„Tajemnicza śmierć Marianny Biel”. Marta Matyszczak.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Poznań (2017).

Książkę wygrałam w konkursie organizowanym przez Autorkę na Fb. I jak to na Śląsku, konkretnie, szybko otrzymałam dwa dni później ( i nawet moja zawsze rzucająca mi kłody pod nogi poczta tym razem nie storpedowała szybkiego dostarczenia nagrody:P ).

Książkę otrzymałam z miłą dedykacją samej Autorki i jej pomocnika (z tym, że pomocnik ograniczył się do przybicia dwóch pieczątek z rysunkiem psa i śladu psiej łapy:) ). 

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to literacki debiut. I jest to debiut bardzo dobry. Jedno co mnie zaskoczyło , to promowanie tej książki jako kryminału na wesoło. Albowiem ja podczas lektury wesołości nijak tam nie odczytałam. Odczytałam natomiast pewien świetny pomysł na narrację a mianowicie część treści książki poznajemy dzięki narracji niejakiego Gucia. Gucio to starszy mieszkaniec schroniska dla…zwierząt. Tak, tak. Losy Gucia poznajemy jednak od jednej z najszczęśliwszych chwil jego życia (a być może najszczęśliwszej?) czyli od momentu adopcji go przez Szymona Solańskiego. Byłego policjanta a obecnie prywatnego detektywa.
Teraz mała dygresja. Gucio a raczej jego pierwowzór istnieje naprawdę. Marta Matyszczak naprawdę ma takiego psa , jest nim fantastyczny kundelek o imieniu, tadam, niespodzianka… Gucio 🙂 . I pierwowzór literackiego bohatera również ma za sobą smutny epizod schroniskowy zanim Autorka nie zaoferowała mu swego serca i domu. Wierzcie mi, Gucio wygląda na takiego, który faktycznie podpowiadał Marcie Matyszczak fragmenty książki, ja tam przynajmniej zdecydowanie w to wierzę. 

Teraz wracam do książki. Dlaczego przyczepiłam się do promowania tego kryminału dziejącego się na Śląsku bo w Chorzowie obecnych lat jako książki pisanej na wesoło? Ano przyczepiłam się bo ja nijak tej wesołości nie mogłam się doszukać. Jest to bowiem książka niezbyt wesoła. A nawet – bardzo smutna. Począwszy od tego, co dowiadujemy się o losach byłego policjanta, Solańskiego, a skończywszy na tym jak zaczyna się akcja książki. A zaczyna się w chwili gdy okazuje się, że ciało zamordowanej Marianny Biel, zamieszkującej lokal w chorzowskim familoku leżało nieodnalezione w piwnicy dość długi czas. Czyli, może i mamy nowocześniejsze czasy z ich przywilejami i udogodnieniami ale czy po drodze do tych czasów nie zagubiliśmy czegoś co było istotne kiedyś a mianowicie zainteresowania drugim człowiekiem ?

Szymon Solański pomimo zaprzestania pracy w policji zaczyna swoje prywatne śledztwo dotyczące okoliczności śmierci Marianny Biel (dawnej aktorki odnoszącej pewne sukcesy w teatrze „Uciecha”). Pomaga mu w tym intensywnie Gucio i znajoma z dzieciństwa, dziennikarka , Róża. 
Jeśli chodzi o warstwę kryminalną książki to według mnie jest jak trzeba. Mamy kilkoro postaci, z których z biegiem akcji wynika, że każda z nich miałaby motyw do popełnienia zbrodni. Zakończenie (mnie przynajmniej) zaskoczyło to znaczy mogę się tylko cieszyć, że niemal do końca nie podejrzewałam osoby, która popełniła zbrodnię o jej popełnienie. Ciekawa jest galeria postaci zamieszkujących familok, z których właściwie każda ma na głowie sporo zmartwień i niezbyt udane życie. 

Smuciła mnie postać Szymona a raczej jego przeszłość 😦 Mam nadzieję na kontynuację jego losów w jakimś nowym kryminale Autorki i że wtedy postanowi być Ona dla swojego bohatera łaskawsza. Uwielbiałam Gucia i jego refleksje i przemyślenia. Ucieszyłam się z gwary śląskiej, którą okraszona została książka i to szczęśliwie tak napisanej i wplecionej w akcję, że i nie władający gwarą śląską zrozumieją 🙂

Moja ocena to 5. 5 / 6.

 

„Willow”. Virginia C. Andrews.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017).  Ebook.

Przełożyła Małgorzata Fabianowska. 
Tytuł oryginalny WILLOW.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wciągnęła mnie ta książka a jest to seria, więc już wiem, że będę kontynuować opowieść o młodziutkiej Willow. Dziewczyna ta nie miała łatwego początku życia. Niemal od zawsze wie, że jest dzieckiem adoptowanym i o ile adoptowany ojciec jest dla niej dobry i jest prawdziwym wsparciem, tak M.A. (nazywana tak przez samą Willow jako skrót od Matka Adopcyjna) wyraźnie jej nie to nawet, że nie kochała ale nawet nie lubiła. 

Willow jednak zawsze mogła liczyć na pomoc i radę ojca, znanego w całym kraju psychiatry prowadzącego klinikę psychiatryczną. Ten specjalista jak się później okaże, miał radę dla wielu ale najmniej dla samego siebie. Jednak być może to pochopne ocenianie, wszak uczucia robią z człowiekiem naprawdę wiele. 

Matka Willow ginie w wypadku , a ojciec umiera dość niedługo po niej. Po śmierci ojca Willow dowiaduje się zaskakującej prawdy i aby uporządkować swoje życie jedzie do Palm Beach aby odnaleźć swoją rodzoną mamę. 

W Palm Beach Willow trafia do zupełnie nowego, nieznanego jej dotąd świata. Nie to aby będąc córką psychiatry prowadzącego znaną i popularną klinikę uskarżała się na brak finansów, tym bardziej, że odziedziczyła po rodzicach majątek ale jednak to, co zastaje w tym skrawku kraju zaskakuje ją wielokrotnie i daje powody do wielu przemyśleń. Willow bowiem trafia do miejsca, w którym na metr kwadratowy przypada więcej bogaczy niż zdaje się to być możliwe. 
Willow nie do końca szczerze przedstawia się ludziom, których tam poznaje i trafia w sam środek śmietanki towarzyskiej owych bogaczy. Dla których nie jest niczym dziwnym balowanie co wieczór na przeciągających się do rana przyjęciach czy też wydawaniu takowych przyjęć u siebie w domu. Zapraszając koło stu osób na wieczór. 
Willow nie daje się porwać oszałamiającemu lecz niebezpiecznemu bogactwu ale za to daje się zwieść własnemu sercu i odczuwa pierwszy raz w życiu coś w rodzaju naprawdę namiętnego uczucia. Poznaje bogatego i przystojnego młodego mężczyznę. Brzmi jak bajka ale do końca taką nie jest bowiem Willow początkowo nie jest wobec niego szczera. Brnie w dalszą nieszczerość z poczuciem , że tak naprawdę niewiele dzieli ją od zakłamanego blichtru otaczającej ją rzeczywistości. 

Przeczytałam zarzut w stosunku do tej książki, że nie ma w niej żadnej tajemnicy, że właściwie wszystko wiemy od początku. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, sporo wiemy ale według mnie (przynajmniej po skończeniu tej części cyklu o Willow) nie ma to być książka, która ma mnie co chwila zaskakiwać. Ma natomiast ofiarować mi kawałek dobrze napisanej prozy, intrygującej, gdzieś tam mieszającej w głowie (opis bogactwa powoduje, że człowiek zaczyna naprawdę zastanawiać się jak to jest, że faktycznie gdzieś w świecie istnieją aż tak równoległe wydawałoby się do naszego – światy). Wreszcie ciekawe jest dążenie Willow do tego aby po pierwsze, odkryć swoje korzenie , dowiedzieć się kim jest ale również jak bardzo jest silna. I jak wiele wytrzyma. Albowiem świat bogactwa i dobrobytu potrafi wciągać jak narkotyk, obiecując wiele ale też często nie dając nic prócz zawodu i nieszczęścia. 
Dodatkowo, po śmierci ojca Willow, w posiadłości jej rodziny zaczyna dochodzić do dziwnych wydarzeń…To też podejrzewam nie będzie bez znaczenia w dalszym ciągu opowieści. 

Poczytałam sobie w internecie o Palm Beach i o jego mieszkańcach i powiem, że faktycznie z pewnością miejsce to może wydawać się ociekającym od złota i bogactwa. Czy jest w nim jednak miejsce na bycie dla człowieka wsparciem? Czy jest tam miejsce na naprawdę szczere uczucie? Czy jest tam w ogóle miejsce na jakąkolwiek szczerość? To wszystko zapewne będzie zgłębiać Willow w kontynuacji książki „Willow” noszącej tytuł „Mroczny las”.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Uśmiech”. Cezary Harasimowicz.

Wydana w Wydawnictwie Zielona Sowa. Warszawa (2017).

To wygrana w konkursie na Fb, którą wygrałam w sumie dla Jasia ale…jak na razie lekturę miałam ja. Bo książka ta oznaczona jest na okładce jako dedykowana dla dzieci powyżej dziewiątego roku życia. Myślę, że wszystko zależy od dziecka, rodzic najlepiej zna dojrzałość własnej latorośli i być może ośmiolatkowi już bym ją spokojnie przeczytała ale dla Jasia jest ona chyba jeszcze nieco „na wyrost”.
A muszę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam a na pewno trafi do rocznego podsumowania moich książek jako jedna z najlepszych książek roku 2017.

Na okładce przed tytułem mamy taki „przedtytuł” „Niezwykłe przygody Tekli, która obraziła się na…UŚMIECH”. 

Tekla chodzi do szkoły, raczej do wcześniejszych klas szkoły podstawowej i jest wychowywana tylko przez tatę. Rok temu jakiś pirat drogowy zabił jej mamę gdy ta przechodziła przez przejście dla pieszych 😦 Od tej pory Tekla i jej tata są w żałobie i w smutku. O ile ojciec dziewczynki stara się mocno jakoś sobie dawać radę, sięga po pomoc psychologa i ogólnie usiłuje „jakoś sobie radzić” (okropne określenie nadużywane przez tych, którzy o żałobie niewiele wiedzą) to Tekla niestety, kompletnie dała się porwać uczuciowi smutku. 
Smutek zawładnął dziewczynką i pomimo, że prowadzi życie podobne jak wcześniej to nie ma w nim zarówno ukochanej Mamy jak i …uśmiechu. 

Nie znałam pana Cezarego Harasimowicza od strony książkowej i muszę powiedzieć, że ta nieco przypadkowa wygrana pokazała mi jak niesamowicie pięknie i wrażliwie można napisać książkę dla młodszych dzieci , która nie dość , że może być przeczytana dziecku po stracie, w żałobie, jak również temu, które straty nie doznało ale aby pokazać mu, że właśnie smutne sprawy dzieją się również rówieśnikom dzieci, innym dzieciom. 

Autor niesamowicie delikatnie i subtelnie opisuje stany Tekli. Nie ma tu scen rozdzierających serce niepotrzebnym dramatyzmem a jest właśnie taki delikatny i subtelny obraz dziewczynki, która nie radzi sobie w sytuacji, w której została postawiona przez los.
Szczegóły opisu Mamy i relacji matki i córki są tak prawdziwe (tak właśnie sądzę, że nieżyjącą osobę wspomina dziecko, na takie właśnie szczegóły zwraca uwagę), że nie potrzeba żadnego melodramatyzowania. Jest konkret ale taki chwytający za serce, że aż łzy pojawiały mi się podczas lektury. I to nie był jeden raz kiedy owe łzy spłynęły mi po policzkach.

Książka „Uśmiech” to nie tylko opowieść o dziewczynce w żałobie i smutku. To też bardzo fajnie napisana książka z akcją odrobinę sensacyjną na temat tego, jak walczyć i jak się nie poddać w takiej sytuacji. Z książki wynosi się wiele wniosków i prawd, nie są one jednak natrętnie i łopatologicznie wtłaczane a „przemycone” gdzieś po prostu ale w taki sposób aby o nich sobie przypomnieć. Bo przecież tak często zapominamy, że w sytuacjach ekstremalnych, to tak naprawdę obecność i wsparcie drugiego człowieka to jest to, co pomaga najbardziej. 
Ale że obecność kogoś drugiego nie jest ważna jedynie w tych smutnych chwilach. Że fajnie jest właśnie porozmawiać z kimś po wstaniu z łóżka i podczas śniadania. Omówić menu na obiad. Pośmiać się wspólnie z czyjegoś żartu. Zrobić razem zakupy czy zaplanować wspólne wakacje. 

Tekla też komuś pomoże a i ktoś pomoże Tekli. Tak to właśnie działa. Człowiek, cokolwiek by nie mówić, potrzebuje drugiego człowieka. 

Co mnie cieszy to to, że jest najprawdziwsze szczęśliwe zakończenie (na tyle na ile może być w takiej a nie innej sytuacji).

Z prawdziwą przyjemnością anonsuję moją ocenę , a jest nią 6.5 / 6 🙂

„Żółta tabletka plus”. Anna Sakowicz.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2017). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa.

Jest to wznowienie debiutanckiego zbioru autorki wydanego w 2014 roku.

Dlaczego lubicie do mnie zaglądać gdy piszę o książkach? (Ciekawe, w sumie). Może dlatego, że nie posłodzę jeśli się nie da albo że napiszę wprost jak coś mi się nie spodoba, rozdrażni? No nie wiem w sumie czy są to takie powody ale mam nadzieję, że ci, którzy czytają moje słowa na temat książek wiedzą, że są one prawdziwe (i co podkreślam zawsze, subiektywne).  Nie umiem kadzić, jeśli ktoś tego oczekuje, to niestety, nie u mnie.

Ten wstęp prowadzi do tego, że chcę wyjaśnić ,że ten zbiór opowiadań, który właśnie czytałam , spodobałby mi się o wiele bardziej i ocenę dałabym mu z pewnością wyższą gdyby nie…jedno zawarte w nim opowiadanie. Niestety, to jedno opowiadanie zaważyło na moim odbiorze zbioru. Szkoda. Mowa o opowiadaniu pod tytułem „Niespodzianka”. Jest to (według mnie, przypominam i naprawdę nie trzeba się ze mną zgadzać) opowiadanie kompletnie w tym zbiorze niepotrzebne, nie mam nijak pojęcia w sumie dlaczego się znalazło. Jest smutne i z niepotrzebną pointą (krzywda zwierzęcia). Nie , nie nie. Mówię mu wielkie, zdecydowane „nie!”. I żal mi, że niestety ale jego obecność w tym zbiorze zaważyło na mojej całej opinii. 
A reszta opowiadań (ogólnie jest ich osiemnaście) całkiem mi się podobała. Jedne bardziej , inne mniej ale z przewagą na bardziej, zwłaszcza te około literackie. Widać, że autorka ma tę samą pasję co ja czyli książki i literaturę i widzę też,że mamy podobne spojrzenie na niektóre sprawy (opowiadanie „Sodówka”).

Opowiadania są krótkie ale treściwe. Jak już wspomniałam, mnie samej najbardziej podobały się te świadczące o pasji miłości do książek i literatury i zmagań twórczych jednostki, która chciałaby (napisać książkę i odnieść sukces) ale boi się. Czasem jest to napisane bardziej na wesoło, czasem mniej, czasem prześmiewczo, czasem po prostu konkretnie. Tak czy inaczej, te opowiadania sprawiły mi najwięcej radości. Są to więc „Spotkanie”, „Polubić czytanie” (jakby mnie naszło na zmuszanie Syna do czytania to koniecznie do niego powrócę, żeby sobie przypomnieć dlaczego to może być niekoniecznie najlepsza droga 😛 ) , „Sponiewierane życie”, „Głód”, „Sodówka”, „Larwa”.
W „Sodówce” zabawnie przedstawiono to jak niektórym literatom potrafi uderzyć powiedzonkowa woda sodowa do głowy po tym jak osiągną jakiś sukces. „Sponiewierane życie” i „Spotkanie” zawiera zabawne odniesienia do literatury światowej. 
W „Polubić czytanie” widzimy nieco nadgorliwego tatusia (w sumie to go rozumiem, też chciałabym aby mój Syn czytał skoro ja tak kocham książki), który swoją nadgorliwością powoduje nieco inne niż sądził efekty dotyczące czytania jego syna. 

Niby zbiór opatrzony jest podtytułem „Opowiadania i humoreski” ale właśnie wśród tych humoresek trafiły się też teksty bardzo wzruszające, mądre, takie niewesołe ale zdecydowanie prawdziwe jak „Nie w swoim mieszkaniu”, „Starość”, „Mój różowy pokój”, „Kula u nogi”. Te ostatnie, nie humoreski właśnie , stanowią zbiór opisu kilku sytuacji, zdarzeń a jednocześnie pokazuje jak bacznie obserwuje rzeczywistość Anna Sakowicz. Niektóre z nich („Nie w swoim mieszkaniu” ) aż ściskają za serce i powodują napływ łez pod powiekami. To opowiadanie o tym jak czują się osoby, które z tych czy innych powodów tracą pamięć. „Starość” to opisana w niewielkiej treści specyficzna rozmowa. „Mój różowy pokój” to niespełnione marzenie małej dziewczynki żyjącej w PRL-u i próba ratowania samopoczucia dziecka przez jej mamę. 

W humoreskach autorce udaje się niby to śmieszkami i wesołością ale przemycić nie tylko to, co śmieszy ale i jest ważne i powinno stanowić priorytet. 

Znów to napiszę, nie umiem ocenić zbioru bez tego niesmaku po opowiadaniu „Niespodzianka”. Tak mnie ono uwiera i takie niezbyt pasujące do reszty mi się wydało. Być może go nie zrozumiałam i może nie umiem zachować obiektywizmu w odniesieniu do tego, co jest w nim opisane, trudno, nie potrafię. 
Moja ocena to 4.5 / 6.

„Tatarka”. Renata Kosin.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017).

Książkę  (z miłą dedykacją) udało mi się wygrać na stronie autorskiej pani Renaty Kosin na Fb. W dodatku wygrałam nie tylko książkę ale bardzo ciekawie skomponowany „zestaw zapachowy” tak więc książka i jej lektura została wzbogacona o możliwość poprawienia sobie klimatu i nastroju miłymi zapachami (w przesyłce bowiem były między innymi świeczki zapachowe).

Wracam jednak do samej książki. Chyba około roku temu sięgnęłam po „Sekret zegarmistrza” tej autorki. W „Tatarce” poznałam dalsze losy bohaterek książki, Leny i jej córki Kseni, z tym, że w tej części opowieści to córka jest na planie pierwszym. Bujany na Podlasiu to miejsce, w którym w domu przodków mieszka Lena. Ksenia na co dzień nie mieszka od dawna z matką, uczy się w Białymstoku ale wolny czas spędza w domu z mamą. Akcja książki rozpoczyna się w Noc Świętojańską , kiedy dzieją się rozmaite działania związane z tą niepowtarzalną nocą. Ale to nie Noc Świętojańska a Juwenalia staną się przyczynkiem do prywatnego śledztwa, którego podejmie się Ksenia. Poznaje na nich bowiem pewnego Tatara, Emira, i to spotkanie uruchomi przekonanie, że Ksenia musi dowiedzieć się prawdy na temat swojego pradziadka. Od dawna bowiem w rodzinie krążyła opowieść, że Ignacy Kudela miał tatarskie korzenie. Na ile jest to prawda? Ksenia postanowi zająć się tą pogłoską i raz na zawsze wyjaśnić kto ma rację. 

W książce ciekawie opisano zwyczaje polskich Tatarów zamieszkujących rejon Kruszynian. Stworzona została interesująca galeria postaci z oryginalną Zulejką, fałdżejką. Kim konkretnie jest Zulejka? Tego można dowiedzieć się z książki. 

Ksenia tak bardzo zajęta jest rozwiązywaniem bardzo zaplątanej rodzinnej przeszłości i tajemnic, że zapomina, że jej uczucia zostały wystawione na próbę i że tak naprawdę jest ostatnio nie do końca szczęśliwa. A na koniec odkrywa może i mało oryginalną prawdę ale jednak prawdę , że nie jest tak łatwo znaleźć prawdziwą miłość i że to uczucie nie przydarza się każdemu. I być może, że to jest najbardziej istotna wiedza, jaką Ksenia wynosi z całej tej historii. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Niedomówienia”. Anna Sakowicz.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2016). Ebook.

Ponieważ niedawno zamówiłam sobie do recenzji wznowienie innej książki Anny Sakowicz, postanowiłam przeczytać coś Jej autorstwa zanim dotrze do mnie książka.

I tak oto jestem po lekturze „Niedomówień”. Wybrałam ją bo akcja książki dzieje się w Gdańsku, który bardzo lubię i nawet jeśli nie jest to książka z gatunku tej, w której to miasto jest bohaterem, miło było poczytać coś dziejącego się właśnie w tym mieście.

Bohaterką książki jest Janka, kobieta około czterdziestki. Swoje dość niemodne jak dla kobiety współczesnej imię nosi w wyniku uwielbienia jakim jej dziadek i ojciec a także ona sama (aczkolwiek jej miłość na wybór imienia nie miała oczywiście wpływu) darzą Jana Gutenberga. Zarówno bowiem ojciec Janki jak i ona sama są drukarzami. Janka po 89 roku przejęła po tacie rodzinny interes i prowadzi drukarnię. Niestety, ku jej żalowi, najmniej w tym miejscu drukuje się książek. Co jakiś czas jest święto gdy udaje się drukować tomik poezji przyniesionej do druku przez samego autora. 

Janka ma nie bardzo poukładane życie osobiste i właściwie w jej życiu nie ma obecnie miłości. Poznajemy ją w chwili gdy kończy związek, który dawno się wypalił a jedyną jej miłością chociaż oczywiście co logiczne, nie odwzajemnioną , jest właśnie Gutenberg. Któremu to zanosi pod jego pomnik w parku każdą wydaną książkę. Zostawia pod figurą wynalazcy druku z nadzieją, że znajdzie książkę ktoś, kto drukowane pismo a raczej treści, które druk niesie, kocha równie mocno jak ona sama. A pewnego dnia pod pomnikiem Janka znajduje nietypową wiadomość skierowaną do niej samej. Od tej pory zacznie swoje prywatne śledztwo mające na celu wyjaśnienie kto i dlaczego zostawia jej samej pod pomnikiem Gutenberga fotografie związane właśnie ze słynnym Niemcem. 

Janka spróbuje dowiedzieć się kto stoi za dziwną formą komunikacji z nią a jednocześnie będzie się starała poukładać swoje zwichrowane życie uczuciowe. Tym bardziej, że czuje się mocno zmęczona naciskami ze strony najbliższej rodziny na to aby się nareszcie ustatkowała. 

Osobnym wątkiem jest pewna ważna praca głównej bohaterki. Janka pisze niezwykle istotną dla swojej rodziny , zwłaszcza jej dziadka, pracę. Jest to reportaż dotyczący Pelplińskiej Biblii i jej losów związanych w oryginalny sposób z jej dziadkiem. 
W książce to właśnie ów wątek i ten dotyczący fascynacji Janki postacią Gutenberga spodobał mi się najbardziej bowiem lubię pasje innych jak również interesuję się sztuką i sprawami związanymi z zabytkami. Sprawy uczuciowych zawirowań głównej bohaterki zainteresowały mnie najmniej.

Moja ocena to 4.5 / 6.

pytanie na dzisiaj…

…od kiedy, według Was, kobieta lub mężczyzna (w tym przypadku skupię się bardziej na kobiecie chociaż chętnie usłyszę opcje i od panów na temat kobiet i mężczyzn) wkracza w tak zwany „dojrzały wiek”?
Bo to, co każdy z nas ma na myśli pisząc „wiek dojrzały” to zapewne pomysł na zupełnie nowy post chociaż wypowiedzi w tej kwestii również mile widziane. 

„Matka i córka”. Jenn Diaz.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. Książkę przeczytałam dzięki uprzjemości Wydawnictwa.

Przełożył Andrzej Flisek.
Tytuł oryginału Madre e Hija.

Niesamowite jak tak młodej osobie jaką jest autorka urodzona w roku 1988 udało się „popełnić” tak dojrzałą książkę jaką jest „Matka i córka”. Czyli jednak nie jest najwyraźniej tak, że to suma doświadczeń składa się na treść. A może i nawet suma owych doświadczeń ale niekoniecznie muszą to być doświadczenia własne? Wystarczą te zasłyszane?

W „Matce i córce” przedstawione są cztery kobiety postawione w sytuacji, w której nie chciały się znaleźć ale się znalazły. Zmarł mężczyzna będący dla nich mężem, ojcem, bratem. Teraz zostały na świecie same a ich dom, w którym mieszkają trzy z nich to istny tygiel. Pełen emocji ale też przede wszystkim pełen niedopowiedzeń, niedomówień, tajemnic skrywanych przed sobą wzajemnie. Albo przynajmniej tak się im wydaje. Tak się przypadkiem złożyło, że kiedy zaczęłam czytać „Matkę i córkę” przypomniałam sobie recenzje kilku innych czytanych przeze mnie książek dotyczących relacji matek i córek. Nie ma właściwie pozytywnych czy optymistycznych książek na ten temat a i ta nie odbiega od tego, co do tej pory czytałam. 

„Matka i córka” to książka niewielka ale bogata w treść. Ta treść dotyczy myśli nie tylko na temat relacji matki i dorastających czy wręcz dorosłych córek ale również ogólnie na temat współczesnych kobiet. Które dorastały w zupełnie innej rzeczywistości i wśród innych wartości niż ich córki. Jednak wszystkie te kobiety, zarówno te młode jak i te starsze łączy jedno. Pragnienie szczęścia, zaznania w życiu miłości a przynajmniej tego aby móc przeżyć swoje życie w przekonaniu, że było warto. 

To kobiety wtłoczone w przekonania „co wypada” ale i te, które postanowiły zerwać kajdany obyczajności dotyczące ich matek. Tylko czy owo zerwanie oznacza, że naprawdę stają się wolne? Niezależne? I dlaczego jest tak, że matki przekonane, że „każda kobieta chce mieć dziecko” wcale nie wyglądają na takie, które w tym macierzyństwie są szczęśliwe?

Po raz kolejny rola mężczyzn została nieco umniejszona chociaż w tej książce akurat nie jest ona zupełnie zmarginalizowana. Znowu jednak mężczyźni, nawet ci już nieżyjący, wciąż na swój sposób sterują poczynaniami i decyzjami kobiet. Które najwyraźniej nie są szczęśliwe. Dodatkowo przygnębiające są jednak układy między nimi samymi, a przynajmniej jeśli nie przygnębiające to mocno skomplikowane i trudne, jednak nie całkowicie beznadziejne. 

Bardzo lubię książki z kobietami w roli głównej opisujące ich niełatwe relacje. To taki jak wspomniałam tygiel, w którym podgrzewane latami emocje i niewyjaśnione sprawy mogą zaowocować wybuchem.

Nazwisko autorki będę miała w pamięci na pewno bo ta książka ogromnie mi się podobała. I mam wielką ochotę na więcej jej prozy tym bardziej, że jej książka potwierdziła to, co od dawna podejrzewałam, że „dużo nie musi oznaczać dobrze”, może być krócej ale treściwie i po prostu dobrze. 
Z jeszcze takich „technicznych” spraw to ogromnie podoba mi się okładka książki. 

Moja ocena to 6 / 6. 

 

 

„Chwila na miłość”. Joanna Stovrag.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2017).

Tą książką zainteresowałam się już kiedy pierwszy raz o niej wyczytałam, że się ukazała. I gdy trafiliśmy na Targi Książki to ona stanowiła mój jedyny nabytek.

Zainteresowała mnie dlatego, że jest to historia prawdziwa. Joanna Stovrag opisała swoje własne przeżycia najpierw jako studentki, która w ramach studiów trafiła do Sarajewa by tam się uczyć, a następnie już w Polsce jako zakochanej w poznanym w Sarajewie chłopaku dziewczynie. 
Joanna i Sejo, gdyby poznali się nieco później…zapewne nie powstałaby ta książka. Ale poznali się na dosłownie chwilę przed wybuchem wojny na Bałkanach i tak ich miłość została wystawiona na najcięższą z prób. Bowiem oprócz faktu rozłąki z powodu banalnego jak ten, że Joanna musiała wrócić do Polski doszedł fakt wojny i codziennej niepewności co tak naprawdę może się stać. 
Jakby ten związek i tak od początku nie był pełen wyzwań. Sejo bowiem nie tylko jest obcokrajowcem ale również wyznaje inną religię niż Joanna. Już tu można pokusić się o stwierdzenie, że przed młodymi stało sporo wyzwań i konieczność ustępstw w wielu kwestiach. A co dopiero w takiej sytuacji gdy doszły wydarzenia ekstremalne. 
Jednak miłość Joanny i Sejo najwyraźniej była na tyle silna aby wiele wytrzymać. I wytrzymała. Para jest ze sobą do dziś. Nie popełniam tu spoileru albowiem jest to fakt powszechnie znany i żadna tajemnica ale muszę powiedzieć, że pomimo świadomości tego faktu czytałam książkę z wielkim przejęciem i wzruszeniem. I z masą refleksji po raz kolejny, że jak to możliwe, że odgórne działania polityków mogą doprowadzić do aż tak silnej eskalacji konfliktu, że wybucha wojna. Która to wojna zawsze oznacza zło nie dla tych polityków, którzy o niej decydują ale dla właśnie zwykłych ludzi. Którzy, co ciekawe, do niedawna przecież żyli w normalnych układach, w zgodzie, w sytuacji, gdy wyznanie nie miało znaczenia podczas doboru przyjaciół a bywało, że nawet nie stanowiło przeszkody podczas zawierania związków małżeńskich.

Mnie czytało się tę książkę z lekkim poczuciem skrępowania, bo jednak czytałam zawarte w niej listy Sejo do Joanny. Oczywiście wiem, że jest to za zgodą obojga partnerów ale jednak miałam poczucie , że wchodzę na czyjeś prywatne pole…starałam się jednak stąpać wyjątkowo ostrożnie.

Krótki epizod studiowania i beztroski młodych szybko zastępuje czas Joanny oczekującej na rozwój sytuacji już w Polsce. Książka to opis zarówno życia mieszkańców oblężonego Sarajewa ale również pozostawionej zakochanej i nieszczęśliwej dziewczyny. Jest to książka bardzo osobista i dlatego pewnie pozostawia takie wrażenie.

Wiem, że można starać się odczytywać ją przede wszystkim jako książkę o dziewczynie i chłopaku, których dzieliło wiele i wydawało się niemal niemożliwe, że ze sobą będą. Ja jednak odczytałam ją najbardziej jako książkę o sile i miłości rodziny. Która to siła i miłość dana dziecku procentuje na zawsze. Joanna Stovrag miała bowiem bardzo dobry dom rodzinny, w którym rodzice najwyraźniej nie podcinali dzieciom skrzydeł a (jeśli nawet mieli zastrzeżenia) puszczali dzieci w świat z przekonaniem , że wychowali je na tyle dobrze, że te dzieci w świecie poradzą sobie wystarczająco. Jest to też książka, w której autorka nie wstydzi się pisać o swojej wierze i o tym, jak Ona sama w tej wierze właśnie odnalazła siłę w czasach, gdy nic nie było pewne i gdy nie widziała żadnego jasnej strony sytuacji. 
Do książki dołączone są też fotografie z prywatnych zbiorów państwa Stovrag co jeszcze bardziej wzmaga odbiór książki i sprawia, że Joanna i Sejo stają się nam bliscy, jak przyjaciele, którym kibicujemy.

Tak, „Chwila na miłość” to opowieść o miłości, która umiała pokonać przeciwności. I te większe i te fundamentalne. I te, na które zarówno Joanna jak i Sejo mieli wpływ jak i te, które działy się poza nimi. I tak, udało się stworzyć rodzinę, kochającą się podkreślę, pomimo wielu różnic. Ale najwyraźniej sprawy wielkie, ważne u obojga na tyle się zgadzały, że udało się pokonać przeciwności. 

Trudno ocenia się książkę będącą opowieścią o życiu bo jakże to ocenić czyjeś życie? Niemniej jednak samą książkę ocenić chcę jako treść, która mi się podobała i która wciągnęła. A więc daję jej notę 6 / 6.

„Życie po życiu”. Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Przełożyła (jak zwykle dobrze) Aleksandra Stronka.

Tytuł oryginalny Жизнь после жизни

Ta książka przeszłaby mi koło nosa bo promocji czy zapowiedzi jej nie widziałam prawdę mówiąc żadnych gdyby nie Świat Czytników, który o jej promocji wspomniał. I nagle zorientowałam się, że wyszła najnowsza książka jednej z moich ulubionych autorek kryminałów. 

Ta część to druga (również wydana przez to wydawnictwo) książka o Anastazji Kamieńskiej już na emeryturze po kilkudziesięciu latach pracy w Milicji. I taka to książka z nutką refleksji, smuteczku, taka nawet powiedziałaby, jak to określają Rosjanie lekuchno duszoszczipatielnaja. 
Anastazja Kamieńska w tej części przechodzi pewnego rodzaju zmianę duchową i fizyczną na końcu książki. Okazuje się, że na emeryturze z tej silnej i twardej kobiety wychodzi o wiele więcej ciepła niż mogłam się tego po niej spodziewać czytając wcześniej dziejące się kryminały autorki. Taka to książka rozliczeniowa i dla Kamieńskiej i sądzę, że trochę dla samej Marininej , która przecież też wiele lat przepracowała w Milicji. 

A zaczyna się w chwili gdy Kamieńska zostaje wysłana do pewnego niewielkiego miasta w celu przyjrzenia się zbrodniom, które się tam wydarzyły. W dość niewielkim odstępie czasu zamordowano tam bowiem dwie starsze panie. Obie łączył fakt uczęszczania do klubu dla seniorów. Czy powodem zbrodni są sprawy z przeszłości obu kobiet czy też może zbrodnie wiążą się z samym klubem? Tego właśnie chce dowiedzieć się zleceniodawca śledztwa Kamieńskiej, właściciel owego klubu dla starszych osób.

W „Życiu po życiu” Kamieńska „zderzy się” z własnym lękiem i obawami przed życiem emeryta a jego obrazem, który ujrzy po przybyciu do miasta. Krzepiące jest to, że obraz ten nie będzie obrazem nędzy i rozpaczy i chyba to spowoduje zupełnie inne spojrzenie samej Anastazji na jej własną emeryturę i odejście z pracy, którą lubiła. 

Myślę, że ta część opowieści o Anastazji Kamieńskiej jest jedną z najciekawszych w cyklu właśnie ze względu na rozbudowane walory psychologiczne i możliwość ujrzenia głównej bohaterki w innym niż do tego przywykliśmy, świetle. 

Bardzo mi się ta książka podobała. Bardzo. Moja ocena to 6 / 6.