„Droga Smoczych Źródeł”. Janie Chang.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. 

Przełożyła Alina Siewior-Kuś.

Tytuł oryginalny Dragon Springs Road. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po „Drogę Smoczych Źródeł” sięgnęłam chętnie bo interesuje mnie wiele, co z Chinami w tle a tu dodatkowo sama notatka brzmiała na tyle zachęcająco, że się skusiłam. I nie żałowałam. 

Akcja książki dzieje się w Szanghaju, we wczesnych latach początku ubiegłego wieku, do roku 1920. 

Akcja książki rozpoczyna się dramatycznym wydarzeniem w życiu kilkuletniej Jialing. Oto bowiem zostaje ona porzucona przez ukochaną matkę. Na początku oczywiście dziewczynka nie zdaje sobie z tego sprawy ale szybko okazuje się, że dziewczynka została na świecie sama. Sama bo jej sytuacja życiowa jest niełatwa już nie tylko dlatego, że matka z jakiegoś powodu opuściła dziewczynkę ale również dlatego , że Jialing jest „zazhong” czyli Euroazjatką. Pierwsze określenie, którym przez całe życie będą słowem karać ją ludzie, naznaczone jest oczywiście negatywnie. Malutką dziewczynką zaopiekuje się rodzina Yangów ale nie bez korzyści dla siebie, mała Jialing bowiem jest ich służącą. Zaprzyjaźnia się jednak ze swoją równolatką, Anjuin. Stają się one dla siebie jak siostry. 

Byłaby to jedna z wielu podobnych może opowieści gdyby nie elementy magiczne pojawiające się w tej książce. Oto bowiem od zawsze Jialing towarzyszy Lisica. To duch Lisa , który w postaci Lisicy a często kobiecej, pomaga małej dziewczynce w nowej sytuacji. Jialing początkowo nie traci nadziei na to, że jej matka kiedyś do niej wróci, lecz mijają lata , sytuacja polityczna się zmienia a ukochana mama nie wraca. 

Splot przypadków sprawia, że małej Jialing udaje się skończyć szkołę , niemniej wciąż po jej zakończeniu pozostaje ona w sytuacji niemal bez wyjścia. W Szanghaju zawsze pozostanie „obca” jako „zazhong”. Na początku ma jeszcze nadzieję, że uda się jej zatrudnić w którymś z domów obecnych w Chinach Europejczyków, jednak wychodzi na to, że dziewczyna w jej sytuacji zostaje skazana na ostracyzm społeczny i na to, że może zostać jedynie czyjąś utrzymanką. Ta warstwa książki podobała mi się bardzo, nie tyle sam problem dziewczynki, co opisanie go. Bycie wykluczoną zdecydowanie i od samego początku decydowało o tym jaki los spotka później dorosłe już kobiety będące Euroazjatkami. Można było na swój sposób z tym walczyć ale nie udawało się wejść na szczyt. Dla Chińczyków takie dzieci były nieważne i pogardzane. 

Towarzyszymy dziewczynce w jej wczesnych latach dzieciństwa, pierwszych przyjaźniach i nieustanną tęsknotą za matką, która ją porzuciła. Potem czytamy o czasie, gdy zmienia się ona w młodą kobietę. Aura magii i starych chińskich wierzeń nie jest tu nachalna ale wpleciona właściwie w postaci Lisicy stanowiącej wielkie wsparcie młodej kobiety. 

Zmieniająca się sytuacja polityczna jak również wkroczenie w dorosłość zmieni również przyjaźń obu dorastających w posiadłości Yangów dziewcząt, Jialing i córki pana domu, Anjuin. Kiedyś jak siostry, po latach stracą z pewnych powodów tak dobry kontakt. 

Młoda Jialing zostanie też wmieszana w poważną sprawę, której konsekwencje staną się dla niej bardzo poważne i zdeterminują jej dalsze kroki już jako kobiety.

To ciekawa opowieść, właśnie po prostu interesująco napisana książka fabularna, która ma szansę stać się bardzo dobrą lekturą wakacyjną wziętą ze sobą czy to na dalszy czy na bliższy wyjazd. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Ślepy archeolog”. Marta Guzowska.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2018). Ebook.

Zostałam ostatnio, w innym miejscu, nieco „sprowokowana”. Poniekąd i mnie ktoś wywołał do odpowiedzi pytając czy to możliwe, że tak się wszystko z nowości wydawanych podoba i że dlaczego blogerzy książkowi nigdy nic nie skrytykują a jeśli to rzadko.  Rozwinęła się dyskusja, w której padło wiele argumentów i wyjaśnień. Czasem od blogerów książkowych, częściej o ile pamiętam , od osób nie piszących blogów. No ale. Za większość blogerów książkowych się nie wypowiadam, wypowiadam się jedynie we własnym imieniu. A moja opinia jest taka. Otóż , biorąc się za książkę , nawet wybierając ją do recenzji, nie biorę wszystkiego „jak leci”. Znam jednak mniej więcej swój własny gust książkowy i sięgam albo po sprawdzonych autorów, a i tu bywają skuchy jak z ostatnio u nas wydanym kryminałem Indridasona czy z rzadka , naprawdę z rzadka pójdę na lep promocji i skuszę się na coś co do mnie kompletnie nie przemawia (tomik wierszy Rupi Kaur) , no ale jednak generalnie sięgam po coś, co przypuszczam, że może mi się spodobać. No i generalnie stąd wynika u mnie to, że ja raczej nie krytykuję. Nie, nie obawiam się, że autor się obrazi (wychodzę z założenia, że jeśli krytyka jest w miarę sensownie wyrażona to mądry autor się nie obrazi a personalnie nikogo nie „tykam”), ani też, że wydawnictwo przestanie ze mną współpracować (nawet jakby to tadam, stać mnie wciąż na książki, to jedna z moich niewielu słabości i nałogów). No więc. Po tym długim wstępie przypomnę, że też nie jest tak, że wszystko mnie zachwyca. Czasem daję temu wyraz pisząc opinię ale zaznaczam, że wiem, że są osoby, którym akurat ten styl i na przykład wtórność , o dziwo, może się spodobać. Poza tym, staram się naprawdę podchodzić do gatunków indywidualnie. I nie zamierzam wstydzić się, że często oceniam wysoko sensację, jak chociażby ukochane przygody Jacka Reachera bo uważam te książki za bardzo dobrą rozrywkę, stricte rozrywkę, sensację i ot, dobry pomysł na spędzenie czasu przy książce gdy chcę się rozerwać. Nie będę tego porównywać z psychologiczną powieścią czy poezją. Porównuję raczej gatunki między sobą i wyciągam wnioski i stąd moje oceny.
No dobrze, wciąż nie napisałam czemu ten wstęp taki długi. A jest on zapowiedzią tego, że dzisiaj nieco się jednak „przyczepię”.

Do czego? Do paru spraw. Po pierwsze, nie, nie podoba mi się ten tytuł. On jest wyjaśniony w treści wiem, generalnie świetnie pasuje do postaci głównego bohatera, Toma Mary, archeologa pracującego przy wykopaliskach na Krecie. I tak, wiem, on ma właśnie taki być, bucowaty, hardy i określający swoją niepełnosprawność właśnie tak a nie inaczej (domyślam się, że jest to jakaś próba oswojenia się z tą niepełnosprawnością) no ale mnie nie pasuje. Nic na to nie poradzę, strasznie mi to zgrzyta. Z posłowia Pani Marty Guzowskiej wiem, że Ona doskonale wie, że to niezbyt ładne określenie, sama za to przeprasza. Podczas prac nad książką konsultowała się z panią niewidzącą od urodzenia , która sama stwierdziła, że to raczej niezbyt ładne określenie ale też zrozumiała, że to ma być część postaci Toma no ale mnie zgrzyta i już. Jakoś tak nie do końca chyba w dzisiejszych czasach, które i tak są zawsze zbyt ciężkie dla osób niepełnosprawnych. No ale to jest moje SUBIEKTYWNE , że przypomnę wrażenie. Po prostu piszę, co mnie osobiście drażniło.  Druga sprawa to masa, naprawdę masa przekleństw i wulgaryzmów. Również orientuję się, że postać Toma Mary nie jest najbardziej subtelną postacią jaką się udało skreślić na kartach książki ale ponieważ w pewnym momencie odnosiłam wrażenie, że tych przekleństw jest zbyt dużo i padają ze strony niemal wszystkich bohaterów więc jakoś to mnie również irytowało.

No i również, ostatnia rzecz, której nieco się przyczepię, jakoś nie do końca zagrał mi sam wątek kryminalny, to znaczy chyba liczyłam na bardziej spektakularny powód tego co się dzieje na kartach tego kryminału. 

A teraz o tym co mi się podobało. Po pierwsze, super opisana praca archeologów. Z pewnych powodów wiem raczej jak wygląda ta praca. Ale podejrzewam, że jednak wciąż wiele osób myśli sobie , że jest to przygoda na miarę przygód pewnego słynnego filmowego archeologa i że podczas takich wykopalisk, co i rusz natyka się a to na złotą nausznicę a to na pierścień. I że w ogóle cud miód i orzeszki. A tu nic bardziej mylnego. Jest to żmudna i raczej niewygodna pod względem fizycznym praca, bardzo skrupulatna i raczej , cóż , monotonna podczas większości prac. Co nie oznacza, że dla osoby kochającej ten zawód nie jest wciąż interesująca. Ale do tego dochodzą jeszcze prace biurowe. Odnalezione zabytki czy raczej ich szczątki należy przecież skatalogować, opisać, rozdzielić na rozmaite grupy itd. No więc i samo stanowisko archeologiczne i sama praca archeologów opisana jest tu bardzo ciekawie i sądzę, że otworzy oczy wielu na to jak naprawdę wygląda ta praca. Jak już wspomniałam, Tom Mara pracuje na wykopaliskach na greckiej wyspie Kreta. Jest niewidomy ale w żaden sposób nie przeszkadza mu nie dość, że wykonywać swojego zawodu profesjonalnie co szybko piąć się po szczeblach zawodowej kariery. 
Ma pod sobą spory zespół ludzi. Jak udaje mu się pracować i w ogóle żyć tak jakby niemal nie istniała jego niepełnosprawność? Tom Mara liczy kroki i zapamiętuje w ten sposób plan pomieszczeń czy miejsc, w których się znajduje. Ludzi stara się odróżniać po zapachach i głosach. Niektórzy dają się odróżnić w bardzo istotny sposób , inni zaś stanowią dla niego wciąż zagadkę. Jednak, jakby nie było, udaje mu się spokojnie prowadzić prace wraz z zespołem i prowadzić interesujące i satysfakcjonujące go życie. 

I oto , w początkach wrześnie kiedy prace na wykopaliskach trwają w najlepsze, pośród wykopów zostają znalezieni ludzie. Mężczyzna i kobieta, którzy wkrótce zostają zidentyfikowani przez miejscową policję jako małżeństwo z Polski. To małżeństwo zostaje znalezione wraz z torbą, w której znajdują się potłuczone kawałki ceramiki z wykopaliska archeologicznego. Wkrótce po tym wydarzeniu wokół Toma Mary zaczynają dziać się bardzo różne i niezbyt przyjemne sytuacje i wydarzenia. Archeolog orientuje się, że ktoś zaczyna z nim bardzo niebezpieczną grę. Grę o najwyższą stawkę jaką jest życie ludzkie. Grę obarczoną faktem , że przeciwnik widzi a Tom Mara, co wiemy, nie więc z góry jest na słabszej pozycji. Jednak nie z nim takie numery, nie zamierza poddać się bez walki i rozpoczyna się gra z gatunku tych niebezpiecznych i z jedynym możliwym do zaistnienia zakończeniem. 

Co mi się jeszcze bardzo spodobało w tym kryminale? Opis życia głównego bohatera a raczej jego radzenie sobie ze swoją niepełnosprawnością. Można powiedzieć, że Tom właściwie na co dzień nie odczuwa tego, że nie widzi , porusza się i funkcjonuje dobrze. Ciekawa jestem jak oceniłyby to osoby niewidzące, czy ze wszystkim by się zgodziły. 

Ten kryminał i książka sensacyjna w jednym czyta się bardzo dobrze i szybko, również ze względu na dziejącą się akcję książki, w której wierzcie mi, nie ma miejsca na zbędne przegadanie, postoje i nudę. Gdybym tylko otrzymała nieco bardziej uzasadnioną intrygę kryminalną, która by mnie przekonała. To znaczy w sumie wiadomo dlaczego Tom Mara owego września nie spędził spokojnie czasu na wykopaliskach ale czegoś mi zabrakło, jakiegoś mocniejszego akcentu, który dobitniej wykazałby skąd właściwie wziął się przeciwnik Toma. I jak doszło do misternie skonstruowanej intrygi, którą ktoś stworzył wokół jego postaci. Niby znów wychodzi na to, że ludźmi często powodują instynkty z gatunku tych najniższych ale chyba chciałam to przeczytać z nieco bardziej spektakularnym uzasadnieniem. 

Podsumowanie z mojej strony jest takie, że całość czytało mi się bardzo dobrze ze względu na opisy pracy archeologów, oczekiwałabym nieco mniej przekleństw i być może nieco bardziej uzasadnionych powodów zbrodni. Ale generalnie to z pewnością jest to kryminał, który spodobał mi się o wiele bardziej od kryminału autorki „Wszyscy ludzie przez cały czas” ale o wiele , wiele mniej od fantastycznych przygód awanturniczej Simony w „Chciwości”. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Koniec i początek”. Manula Kalicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Wygrana w konkursie książka wraz z dedykacją a nie jedynie podpisem, Autorki, okazała się książka ogromnie dobrą. Właśnie takiej literatury szukam, takiej, która przenosi mnie w niezwykły świat. Z jego dobrymi ale i oczywiście, niekoniecznie dobrymi stronami. I bohaterowie, prawdziwi, wiarygodni, możliwi do zaistnienia. Część z nich zresztą istniała jak najbardziej a autorka wymyśliwszy dla nich nowe imiona i nazwiska stworzyła postaci, które wydają się być koło nas podczas całej lektury.

Wzruszyła mnie ogromnie dedykacja autorki dla Jej Mamy. Sądzę, że ta książka po prostu musiała powstać. Tak to odczuwam.

Dodatkowo też ogromnie podoba mi się bo też niezwykle pasuje do treści, okładka książki. Zaprojektowana przez panią Luizę Kosmólską wykorzystuje fotografię jak rozumiem obecnie w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego a autorstwa Elisabeth Ansley. 
Trzy widziane przez nas tyłem idące przed siebie młode kobiety o różnym wzroście, kolorze włosów i inaczej ubrane. Jedyne co je łączy to modne w tamtym czasie buty na słupkach. 

Nie wiedziałam zaczynając książkę, że Irena Górecka, jedna z trzech kobiet, o których jest „Koniec i początek” to bohaterka  znana z „Dziewczyny z kabaretu”. Irka Górecka, bo o niej mowa jest tu jedną z trzech głównych bohaterek. Jednak od razu mówię, że można czytać książkę bez pierwszej części opowieści o Irenie. 

Trzy różne dziewczyny, o rozmaitym statusie społecznym i wykształceniu. Chrześcijanka, ateistka, dziewczyna pochodzenia żydowskiego. Wydaje się, że niewiele może je łączyć a jednak połączyła je więź niezwykle trwała. Kolejna to książka, którą czytam i którą od razu lubię za motyw siły kobiet i współpracy kobiet. Poznały się w czasie II WŚ, najpierw Zofia Szafirówna, pochodzenia żydowskiego z Heleną a Irena dołączyła do nich już w końcówce Powstania Warszawskiego. Połączyły je silne charaktery, ale i jak sądzę, przyjaźń. Tym większa i mocniejsza, im więcej zła i przeciwności stanęło Irenie, Zofii i Helence na drodze. 

Tytuł tej książki jest również bardzo adekwatny do treści. Oto bowiem kończy się jedna z największych tragedii jaka dotknęła świat i ludzi w XX wieku a zaczyna się nowe. Manuli Kalickiej udało się popełnić mimo wszystko prozą coś na kształt świetnego dokumentu tamtych czasów. Pamiętam rozmowy z osobą, która przez piekło II WŚ przeszła i moje  naiwne dość wówczas (miałam lat naście) pytanie czy cieszyli się z wyzwolenia. Owszem, odparła mi wtedy owa pani, niemniej jednak mieliśmy świadomość, że idzie nowe. Że tamtej Polski, sprzed pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku już zwyczajnie nie ma. I raczej szybko nie wróci. 

Ten koniec dotychczasowego świata i jego porządku został w „Końcu i początku” nakreślony niezwykle prawdziwie. Bez wzniosłych słów i sentymentów. Ukazujący zarówno tych, którzy wiedzieli, że mimo teoretycznego zwycięstwa, są pokonani, po tych, którzy chcieli już zwyczajnie, po ludzku, zacząć nareszcie życie „bez wojny”. W „Końcu i początku” wielką i ważną rolę odgrywają książki, starodruki i woluminy Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, wywiezione do Niemiec przez gubernatora Franka. Właśnie między innymi akcja przywiezienia książek z Niemiec z powrotem do stolicy Polski pokazuje jak bardzo ludzie chcieli w tamtych niełatwych czasach wrócić do życia, Do ongiś być może nie docenianej stabilizacji, którą to zapewne niejeden brał wręcz za nudę. Człowiek bowiem potrzebuje żyć w dość ustabilizowanym świecie, chce się uczyć i pracować, pragnie się bawić kiedy jest na to czas i chęć. Chce w końcu założyć rodzinę i cieszyć się jej rozwojem. 

W posłowiu książki Manula Kalicka zapowiada kontynuację opowieści o Irence, Zosi i Helence. I nie ukrywam,że będę z pewnością jedną z osób najwierniej wypatrujących kontynuacji tej bardzo, bardzo dobrej książki. 

Moja ocena to 6 / 6. Co najmniej. 

nieoczekiwanie…

…dla nas samych chyba przede wszystkim, zdecydowaliśmy się wykorzystać jeszcze jeden długo weekend i pojechać do naszego ulubionego miejsca na warmińskiej wsi. Tym razem były dodaktowe atrakcje bo zjechali też nasi przyjaciele z dziećmi, dodatkowo były i inne rodziny z dziećmi, więc było gwarno i bardzo przyjemnie. Ja cieszyłam się z czasu spędzonego z Jasiem i P. ale również właśnie z przyjaciółmi. W ciągu roku ciągle coś się dzieje, żyjemy w pośpiechu, bywa, że z różnych powodów spotkanie się odwołuje a tu udało się spędzić niemal cztery dni , niespieszne. Były wieczorne długie Polaków rozmowy, wspólne lody i wycieczka na wieżę reszelskiego zamku jak również spacer w reszelskim parku położonym pod zamkiem. 
Cieszę się. Do tego, nie ukrywajmy, pogoda rozpieściła, było słonecznie i ciepło, można było zaszyć się w cieniu jabłonek na leżaku bądź jak niektórzy , uciąć sobie drzemkę na hamaku. Tak czy inaczej, miło spędziliśmy czas. 

Nie czytałam niemal nic bo zwyczajowo na wakacjach czytam o wiele mniej i wcale tego nie żałuję. Kiedy wzięłam czytnik na leżak, okazało się, że wolałam siąść przy stole z Jasiem, P, i częścią rodziny przyjaciół i pogadać na różne tematy od ludków i aut pożarnych rysowanych przez najmłodszych po kwestie innego rodzaju. Dobrze jest móc odpocząć i naładować akumulatory. 

Szkoda tylko, że po powrocie nie zastałam w skrzynce awiza na książkę, którą wygrałam przeszło dwa tygodnie temu i co do której wciąż żywiłam nadzieję, że uda mi się ją wygrać. Niestety, wysłana zwykłym listem, zaginęła, sądzę, że dwa tygodnie to dość aby się doczłapała , zwłaszcza, że pozostałe osoby, które książki wygrały, swoje nagrody już dawno otrzymały. Od pewnego czasu znów mamy problemy z naszą pocztą, odpowiedź z instytucji raczej jaka była, każdy może się domyślać. Podsumowując, kiedy ktoś wysyła mi wygraną, nie mam możliwości sugerować mu czym i w jaki sposób wyśle przesyłkę bo zwyczajnie, to nieelegancko, jednak wracamy do niestety, dawnego zwyczaju, że docierały do mnie jedynie wysłane poleconą pocztą przesyłki 😦 

„Bieguni”. Olga Tokarczuk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2007). Ebook.

Niełatwo jest pisać o książce, która dosłownie chwilę temu została nagrodzona. Przypominam jedynie z kronikarskiego obowiązku, że Olga Tokarczuk wraz z przekładającą na język angielski tłumaczką Jennifer Croft zostały uhonorowane nagrodą The Man Booker Prize.
Jest to też pierwsza książka autorstwa Olgi Tokarczuk, jaką przeczytałam. 

„Bieguni” to tego typu książka, która albo się spodoba albo się nie spodoba. Według mnie nie jest w stanie wywołać emocji letnich, raczej te skrajne. Mnie się spodobała. Ale ponieważ szczęśliwie napisano o niej przede mną wiele, wiele słów i rozłożono ją na czynniki pierwsze, ja mogę skupić się na jedynie własnych subiektywnych z nią związanych odczuciach. 

Książka składa się z wielu, kilkudziesięciu rozdziałów. Rozdziały te dotyczą podróży, rozmaitych jej odmian i aspektów. Dlatego też bardzo podoba mi się zaproponowany przez tłumaczkę tytuł anglojęzyczny czyli „Flights”.

Podróże te to zarówno osobiste podróże samej autorki jak i podróże innych, spojrzenie na nie. Podróże współczesne, i dawno odbywane pielgrzymki. Podróże zarówno autorki jak i postaci znanych z kart historii (siostry Chopina z sercem kompozytora do Polski). Skoro już o tym mowa, w książce tej ważnym motywem i elementem są anatomiczne preparaty różnych części ludzkiego ciała. Wraca ten motyw nieustająco i powtarza się wraz z nie tylko opisem samych preparatów ale i miejsc, w których się znajdowały. Przyznam się szczerze, że po lekturze obawiam się, że owe preparaty śnić mi się będą nocami.

Bardzo bym nie chciała wymyślać nowych teorii na temat tego o czym jest ta książka. Dla mnie była jak już wspomniałam, książką o podróżach i ich aspektach , znaczeniach. Podróżach fizycznych i podróżach w głąb samego siebie. Podróżach ku drugiemu człowiekowi i aby poznać drugiego człowieka. Rozdziały są dość krótkie, ot czasem miałam wrażenie plastyczności opisu niemal jak ze zdjęcia czy slajdu wyświetlanego któregoś jesiennego wieczoru na pokrytym białym płótnem ekranie. 

Olga Tokarczuk porusza w tej książce tak wiele spraw, nadmienia o tylu wydarzeniach czy historiach, że wydaje się, że wychodzi z tego niezły słowny tygiel. Ale pomimo tego odczucia, wszystko tu składa się w całość. Podróże samolotem i nowoczesne hale odlotów. Poznawanie podczas tych tras ludzi, z którymi nigdy się więcej nie zobaczymy. 
Wreszcie podróże, które jak w przypadku jednego z bohaterów, zaczynają się na jednej z chorwackich wysp aby swój finał znaleźć dopiero w Polsce.

Autorka przygląda się procesowi podróży zarówno metaforycznie jak i zupełnie fizycznie i tak oto pisze, cytuję, „(…)  – w drodze ludzie zmuszeni są być razem, cieleśnie, blisko siebie, jakby celem podróży był inny podróżny”. 
Swoich bohaterów Tokarczuk opisuje bardzo z boku, co dodaje im wiarygodności. Dla mnie poruszające są dwie historie, podróż Kunickiego i jego rodziny, która zmieniła ich życie raz na zawsze jak również podróż Annuszki, rosyjskiej matki chorego od urodzenia syna, która przez chwilę odbywa podróż w tak innym wymiarze, niż te dotąd jej znane i dzięki temu nagle doznaje czegoś na kształt oświecenia pokazującego kobiecie jak mogłoby, w jakimś „innym życiu, innym czasie” wyglądać życie jej syna. 

Są też wśród rozdziałów te mogące ujść za błahe i o niczym a mnie rozbawiające jak chociażby ten o znikającym kluczu pokoju numer 9. 

„Bieguni” to wreszcie ogromna lekcja uważności i dbania o zauważanie szczegółów. Szczegółów życia, szczegółów naszych podróży.

To wreszcie źródło , przebogate wręcz w interesujące spostrzeżenia i cytaty, które każdy zapewne inne sobie wynotować może. Mnie zainteresowała teoria czyszczenia map i wymazywania miejsc z map, w których to miejscach zdarzyło się komuś coś niemiłego. Ciekawe jest też jedno z końcowych spostrzeżeń o tym, że w podróży osoby czyniące notatki w swoich podróżnych notesach mogą wzajemnie się zapisywać w danej chwili i jak twierdzi autorka, cytuję „(…) Będziemy się zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru,  (…).” Wreszcie cytat , który podała już wcześniej we wpisie o nagrodzie Bookera jedna z odwiedzających mnie na blogu osób czyli, cytuję „(…) Wyjść z własnego życia, a potem bezpiecznie wrócić”. 

Nie jestem pewna czy potrafię coś więcej i czy w ogóle w miarę sensownego o tej książce więcej napisać. Według mnie, kto nie czytał, ma przed sobą sporą podróż w literackie doznania. Podróż do świata, w który zaprasza go autorka.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Mamy w literaturze…

Maniaczytania na stronie blogu na Fb dziś pisze o mamach w literaturze. 

A mnie naszło przy tej okazji na zapytanie takie. Która z literackich Mam jest dla Was Mamą idealną? I dlaczego?
Moja to Mama Muminka, z którą się cichaczem identyfikuję. Za to, że jest jaka jest, że zawsze znajdzie sposób na smutki i nie tylko. I że , zacytuję, być może niedokładnie ale ci, którzy czytali , będą wiedzieli o co chodzi, „zawsze rozpozna swojego Muminka”. 

A jak jest u Was? 

Dzień Mamy

Dziś mamy.

Wszystkim odwiedzającym mnie Mamom życzę Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich , mnóstwo Radości, Miłości i Spokoju (ducha:) ). Samych miłych słów i niespodzianek ze strony dzieci i jak najwięcej miodu na serce nasze, wasze czyli tych dobrych słów , które pod adresem naszych dzieci słyszymy.

Tym, które bardzo chciałyby być mamami a z różnych powodów nie mogą chcę jedynie napisać „Nie traćcie nadziei”. Jestem tą, która nie sądziła, zwłaszcza w roku 2011, że kiedykolwiek obejdzie to święto.

 

Myślę też o tych, których dzieci nie ma już na ziemi. Pamiętam jak w 2011 roku Dzień Matki wypadł na dzień po pogrzebie Emilki i to poczucie i żałoby i niewiedzy czy w takiej sytuacji mogę w ogóle nazywać się mamą?

Mam też w pamięci i w sercu te osoby, przy których już nie ma ich Mam. Myślę o Was ciepło. 

„Mama jest tylko jedna, a tu mamy wszystkie”.

Raquel Diaz Reguera.

 

Ilustracje Raquel Diaz Reguera.

Wydana w Wydawnictwie Debit. Katowice (2018).

Przełożyła (wspaniale !) Magdalena Olejnik.

Tytuł oryginału Madre solo hay una y aqui estan todas.

Macie już prezent dla Mamy na przypadający w najbliższą sobotę Dzień Mamy? Nie? To już macie. 

„Mama jest tylko jedna, a tu mamy wszystkie” to według mnie książka niekoniecznie dla dzieci, chociaż wydawnictwo ma ją w ofercie dla dzieci ale jak najbardziej dla każdej mamy jak i po prostu, dla każdej rodziny. 

Nie wiem od czego zacząć, tak jestem nią zachwycona całościowo, a wiemy, że to się zdarza rzadko aby podobało się w książce wszystko! No więc zacznę może jednak (niespodzianka), od początku? A więc od tego, że ta książka mnie „wołała”. Macie tak czasem? Ja tak. Wołała mnie już gdy zauważyłam ją pierwszy raz na stronie wydawnictwa Debit. Nie czytałam nic wcześniej tej autorki wydanego w Debicie (i już widzę, że jest to zdecydowanie do nadrobienia). Miałam ją w planach zakupowych na Targi Książki w sobotę i…stało się wypisz wymaluj jak u jednej z trzydziestu typów mam przedstawionych w tej książce. Wysłałam Jasia i P. do stoiska Debitu po zakup książeczek o Franklinie a sama czekając na Gabrielę Kańtor zapomniałam zwyczajnie, że miałam ich poprosić o kupno. Po targach przypomniałam sobie o niej zauważywszy ładną pasującą wzorem zakładkę, którą wydawnictwo dodało im do zakupów, a właśnie stanowiącą komplet z książką. 

Byłam zdesperowana. Musiałam przeczytać tę książkę i już. Zamówiłam ją sobie u zaprzyjaźnionej pani z księgarni i czekałam. I oto ją mam. Mam i przeczytałam ją na przemian śmiejąc się i roniąc łzy (no dobra, tak naprawdę całą lekturę się strasznie śmiałam ale faktycznie, jak to ja, spłakałam się podczas czytania dedykacji autorki dla jej Mamy i podsumowania autorki na końcu książki, w którym pisze bardzo prosto ale pięknie i  prawdziwie o tym co się z nami dzieje kiedy stajemy się mamami.)

Pisałam , że zachwyca mnie w tej książce wszystko i tak jest. Począwszy od oczywiście samej treści , przez piękne ilustracje, które wykonała sama autorka , poprzez rewelacyjne i dostosowane do polskiego czytelnika tłumaczenie pani Magdaleny Olejnik. Nie znam hiszpańskiego nic a nic więc trudno mi jest odnieść tłumaczenie tytułu, jednak, o czym pisałam w innym miejscu jeszcze zanim sięgnęłam po samą książkę, już tytuł uważam za majstersztyk. Ta gra słów , „a tu mamy wszystkie”, wspaniała. Ja wiem, że zawód tłumacza to zawód, w którym trzeba lawirować słowem aby nie wyszło ani zbyt dosłownie ani nie popłynąć tak, że właściwie pisze się inną książkę ale odnoszę wrażenie, że tu tłumaczka powinna zostać nagrodzona co najmniej oklaskami (klaszczę !!! ). Tak dobrze to tłumaczenie Jej wyszło.

Jak wspomniałam, w książce autorka opisała trzydzieści typów mam. Są więc i mama „Może się przyda” i „Mama Wrzeszczka” i „Mama Na Czasie” i „Mama Sportsmenka” i „Mama Kwoka” i „Mama Artystka” i „Mama Nie Usiedzi w Domu” i „Mama Siła Spokoju” i „Mama Magnes” i „Mama Pogromczyni Smutków”. Jest też, co fajne, „Mama Teściowa” 🙂 Nie wymienię wszystkich typów mam. Napiszę za to, że każdy z nich został wspaniale skatalogizowany, opisany i udowodniony konkretnymi przykładami postępowań i należących do owych mam przedmiotów. Autorka pisze o mamach z wielką sympatią i czułością. Nie wyśmiewa ani jednej z opisywanych cech, za to po prostu zwyczajnie uśmiecha się do wszystkich z opisywanych przez siebie, mam. Jak również, co właściwie dość oczywiste, nie uważa, że jest się jednym i tylko typem mamy ale że w każdej z mam jest co najmniej kilka takich rodzajów mam, o których Reguera pisze. 

Notki o typach mam przeplatane są stronami specjalnymi, z których na przykład dowiemy się, jak budzą i jak kładą spać mamy poszczególnego typu, jak również jakie są typowe mamine powiedzonka i powiedzenia. Są też przedstawione torebki dla poszczególnych mam jak i typy lodówek jakie przynależą do konkretnych typów. Są też opisy Miejskich Olimpiad, w których biorą udział mamy , najlepsze mamine wynalazki, historyczne rekordy , rodowód Mam a na końcu jak wisienka na torcie , zabawny test , który jeśli po lekturze jeszcze sama nie czujesz, jaką jesteś mamą (lub ile opisanych mam w tobie siedzi) wykaże ci najkonkretniej, którą z nich jesteś. 

Dawno nie czytałam tak ładnej i pozytywnej książki o mamach, która to książka mimo opisu tego wszystkiego co na co dzień robią nasze mamy i my same, nie robi z nas, mam superbohaterek bo zwyczajnie , autorka to wie, że nie ma co klasyfikować. Wszyscy superbohaterowie po prostu wymiękają przy mamie. Mama to Mama . Mama jest tylko jedna. I , jak pisze autorka w dedykacji do swojej Mamy, każda Mama, w tym moja, Twoja, „jest najlepsza na świecie”.

Który typ mamy, o którym czytałam rozbawił mnie najbardziej ?  Chyba „Mama Roztrzepana” , której dzieciom po porodzie nie nakłada się typowej opaski z oddziału położniczego a zegarek z nadajnikiem GPS aby po wyjściu z kliniki mamie udało się dotrzeć do domu bez problemu 😛 Opis tej mamy jest naprawdę świetny , cytuję „(…) Godziny są zawsze orientacyjne, adresy przybliżone, a obowiązki bywają zwykłymi sugestiami” . Ile typów mam opisanych znam osobiście? Chyba każdy 🙂 Chichrałam się niesamowicie przy tekstach mam, które zostały zebrane na stronie i opatrzone tytułem „Bo ja tak mówię. Koniec kropka…a kiedy jesteś na następnej stronie odkrywasz, że jest jeszcze „…i bez dyskusji” . 

Powiem tak. W książkach kocham to, że przenoszą mnie w różne światy. Czasem te wymyślone, czasem jak w non fiction, w jak najbardziej prawdziwe i istniejące. Kocham też to, że nagle, zupełnie nieoczekiwanie, w końcu maja wiem, że kiedy w końcu roku będę czyniła podsumowania książkowe, „Mama jest tylko jedna, a tu mamy wszystkie” będzie wymieniona jako jedna z najlepszych książek jakie czytałam w tym roku. 

Polecam , polecam i jeszcze raz polecam !

Moja ocena to 6.5 / 6. (Znowu Chiara zaczynasz?:P ). 

 

„Tańcząc na czubkach palców”. Gabriela Anna Kańtor.

Wydana w Wydawnictwie mg. Warszawa (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

„Tańcząc na czubkach palców” nie jest pierwszą książką Gabrieli Kańtor ale pierwszą przeze mnie czytaną książką tej autorki. Przyznaję się, że faktycznie, pewnie bym po nią nie sięgnęła gdyby Autorka sama nie zwróciła się do mnie z pytaniem czy może chciałabym przeczytać Jej książkę. Chciałam. I nie żałuję. 

„Tańcząc na czubkach palców” to bowiem bardzo dobrze napisana proza obyczajowa. Opowieść o życiu kobiety w trzech aktach, jakbym to nazwała. Pierwsza część to dzieciństwo, druga młodość, trzecia to czas po odchowaniu dzieci i ich usamodzielnieniu i ten moment, gdy często kobieta czuje się wbrew pozorom najmniej pewnie i stabilnie bo czuje, że wbrew temu co twierdzą inni dookoła, coś jej umknęło, czegoś nie dopilnowała, coś wymsknęło się z jej rąk.

Nietrudno jednak jest znaleźć motywy łączące autorkę książki z jej bohaterką. Zapewne niektóre historie czy wspomnienia są powrotem do przeszłości. Sama miałam sporą radość w czytaniu o dziecięcych zabawach bo pomimo tego, że nie jesteśmy tym samym pokoleniem, o dziwo, na podwórku bawiłyśmy się w niemal te same zabawy. Ale na pewno gros tych opowieści to fikcja. Taką mam przynajmniej nadzieję. Najbardziej poruszyły mnie dwie skrajne opowieści, ta pierwsza, wspomnienia Dziecka i ta ostatnia, kobiety w dojrzałym już wieku, stojącej na niby powiedzonkowym a jakże prawdziwym skraju wyobrażeń na temat własnego życia, związku. 

Dziecko jest niezwykle wrażliwe i pewnie dlatego czuje coś więcej niż tylko przyziemny świat. Mnogość odczuć i dostarczanych jej przeżyć i bodźców łagodzi mityczny Ptak Simurg. Towarzyszy on Paulinie od wczesnego dzieciństwa i prowadzi aż do chwili, w której kończy się ta opowieść. Kiedy Dziecko było dzieckiem, Ptak Simurg pozwalał lepiej znosić złe rzeczy, złe słowa, przykrości , które Dziecko spotykały ze strony Ojca. Ojca, który zamiast być dla dziewczynki wsparciem i bliskim, traktował ją źle wciąż zapewne nie mogąc pogodzić się z tym, że nie jest pierworodnym synem. Matka, początkowo czuła i wspierająca, przechodzi po trochu na stronę Ojca. W drugiej części opowieści ojciec narratorki zyskuje miano „Pewien Mój Bliski Krewny”. Ponieważ znałam osobę, która o własnym ojcu mówiła „Zygfryd” więc wcale nie jest to dla mnie szokujące a staje się jedynie przypieczętowaniem złego traktowania jakie fundował Dziecku ojciec w pierwszej części opowieści. 

Paulina czuje się nieco samotna. W młodości ma przyjaciółkę Ewę, potem Klarę, z którą nawet nawiązuje więzi silniejsze od tych rodzinnych. Niemniej jednak przez całe jej życie towarzyszy jej jakaś ulotna myśl o tym, że miała kiedyś siostrę. Rodzinne opowieści tego nie potwierdzają ale sama narratorka czuje, jakby gdzieś była jej druga połowa w postaci siostry właśnie. 

Czułe, wrażliwe, obdarzone niezwykłą wyobraźnią ale i odtrącone przez bliskich dziecko przelewa już we wczesnym dzieciństwie na papier własne słowa i myśli i tak rodzi się myśl aby po odchowaniu dzieci myśli te i słowa spróbować napisać bardziej konkretnie niż jedynie na własny, terapeutyczny użytek a właśnie aby coś z tym zrobić. Paulina zaczyna więc pisać.

Dlaczego podobała mi się ta opowieść? Bo była zwyczajna. O zwykłym, niezwykłym bo przecież życie każdego z nas jest właśnie niezwykłe bo nasze, życiu. Bo miałam wrażenie, że siedzę w kuchni z kimś bliskim i wysłuchuję jego opowieści, która wypowiadana być może pierwszy raz w całości, miała działanie na kształt terapeutycznego właśnie. Słowa mogą pomóc. Wypowiedziane myśli, spostrzeżenia, refleksje, to co znamy z własnego życia bądź czego się obawiamy. Ostatnio spotkałam się z zastrzeżeniem, że niewiele krytykuję z moich lektur ale przykro mi bardzo. Czytam to, co domyślam się, że jednak mi się spodoba. Nie zmuszam się jeśli coś nie idzie. Jeśli miałabym się do czegoś w tej książce przyczepić, to to, że nieco drażniła mnie pojawiająca się zbyt często i otwierająca rozdziały opowieści fraza „Ta chwila gdy…”. Brzmiało mi to nieco zbyt „serwisowo społecznościowo” i według mnie nie pasowało do stylu tej historii, opowieści. I to właściwie jedyna rzecz, która mi tu nie pasowała. Opowieści, styl, historie wplatane w treść jak chociażby piękne oświadczyny pewnego Janisa , to powodowało , że czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 

Teraz chyba czas aby zapoznać się z debiutem Gabrieli Anny Kańtor czyli jej „Koronkami z płatków śniegu”. 

Życzę nam wszystkim takich magicznych Ptaków Simurgów (przytoczona w książce opowieść o nich jest magiczna) , które pomogą nam w najtrudniejszych chwilach. Życzę nam wszystkim bliskich i serdecznych ludzi, którzy będą obok nas gdy będzie się coś dziać, co złagodzić może właśnie obecność, rozmowa z drugim człowiekiem. Życzę ponadto nam abyśmy wciąż mogli powiedzieć, że pomimo tego, co nas spotyka, nam wciąż udaje się „tańczyć na czubkach palców”…

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Wczoraj wieczorem wielka radość.

Bo tuż niemal przed snem dotarła do nas wiadomość. Olga Tokarczuk za tłumaczoną na język angielski przez Jennifer Croft , książkę „Bieguni” otrzymała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich jaką jest The Man Booker Prize. Wspaniała wiadomość. I okazało się, co za radość, że warto jest chomikować sobie ebooki. Natychmiast po wyczytaniu werdyktu, sięgnęłam po mój czytnik i okazało się, że „Bieguni” na nim są, a jakże. Wstyd się pewnie przyznać, ale jakoś do tej pory nie czytałam żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Dwa razy rozpoczynałam „Dom dzienny, dom nocny” i utykałam. Sięgnęłam jednak po „Biegunów” (w tłumaczeniu Croft „Flights”) i oto wciągnęła mnie. A Wy lubicie książki Olgi Tokarczuk ? I co byście polecili komuś, kto dopiero zaczyna czytać jej książki, jak ja?