tajemnic” , film zrealizowany na podstawie książki autorstwa Davida Lehane’a, w reżyserii Martina Scorsese. Po filmie, który bardzo nam się podobał nabrałam ochotę na lekturę książki, niestety, jest z tego, co widzę, niedostępna. Muszę poszukać bardziej intensywnie.
Szeryf federalny, Teddy Daniels, przybywa do ośrodka psychiatrycznego położonego na wyspie, w którym przebywają i leczeni są wyjątkowi niebezpieczni chorzy, którzy popełnili przestępstwo. Mają za zadanie dowiedzieć się jakim cudem z bardzo dobrze strzeżonej placówki udało się zbiec jednej z osadzonych tam pensjonariuszek.
Bardzo szybko a właściwie niemal natychmiast Daniels i jego pomocnik Chuck Aule orientują się, że w ośrodku dzieje się coś dziwnego. Daniels zaczyna mieć halucynacje (poznajemy szybko jego traumy i wspomnienia z przeszłości), zaczyna wręcz obawiać się o to, że w ośrodku przeprowadzane są eksperymenty na ludziach. 
Do tego mroczność, wichury, deszcze, dźwięk,  całość tworzy klimat, który tworzy niepokój i sprawia,że ogląda się ten film naprawdę z drżeniem serca. Bardzo dobry film ze świetną rolą Leonardo DiCaprio. Ciekawe co tak naprawdę tam miało miejsce bo film pozostawia nas z kilkoma możliwościami scenariuszy. Ciekawa jestem czy w książce również zakończenie pozostawało takie niejednoznaczne. 

Od jakiegoś czasu mamy za oknem zimę. Najbardziej oczywiście docenia ją Jaś. Który wraz z koleżankami i kolegami lepi bałwany czy toczy swoje pierwsze śnieżkowe bitwy. 
Wiecie, że nie przepadam za jesienią i zimą ale niechęć do zimy trochę topnieje w moim sercu gdy widzę jak Jasiek się cieszy 🙂

 

„Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera”.

Autor Jan Grzegorczyk.
Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2016). Ebook otrzymany od Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Miałam z tą książką problem. A nawet kilka problemów. Jednym z nich okazało się to,że powodowana chęcią przekonania się samej jak się czyta opowieści o księdzu Wacławie, zdecydowałam się na lekturę książki najnowszej z tej serii. A jak się okazuje, niby można czytać to nie znając poprzednich a jednak byłoby lepiej czytać ją ze znajomością części poprzednich. Sporo jest bowiem odniesień do postaci i wydarzeń z części wcześniejszych.
Inną sprawą był styl pisania. Niestety, przeszkadzało mi (zwłaszcza odczuwałam to podczas części „afrykańskiej” książki) mieszanie czasów. Bywało, że zdanie w czasie przeszłym poprzedzało zdanie w czasie teraźniejszym. Bardzo , bardzo dziwnie mi się to czytało.

Skłamałabym, a tego nie lubię robić, pisząc, że książka mnie oczarowała czy rzuciła na kolana. Ale muszę powiedzieć, że mimo, że przecież mogłam, nie odłożyłam jej. Chciałam przeczytać do końca i to zaprocentowało bo po połowie książka stała się ciekawsza albo może ja się wciągnęłam.
Dlaczego w ogóle zdecydowałam się sięgnąć po opowieść o księdzu Groserze? Bo zaciekawiły mnie dobre oceny tej serii na Biblionetce. Bo zaintrygowały opisy, stwierdzające, że autor kreując swego bohatera ociepla wizerunek polskiego kleru.
Muszę przyznać jedno, miałam wrażenie, że Jan Grzegorczyk tak bardzo chciał pokazać w swoich książkach, że księża to zwykli ludzie, popełniający grzechy i przestępstwa, że wręcz odrobinę „przedobrzył” , czy raczej przesadził w drugą stronę.
Co do samej postaci, to na tyle daleko zawsze byłam od struktur kościoła polskiego (wszelkie Oazy, pielgrzymki itd nie były tym, co mnie interesowało), że trudno jest mi się wypowiedzieć czy sama postać księdza jest wykreowana porządnie czy nie. Mnie pasowało to stworzenie postaci nie do końca wcale jednoznacznej. Bo co to za idealny ksiądz , który i zakląć potrafi? i papierosa zapali ? I myśli, które go trapią, przemyślenia, też wcale niekoniecznie z gatunku „przynależne tylko Świętym”. I dobrze. Bo taki właśnie Wacław wydaje się być normalnym i z krwi i kości księdzem. 
Myślę więc, że Groser faktycznie może dać się lubić osobom z zewnątrz, nawet tym, które nie tkwią silnie w kościele czy wręcz dla tych, którzy kościół już dawno opuścili (a o takich osobach w książce jest mowa).
Ja zawiedziona się czułam, że tytułowa afrykańska historia miała miejsce dopiero po połowie książki. I zdecydowanie była za krótka. Szkoda , bo ten fragment zmagania się z własnymi ułomnościami, przeciwnościami, podobał mi się najbardziej i niekoniecznie w odniesieniu do jakichkolwiek symboli.

Frapujące jest również to, co dzieje się w życiu księdza Grosera po powrocie z Ugandy. Nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele aby nie popełnić niepotrzebnego spoilera, dodam jednak, że jest to kawałek pełen emocji i naprawdę prawdziwie napisany, wiarygodnie niezwykle. 

Moja ocena to 4.5 / 6 

im bardziej…

…pada śnieg itd 🙂
Donoszę, że nie, nie zasypało mnie.
Ale nie ukrywam, że z coraz większym zainteresowaniem patrzę na puch sypiący się za oknem i pokrywający świat coraz poważniejszą śnieżną pierzynką…
Życzę sobie i Wam spokojnej reszty tygodnia. 

„Magia Bożego Narodzenia”.

Fern Michaels , tytułowe „Magia Bożego Narodzenia”, Cathy Lamb „Najpiękniejsze święta”, Mary Carter „Święta w stylu Maui”, Terri duLong „Święta w Cedar Key” (na okładce zarówno wersji papierowej jak i ebooku pojawiła się niestety, nieprawidłowa wersja imienia autorki Terri duLong).

Wydana w Wydawnictwie Bellona. Warszawa (2015). Ebook.

Przełożyła Paulina Maksymowicz.
Tytuł oryginalny zbioru Holiday Magic.

Bardzo, bardzo ładny zbiór czterech opowiadań, które łączy, oczywiście i żadna to niespodzianka, motyw Świąt Bożego Narodzenia. Zbliżających się, dodam.
Każde opowiadanie jest na swój sposób oryginalne ale łączy je jedno, ciepło, radość, podkreślenie, że nie tylko w Święta, ważne jest dla człowieka poczucie bycia kochanym, potrzebnym, poczucie przynależności. Że rodzina i przyjaciele są bardzo ważni i cokolwiek by się nie wydawało, żadne materialne dobra nie zastąpią nam drugiego człowieka. Możliwości kochania go, rozmowy z nim, pomocy mu, pośmiania się z nim, wypłakania.
Każde z opowiadań mi się podobało. Pierwsze i drugie wzruszyło najbardziej. Trzecie rozśmieszyło ogromnie, tak bardzo, że naprawdę podczas lektury zaśmiewałam się często. Ale i ono ma w sobie wzruszający motyw, który spowodował łzy. Czwarte opowiadanie również jest ładne, opowiadania o byciu solidarnym z miejscową społecznością.
Każde z opowiadań na swój sposób czegoś uczy. I chociaż, nie sposób zaprzeczyć, są to nauki i mądrości nieco wtórne i znane nam, ale jakże często zapominane.
Doceniajmy nasze najmniejsze radości. Cieszmy się z tego, że mamy z kim świętować i nie tylko (święta nie zdarzają się przecież aż tak często w roku). Cieszmy się z tych, którzy towarzyszą nam nie wtedy gdy odnosimy spektakularne sukcesy ale kiedy doznajemy porażki.
I sami bądźmy pomocą dla drugiego człowieka.
Bardzo ładne, bardzo optymistyczne, bardzo radosne i bardzo świąteczne w swojej wymowie opowiadania. Idealny pomysł na prezent na Mikołaja czy Święta dla kogoś, dla kogo Święta Bożego Narodzenia są ważne i kto je po prostu kocha.

Moja ocena 5 / 6. 

A Muminki warto czytać…

…dla cytatów perełek, mądrości jak chociażby takie:

„(…) – No, mój wujaszek z żoną! – wykrzyknęła Filifionka. – Wysyłam do nich rokrocznie na świętego Jana kartkę z zaproszeniem, ale nie przychodzą. 
– Spróbuj zaprosić kogoś innego -doradził Muminek. (…)
– Więc uważasz, że to obowiązek, a nie przyjemność?  – spytała Panna Migotka.
– Ma się rozumieć, że to żadna przyjemność – odparła Filifionka z rezygnacją i usiadła przy stole.
– Mój wuj i jego żona nie są tacy bardzo mili”.

I ponieważ wiem, że (za miesiąc i jeden dzień Wigilia) wielu z nas przyjdzie się zmierzyć z dylematem, z kim siąść do tego świątecznego stołu, polecam Wam w odpowiednim czasie przypomnieć sobie mądrą radę Muminka. 
I zastanowić się czy świąteczny czas zawsze i za każdą cenę MUSI oznaczać poświęcenie, zaciśnięte zęby i to poczucie, że niby wolne dni a w ogóle się nie odpoczęło? I czy tegoroczne święta dla odmiany nie mogłyby być po prostu raz spokojne i naprawdę radosne? Ha. Pozostawiam do rozważenia bo radę Muminka i całokształt możemy zastosować przecież nie tylko w ten konkretny,świąteczny czas.

Cytowany przeze mnie fragment pochodzi z książki „Lato Muminków” Tove Jansson, wydanej jako kolejne wznowienie w Wydawnictwie Nasza Księgarnia w roku 2010. 

 

„Świąteczna kafejka”. Amanda Prowse

Wydana w Wydawnictwo Kobiece . Białystok (2016). Ebook.

Przełożyła Anna Sauvignon.
Tytuł oryginalny The Christmas Cafe.

Na książkę miałam oko odkąd Maniaczytania zwróciła moją uwagę na to, że taka książka ma się ukazać z dobry miesiąc albo i dłużej, temu. 
I oto jestem po jej lekturze.
Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czas tych Świąt czyli Bożego Narodzenia jest dla mnie ważny, lubię go i cieszę się na niego, z wiekiem oczywiście pojąwszy, że oczywiście prezenty nie są najważniejszą składową tego czasu (co nie zmienia faktu, że przyjemnie jest samemu planować co kupić najbliższym i oczywiście, że miło jest znaleźć pod choinką prezenty dla siebie samej :)).
Dlatego też chętnie czytam książki z akcją umiejscowioną w czasie około świątecznym bądź świątecznym właśnie. Mam bowiem niemal zapewnienie, że co jak co ale książki dziejące się w tym czasie będą musiały mieć dobre, szczęśliwe zakończenie.

„Świąteczna kafejka” nie do końca dzieje się w Boże Narodzenie aczkolwiek ten czas jest trzykrotnie wspomniany, a ostatnie wspomnienie, kiedy Święta Bożego Narodzenia dla bohaterki książki są najwspanialsze, jest oczywiście bardzo istotne bo wtedy właśnie realizują się największe marzenia Bei.

Akcja „Świątecznej kafejki” rozpoczyna się na trochę przed Świętami gdy Bea, mająca lat pięćdziesiąt i trzy, zostaje wdową. Peter, jej mąż, odchodzi dość nagle. Po jego śmierci Bea nie ma głowy do świętowania. Ani do wielu innych, przyziemnych spraw.
Czas upływa i poznajemy pokrótce historię bohaterki. Peter, pomimo, że bardzo go kochała, nie był jej pierwszą miłością. Parędziesiąt lat temu została bowiem sama, w ciąży i musiała dać sobie radę w obcym kraju. Albowiem Bea pochodzi z Wielkiej Brytanii a jako młoda dziewczyna trafiła do Australii.
Bea ma nieliczną rodzinę, syna, synową i wnuczkę Florę. To z Florą odbędzie wielką podróż do Edynburga, która odmieni jej życie. Pojadą tam poznać internetową przyjaciółkę Bei, o imieniu Alex, którą poznała nieco przypadkiem. Bea i Peter prowadzili bowiem restaurację i po śmierci Petera do Bei nadszedł list z propozycją o dołączenia do forum właścicieli restauracji na całym świecie. List był ood kobiety, która w Edynburgu właśnie prowadzi także restaurację. Połączyło obie panie wdowieństwo i przeżywanie żałoby  i podobne zajęcie. 
Jak mówię, podróż, którą tuż przed Świętami Bożego Narodzenia odbędą Bea i jej wnuczka, Flora, będzie niezapomniana. I nie tylko dlatego, że przyjaciółka Bei prowadzi kafejkę o nazwie „Świąteczna Kawiarenka”.

„Świąteczna kafejka” to ciepła opowieść, której bohaterką jest (co muszę powiedzieć, również mnie ujęło) osoba trochę starsza a nie dwudziestolatka, przed którą całe życie.
Cieszy przesłanie, czyli to, że świat naprawdę należy do odważnych i tych, którzy nie boją się realizować własnych marzeń.
Nie spodziewajcie się tu krwi i walki, będzie ciepło, otulająco (wiem, że nie każdemu to pasuje, mnie jak najbardziej tak), pokrzepiająco i radośnie. 

Moja ocena 5 / 6.
 

znowu …

…książkowo i trochę powielę wpis poprzedni 🙂 
Czyli zachwyt nad Muminkami (tym razem mamy za sobą „W Dolinie Muminków”) i skwaszenie osobiste nad „Żniwami zła” Roberta Galbraitha.
Muminki po raz kolejny zachwyciły i pokazały jak trafne są w nich obserwacje i spostrzeżenia dotyczące życia i charakterów ludzkich . Praktycznie gęsto tam od takich zdań „perełek” jak ja to nazywam , które aż się proszą o zanotowanie ich w notesie 🙂
Natomiast „Żniwa zła” wymęczyłam dosłownie i niektórzy wiedzą, że nie przesadzam, twierdząc, że prawie porzuciłam lekturę. Tak mnie i znudziła i wymęczyła. Uważam tę część za najgorszą z dotychczasowych o Cormoranie Strike i jego współpracownicy, Robin. Praktycznie zmogłam te ileśset stron o niczym właściwie poza opisem brutalności i nagromadzenia paskudności i nieprawdopodobnych nawarstwień nieszczęść dla zakończenia bo ktoś, kto czytał wcześniej zaintrygował mnie pewnym stwierdzeniem i byłam ciekawa nie tyle samej intrygi kryminalnej i jej zakończenia co spraw osobistych Cormorana. I Robin też.
Być może ten kryminał miał dodatkowo pecha bo od pewnego czasu zauważyłam, że kryminały mi niespecjalnie idą (wyjątkiem była „Rozdarta zasłona” ale to dlatego , że broni się stylem, językiem i szczęśliwie, brakiem niepotrzebnej brutalności). Sama jestem zdziwiona tą swoją niechęcią do kryminałów ale być może potrzebuję przerwy. O ile dobrze pamiętam, miałam już kiedyś taką przerwę w kryminałach, więc nie jest powiedziane , że to trwać będzie wiecznie ale przerwa najwyraźniej zdecydowanie mi się przyda.  

książkowo…

…będzie.
Zawód wielki to wyczekana przeze mnie biografia Meryl Streep „Meryl Streep. Znowu ona!” Michaela Schulmana. Jak napisane jest na stronie Wydawnictwa Marginesy, które wydało tę książkę, jest to pierwsza tak wnikliwa biografia. Hmm , niestety, mnie zawiodła. Po pierwsze, faktycznie , pierwsza część książki jest wnikliwa, tak wnikliwa, że aż zamęcza szczegółami, które według mnie, są kompletnie nieistotne dla opisu życia aktorki. Druga część nagle przyspiesza aby urwać się nagle po omówieniu roli Meryl Streep w „Sprawie Kramerów”. I nie, biografią bym tego nie nazwała a jedynie szczegółowym opisaniem życia aktorki do pewnego momentu. Najciekawszy w książce (dla mnie, oczywiście) stał się opis towarzyszenia Meryl Streep w chorobie i odchodzeniu jej pierwszego partnera nie zaś opis wspinania się aktorki na aktorski Olimp a nie ukrywam, że na to miałam chyba największą ochotę. Albowiem od lat uważam Meryl Streep za jedną z najlepszych aktorek jakie widziałam na ekranie i jedną z najciekawszych i najmądrzejszych kobiet. I dlatego jestem niezbyt szczęśliwa, że Meryl Streep jakoś nie ma szczęścia do opracowań na własny temat. Szkoda. Zabrakło mi pasji, która musi istnieć w życiu Meryl, a otrzymałam ocierającą się o hagiografię początkowo zbyt naszpikowaną detalami, potem z nagła przyspieszającą relację z rozwijającego się aktorstwa Meryl Streep. W dodatku urywającą się praktycznie w momencie gdy kariera Meryl Streep nabiera dopiero rozpędu a i jej życie rodzinne również dopiero się rozkręca. 
Poprzednio czytałam zebrane słowa samej Meryl Streep o sobie w opracowaniu Lawrence’a Grobela i to niestety, też na kolana nie rzucało ale przynajmniej nie udawało niczego innego niż jest. Czy Meryl Streep doczeka się naprawdę ciekawej biografii ukazującej jej wielostronność i umiejętność godzenia bycia żoną, matką i gwiazdą a także bardzo mądrą kobietą a nie chichoczącą jak głupia celebrytką? Nie wiem. Mam taką nadzieję. Kto wie, może ja się w końcu zdenerwuję i sama ją popełnię 😛 nie jest w końcu powiedziane, że monopol na pisanie o Meryl Streep mają jedynie Amerykanie, prawda?
Tak więc ta biografia mocno mnie zawiodła.

Ale za to powrót do Doliny Muminków okazał się świetnym pomysłem. Jesteśmy z Jasiem po kolejnym tomie, „Kometą nad Doliną Muminków”. Wciąż jestem pod wrażeniem wielkiej mądrości tych książek. Jakaż to niewiarygodnie trafna ocena świata i jakże mądra recepta na życie. Naprawdę tego nie pamiętałam ale to też potwierdza, że książki te są zarówno wartościowe dla dzieci jak i dla dorosłego.
Podoba mi się też to jakie miałam ja sama wspomnienie na temat postaci z książek, jakie to wspomnienia pozostały w mojej pamięci, jak je teraz konfrontuję z obecnym odbiorem tychże i jak to wszystko trochę się pozmieniało.
Super lektura! Polecam wrócić do Muminków bo zdecydowanie warto.