„Zaginiona”. Aneta Kisielewska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po kryminał „Zaginiona” sięgnęłam z ogromnym zaciekawieniem i zainteresowaniem, w jaki sposób autorka zainspiruje się w swojej książce jednym z najbardziej znanych polskich zaginięć nastolatki wracającej świtem z imprezy w nocnym klubie do domu, która to nastolatka do owego domu nie dotarła nigdy. Byłam ciekawa, czy ta sprawa, która, nie ukrywam i mnie do dzisiaj zastanawia, stanie się jedynie przyczynkiem do stworzenia pomysłu na książkę, czy też tych inspiracji z życia będzie dużo. 
Historia jest przecież naprawdę zastanawiająca. Jak można ot tak zniknąć po prostu w środku lata nad ranem i to jak się okazuje, tak naprawdę nie w jakimś bardzo odludnym miejscu, zapomnianym przez wszystkich, ale teoretycznie ze środka miasta. Owszem, rzecz dzieje się nad ranem, ale jest to duże miasto, a zaginiona wraca z klubu, więc ludzi dookoła jest naprawdę sporo a tu nagle po prostu ktoś znika, rozpływa się w powietrzu.
Ową zaginioną osobą jest w książce dziewiętnastoletnia Sara Maj. Dziewczyna wychowywana jest w szczęśliwej do niedawna, rodzinie, z ojczymem i mamą, z którą, jak wspomniałam, do niedawna miała świetne kontakty. Od pewnego jednak czasu w rodzinie pojawiły się zgrzyty a Jurek, ojczym, musi przyznać, że dziewczyna, którą traktuje jak rodzoną córkę, wymyka się jemu i matce spod jakiejkolwiek kontroli. W szkole pojawiły się problemy, a że Sara jest maturzystką, to te problemy realnie miały wpływ na to, co dziewczyna zamierza robić po szkole. Już przestała mówić o zdawaniu na psychologię, o której myślała od zawsze, i chyba sama nie do końca wie, czy jej plany, które ma, są słuszne. Być może na stan nastolatki wpływa fakt, że parę miesięcy wstecz rozstała się z chłopakiem, którego bardzo kochała. Podobno decyzja była wspólna, aby dać sobie przerwę, by ze spokojną głową usiąść nad książkami, tym bardziej, że Dawid miał zamiar studiować medycynę, co jak wiadomo, jest kierunkiem trudnym i przygotować się do niego trzeba solidnie. Ale czy tak naprawdę było, jak mówią ludzie, czy decyzja była wspólna?

Oto więc Sara jest w sytuacji raczej ciężkiej dla tak młodej osoby. Maturę co prawda zdała, ale o wiele słabiej, niż wszyscy początkowo, wraz z nią samą zapewne, sądzili. Rozstała się z kimś, kto był niezwykle ważny w jej życiu. Układy w domu też uległy pogorszeniu, nie może dogadać się i z mamą i z ojczymem. Do tego dziewczyna ogromnie się zmieniła i to, jak przyznają jej bliscy, na niekorzyść. Nocne imprezy, balowanie z byle kim, spore ilości alkoholu, generalnie nic pozytywnego.
Tyle dobrego, że ma obok siebie wierną przyjaciółkę, Alicję. Znają się od dawna i są dla siebie bliskie. Jest też Piotr, osoba, która podkochuje się w Sarze, ale który nigdy nie przekroczył granic i który zachowuje się jak przyjaciel wobec obu dziewczyn. 
I to właśnie z tą dwójką, czyli z Alą i Piotrem Sara wychodzi na noc na zabawę do nocnego klubu w centrum Krakowa by nad ranem trzydziestego pierwszego lipca po nagłym opuszczeniu miejsca po kłótni z Alą, rozpłynąć się po jakimś czasie w powietrzu. 
I na nic monitoring, który okazuje się nie działać we właściwym momencie, na nic długie rozmowy z osobami, które po raz ostatni widziały nastolatkę opuszczającą towarzystwo w gniewie i złości. 

Sara Maj wychodzi nad ranem z klubu, wraca piechotą do domu i…rozpływa się w powietrzu. 

Sierżant Gaik rozpoczyna dochodzenie w tej sprawie a my poznajemy akcję książki nielinearnie, to znaczy raz akcję współczesną, a raz cofamy się aby poznać losy Sary i to, co mogło doprowadzić do sytuacji, że zniknęła i uważana jest za zaginioną. 
Co tak naprawdę stało się tej parnej nocy w centrum miasta. Czy dziewczyna padła ofiarą przestępstwa, czy została uprowadzona, a może sama podjęła decyzję o tym, że albo zrobi coś nieodwracalnego ze swoim życiem lub, dla odmiany, postanowiła uciec?
Sierżantowi Gaikowi od samego początku nie daje spokoju myśl, że sprawa jednak nie wiąże się z kimś przypadkowym, kogo Maj napotkała na swojej samotnej drodze powrotnej do domu i że sprawcy należy szukać bliżej, niż się wydaje. A grono podejrzanych jakieś jest. Trzeba tylko wychwycić najsłabsze ogniwo, złamać je i podrążyć temat. Tylko kto jest owym najsłabszym ogniwem? I kto miał motyw, aby sprawić, że Sara Maj zniknie? W końcu niejedna nastolatka wojuje z rodzicami, niejedna zrywa z chłopakiem, niejedna z jakiegoś powodu zmienia się i zaczyna z miłej do tej pory i spokojnej dziewczyny zmieniać się w nieobliczalną osobę, która łatwo może narobić sobie wrogów. 

To musi zbadać Gaik i doprowadzić do rozwiązania zagadki, która jednak okaże się ogromnie trudna.

Muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę szybko i byłam ciekawa, kto i co spowodował, że dziewczyna zaginęła. 
Przyczepię się jednak trochę, uważam, że młode osoby w książce mówią jakimś nieadekwatnym do wieku i czasów językiem i tu nie mam pretensji do poprawnego wyrażania się na przykład podczas zeznań na komendzie, ale rozmowy prowadzone między dwiema nastolatkami brzmią czasem (jak dla mnie, piszę tu jedynie moje własne wrażenia) aż nadto sztucznie. 

Sam pomysł na kryminał jednak mi się podobał i doceniam to, że poznajemy rozwiązanie sprawy nie przez typowe śledztwo a przez poznawanie zdarzeń mających miejsce w życiu Sary przed jej zaginięciem ale i tym, co działo się już po zniknięciu nastolatki. 
Co do pytania, które sobie zadawałam, czyli ile słynnego zaginięcia jest w tej książce, to odnoszę wrażenie, że autorka zainspirowała się raczej samym faktem i tym, że do dziś ta sprawa pozostała niewyjaśniona i to dało jej przyczynek do pomysłu na książkę. 


Moja ocena to 5 / 6. 

Wpis Rocznicowy

Dzisiaj mija czternaście lat odkąd Odeszła od nas na zawsze Emilka.

Czy ból i poczucie pustki mija? Oczywiście, że nie, ale da się z nim żyć.

Oraz, nie ukrywam tego nigdy, dobrze, że Jest Janek, inaczej kto wie, co by było…

W tym dniu mam też w swojej pamięci i w sercu Wszystkie Dzieci, które przedwcześnie odeszły i Ich Rodziców i Bliskich…

Tym bardziej, że niestety, jak się okazuje, wciąż dzieją się tragedie i kolejni rodzice zostają osieroceni…

„Coast Road”. Alan Murrin.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Akcja „Coast Road” ma miejsce w Irlandii, w połowie lat dziewiećdziesiątych ubiegłego stulecia. W sumie o Irlandii tamtych lat wiem tyle, co nic, bo i skąd, skoro wyjazdy Polaków do tego kraju miały miejsce raczej nieco później. Pamiętam, że koleżanka z liceum pojechała na trzy miesiące jako opiekunka do dzieci właśnie w podobnym czasie i pisała do mnie w zwykłym, papierowym liście o szoku, jaki tam przeżyła „Wszędzie są krzyże”, napisała co mnie, „Nawet w księgarni”. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Miałam świadomość, że to kraj katolików i zwyczajnie zrozumiałam, że może sprzedaje się tam je również? Dopiero po powrocie wyjaśniła mi, że chodziło jej o to, że wszędzie, gdzie weszła, na ścianie wisiały krzyże ,nie tylko w kościołach, ale właśnie, w sklepie, w domu kultury, w przedszkolu, w kawiarni, w księgarni. Taką właśnie Irlandię portretuje Alan Murrin w swojej powieści. Skupia się on jednak na ludziach, nie na polityce, czy religii, ale wiele można z tego, o czym czytamy, dowiedzieć się tak między słowami. A konkretnie autor skupia się na kobietach. 

Trzy postaci kobiet odegrają w tym dramacie główną rolę. Mimo, że opisy raczej sugerują nam główny duet, ja postrzegam równorzędną rolę trzech głównych bohaterek. Są to, żona polityka mającego wysokie aspiracje dostania się „wyżej” (niespodzianka, słyszeliście o lokalnym polityku, który nie chciałby więcej i wyżej? no, ja nie) , Izzy Keaveney (jej mąż to James). Jest też poetka i artystka, wolna dusza, Colette Crowley. I żona i matka trójki dzieci (czwarte w drodze), Dolores Mullen. 
Najbardziej skomplikowaną (tak się poczatkowo wydaje) sytuację życiową ma Colette Crowley. Opuściła dom , męża i trzech synów, z których dwóch jest jeszcze bardzo młodych i potrzebuje mamy, wyjechała do Dublina zamieszkać z kochankiem, po czym…wraca do Ardglas w hrabstwie Donegal. Czy w Irlandii, w której panują wciąż surowe zasady religijno-moralne, w których dopiero mówi się o rozwodach, jako o możliwości (tak, dopiero w 1995 roku społeczeństo kraju zagłosowało za zmianą konstytucji, która do tamtego czasu mówiła o „niedopuszczalności” rozwodów) kobieta, która zostawiła męża i dzieci dla kochanka, a następnie chciała wrócić do nich miała szansę nie zostać potępioną? Colette najbardziej dużo zła otrzymuje od męża (wciąż jest to jej mąż) i średniego syna. To nastolatek, buntownik, który odrzucenie przez mamę i żal za straconą rodziną przekuwa w najgorszy z możliwych sposobów, złość na nią i jej odrzucenie. Jednak jest jeszcze najmłodszy z synów, Carl, którego kobieta wciąż mogłaby widywać, gdyby na ich drodze nie stanął mąż. O ile najstarszy syn sam decyduje, czy chce spotykać się z mamą, dwóch młodszych ma tego zakaz. 
Trzecią kobietą, która odegra, jak wspomniałam, niebagatelną rolę jest Dolores. To od niej i jej męża, Donala, Colette wynajmuje domek na czas pobytu w miasteczku. 

Te trzy kobiety wydają się różnić. Właściwie nie tyle wydają się. One zupełnie się różnią. Mają różne charaktery. Izzy jest wesoła i porywcza, ale też przebojowa i mająca głowę do interesów. Prowadziła kiedyś kwiaciarnię, która obecnie stała się kością niezgody pomiędzy nią a jej mężem., który sprzedał lokal bez wiedzy żony.
Dolores jest właściwie można by rzec, nijaka i zachowawcza, chociaż prawdopodobnie nie uznałaby tegi absolutnie za krytykę a za zaletę (chociaż może się mylę?). Postać Dolores została silnie zmarginalizowana, a szkoda, bo odgrywa tu, o czym wspominałam, istotną rolę i trochę szkoda, że tak jej „zabrakło”.
Colette, to najbardziej barwny wydawałoby się ptak. Jedyna, która zdecydowała się na krok, o którym marzy duża część żon zamieszkujących Ardglas. Tylko, że akurat ona chyba najszybciej orientuje się, co tak naprawdę można na takim spełnieniu marzeń ugrać i czy każdy moment jest ku temu właściwy. I że czasem naszym największym szczęściem jest to, że wyczujemy właściwą na zmiany chwilę w najodpowiedniejszej ku temu chwili. Która trwa zaledwie moment.

Książkę tę reklamuje się jako powieść o kobietach uwięzionych w nieudanych małżeństwach, ale ja się z tym nie zgodzę tak do końca. Zresztą, możemy się o tym przekonać, gdy jedna z postaci zmienia swoje zdanie na temat tego, czy słusznie wiecznie narzekała na swoje życie i związek.

Na pewno „Coast Road” jest książką opowiadającą o tym, że łatwo jest wpaść w sieć związków, zależności i zasad, które wydaje się, że nas nie dotyczą, a z czasem orientujemy się, jak jednak bardzo nas dotyczą. Rozumiem, że Murrin chciał napisać książkę z silnym naciskiem na tę konkretną zmianę, jaka dokonała się w Irlandii w roku 1995, gdy jak już wspomniałam, wreszcie dopuszczono w konstytucji kraju rozwody, ale jak dla mnie i bez aż tak silnego kładzenia nacisku na ten konkretny motyw, ta książka opowiada interesująco o tym, jak niektórzy ludzie tkwią w nieudanych związkach, a czasem być może jedynie taki obraz nieudanego związku sobie wytwarzają. 

Szczerze mówiąc, nie jest to książka zbyt pokrzepiająca, a nawet powiedziałabym, że średnio, tym bardziej, że od pierwszych jej stron mamy zapowiedź tragedii, jaka się wydarzy. Ale nie ukrywam, ciekawe było poznawanie losów bohaterów i zastanawianie się które konkretnie osoby będą stanowiły główne postaci owego dramatu. Bo jeśli czekaliśmy na to, że przeczytamy kolejną opowieść o wspierających się kobietach, to tak, czytaliśmy ją, ale…do czasu. Bo jeśli mieliśmy nadzieję, że wszystko się poukłada, to…Ano właśnie. 
Niemniej jednak z tej książki wypisałabym parę refleksji, które mnie nachodziły podczas refleksji. A były to takie stwierdzenia, „Matka nigdy się nie podda, podczas walki o dziecko, nawet jeśli to dziecko odpycha ją od siebie ze wszystkich sił”, „Czasem to, co wydaje się być takim sobie rozwiązaniem, dla kogoś okazuje się być najlepszym i idealnym i może czas zweryfikować swoje oczekiwania”. 

 A teraz parę cytatów, strona 263 „(…) kiedy będziesz starszy (…) zdasz sobie sprawę z tego, że to, co uwazałeś za ważne, tak naprawdę nic nie znaczy, a jedyne, czego będziesz żałował, to będą te chwile, kiedy byłeś dla kogoś okrutny, nieprzyjazny albo kiedy komuś czegoś poskąpiłeś, albo kiedy przez swoje osądy komuś nie pomogłeś. A twoja matka nie miała w swoim sercu ani jednej, nieprzyjaznej myśli. 

I jeszcze jeden cytat ze strony 264, „(…) akceptacja nie jest równoznaczna z poddaniem się”. 

A poza cytatami, to także książka o samoakceptacji i o zgodzeniu się na to, że nie zawsze musi być coś w stu procentach, abyśmy byli szczęśliwi i że w każdej chwili możemy pogodzić się sami ze sobą. O czym mówi nam ostatnie zdanie tej powieści. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Kod Kathariny”. Jorn Lier Horst.

 Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2019). E-book. 

Przełożyła Milena Skoczko. 
Tytuł oryginalny Katharina-koden.

To moje pierwsze spotkanie z autorem (mam wrażenie, że książka nabyta w jakiejś promocji około targowej i leżała sobie na czytniku i czekała na swoją kolej). Tak , wiem, że to jedna z późniejszych z cyklem ze śledczym Williamem Wistingiem, ale spokojnie można czytać bez znajomości poprzednich (chociaż już czuję, że miałabym ochotę na poznanie w kolejności całego cyklu). 

Myślę, że to nie jest kryminał dla każdego. Ma spokojny rytm, nie ma tu absolutnie żadnych wartkich zwrotów akcji. Właściwie, nawet nie tyle prowadzi się tu śledztwo, ale chce się udowodnić coś, co podświadomie wie się od lat. Przeczytałam w jakimś opisie, że ktoś pisze, że do kryminałów z tym śledczym wraca się jak do ciepłego domu, czy coś w ten deseń i właściwie ktoś napisał coś, co sama odczuwałam podczas lektury tego. Dziwnie,bo to wciąż kryminał z dwiema konkretnymi zbrodniami. Ale jednak całość napisana jest tak, że jakoś z przyjemnością zanurzałam się w świat wykreowany przez autora. Polubiłam śledczego i jego rodzinę.

Przez dwadzieścia cztery lata śledczy William Wisting pamięta o zaginięciu pewnej kobiety, Kathariny. Kobieta zniknęła z domu pozostawiając w nim samotnego męża, bardzo konkretnie naszykowane do spakowania ubrania i rzeczy, oraz kartkę z niezwykłym kodem, zostawioną na blacie w kuchni. William co roku w okolicach zaginięcia kobiety odwiedza jej męża, i wraz z upływem lat nawiązują oni coś w rodzaju przyjaźni. 

Ten rok jest jednak inny. Po latach niepewności i niewiedzy czas na przełom. A o co dokładnie chodzi, wyczytać można z książki właśnie. 

Jak napisałam, podoba mi się ta część serii o śledczym Wistingu i zamierzam poznać więcej z tego cyklu a na tapecie obecnie – „Jaskiniowiec”. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Szanta”. Wojciech Wójcik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam Mazury. Od paru lat również Warmię, ale swego czasu to Mazury bywały miejscem mojego wytchnienia i wypoczynku.
Piękne okolice, krajobrazy, potęga przyrody, lasy i jeziora. Blikość natury, śpiew ptaków, sarny i koniki polskie, które można podziwiać. To wszystko dawało mi dużo poczucia spokoju i wręcz sielkości. I mimo, że nie żegluję, to naprawdę potrafiłam znaleźć tam wytchnienie.
Akcja „Szanty” dzieje się właśnie w pięknych okolicznościach przyrody, w okolicach miasteczka Ruciane-Nida. Z tym, że akcja książki zupełnie nie ma się do atmosfery sielskości i spokoju, jaki na początku odmalowałam.
Jak to w kryminałach autora bywa, w książce będą toczyły się dwa osobiste dochodzenia, czy raczej chęć poznania tego, co się naprawdę wydarzyło. Jagoda Matusiak, to narratorka, która opowiada nam o swojej pracy w mającym powstać Muzeum Żeglarstwa. Muzeum ma powstać, ale od początku są z tym problemy. Najpierw znalezione zostaje bowiem ciało fundatora placówki i inicjatora, Sylwestra Preussa. Profesor z Warszawy, osiedlił się w okolicy i z nią związał większość swojego życia. I właśnie, gdy jego życie miał dopełnić się budową muzeum, czyli dzieła życia, zostaje znaleziony martwy w piwnicy placówki, kiedyś będącej ośrodkiem wypoczynkowym, a obecnie właśnie przyszłą placówką kulturalną.
Samo to nie wzbudziłoby może jakichś podejrzeń, jako, że prawdopodobnie odebrał sobie życie, ale niestety, parę tygodni później martwa i nie z własnej ręki, zostaje znaleziona Malwina, kierowniczka niedoszłej placówki. W obliczu ewidetnej zbrodni rusza śledztwo, a ślady prowadzą w wiele miejsc.
Jak wspominałam na początku, Jagoda, narratorka, będzie chciała dowiedzieć się, co się dzieje w muzeum, na dyrektorkę którego zostaje niespodziewanie nominowana. Wraz z dwiema pracownicami, Emilią, młodą mamą i Romą, usiłuja postawić na nogi inicjatywę, a jednocześnie Jagoda usiłuje dowiedzieć się, co się tak naprawdę dzieje. Czemu zginęła tragicznei poprzednia dyrektorka i czy ma to może związek z jakimś skarbem znajdującym się wśród rozlicznych zbiorów muzeum? Bo jest tu co podziwiać i co katalogować. Sylwester Preuss był miłośnikiem sztuki starowierców, których klasztor w Wojnowie stanowi ogromną atrakcję tamtego regionu (byłam, podziwiałam).
Wspominałam o Jagodzie, ale muszę wyjaśnić, kto jeszcze będzie podążał śladem zbrodniarza ( a może zbrodniarzy?). Otóż były policjant po przejściach, Hubert i osoba, którą pozna dopiero w czasie początku akcji książki, Helena, podająca się za dziennikarkę (jednak były policjant szybko zaczyna podejrzewać, że nie ma to nic wspólnego z prawdą).

Muszę powiedzieć, że polubiłam Jagodę, muzealniczkę, która porzuciła pracę w Luwrze na rzecz pracy w małym, lokalnym mazurskim muzeum i której zależało na tym, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się w ich ośrodku, a także, co dzieje się w okolicy i czy pracujące w placówce kobiety muszą zacząć się czegoś obawiać? Tym bardziej, że zaczynają ginąć kolejne kobiety. A pozostają po nich jedynie obcięte włosy…

Nie ukrywam, że oprócz wątku kryminalnego, ciekawe dla mnie było „podróżowanie” na kartkach książki po mazurskich terenach i miejscowościach, które znam bardzo dobrze z własnych wypraw i które zawsze wspominam z wielkim sentymentem. Ogromnym plusem książki jest też dla mnie przybliżenie nieco sztuki starowierców i sądzę, że ktoś bardziej zainteresowany tematem z pewnością sięgnie teraz po coś bardziej już tematycznego, a sądzę,że temat jest warto poznania i rozwinięcia, jako ogromnie frapujący.

Muszę też przyznać i uważam to za zaletę, że w rezultacie nie spodziewałam się, że sprawcą jest ta a nie inna postać z książki, a i motywacje okazały się dla mnie zaskakujące.
Jak to u tego autora bywa, uprzedzam, że postaci jest sporo i warto jednak ogarniać, kto jest kim, żeby nie stracić wątku.
Jednak akcja tę mnogość uzasadnia i rekompensuje.

Moja ocena to 5 / 6.

„Wygrywa pierwsze kłamstwo”. Ashley Elston.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Przełożyła Agnieszk Brodzik.
Tytuł oryginalny First Lie Wins. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No i proszę, jak to bywa. Kiedy przeczytałam zapowiedź tej książki i jej krótki opis, wydawało mi się, że to będzie coś, co mi się spodoba. Ale potem zaczęłam dumać, a właściwie, brzmi jak tyle tytułów, które już się znało, czytało itd. Z jednej strony, polecała tę pozycję w swoim klubie książkowym Reese Whitherspoon, z drugiej, maruderzy w książkowych miejscach zawsze narzekają na tego typu polecanki, że niby celebryci, to co oni mogą wiedzieć o książkach itd. Ale ostatecznie, „Wygrywa pierwsze kłamstwo” najwyraźniej miało do mnie trafić, bo trafiło i…nie mogłam się oderwać !!! Ha, czyli książki naprawdę wiedzą, kto je zechce czytać! 

Tak, to thriller, żadne tam dzieło filozoficzne. Ale przecież ja uwielbiam i kryminały i thrillery właśnie. Powiem Wam, że naprawdę, dawno coś mnie aż tak nie wciągnęło. 
Przyznaję od razu, że autorki wcześniej nie znałam, wiem, że to autorka dotychczas książek raczej dla młodzieży i młodych dorosłych, ale nie czytałam żadnej z przez nią napisanych. Aż do teraz. 

„Wygrywa pierwsze kłamstwo” rozpoczyna się w chwili, gdy poznajemy Evie Porter, która mieszka od niedawna w małej miejscowości w Luizjanie z chłopakiem Ryanem Sumnerem. Wydaje się, że wiedzie idealne życie. Oto piękny dom, czy wręcz posiadłość na amerykańskim południu, piękny, jak z reklamy i kochający chłopak, ogród, w którym można posadzić najpiękniejsze kwiaty, interesująca praca i…coś, co jednak główną bohaterkę, która prowadzi narrację pierwszoosobową, „uwiera” w tym idealnym życiu. A no tak, fakt, że tak naprawdę Evie, czy raczej , Evelyn Porter, tak naprawdę w ogóle nie istnieje. A sam Ryan Sumner jest nie tylko jej chłopakiem, który nosi ją dosłownie na rękach, a raczej jej celem. Jej, czy raczej jej tajemniczego szefa, pana Smitha, kontaktującego się z kobietą w bardzo ostrożnie określonych realiach i okolicznościach. 

Akcję książki poznajemy nielinearnie, bo część wydarzeń streszcza czytelnikowi Evie w czasie obecnym, a do części sięga wstecz , nawet dziesięć lat wstecz. To dzięki owym wspomnieniom dowiadujemy się o charakterze jej nietypowej pracy i o tym, jak to się stało, że doszła tu, gdzie jest teraz i dlaczego jej poprzednie zadanie zakończyło się spektakularną klapą. 

Co mi się spodobało w „Wygrywa pierwsze kłamstwo”?  Na pewno wartkość akcji, bieg wydarzeń, to, że na swój sposób, mimo, że niezbyt to z pewnością słuszne, polubiłam główną bohaterkę i zwyczajnie kibicowałam jej w poczynaniach. Wreszcie, sam opis zadań, które w swojej pracy zlecał jej pan Smith, i to, jak poznawałam kulisy tych działań. 
Akcja książki jest prowadzona tak, że najpierw naprawdę byłam pewna, że będę wiedziała, jak to się wszystko potoczy i najpewniej, jak się skończy, po czym Ashley Elston za pomocą Evie dała mi delikatnego prztyczka w nos i zapewniła, że nie warto przyzwyczajać się do wytartych schematów 🙂 I że ładne amerykańskie dziewczyny są nie tylko ładne, ale mają głowę na właściwym miejscu. 

Powiedziałabym,że gdyby ktoś oczekiwał, że jakimś powiedzonkiem, czy przysłowiem opiszę mu nastrój tej książki, to odpowiedziałabym tak „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. 

Według mnie „Wygrywa pierwsze kłamstwo” to książka idealna wręcz dla miłośników thrillerów, ale i dla kogoś, kto chce poczytać coś dobrego, ale zwyczajnie rozrywkowego i być może szuka dla siebie lektury na nadchodzącą majówkę?

Moja ocena raczej Was nie zaskoczy. Jest to 6 / 6. 

„Ucichły ptaki, przyszła śmierć”. Michał Śmielak.

Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2023). Ebook. 


Polubiłam kryminały Śmielaka odkąd przeczytałam w grudniu 2023 jego „Osadę”. Od tej pory korzystam z promocji na ebooki i co pewien czas coś tam sobie kupuję w dobrej cenie. Tym samym mam już całkiem sporo jego książek za sobą.
A teraz przyszła kolej na tę. Czterech przyjaciół z powiedzmy, wczesnej młodości, jedzie na nietypowy wieczór? parodzień raczej, kawalerski w Beskidy. Wyprawa pod hasłem „Szlakiem beskidzkich duchów i upiorów” ma być wyprawą na zasadzie, „co się dzieje w górach, zostaje w górach” i świetną zabawą, ale ostatecznie okazuje się ekstremalną grą o przetrwanie.
Czytałam (już po lekturze), tak raczej z ciekawości, opinie i widzę i zadowolonych czytelników i mniej zadowolonych. Mnie się podobała, chociaż przyznaję, że bardzo dosadne i krwawe opisy zadanych przed śmiercią ofiarom tortur, zwyczajnie omijałam wzrokiem. Bardzo nie lubię dosłowności i brutalności, a tu tego trochę było, no ale trudno.
Ogólnie pasował mi styl opowieści, bowiem to, co się wydarzyło poza szlakiem, opowiada przebywający w szpitalu psychiatrycznym jedyny ocalały członek tej wyprawy. I właśnie jakos styl mi pasował do faceta, który jeszcze parę tygodni temu miał mieć zapowiedź świetnej zabawy i ślub z ukochaną, a tu nagle los zafundował mu inne rozwiązanie.
Myślę, że tym, którzy lubią książki autora, ta się spodoba, jeśli jeszcze jej nie czytali, ale ona chyba ma już parę lat, więc pewnie miłośnicy dobrze już ją znają.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Ptasiek”. William Wharton.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2004).

Przełożyła Jolanta Kozak. 
Tytuł oryginalny Birdy.

Książkodzielnia osiedlowa daje mi kolejną możliwość powrotu do książek, które czytałam wieki temu i które mi się wtedy podobały i taką też możliwość zweryfikowania opinii (chociaż czytałam tak dawno temu, że zwyczajnie zostało po prostu wrażenie, że mi się podobała wówczas ta książka).

I co? I okazało się, że obroniła się! Żeby była jasność, nie każę się komuś zachwycać, jeśli stwierdzi, że to gniot (tak lubiany przez Polaków swego czasu Wharton mam wrażenie, że nieco potem został przez niektórych oceniany jako taki mniej ambitny? nie wiem, mnie to średnio rusza, ale oczywiście opinie można mieć i przedstawiać).

„Ptasiek” to opowieść, którą poznajemy z dwóch perspektyw. Najpierw – Ala, młodego mężczyzny, który po kontuzji odniesionej na froncie IIWŚ zostaje odtransportowany do USA i tam poproszony o odwiedziny przyjaciela z dzieciństwa, Ptaśka, którego imienia nie poznajemy chyba przez całą książkę). Ptasiek wylądował w bardzo ciężkim stanie w szpitalu psychiatrycznym i psychiatra go prowadzący zastanawia się, czy wizyta kogoś z przeszłości nie pomoże chłopakowi.
Tak więc poznajemy akcję i z opowieści i wspomnień Ale, lecz także z persoektywy wspomnień samego Ptaśka.
A Ptasiek, to osoba nadwrażliwa i z pewnością nie przystająca do tak zwanego ogółu społeczeństwa. Znalazł on sobie bezpieczną niszę na swoją oryginalność w miłości do ptaków i z czasem zwyczajnie zechciał zostać jednym z nich.

„Ptasiek” to piękna opowieść o tym, jak bardzo możemy nie przystawać do otaczającego nas świata, ludzi, rzeczywistości i jak czasem jesteśmy w stanie znaleźć sobie takie schronienie, w którym będziemy czuć się bezpieczni.
To także opowieść ogromnie współczesna, jak dla mnie, w kontekście tego, że może i lata mijając i zmieniają się didaskalia rzeczywistości, ale jednak jednym z największych skarbów, jakie człowiek w życiu może mieć, to kochająca rodzina, a jeśli tej zabraknie, to przyjaciel, który toleruje cię ze wszystkimi twoimi wadami, dziwactwami i tym, co odrzucać może innych.
Wreszcie, to aktualna opowieść o tym, że wrażliwcy zawsze mają w życiu ciężko i że łatwo jest kogoś wyśmiać, czy zaszufladkować, chociaż nie ma się pojęcia, jak tragiczne mogą być tego konsekwencje.

Cóż, ja ją dosłownie pochłonęłam i polecam. Na półce wzięta również z Książkodzielni kontynuacja, chociaż na razie robię przerwę, z racji innych ksiązkowych zobowiązań.

Moja ocena to 6 / 6.

Odszedł Mario Vargas Llosa

Zmarł Mario Vargas Llosa, laureat literackiej Nagrody Nobla z roku 2010.
Zajrzałam na Biblionetkę, czytałam pięć jego książek, z których dwie znalazłam zrecenzowane przeze mnie na blogu. Podrzucam linki.
Może chcecie się podzielić swoimi odczuciami na temat Jego książek? W sumie, to kończy się pewna epoka, nieodwracalnie, odchodzą ci, którzy kiedyś tworzyli naprawdę potężny kanon literatury. Owszem, są nowi, którzy tworzą swój, nowy, ale nie ma co się oszukiwać, zostało puste miejsce, którego łatwo się nie zapełni.

„Jedyna córka”. Guadalupe Nettel.

 Wydana w Bo.wiem. Kraków (2025).

Przełożyła Barbara Bardadyn. 
Tytuł oryginalny La hija unica. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

No, powiem tak, mało, a tej recenzji mogłoby w ogóle nie być. Czemu? Możecie się spytać i w sumie, słusznie, bo cóż to za deklaracje książkowego buntownika? Ale ta niepewność, czy będę w stanie skończyć „Jedyną córkę” wynikła dość szybko z powodu jednego z wątków pojawiających się w książce.
Jednak, cóż, najpierw stwierdziłam, że chcę doczytać do zakończenia jednego wydarzenia i zastanowić się, co dalej zrobię, a następnie popełniłam rzadko czyniony przez siebie książkowy grzeszek. A mianowicie- przekartkowałam książkę do końca. I stwierdziłam, że mimo, że temat dalej nielekki, to chcę jednak z nim się zmierzyć. 

„Jedyna córka”, to opowieść o trzech kobietach, Laurze, Alinie i Doris. Laura i Alina są przyjaciółkami, a Doris, to nowa sąsiadka Laury. 
Historie ich trzech poznajemy ustami Laury, narratorki. 
Każda z kobiet staje w obliczu swojego indywidualnego podejścia do macierzyństwa. Laura jest zdeklarowaną przeciwniczką posiadania potomstwa, czemu daje bardzo jasny wyraz. Alina, kiedyś deklaratorka wolności i swobody, co wiąże z byciem bezdzietną, z czasem zmienia swoje nastawienie i zaczyna z partnerem długotrwałe i uciążliwe starania o dziecko. Natomiast Doris, to kobieta po przejściach, która mamą już jest, bo do kamienicy narratorki wprowadza się z ośmioletnim synem, Nicolasem. 

Jak już wspomniałam, to nie jest łatwa książka. Dwie z opisanych kobiet mają ogromne problemy. Nie zdradzę tu żadnego sekretu, jest to na okładce książki, że ciąża Aliny nie będzie przebiegała tak, jak to sobie mogła wymarzyć. W końcówce ciąży bowiem kobieta dowie się, że jej córeczka, którą nazwano już Ines, umrze zaraz po porodzie. Czy można przygotować się na tak straszną wiadomość? Czy można dosłownie z dnia na dzień niemal nastawić się na to, że twoje marzenia, które z takim trudem realizowałaś, po prostu zostały zrujnowane, a wszystko to, na co miałaś nadzieję, że wydarzy się w przyszłości, pierwszy świadomy uśmiech dziecka, pierwsze słowa, raczkowanie, kroki nigdy się nie wydarzą? Nie będę ukrywać, że ta część była dla mnie najbardziej mroczna i najtrudniejsza i gdyby nie to, że jednak coś mnie podkusiło, żeby spróbować zmierzyć się z tematem, pewnie wówczas już bym ją zostawiła. Przejmujące było dla mnie to, co znam z własnej przecież chociaż nieco innej, niż Alina, perspektywy. Ale niewyobrażalnie smutno czytało mi się opisy tego, jak przyszli rodzice zwijali swoje marzenia sprzątając to, co miało być „dla Ines”…

I mimo, że mamy tu jeszcze dwie bohaterki i ich losy również są istotne i ważne, to akurat faktycznie historia Aliny i jej sytuacja jest według mnie, przynajmniej, najbardziej wyraźnie podkreślona, zaakcentowana. Nawet samym tytułem, który możemy przetłumaczyć w odniesieniu do córki, jako „jedyna” w kontekście „jedyna w swoim rodzaju”. 

Bardzo ciężko jest mi napisać coś mądrego na temat tej książki bez popadanie we wspomnienia i własny smutek, jaki był udziałem moim i mojego męża. 
Osobiście jednak wyłuskuję z tej książki ten wątek, jako najistotniejszy dla mnie samej, bo wiem, że autorce udało się przenieść na karty książki prawdę, która stała się niechcianym udziałem osób, które przeszły różnego rodzaju tragedię związaną z dzieckiem. Niektóre myśli, czy stwierdzenia bohaterów, tu, partnera Aliny, Aurelia, który na wieść o tym, że dziecko z wadą, którą ma Ines rodzi się jedno na sto tysięcy urodzin, stwierdza, że, cytuję „(…) Mieliśmy większe szanse wygrać kumulację na loterii”, sama znam z własnego rozpatrywania osobistej tragedii. Rozbierania nieszczęścia na detale i czynniki pierwsze i zastanawiania się, czy gdyby coś tak lub coś nie tak, to stałoby się inaczej? A jednak ostatnie słowa książki, to stwierdzenie Aliny, która mówi do Laury „(…) Nie denerwuj się, (…). Będzie, co ma być. Nikt przed tym nie ucieknie”. 

I to, co sama myślałam po odejściu Emilki, czyli „(…) Istnieje słowo na określenie tego, kto traci męża lub żonę, a także słowo nazywające dzieci, które zostają bez rodziców. Nie istnieje jednak żadne słowo określające rodziców, którzy tracą swoje pociechy. W przeciwieństwie do innych stuleci, kiedy to umieralność dzieci była bardzo wysoka, w naszej epoce to się nie zdarza. Jest to coś tak strasznego, tak nieakceptowalnego, że postanowiliśmy tego nie nazywać”. 

Oraz coś, o czym myślałam bardzo często i to akurat niekoniecznie tylko w strasznym roku 2011, ale też całkiem niedawno, kiedy przeżywałam chorobę mojej Mamusi, zakończoną niestety, Jej odejściem, a mianowicie: „(…) Niektóre osoby traktują nieszczęście jak chorobę zakaźną i wolą odsunąć się od ludzi zmagających się z chronicznym cierpieniem, nawet jeśli są to ich rodzice czy najlepsi przyjaciele. (…)  Alina zweryfikowała swoje przyjaźnie. Jedni przestali się z nią kontaktować, podczas gdy inni (łącznie z osobami, których wcześniej prawie nie widywała) stali się bliżsi.”

Sądzę, że poczujecie się teraz ogromnie zaskoczeni, kiedy napiszę Wam, że tak naprawdę, to „Jedyna córka” jest w swojej wymowie książką o pozytywnym, niosącym nadzieję, przesłaniu. Naprawdę. 
Jestem zdziwiona, bo przyzwyczaiłam się do książek, które jeśli są dobre i takie powiedzmy, mniej rozrywkowe, to przybijają i nie niosą ze sobą żadnej otuchy (piszę tu oczywiście o mojej własnej perspektywie). Raczej rozdrapują rany, niż pomagają uwierzyć, że te kiedyś się zabliźnią. A jednak okazało się, że można napisać coś, co pokrzepi. 
I mam tu na myśli wszystkie wątki w książce. Również ten drugi bolesny, Doris, która sama wychowuje swojego ośmioletniego syna i zmaga się zarówno z traumą chłopca, jak i własną depresją. 
Nie wiem, może to cecha książek i filmów z krajów latynoskich, ale tam faktycznie zawsze jest motyw kobiet wspierających się i to chyba nie tylko. albo nie zawsze na zasadzie „solidarności jajników”, jak chcieliby niektórzy myśleć, ale po porstu wspieraniu się w ciężkich czasach i chwilach. 
„Jedyna córka” pokazuje, że człowiek naprawdę jest stadny i że potrzebuje koło siebie innych ludzi, i to nie tylko w ciężkich chwilach, ale również i dobrze, w chwilach szczęścia i radości, którymi to chce się dzielić z innymi. I że ci ludzie, nas otaczający, mają na nas często niebagatelny wpływ. 

To książka, w której jest dużo kolorowych zaznaczeń. I w której podkreśliłam ogromnie dużo zdań. Dwoma z nich jeszcze się z Wami muszę podzielić, oto one:
„(…) Uważam, że przychodzi taki moment, w którym wszystkie (…) zdajemy sobie z tego sprawę: mamy takie dzieci, jakie mamy, a nie takie, jakie sobie wyobrażałyśmy czy takie, jakie chciałybyśmy mieć, i to z nimi musimy sobie radzić”. 
Drugi zaś, to ten: (…) pomyślałam, że jeśli istnieje przeznaczenie, to jest także wolna wola i polega na sposobie, w jaki podchodzimy do sytuacji, jakie stawia przed nami życie”.

Szczerze Wam polecam „Jedyną córkę”. Jak się okazuje, można napisać książkę o temacie bardzo poważnym i ciężkim nie wtrącając jednocześnie czytelnika na najgłębsze dno smutku i rozpaczy. 

Moja ocena to 6 / 6.