„Magia powrotu”. Lisa Kleypas.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.
Tytuł oryginalny Again The Magic.

Poprzednią książkę tej autorki czytałam w początku grudnia, o czym pisałam w tym wpisie. 

Tym razem sięgnęłam po kolejną, spodziewając się mniej więcej czego mogę się spodziewać. No więc tak, książki Lisy Kleypas to bezsprzecznie romanse. Z silnym wątkiem erotycznym (bądź ja, która w sumie erotycznych książek nie czytuję, odniosłam takie wrażeni). W każdym razie od razu mówię, w tej książce „momenty są”. 

Lisa Kleypas część swoich książek lubi osadzić w przeszłości. Tu akcja książki rozpoczyna się w roku 1832 a potem dzieje się dwanaście lat później. 

Na początku jednak poznajemy dwójkę młodych , dojrzewających ludzi. Lady Aline Marsden , mieszkającą wraz z bratem , siostrą i rodzicami w posiadłości wiejskiej. I młodego pracownika ojca, stajennego, później awansującego na stanowisko lokaja, Johna McKennę,którego wszyscy nazywają po prostu McKenną. Ci młodzi znają się od dziecka, kiedy to McKenna został sprowadzony do dworu do pracy. Znają się jednak nie pobieżnie. Wychowywali się sporo czasu razem, pod opiekuńczym okiem gospodyni dworu, która na swój sposób matkowała zarówno arystokratce jak i stajennemu. 
Początkowo więc relacje tych dwójki były czysto niewinne, jak rodzeństwa. Czas jednak leciał a młodzi rozwijali się i nastąpiło to, co zwykle bywa w podobnych sytuacjach a mianowicie zakochali się w sobie.
Wiadomo jednak, że różnice ich dzielące były na tyle nie do pokonania, że o związku nie mogło być mowy. Niech to tylko ktoś powie tej dwójce, która nie widzi nikogo innego poza sobą ! 

Na skutek intryg, McKenna musiał jednak opuścić posiadłość. Lady Aline nie wyznała mu prawdy i oto młody człowiek opuszczał dwór z przekonaniem, że został przez nią zdradzony. Trafił do Ameryki, gdzie zrealizował ów amerykański sen „od pucybuta do milionera”. Powrócił do posiadłości hrabiego ale już nie na zasadzie podwładnego. A równorzędnego w prawach człowieka interesu, z którym to brat lady Aline, Marcus , zaczął robić interesy.

McKenna powodowany dawnym żalem i rozgoryczeniem powrócił do dworu z przekonaniem, że teraz będzie mógł zemścić się na dawnej miłości. Jednak nie wszystko potoczyło się zgodnie z jego planem i zamierzeniami. Gdzie w grę wchodzi bowiem miłość i namiętność, tam trudno o zdrowy rozsądek i możliwość zachowania zimnej krwi wymaganej do zemszczenia się. A jak mścić się na kimś, kogo wciąż się kocha?

Starsi o dwanaście lat ale wciąż czujący do siebie coś więcej niż tylko pociąg seksualny, staną przed niełatwym wyborem dalszej drogi. 

Książka jak już pisałam to romans z erotyką w tle. Tym bardziej, że nie tylko lady Aline będzie oddawać się wielkim namiętnościom. 

Myślę, że dla miłośniczek tego typu literatury książka ponownie spełniła swoje zadanie. 

Moja ocena to 4.5 / 6 (głównie za przewidywalność wątków i sytuacji). 

Urodzinowo…

…42 lata temu od ponad godziny na świecie była mała dziewczynka. Ja, oczywiście 🙂

Czego sobie życzę w tym dniu? Wiem, jestem tradycjonalistką bo co roku właściwie tego samego ale to mój dzień urodzin i ja sobie mogę życzyć czego pragnę. A więc zdrowia dla mnie i moich bliskich, szczęścia, pogody ducha, radości i miłości. Samych wspaniałych książek do czytania, samych dobrych filmów do oglądania. Dalej możliwości jeżdżenia w nasze ukochane miejsce na wieś warmińską sielską. Tylko życzliwych mi osób wokół mnie a także serdeczności i spokoju. Spokoju. O!

Jakby ktoś chciał mi czegoś miłego pożyczyć to częstuję wirtualnym tortem, ciastkami (co tam sobie winszujecie), winkiem, kawą , herbatą , wodą mineralną, co kto tam sobie życzy no i można się wpisywać, jak do pamiętniczka. 

„Zmowa byłych żon”. Grażyna Jeromin-Gałuszka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Zmowa byłych żon” zaskoczyła mnie bardzo. Czym? Ano tym, że nie jest zupełnie tym, za co może być wzięta. Przyznaję, że sięgnęłam po nią dlatego, że czytałam dwie książki tej autorki a jej „Legenda” czytana przeze mnie w zeszłym roku zachwyciła mnie do tego stopnia, że zdecydowałam się na tę książkę. Początkowo, przyznaję, byłam trochę pewna, że może mnie ona niewiele czym zaskoczyć. Ale okazało się, że byłam w błędzie bo autorka zafundowała mi w tej książce dużą niespodziankę. Niestety, niewiele mogę pisać aby nie zdradzić zbyt wiele. 

Małe miasteczko, oddalone od Warszawy, w którym poznajemy stałe grono spotykające się tradycyjnie w kawiarni prowadzonej przez dwóch braci, Maksa i Aleksa. W Cafe położonej na urokliwej uliczce Świętego Antoniego spotykają się piekarzowa Wanda, Manuela, właścicielka salonu sukni ślubnych, antykwariusz Arnold, któremu Manuela bardzo się podoba. Jest też nastoletnia Magda, nagle odcięta od internetu i sieci i rozładowująca swoją frustrację tym faktem podczas buszowania w antykwariacie Arnolda. Jest też Bejbi, zapomniana przez świat dawna dziecięca sława serialu , scenarzysta Maciek, autor jednego zrealizowanego scenariusza. Jest wreszcie właściciel lombardu, Stefano. To tej grupie zaprzyjaźnionych mniej bądź bardziej a przynajmniej zżytych ze sobą oryginałów pewnego popołudnia fryzjer Feliks zwierza się ze swojego strapienia. Otóż uważa on, czuje całym sobą, że to za jego namową byłe żony Mikołaja Kamińskiego, posunęły się do zbrodni. Wiktoria, Izabela i Monika. Trzy byłe żony Mikołaja. Który traktował kobiety w sposób najbardziej przedmiotowy w jaki tylko się dało i zrywał z nimi w sposób bardzo nieelegancki. Jakby wyrzucał niepotrzebny przedmiot a nie urywał kontakty z kimś, z kim miał dzieci czy dzielił dotychczasowe życie. Trzy porzucone przez niewdzięcznego mężczyznę kobiety, trzy różne typy i charaktery. Kobiety, które początkowo nie lubiły się i traktowały nawzajem wrogo. 

Feliks jednak czuje się winny zaistniałej sytuacji bo to w jego zakładzie fryzjerskim te trzy kobiety porzuciły wojenny topór a spotkanie tam stało się początkiem ich niezwykłej przyjaźni i nawet wspólnego interesu, który zaczęły prowadzić. A potem zdarzył się jeden wywiad, o jedno zdanie za wiele wypowiedziane przez Mikołaja i lawina zdarzeń zaczęła się toczyć.

Jak pisałam, zaczynając tę książkę miałam w wyobrażeniu zupełnie inną treść jakiej się spodziewałam. Po czym zostałam bardzo zaskoczona. Ale to wielki plus, lubię kiedy autor po trochu „bawi się” czytelnikiem i nie podaje mu rozwiązania czy treści na tacy.

Za to zaskoczenie, które mnie podczas lektury spotkało dodaję pół gwiazdki do oceny.

Moja ocena więc tej książki to 5 / 6.

„Dobra Przystań”. Anna Łajkowska.

Wydana w Wydawnictwo Prószyński i S-ka.  Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Marianna i Hubert. Ludzie przed czterdziestką, z dwójką dzieci i tak zwaną stabilizacją. Parę lat temu zdecydowali się sprzedać dom, w którym mieszkali i wybudować nowy na obrzeżach Miasteczka. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie aby razem spędzać wspólny, dobry czas w nowym miejscu, wyczekanym, wymarzonym, wychowywać dzieci i razem się zestarzeć. I w takim momencie Hubert oznajmia żonie, że on jest nieszczęśliwy w tym małżeństwie i że wyprowadza się z domu. Na Mariannę spada to jak grom z jasnego nieba. Oczywiście, że po nastu latach małżeństwa nie jest tak jak na samym początku ale też nie uważała ich związku za nieudany. Ba, ona sama była w nim całkowicie szczęśliwa. Szokiem jest to oczywiście również dla jej synów, nastolatka i nieco młodszego. Jednak zarówno starszy Aleks jak i Kostek przynajmniej początkowo będą próbowali odnaleźć się w nowej sytuacji. Marianna też , chociaż różnie jej to będzie wychodziło.

Dobrze, że ma pracę, odziedziczony po babci sklep. Jest więc dokąd wychodzić co rano i czym zająć umysł. Nie ma zbyt wiele czasu na analizowanie co ta naprawdę poszło nie tak, zwłaszcza, że jej rodzice również są po rozstaniu. Ojciec, lekarz, funkcjonuje dobrze i mieszka sam, matka z nowym partnerem życiowym prowadzą Siedlisko, w którym nie brak turystów. 

Na jednym ze spotkań dawnych znajomych Marianna odnawia znajomość z kimś, kto kiedyś jej się podobał. Zaczyna się powolny rozwój dawnej znajomości. Dla mnie niezbyt ciekawym ruchem ze strony bohaterki było to, że postanowiła odnowić tę znajomość nie jedynie na niewinnym poziomie znajomości chociaż sama chwilę przedtem doznała krzywdy ze strony osoby niby jej najbliższej jaką powinien być mąż, który zawiódł jej zaufanie i przysięgę złożoną ileś lat wstecz.

Niemniej jednak Marianna wplątuje się w coraz bardziej intensywny układ z Olgierdem, do tego w domu nie brak jej zmartwień i problemów. Gdzie w tym wszystkim jest możliwość spokojnego zastanowienia się nad swoimi wyborami? Chyba bohaterce zabrakło na to czasu.

Mariannę spotkało coś bardzo nieprzyjemnego, rozstanie nagłe, w dodatku została postawiona przez partnera w sytuacji be wyjścia, gdyż mąż nie dał jej nawet cienia szansy na rozwiązanie małżeńskich problemów. Jednak nie polubiłam tej bohaterki bo nie podobało mi się jej postępowanie związane z Olgierdem. Nie do końca „kupiłam” miłość nagłą i niespodziewaną tak szybko po zakończeniu długoletniego związku. Niemniej jednak ciekawe są problemy , stawiane przed Marianną, która w pewnej chwili pomaga wielu osobom. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na nią samą, na jej własne szczęście? Jednak, jak mówię, nie umiem darzyć bohaterki sympatią, nie kibicowałam jej związkowi, nie przekonała mnie do tego, że powinna walczyć o szczęście w nowym układzie, niszcząc inną rodzinę. 
Być może jednak jest to bardzo życiowe, nic przecież nie jest czarno-białe , pewnie faktycznie w sytuacji w jakiej była Marianna jedne osoby zareagują tak a inne inaczej. 

Nie do końca też pasowała mi narracja książki a raczej kilka „wtrętów” ze strony autorki. To też do mnie nie przemawia, wolę kiedy książka „mówi” do mnie swoją treścią, akcją.

Niemniej jednak nie oceniam tej książki źle i jest to dobra proza obyczajowa poruszająca dużo ważnych tematów jak ten, o którym pisałam czyli „czy można walczyć w każdej sytuacji o swoje szczęście”, „czy możemy zrobić komuś podobne zło jakie ktoś wyrządził nam?”. Wielki plus za przedstawienia życia takim jakie ono jest. Czyli z jego nieprzyjemnościami, zaskoczeniami, również spóźnionymi okazjami i tym, że nie da się na siłę stworzyć „szczęśliwego zakończenia” jakkolwiek bajecznie nie prezentowałoby się ono w wyciskaczu łez z „happy endem”. Życie to nie bajka, niestety. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

 

„Książka, dzięki której której pokochasz książki.

Nawet jeśli nie lubisz czytać”. Francoize Boucher. 

Wydana w Wydawnictwie Muchomor. Warszawa (2017).

Wygrana w konkursie na stronie Wydawnictwa na Fb spowodowała, że mieliśmy z P. niezłe popołudnie gdy ja zaczęłam niby to najpierw tylko przeglądać książkę a skończyło się na tym, że przeczytałam ją Mu w całości. Oboje nieźle się przy niej zaśmiewaliśmy.

Książka nosząca przewrotny jak dla mnie, miłośniczki czytania , tytuł to książka zarówno dla dzieci starszych jak i dorosłych. Sądzę, że dorosłych, którzy lubią czytać po prostu rozbawi. Niepewnych tego czy wolą książkę czy grę komputerową dziesięciolatków czy nieco starsze dzieci, jest szansa, że „nawróci” na jedyną, słuszną drogę. 

Nie jest to książkowy grubas, książka jest raczej cieniutka. W sumie więcej w niej zabawnych rysunków, treści niewiele ale śmieszna bo pomysły, teksty mówiące o tym kim się możemy stać dzięki czytaniu albo jak będziemy wyglądać gdy książkami wzgardzimy, naprawdę rozbawiają i nie są śmieszne „na siłę”. Przy tym , od razu uprzedzę ewentualne zarzuty, to nie jest książka, która będzie twierdzić, że nieczytający pójdą do piekła. Nie. Autorka bawi się słowem, rysunkiem , treścią ale nie przekonuje na siłę do jedynie słusznej prawdy. Po prostu żartuje na tematy czytania i braku tej czynności w czyimś życiu ale nie wymyśla ani nagrody ani kary za czytanie bądź nie. I zaznaczam, sądzę, że to nie do końca rozbawi wszystkich. Mnie akurat tak i to bardzo.

Opatrzona silnym wsparciem finansowym i patronackim książeczka według mnie ma szansę spodobać się sporej ilości czytelników. Tych już od dawna przekonanych i tych, którzy jeszcze balansują na granicy „chcę czytać” z „dajcie mi spokój z tymi wszystkimi książkami”.

Moja ocena to 6 / 6.

„Za stare grzechy”. Izabella Frączyk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Za stare grzechy” to pierwsza część nowego cyklu autorstwa Izabelli Frączyk noszącego tytuł „Śnieżna Grań”. 

Nosi on ten wspólny tytuł od stacji narciarskiej „Śnieżna Grań” położonej niedaleko Zakopanego. Stacja ta wraz z całą szeroką infrastrukturą należy od kilkunastu lat do rodziny Stachowiaków. Jest więc i wyciąg i szkółka narciarska, restauracja czy raczej karczma, w której w zimie stołują się głównie narciarze a w lecie turyści spędzający czas na wędrówkach po górach. Jest pensjonat „Szarotka” , bary na stokach. To wielkie i wymagające przedsięwzięcie i interes, który co prawda potrafi przynieść profity ale i sprawić, że jest podczas prowadzenia go sporo nerwów.

Aniela i Antoni to rodzice Loli, Edka i Nastki. Antoni w skutek nieszczęśliwego wypadku zmarł i rodzinny interes, cała spółka jest na głowie żony i dzieci. Na szczęście zarówno Lola jak i Edek są już pełnoletni i wspierają mamę czy to pomysłami czy fizycznym działaniem. 

Lola mieszka z córką w dwóch pokojach pensjonatu, ma więc blisko siebie mamę co nie jest obojętne bo nie dość, że zwyczajnie dobrze jest mieć koło siebie kogoś bliskiego to jeszcze ma wymierną pomoc w opiece nad córką Marianną, którą Lola wychowuje sama.

„Za stare grzechy” wprowadza nas w życie bohaterów. W życiu Loli pojawi się ponownie ojciec Marianny, zresztą w pozytywnym wymiarze bo dziecku zdecydowanie taty przez te lata brakowało. Brat Loli, Edek też postanowi zrobić coś konkretniejszego ze swoim wieloletnim i dość oryginalnym związkiem 

Również Aniela będzie miała możliwość nieco zmienić swoje życie i przekonać się, że nawet w późniejszym wieku człowiek zasługuje na szczęście. 

To proza obyczajowa, nie aspirująca do nie wiedzieć jakich gatunków. Dla mnie ciekawostką, jako dla kompletnego laika w tej kwestii , było poznanie realiów prowadzenia tak wielkiego interesu jakim jest stacja narciarska wraz z przyległościami. Już samo operowanie sumami kredytów podejmowanych w celu modernizacji takiego miejsca może powodować zawrót głowy. Stachowiakowie to tacy trochę „młodzi, prężni i bogaci” (bo jakkolwiek by nie było, bohaterowie są świetnie sytuowani i nie jest dla nich problem po zniszczeniu auta nabycie kolejnego , co prawda w komisie ale niemal natychmiast po stracie pierwszego).

Jak pisałam, mnie zaciekawiły opisy prowadzenia tego typu interesu bo w pamięci miałam jeden ośrodek narciarski, który odwiedziłam w lecie zresztą ale opis mocno mi przypominał ten właśnie, jak również całokształt, więc miałam nieco treść bardziej „osadzoną w miejscu” niż tam, gdzie autorka umiejscowiła akcję swojej książki (bo tamtych terenów nie znam).

Jestem ciekawa, co wydarzy się w życiu bohaterów, którzy już widzę, trochę poplątali w swoim życiu do tej pory, czasem być może nie do końca świadomie, czasem jak to się kolokwialnie mówi, „na własne życzenie”.  Myślę, że autorka przygotowała dla nich niejedną niespodziankę a przynajmniej , jako czytelniczka, mam taką nadzieję. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Kobieta w oknie”. A.J.Finn

Wydana w W.A.B. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożył Jacek Żuławnik.

Tytuł oryginalny The Woman in the Window.

Annę Fox, terapeutkę dziecięcą , poznajemy w czarnym okresie jej życia. Od dziesięciu miesięcy ta ongiś aktywna i prężna osoba, nie opuszcza domu. Cierpi bowiem (na skutek traumatycznych wydarzeń w jej życiu) na agorafobię. Kobieta spędza całe dnie w ogromnym domu w dobrej nowojorskiej dzielnicy, w którym to domu towarzyszy jej jedynie kot. I mieszkający w suterenie jej domu (suterenie z osobnym wejściem) lokator. Mąż i córka są w innym miejscu, i chociaż Anna co wieczór z nimi rozmawia, nie ma wyjścia, trzeba podsumować, jest w obecnym momencie bardzo samotna. 
Zakupy załatwia przez internet a odwiedza ją jedynie fizykoterapeutka i jej psycholog i terapeuta. Anna spędza całe dnie sama, mimo, że bierze bardzo dużo leków, niezbyt one jej pomagają. Być może działałyby właściwiej gdyby Anna wietrzyła zatęchłe pomieszczenia domu jak również gdyby nie popijała tak silnych leków masą alkoholu. Bohaterka nieraz spędza dnie w lekkim (i jest to łagodne określenie) otumanieniu. Jej pasją są stare, czarno białe filmy. Konkretnie klasyka kryminału, thrillerów jak również fotografowanie i nazwijmy rzeczy po imieniu, podglądanie sąsiadów. Wie już, kto z par mieszkających w sąsiedztwie ma problem w małżeństwie, kto kogo zdradza, a kto prowadzi kółko literackie. Być może na swój sposób usiłuje sobie w ten sposób rekompensować własną niemoc, samotność i brak progresu w leczeniu. 

Pewnego dnia Anna zauważa, że do domu, którego okna są vis a vis okien jej własnego domostwa, wprowadzają się nowi sąsiedzi. Szybko poznaje Ethana Russella, siedemnastolatka, sprawiającego wrażenie nieco osamotnionego jak ona sama i momentami dość zalęknionego. Poznaje też jego matkę, Jane Rusell. Jane spędza nawet u niej długi czas pewnego popołudnia, kiedy to obie jedzą czekoladę, grają w szachy, piją zbyt dużo alkoholu, rozmawiają o Ethanie i mężu Jane. Nie jest to, czego nie mówi wprost ale daje do zrozumienia nowa sąsiadka, małżeństwo idealne. Jane okazuje się utalentowana i zostawia nawet w podarunku narysowany naprędce portret Anny Fox.

Niedługo po wizycie nowej sąsiadki Anna tradycyjnie spędza samotny wieczór filmowo alkoholowy gdy nagle coś nie daje jej spokoju. Bierze do ręki aparat i kieruje go w kierunku okien domu Russellów. I jest świadkiem morderstwa Jane Russell. Nie widzi sprawcy morderstwa ale sam fakt. 

Usiłuje coś z tą wiedzą zrobić a nawet pomóc sąsiadce, jednak jej fobia jest na tyle silna i uniemożliwiająca normalne egzystowanie i sprawne reakcje, że kiedy w końcu wydostaje się z domu , traci przytomność i budzi się w szpitalu.

Następnie usiłuje przekonać policjantów, swoją terapeutkę, lokatora zamieszkującego suterenę jak również męża, że tak, była świadkiem przestępstwa na skutek którego Jane Russell straciła życie. Niestety, najwyraźniej w życiu lepiej być pięknym i bogatym, jak również zdrowym i bez chwilowego ale jednak dość długo trwającego problemu ze zdrowiem psychicznym. Jest się wtedy, że tak się wyrażę, wiarygodnym. W innym przypadku, a do takich należy sytuacja Anny Fox, o tym aby ktokolwiek uwierzył w jej słowa, można jedynie pomarzyć. 

Kto wstąpił do zatęchłego domu kobiety, kto zobaczył buteleczki z lekami, jakie zażywa, ale przede wszystkim kolekcję starych kryminałów i jej kolekcję opróżnionych butelek po winie, może mieć całkiem uzasadnione wątpliwości co do tego czy to, o czym opowiada bohaterka w ogóle miało miejsce czy też jest jej halucynacją. Anna jednak zrobi wszystko aby jej uwierzono a przede wszystkim aby poniekąd wyjaśnić morderstwo kobiety, którą znała.

Co mnie irytowało w tej książce to nie do końca równe tempo. Najpierw mamy długi i według mnie zbyt rozwlekły opis tego jak żyje Anna mająca swój konkretny problem. Rozumiem „zabieg” autora, który koniecznie chciał nas czytelników utwierdzić w przekonaniu, że to co dzieje się z Anną może wpływać na jej percepcję świata, jak również wzbudzić w nas samych wątpliwości podobne do tych, jakie mieli potem przesłuchujący ją policjanci i osoby, z którymi o tym, co się wydarzyło, rozmawiała. Niemniej jednak uważam, że opis ten był długi, stanowczo za długi i sprawił, że był moment, gdy właściwie niemal odłożyłam książkę. Jedynie dobre opinie i to, co przeczytałam parę razy czyli to, że przydługi wstęp rekompensuje ciąg dalszy i rozwój akcji, sprawiło, że jednak postanowiłam ją czytać dalej. I nie żałuję bo dalej wydarzenia potoczyły się już w takim tempie, jakiego oczekuję po tego typu książce. Kiedy to chcę aby autor zaskakiwał mnie a przynajmniej sprawiał, że zastanawiam się nad tym co tak naprawdę stało się i dzieje w życiu bohaterki książki. 

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że autor w tej książce wykorzystuje znane nam schematy. Zgadzam się. Nie zaserwował nam zbyt wiele nowego ale albo ja nie czytam ostatnio zbyt wielu thrillerów (kiedyś czytałam ich o wiele więcej) albo powód jest inny. Bowiem mnie się ta książka podobała i ja podczas jej lektury miałam (zwłaszcza „po morderstwie Jane”) udanie spędzony nad lekturą czas. 

Ponadto ogromnie podobało mi się nakreślenie stanu zarówno psychicznego jak i fizycznego Anny, który to opis dopełnił mój obraz bohaterki. Gdyby tylko nie ten zbyt długaśny początek 🙂

Denerwowało mnie jeszcze coś innego ale to nic niezwykłego w tym gatunku książek, najwyraźniej inaczej nie pasowałoby i byłoby źle a mianowicie to, że Anna praktycznie nie ma żadnych ani przyjaciół ani, co już chyba dziwniejsze, żadnej rodziny, oprócz męża i córki. Jakby do tej pory wraz z rodziną żyli w jakimś odosobnieniu. Wiem jednak, że to taki wymóg stosowany zapewne po to aby podkreślić siłę samotności bohaterki, która musi praktycznie sama walczyć z przeciwnościami losu.

Ogólnie książka mi się podobała i jak na debiut, uważam, że jest zdecydowanie udana. Moja ocena to 5.5 / 6.

„Britt-Marie tu była”. Fredrik Backman.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2018).

Przełożyła Magdalena Greczichen.

Tytuł oryginalny BRITT-MARIE VAR HÄR

Britt-Marie ma sześćdziesiąt trzy lata i poznajemy ją w przełomowym momencie jej życia. Rozstała się z mężem i szukając pracy, trafia do Borg. Małego miasteczka, które właściwie powoli wymiera. 
Szybko orientujemy się jak niewesołe życie wiodła przez ostatnie dziesięciolecia. Niestety, dzieciństwo spędzone w domu rodzinnym dotkniętym dramatycznym wydarzeniem, nie przygotowało Britt-Marie do dobrego życia. Nauczyło ją jedynie podporządkowania się innym, podporządkowania własnego szczęścia osobom drugim, niepamiętanie o własnych potrzebach czy pragnieniach. 

Łatwo współczuje się i kibicuje postaciom idealnym, które krzywdzi los. Britt-Marie nie do końca jest taką bohaterką. Wiele tego, co stało się w jej życiu to wynik jej własnych decyzji. Bywa, że człowiek podczas lektury zżyma się najpierw nad jej wyborami i działaniami. Dopiero stopniowo poznając jej los, jest w stanie pojąć dlaczego Britt-Marie żyjąc dla innych zapomniała żyć dla siebie.

Wydawałoby się, że wylądowanie w zapomnianym przez ludzi i większość świata miasteczku sprawi, ze Britt-Marie całkowicie pogrąży się w pustce i marazmie ale nie, jest wręcz odwrotnie. To tam kobieta dowie się jak żyć aby żyć dla siebie nie przestając jednak być wsparciem dla innych. To wielka sztuka niosąc pomoc innym mieć wzgląd na własne potrzeby i tego bohaterka nauczy się w dość krótkim czasie jaki spędzi w Borg.

Britt-Marie wstrząśnięta jest artykułem niedawno przeczytanym w gazecie. Opisywał on zapomnianą przez wszystkich starszą kobietę, która zmarła w swoim domu niezauważenie a o zgonie sąsiedzi dowiedzieli się dopiero wtedy gdy z powodu nieprzyjemnego zapachu wezwali straż pożarną. Wydaje się, że ów artykuł staje się dla bohaterki książki impulsem i czymś na kształt osobistej niezgody. Niezgody na to aby przejść przez życie niezauważoną. Do tej niezgody jednak musi dojść, u Britt-Marie bardzo powolutku i w jej indywidualnym tempie. 

Jednym słowem to w Borg Britt-Marie dowie się jak nauczyć się żyć tak aby zostać zauważoną, aby zostawić po sobie trwały ślad. Na pewno pomaga jej w tym działalność, której poniekąd musi się podjąć. Zostaje ona mianowicie trenerką miejscowej drużyny piłkarskiej młodzików. Drużyna to zbyt wiele powiedziane. Po stopniowym upadku miasteczka drużyna to zaledwie garstka młodych zapaleńców, którym jednak wciąż się chce działać i wziąć udział w ważnym sportowym wydarzeniu. Britt-Marie na swój oryginalny sposób podejmuje się tego wyzwania. 

Pomagają jej mieszkańcy Borg, których zapewne osoby postronne mogłyby nazwać drwiąco „przegranymi” ale które , szczęśliwie, chyba tak się jednak nie czują. Jest w nich bowiem dużo energii i pomysłów na to jak przetrwać gorszy czas.

Początkowo ta książka mocno mnie przygnębiała. Do postaci bohaterki i jej zachowania musiałam  że się tak wyrażę, „przyzwyczaić”, niemniej jednak z przyjemnością czytałam o jej życiu w Borg, o jej działaniach i osobistym rozwoju czy realizacji. 

Plus dla autora za bohaterkę w takim wieku. Nieczęsto pisze się o osobach starszych nie tworząc z nich dobrotliwych babuń, siedzących w fotelu z robótką czy podsuwających smakołyki i herbatkę z sokiem malinowym. 

Moja ocena to 5 / 5.

„Nawiedzony dom na Wzgórzu”. Shirley Jackson.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2018). Ebook.

Przełożyła Maria Streszewska-Hallab.

Tytuł oryginalny  The Haunting Of Hill House.

Nie pamiętam abym kiedyś czytała tę książkę, a tak, ukazała się, to jest jej kolejne wydanie. Jeśli jednak czytałam to i tak kompletnie nic z niej nie pamiętałam. 

Książka ta napisana dawno temu trąci według mnie lekką starą stylistyką pisania bądź może (to moa pierwsza książka Shirley Jackson więc trudno mi porównać) przybrano taki a nie inny styl specjalnie do tej właśnie opowieści. Tak czy siak, jest to taka leciutka ramotka ale tak napisałam to z uśmiechem, nie ze złośliwością. No i napisano ją zanim aby cokolwiek wydać koniecznie trzeba było popełnić tomiszcze. Ot, nie za krótka ale i nie za długa opowieść o nawiedzonym domu.

Nawiedzony dom położony jest na wzgórzach. Dom jest silnie personifikowany . Wydaje się żyjącą istotą. Do tejże istoty pewnego lata trafia grupa osób. Są to doktor John Montague, z wykształcenia doktor filozofii, który to jednak z zamiłowania jest badaczem zjawisk nadprzyrodzonych. Nawiedza domostwa, o których zwykło się mawiać iż są nawiedzone. Doktor Montague postanowił sam na własnej skórze przekonać się o tym jak żyje się i co właściwie dzieje się w opuszczonym od dziesięcioleci Domu na Wzgórzu. Znalazł on trójkę asystentów (wśród osób związanych z jakimiś nie do końca dającymi się wyjaśnić zdarzeniami), w tym mężczyznę mającego w przyszłości odziedziczyć tę posiadłość.

Czwórka nieznajomych sobie dotąd osób odtąd miała więc zamieszkać na jakiś czas w posiadłości gdzie dokonywała by obserwacji i zapisków tego czego doświadczy.

Eleanor Vance, trzydziestodwulatka, Theodora, raczej przeciwieństwo Eleanor i Luke Sanderson, w przyszłości właściciel domu, stanowili wsparcie doktora Montegue. 
W trakcie lektury poznajemy nieco ponad tydzień spędzony przez tę nieliczną grupę badaczy zjawisk nadprzyrodzonych. Początkowo niewiele się dzieje. Tymczasowi mieszkańcy poznają posiadłość, która ma niezwykle skomplikowany system przejść i połączeń, starając się zapamiętać jak trafić do jadalni czy przydzielonej danej osobie sypialni. Czynią też pierwsze obserwacje i notatki. 
Początkowo nic się nie dzieje, jakby dom wyczekiwał tego co zamierzają mieszkańcy a także, jakby sama posiadłość „szykowała się” do działania. Które w pewnym momencie następuje i to w dość nagły sposób. Oto już noce stają się poligonem wewnętrznych walk domu i jego próby zastraszenia tej grupy. Hałasy, stukoty, płacz, śmiechy, szepty, intensywne uderzenia w drzwi czy w stojące w korytarzu meble. Tajemnicze napisy pojawiające się na ścianie. Do tego nagle pojawiające się i przenikliwe, wręcz dojmujące uczucie zimna, które niemal mrozi bohaterów, to wszystko staje się ich udziałem podczas dość krótkiego czasu, jaki spędzą w Domu na Wzgórzu. 

Jest to klasyczna opowieść grozy. Czy horror? Zapewne. Nie ma tu jednak duchów czyniących krzywdę mieszkańcom domu. Jak zostało powiedziane w książce, krzywdę uczynili sobie jedynie ci, którzy zamieszkiwali ten dom. Nie jest więc na siłę strasznie i akcja nie biegnie w zatrważającym tempie. Czegoś jednak w tym momencie zabrakło mi w tej książce. Oto bowiem jeśli zamierzeniem autorki było nie strasznie nas, czytelników , że się kolokwialnie wyrażę, w sposób nachalny, a bardziej wysublimowany, chciałoby się aby można się było przestraszyć poznać bardziej wnikliwe analizy psychologiczne samych postaci. Oczekiwałam poznania bliżej bohaterów,które pozwoliłoby mi na znajomość nie tylko samego domu ale i właśnie a może przede wszystkim jego mieszkańców, nawet jeśli tymczasowych. Nie bez powodu przecież te konkretne osoby zamieszkiwały tę posiadłość.

Podsumowując. Podobała mi się ta opowieść ale nie całkowicie i nie bez zastrzeżeń. Mam je też do samego tempa opowieści, które najpierw niespieszne w więcej niż po połowie książki przyspiesza by według mnie niezbyt udanie wyhamować w czasie zakończenia ale są to już moje indywidualne , czytelnicze odczucia i nie jest nigdzie napisane, że ktoś musi mieć takie same odczucia podczas lektury tej książki co ja. 

Moja ocena to 5 / 5.

„Purezento”. Joanna Bator.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017). Ebook.

Ta książka okazała się dla mnie być jak tytułowy (nieco zmodyfikowany ) prezent. Dar świetnej prozy, wnikającej we mnie do głębi. Wiem, brzmi górnolotnie ale szczerze mówiąc, trudno, bo tak właśnie z tą książką się czułam podczas lektury.
Zaskakujący jest jej zasięg w moje emocje i nastrój jako, że napisana jest w sposób oszczędny, minimalistyczny. A jednocześnie podczas lektury dosłownie napawałam się opisami codzienności narratorki. Której nawiasem mówiąc imienia nie poznajemy podczas lektury. 

Myślę, że „Purezento” dotarła do mnie w najbardziej odpowiednim momencie. Jestem po lekturze „Manufaktury codzienności” Joanny Matusiak a w tej książce również kładziono nacisk na uważność, na skupienie się na „tu i tera”. 

Na okładce, idealnie zaprojektowanej przez Jaśka Krzysztofiaka, istnieje informacja, że jest to powieść w duchu zen. Nie znam się na tym ale pasuje mi ona do tego wschodniego stylu opzeżywania rzeczywistości. Istnienia tu i teraz, odczuwania tu i teraz, nie pozwalania myślom na zniszczenie aktualnej chwili. 

Jest to bowiem książka niespieszna, spokojna, ascetyczna, minimalistyczna właśnie. A jednocześnie w sposób niezwykle prawdziwy i wyważony dotykająca wrażliwości , przeżyć bohaterki, którą jest narratorka o nieznanym dla nas imieniu.

Bohaterka jest nauczycielką języków polskiego i angielskiego. Poznajemy ją w trudnym momencie życia bowiem w tragiczny sposób ginie jej chłopak. Dodatkowo już chwilę po dramatycznej chwili bohaterka nie mając możliwości spokojnego przeżycia swojej żałoby, dowiaduje się, że od roku była zdradzana. Nie pomaga to w natłoku uczuć jakie na nią spadły. 

Dlatego być może z chęcią przyjmuje propozycję Japonki, pani Myoko, która proponuje jej zamieszkanie w jej japońskim domu i na czas nieobecności właścicielki, która zwiedza kraje Europy, doglądanie domu i spacerowania z kotem pani Myoko. Kot o imieniu Mushin jest dość oryginalny (czy istnieją nie oryginalne koty??) , lubi gdy wozi się go na spacery ale stanowi bardz dobrego towarzysza samotności w pustym japońskim domu.

Szybko okazuje się zresztą, że narratorce nie uda się samej odpocząć i zmóc z traumą żałoby i zdrady albowiem zostanie jej zaproponowana nauka pewnej niezwykłej sztuki naprawiania porcelany i ceramiki. Mowa tu o dawnej sztuce japońskiej jaką jest Kintsugi. Nie wnikając w encyklopedyczne opisy, polega ona na łączeniu potłuczonych fragmentów ceramiki bądź porcelany za pomocą laki połączonej ze sproszkowanymi materiałami szlachetnymi. Sztuka ta, której naukę przejdzie bohaterka, pojawia się w tej konkretnej książce nieprzypadkowo. Albowiem jeśli zerkniecie do zdjęć naprawionych w ten sposób naczyń okaże się, że owe łączenia, naprawdę widać. O to właściwie w tym wszystkim chodzi. Nie o zamaskowanie szkody, nie. Owo uszkodzenie widać ale widać też, że naczynie jest ponownie całe, gotowe do użycia. To symboliczne porównanie do stłuczenia wewnętrznego jakiego doznała bohaterka i jej powolnego powracania do nowego świata, do rzeczywistości „po stracie”. Kiedy nie ma co udawać, że coś się nie wydarzyło, nosimy po takiej stracie dożywotnie blizny, znaki ale jesteśmy i żyjemy. Już sam proces naprawczy trwa i jest żmudny co odczuwa bohaterka na własnym ciele w mocno fizyczny sposób. Ale to znów symbolika dochodzenia do siebie po stracie i tego, że ów proces nie jest ani łatwy ani nie trwa krótko.

Podobał mi się język i styl w jakim jest napisana ta książka. Niby minimalistycznie ale w sposób tak plastyczny, że dosłownie widziałam całe sceny, obrazy jakbym oglądała film. Lub, co może dla niektórych będzie dość obrazoburcze, drzeworyty ale nie te stare, a właśnie sceny nowoczesne ale wykonane w dawnej technice drzeworytu. 

Cieszyła mnie jako czytelniczki oryginalność poznawanych przez narratorkę postaci. Nie ma tam osoby banalnej, nudnej, każda z nich na swój sposób jest interesująca i warto się jej przyjrzeć. 
Podobało mi się, że żałoba bohaterki przeżywana była właśnie w Japonii, i na swój sposób rodzi się tam nowa bohaterka. Kobieta zyskuje zupełnie nowe podejście do świata, do innych. To tam podczas żmudnej naprawy ceramiki i sklejania własnych wewnętrznych ran, uczy się ona żyć „tu i teraz”. Jak sama mówi, „Między mną i światem tworzyła się nowa więź tam, gdzie wcześniej był mur”. Innymi słowy naprawiając naczynia metodą Kintugi bohaterka uczy się naprawić własne życie. Ale robi to powoli i starannie. I odczuwa przy tym fizyczny ból. Niemniej jednak zapewne tym właśnie okupiona jest każda poważna zmiana. I aby wygonić ze swojego życia rekiny ludojady musimy w to włożyć bardzo wiele wysiłku. Sądzę, że imienia bohaterki nie poznajemy całkowicie świadomie ze strony autorki , bowiem tych zmagających się z rekinami ludojadami, jest dużo, dużo więcej. A tak naprawdę na swój sposób jesteśmy tymi walczącymi my wszyscy, i każdy na swój sposób. 

Jestem zachwycona tą książką. Tak więc podczas jakichkolwiek dyskusji na jej temat będę zdecydowanie jej bronić bo uważam, że jest wspaniała. Ale z pewnością – nie dla każdego. 

Polecam.

Moja ocena to 6 / 6. (Dałabym 6.5 ale Wiecie, staram się jednak i w ogóle , no 🙂 ).