motyw Warmii i Mazur…

…ponieważ bardzo lubię te tereny podczas wyjazdów chętnie czytam o takich w książkach. Jakie znacie książki, w których akcja dzieje się na Warmii lub Mazurach? Mogą być wszystkie propozycje. Mnie do głowy przychodzą książki autorstwa Katarzyny Enerlich, ale właściwie tak na szybko nie potrafię podać innych propozycji tytułów. Chętnie poznam Wasze propozycje i z góry za wszystkie dziękuję. 

Miłego i spokojnego tygodnia Wam życzę , tak przy okazji. 

„Wszystkie kochanki naszego taty”. Manula Kalicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Premiera książki 10.07.2018.

Wcześniej książka ta ukazała się pod tytułem „Tata, one i ja”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bardzo mi się spodobała ta książka. Czytałam wcześniej „Koniec i początek” , która to jest zupełnie inną książką, w innym stylu, z innym klimatem, (pisałam o niej w tym wpisie) i też mi się spodobała bardzo. I oto na pewno będę chciała czytać i inne książki Manuli Kalickiej bo ogromnie mi się podobały obie, chyba właśnie za różnorodność a jednocześnie za świetny styl , spójną fabułę , niezwykle ciekawych bohaterów, którzy bardzo ludzcy, z zaletami ale i wadami, zwyczajnie dają się lubić. Nie do końca wiem co myśleć , co kogo adresowana jest książka „Wszystkie kochanki naszego taty”. Może być zarówno adresowana do starszej młodzieży jak i dorosłych w każdym wieku, tak sądzę. 

Karolina ma piętnaście lat, Paulina sześć. Poznajemy je w chwili gdy dotąd wychowywane przez mamę po rozwodzie rodziców, zostają oddane pod opiekę ojca. Tata, Eryk, to rockman, który nagle z chwili na chwilę zostaje włączony w konkretną opiekę nad dorastającymi córkami.  Zarówno jego była żona, która zostawiła córki i wyjechała z narzeczonym do Afryki, jak o on sam, nie do końca byli chyba gotowi na bycie rodzicami. Jednak jakoś się to wszystko kręciło. Teraz zaś zostało postawione na głowie. Na szczęście na podorędziu jest fantastyczna (niechcąca przyznawać się do wieku:) ) babcia Fredka (była teściowa Eryka) i jej czwarty mąż, Artur. Kiedy ojciec rusza w trasę ze swoim zespołem Karolina i Paula mają wsparcie w tej dwójce. Niemniej jednak nawet przy pomocy byłej teściowej, Erykowi jest dość trudno w jakby nie było, nowej sytuacji życiowej. Tata stara się jak może i oto on staje na czele tej rodziny. Czuje się jednak samotny, a wynikiem tego są zmieniające się nieustająco nowe partnerki Eryka. Przez dom, który zresztą został zamieniony na dom w Zalesiu Dolnym, przewinie się spora grupa pań, z których część będzie chciała zostać na dłużej już jako potencjalne macoszki Karoliny i Pauliny. Jedne z nich będą milsze, i dziewczynki nawet je polubią, inne okażą się niezłymi oryginałami. Będzie też postrach rodziny, z gatunku „omijać jak najbardziej”.

Cała ta opowieść napisana jest w stylu zabawnym, z wielkim poczuciem humoru. Wiem, że brzmi to oklepanie ale tak, napiszę to, w tej książce jest naprawdę galeria barwnych i oryginalnych postaci. To nie jest rodzinka jak każda ale tym bardziej to dobrze. Nie ma tam słodu , jest samo życie, tylko członkowie rodziny potrafią nawet największe zmartwienie jakoś odpowiednio potraktować i poradzić sobie z nim. Ta opowieść napisana jest niezwykle zabawnie ale jednocześnie opowiada o sprawach ważnych a nawet najważniejszych. Wzruszała mnie bardzo troska starszej siostry o Paulinę. Podobało mi się też jak w sytuacji gdy wystarczająco wiele własnych zmartwień zwaliło się na dziewczynki, porzucenie przez mamę, nowe osoby w domu, brak stabilizacji, to znalazły one serce i wyciągnęły pomocną dłoń pewnemu zagubionemu młodemu chłopakowi.

„Wszystkie kochanki naszego taty” opowiada o sprawach ważnych jakimi są rodzina, wsparcie bliskich osób, dobro, miłość, bycie względem siebie serdecznym. Czytając niby to się śmiejemy ale też możemy wzruszyć a jednocześnie nie czujemy , że autorka nami manipuluje. Wszystko to jest prawdziwe i wiarygodne. 

„Wszystkie kochanki naszego taty” to bardzo ładnie opowiedziana historia. Nieco zwariowana, nieco szalona, ale jednocześnie ogromnie, ogromnie mądra. Zabawna i wzruszająca ale nie na siłę. Wszystkiego jest w niej akurat i tyle ile potrzeba.

Myślę, że ci, którzy jeszcze jej nie czytali, będą mieli taką samą dobrą lekturę jaką miałam ja. 

Moja ocena to 6 / 6.

„W starym dworze”. Bogusław Adamowicz.

Wydana w Wydawnictwie WasPos. Warszawa (2018). Ebook.

Książka „W starym dworze” to jak głosi podtytuł , opowieść fantastyczna. Klasyczna powieść grozy.

Napisana przez autora w roku 1908 , już samym tym budzi ciekawość i zainteresowanie. Jak się ma stareńki horror? powieść grozy jednak jest lepszym określeniem i przy takowym zostanę, do tego co współcześnie oferuje nam rynek? Nie należy zapominać, w jakim czasie powstała książka „W starym dworze”. A mianowicie powstała w czasach kiedy ludzie masowo interesowali się spirytualizmem. 

Jak nawet pisała w swoich wspomnieniach Magdalena Samozwaniec, modne były w początku ubiegłego stulecia spotkania połączone z wywoływaniem duchów, nie dziwne więc , że i książki o duchach powstawać „musiały”. 

„W starym dworze” rozpoczyna się w chwili gdy jednego wieczoru w pewnym pensjonacie toczy się rozmowa o niejakim profesorze Menszlu. Mężczyzna ów pragnął ogromnie udowodnić , że duchy istnieją. Jednak nie udawało mu się to. W pewnej chwili osoba, która rozpoczęła dyskusję o owym profesorze, stwierdza z lekkim strapieniem, iż Menszla sobie wymyślił. W tym momencie jednak odzywa się do tej pory milczący i siedzący z boku mężczyzna, który twierdzi, że nie jest to możliwe. Że profesor jak najbardziej istnieje. Przysiada się i rozpoczyna swoją opowieść. Oto bowiem czas jakiś temu odziedziczył on spadek. Szczęściu nie było końca, zwłaszcza, że suma była niebagatelna. Młody mężczyzna ruszył załatwiać sprawy spadkowe, które to jak zawsze, wiązały się z pewnymi niedogodnościami. Aby załatwić sprawę, musiał jednak zboczyć z obranej trasy i wstąpić do miejscowości swego urodzenia aby tam uzyskać niezbędne ku temu dokumenty. Nie bardzo chciano zawieźć go tam drogą krótką, proponowano trwający zbyt długo objazd. Wreszcie jeden z powożących wozem zgodził się na taką drogę. Ruszyli i okazało się , że faktycznie lęki i obawy, jakie żywili inni woźnice nie były takie bezpodstawne. Dziwne cienie, odgłosy, plątanie się dróg i czasu…W końcu jednak udało się podróżnikom napotkać na swej drodze dworek szlachecki. Po dotarciu tam okazało się, że jest on mocno podupadły i zamieszkały przez trzyosobową rodzinę . Leonę i jej dwójkę dziadków. Babunię i dziadziusia, słabiutkich, siwiuteńkich i stareńkich, ale serdecznych i skorych do długich wieczornych rozmów. A przede wszystkim skorych do ugoszczenia niespodziewanego gościa dłuższy czas. Leona to młoda kobieta, rozkwitła niczym piękny kwiat, i nie dziwne, że początkowo sumitujący się iż musi szybko opuścić domostwo bohater i narrator opowieści, którego to nigdy nie poznajemy z imienia i nazwiska, nie ma wcale ochoty opuszczać gościnnych progów dworku. A że mieszkańcy dziwni nieco i tacy niedzisiejsi jakby ? A że służba jest a właściwie jej nie widać? A że pojawia się wielokrotnie dziwnie posępny młodzieniec, który wydaje się psuć idylliczną atmosferę coraz to zacieśniających się między dwojgiem młodych więzów? 

W książce nie brakuje dywagacji i rozważań o duchach. Nie brak też wygłaszanych głosem dziadka Leony prawd i mądrości, anegdotek co prawda mocno już przeterminowanych. Jest też, co sądzę, że w rozkwicie spirytualizmu tamtego czasu, lekka „walka” starego i nowego oraz „serca, emocji i „mędrca szkiełka i oka” ” czyli po prostu serca i rozumu. 

Język powieści został podobno uwspółcześniony pod kątem językowym za to faktycznie czuje się, że jak zapewnia wydawnictwo, zachowano oryginalny charakter książki. 

Nie ma tu duchów, które pojawiają się znienacka i atakują a mimo to atmosfera grozy i niepewności została nakreślona w sposób bardzo zręczny i przyjemy dla czytelnika. 

Moja ocena to 4.5 / 6 

„Tak będzie prościej”. Przemysław Semczuk.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018).

Akcja książki rozpoczyna się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 1992 roku w Warszawie kiedy pewien młody człowiek dokonuje morderstwa. Zabija starszego od siebie , wydawałoby się, że przypadkowo napotkanego homoseksualistę. Ze strony młodego człowieka jednak nie ma mowy o przypadku. Swój cel obiera z zamiarem obrabowania, a potem sprawy wymykają mu się spod kontroli. 
Następnie akcja książki przenosi się w Kotlinę Jeleniogórską. W Jeleniej Górze w styczniu 1993 zostają znalezione zwłoki Tadeusza Stecia. Legendy i sławy przewodników i znawców Sudetów.  Autora wielu opracowań dotyczących Kotliny Jeleniogórskiej i okolic. Tadeusz Steć został zamordowany. Tajemnicą Poliszynela był fakt, że zmarły był homoseksualistą. Całe miasto aż huczy po tym , jak dowie się o morderstwie. Natychmiast pojawia się mnóstwo teorii. A to, że zamordował go jego kochanek, a to, że z pewnością była to zbrodnia na tle rabunkowym. W swoim życiu bowiem Steć miał możliwość zgromadzenia sporego majątku. A to z kolei, że być może to efekt domina, wszak chwilę wcześniej zamordowano byłego premiera Jaroszewicza wraz z jego żoną. A , o czym Steć opowiadał, z Jaroszewiczem znali się.Może ktoś eliminuje świadków pewnych wydarzeń jakie miały miejsce pod koniec IIWŚ na tamtych terenach. Do tego pojawiają się jakieś teorie, że bogactwo, które posiadał Steć mogło wynikać z przemytu, wszak mężczyzna znał te okolice jak mało kto, miał okazje i możliwości, więc być może skorzystał z tych możliwości? Teorie się piętrzą, ludzie, jak to ludzie, swoje „wiedzą”, policja rozpoczyna żmudne śledztwo. Nie pomaga orientacja seksualna zamordowanego chociaż akurat ktoś z góry wyraźnie dał nakaz szybkiego rozwiązania sprawy. Policjantom przyjdzie więc odwiedzać kluby, w których zbierają się homoseksualiści czy podążyć śladami Stecia aż pod Obserwatorium Meteorologiczne na Śnieżce. Wszystko to rozgrywa się w czasie silnej zimy, to w końcu góry i tu aura nie rozpieszcza. Opis pewnego wjazdu w górę powoduje, że człowiek nawet siedząc i roztapiając się w fotelu gdy za oknem upał, ma wrażenie, że zaczyna marznąć. Bardzo wiarygodnie odmalowana ta wyprawa i w ogóle opis tego jak wygląda na Śnieżce i w jej okolicach. Nie tylko zimą. Ja z przyjemnością poczytałam o procesie powstawania kompleksu, w którym obecnie mieści się Obserwatorium. Byłam tam kiedyś, na Śnieżce, więc to przyjemny dodatek co człowiek widział.

Widać to, że autor książki jest dziennikarzem. Widać dobre pióro i konkret opisów. Tu nie ma miejsca na to, co lubimy w kryminałach skandynawskich czyli psychologiczne analizy. Jest natomiast coś, co ogromnie mi się podobało. Dla mnie przypomnienie, dla młodszych ode mnie zapewne po prostu opis tego, jak wyglądała Polska tuż po zmianie ustroju politycznego. Służby mundurowe zmieniają nazwy i siedziby, w sklepach z dnia na dzień pojawiają się dotąd niemożliwe do nabycia towary, a ludzka mentalność, ludzkie przywary , wady, oczekiwania, obawy, to wszystko pozostaje bez zmian. 
Takie wspomnienie tamtych czasów, marek, które królowały w sklepach , ale nie nachalnie, natomiast dobrze oddaje to tamten klimat. Nagle odzyskanej wolności, kiedy ludzie poczuli, że po latach mogą odetchnąć pełną piersią. Niektórzy nawet korzystali z tej możliwości aż nadto. 

Morderstwo Tadeusza Stecia to nie literacka fikcja. Po raz kolejny widać dziennikarską pasję autora bo pod koniec książki możemy przeczytać jego artykuł z Newsweeka (edycji polskiej) z roku 2010, w którym pisze i o samej zbrodni i o tym, że do tej pory nie została ona rozwiązana. Ponieważ mamy jednak świetnych specjalistów w krakowskiej jednostce śledczej o nazwie „Archiwum X”, można mieć nadzieję, że dowiemy się kiedyś co tak naprawdę stało się w styczniu roku 1993 w jeleniogórskim mieszkaniu Tadeusza Stecia. 

Bardzo podobała mi się nie tylko akcja kryminalna książki ale właśnie ten ciekawie opisany etap tuż po zmianach i sposób odnajdowania się Polaków w jakby nie było, nowej rzeczywistości.

Moja ocena to 5 / 6. 

książki, które polecam na wakacje…

…co roku odkąd pamiętam czyli od jakichś dwóch lat (pamiętacie, jak to było w Mikołajku? 😛 , coś podobnego tam „szło” ), moja Przyjaciółka odzywa się do mnie z pytaniem „A co byś mi poleciła na wakacje?”. I co roku coś tam staram się Jej odpowiedzieć a wczoraj stwierdziłam, że popełnię sobie takowy wpis z książkami, które bym chętnie innym na wakacje właśnie poleciła. I nie ukrywam, że liczę na Wasze polecanki właśnie z myślą o czytaniu w bardziej niż zwykle wolnym czasie.

Podczas wakacji osobiście wolę lektury lżejsze a przynajmniej nie bardzo mnie przygnębiające. Nie mówię, że to jest jedyna recepta na czytanie na urlopie, wyjaśniam, że raczej nie będzie tu polecanych „non fiction” chociaż jeden tytuł polecę. 

I tak oto, nie jest to nowość ale ku mojemu zdumieniu wciąż dowiaduję się o osobach, które nie znają serii o arystokratce Marii Kostce, autorstwa Evzena Bocka. I tak oto polecam „Ostatnią arystokratkę”, „Arystokratkę w ukropie” i „Arystokratkę na koniu”. Niepohamowane salwy śmiechu gwarantowane więc nastawić się raczej trzeba na to, że ludzie mogą na nas zerkać 🙂 To książki, które zawsze polecam gdy ktoś szuka czegoś do pośmiania się i poprawienia nastroju.

Z obiecywanego reportażu, polecam „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak. To o Hiszpanii współczesnej ale niekoniecznie pod kątem turystycznym.

Z zupełnie innych klimatów, obiecałam bonusik podczas pisania recenzji „Reguły nr 1” Marty Guzowskiej? No więc bardzo polecam tej autorki „Chciwość” i „Reguła nr 1” właśnie. Obie opowiadają o awanturniczce , archeolożce Simonie Brenner. 

Jeśli ktoś chce przeczytać thriller to ostatnio czytana przeze mnie książka Magdy Rem pod tytułem „Będziesz na to patrzył” wydaje się ciekawą propozycją. 

A z kolei jeśli ktoś szuka czegoś lżejszego, spokojnego i takiego z przyjemnym otulającym dobrem i ciepłem klimatem, to polecam najnowszą książkę Frances Mayes czyli „Kobiety w blasku słońca”.

A co Wy polecilibyście jako lekturę na wakacje? 

jaki jest…

…Jaś ? Pewnie nie pamiętacie ale kiedyś, zainspirowana pytaniem Margi o tej samej treści , co pewien czas coś pisałam właśnie w odpowiedzi.

A obecnie Jaś jest zerówkowiczem. Nie wysyłamy Go do pierwszej klasy, będzie chodził do zerówki, ze znanymi sobie koleżankami i kolegami więc to dobre bo i tak na pewno jakoś odczuje nowy etap edukacji chociażby w tym, że zmieniają się nauczycielki prowadzące.

A obecnie mocno usportowiony. W przedszkolu chodził na zajęcia Aikido, które lubi, również na zajęcia piłki nożnej. Jest jak i moja Mama , kibicem i ogląda mecze. Zapewne wie już co to jest spalony, czego ja chyba do końca dobrze nie ogarniam ale też i nie mam takowej potrzeby więc… 

Ale , co wyszło niedawno, jest pasjonatem wspinaczki. Poszliśmy na urodziny jego najlepszego przyjaciela i koleżanki , które organizowane były w sali wspinaczkowej i moje dziecko , pierwszy raz będąc na tego typu sali , po prostu wspięło się pod sam szczyt… Patrzyliśmy na to ze zdumieniem bo co prawda fakt, że na takich mini ściankach wspinaczkowych jakie bywają na placach zabaw, zawsze chętnie się wspinał ale żeby aż tak „zaskoczyć”? Złapał bakcyla i mimo, że urodziny odbywały się zaledwie niespełna trzy tygodnie temu, zdążyliśmy już być na wspinaczce pięć razy. P. również się zaczął wspinać i wygląda na to, że również Mu się to podoba. Ja się nie zdecydowałam jak na razie, ale kto wie, kto wie… 😉 Może w przyszłości. 

„Reguła nr 1”. Marta Guzowska.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2017). Ebook.

Pierwsza część przygód Simony Brenner, awanturniczej archeolożki, została opowiedziana w książce pod tytułem „Chciwość”, o której pisałam w tym wpisie. 

I wtedy byłam zachwycona tą książką. Myślałam, że nic mnie już bardziej jeśli chodzi o Simonę nie zachwyci, aż do chwili, gdy skończyłam czytać „Regułę nr 1”. Pani Marto, mam nadzieję, że ma Pani już w głowie pomysły na części następne albowiem ja po prostu muszę, muszę wiedzieć co będzie się dalej działo z tą niezwykłą bohaterką a przede wszystkim, cóż to za wspaniały i kompletnie bez żadnego drugiego moralizatorskiego dna , relaks podczas lektury Pani książek o Simonie Brenner.

Dla wyjaśnienia. Simona Brenner to światowej sławy archeolożka, specjalistka od złotej biżuterii. I, ups, cóż za niefart. Złodziejka tejże. A konkretnie złodziejka zabytków. Ja wiem, zdaje się, że kajałam się z tego już podczas omawiania „Chciwości”, że tak, zdaję sobie sprawę , że to bardzo nieetyczne i powinno budzić moje oburzenie. I budzi, oczywiście. Co nie oznacza, że automatycznie powoduje moją niechęć do Simony i co za tym idzie, nie sprawia, że chcę poznawać jej przygody.

Już to pisałam podczas pisania o „Chciwości”, książki o Simonie są idealnym materiałem na świetny film sensacyjny, taki współczesny Indiana Jones ale po pierwsze,  w powiedzonkowej spódnicy (wątpię aby Simona miała wiele tego typu garderoby w swojej szafie) a po drugie, o wiele bardziej ładny. Bo to, że bardzo inteligentna jest owa postać, o, to się wie od początku. Simona ma więc głowę na karku i wie kiedy trzeba przystopować bądź kiedy należy zacząć działać. Na pewno pomagają jej prywatnie przez nią stworzone reguły, z których tytułowa reguła nr 1 mówi, żeby „nie ufać nikomu”. No więc, tak, przygody Simony to świetny pomysł na scenariusz filmowy ale podczas lektury tej części przyszła mi do głowy jeszcze inna myśl, a mianowicie, że jest to idealny materiał do rozrysowania komiksu. Może kiedyś ktoś się na to pokusi? Według mnie, byłoby to coś naprawdę interesującego.

Wracając do samej „Reguły nr 1”. W tej części spotykamy główną bohaterkę odczekującą swoje w kolejce do odprawy na lotnisku w Stambule. Ma zamiar przewieźć w bagażu podręcznym coś, co z pewnością nie może się tam znaleźć i czego na pewno nie powinna wywozić z Turcji. Cóż, to przecież Simona, więc co może stanąć jej na przeszkodzie? Okazuje się jednak, że coś a raczej ktoś, jak najbardziej może przeszkodzić w jej planach. Simona zostaje ponownie wkręcona w sytuację, w której niekoniecznie chciałaby się znaleźć ale cóż, kiedy się prowadzi takie życie jak ona i zarabia na życie również tak, jak ona, można się liczyć z tym, że ktoś na nas ma „haka”. Do Simony odzywa się dawny znajomy Konstantinos , który zleca jej odnalezienie ni mniej ni więcej a Złotego Runa. Tak tak, tego mitycznego skarbu. To, że to skarb mityczny wiemy nawet my, którzy nie jesteśmy z wykształcenia archeologami, wie to oczywiście sama Simona ale najwyraźniej ktoś uwierzył w plotki o tym, że ów skarb istnieje. I teraz to Simona ma go odnaleźć i dostarczyć go do Konstantinosa, który to z kolei przekaże go zleceniodawcy.

Co lubię w książkach o przygodach Simony ? To, że jest to właśnie idealna książka sensacyjna, z taką nutką awanturniczości. Że akcja książki dzieje się tak szybko, że czasem wręcz mamy wrażenie, że nie nadążamy za bohaterką i tym co się dzieje.

Za to, że jest tu ciekawie bo zabytki archeologiczne i trochę człowiek się nowego przy tym douczy i za to, że bohaterka ma zalety i wady, jest prawdziwa do cna. I za to, że podczas lektury tej książki człowiek odwiedzi i Rosję i Turcję i Grecję. I za to, że intryga kryminalna trzyma się kupy, że tak może niezbyt elegancko się wyrażę ale nie sądzę aby Simona miała mi to specjalnie za złe. I nawet narrację pierwszoosobową, za którą nie przepadam, „wybaczam” Simonie bo prawdę mówiąc, innej narracji w tym przypadku sobie nie wyobrażam. 

Wartka akcja, ciekawa przygoda i niebanalna bohaterka, cóż więcej trzeba aby po prostu się zwyczajnie zrelaksować podczas lektury? Ogromnie polecam tę książkę. 

Moja jej ocena to 6 / 6.

 

Będę dzisiaj miała dla Was jeszcze mały bonus związany z tą książką (nie, nie będzie żadnych konkursów) więc – oczekujcie 🙂

 

„Moja twoja wina”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. Poznań (2018). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki.

I znów na wstępie zachwycę się okładką projektu pani Ilony Gostyńskiej-Rymkiewicz. Widzimy na niej na górze pod nazwiskiem autorki serce uplecione z gałązek jarzębiny wraz z jej dorodnymi owocami a pod tytułem książki , u dołu okładki naszyjnik? czy może różaniec? z zerwanych ze sznurka jarzębinowych kulek i serduszek. Ta okładka pasuje do treści książki i pojawiającym się motywem samej jarzębiny i również symboliką.

Początek może brzmieć banalnie bo ileż razy to już było. Czyli Urszula, małżonka Marka od pięciu lat, natyka się w galerii handlowej na swego męża, jak ten całuje się namiętnie z okołodwudziestoletnią dziewczyną. Bardziej jasno, że jest niewierny, mąż nie może dać jej do zrozumienia chociaż oczywiście początkowo wcale mu nie na rękę, że żona tak szybko dowiedziała się o romansie. Ponieważ małżeństwo mieszkało w domu rodziców Marka, Ula musi się szybko wyprowadzić. Chociaż nie stało się tak, że z chwilą zyskania wiedzy o zdradzie męża, kobieta nagle przestaje kochać męża, decyzja o wyprowadzce i rozwodzie zapada szybko. 
Urszul trafia do odziedziczonego przez nią domu. Dom jest po ciotce Jarzębince, jak miło nazywano starszą panią w okolicy , do której wyprowadza się Ula. Spadkodawczyni nie była z Ulą spokrewniona ale chciała zostawić dom właśnie Uli. Dom nie jest nawet w tragicznym stanie, owszem , wymaga remontu ale nie jest na tyle źle aby nie można było się do niego wprowadzić. Gorzej z sercem Uli i z jej samopoczuciem. Serce zostało złamane i chociaż wie, że nie potrafiłaby wrócić do wiarołomnego męża, na pewno gdzieś na dnie serca właśnie tli się resztka uczucia do Marka. Który jednak niewiele sobie z tego robi i wręcz jakby uwalniał coraz większe zasoby podłości w stosunku do niebawem już prawnie byłej żony.

Szkoda, że złamane serce nie może z łatwością poddać się naprawie… 

W nowej okolicy i nowym domu Urszula dość szybko się aklimatyzuje. Poznaje najbliższych sąsiadów, odwiedza ją jej wspaniała i serdeczna przyjaciółka Renia, kobieta również po rozwodzie więc mniej więcej mająca świadomość tego, jak czuje się Ula.

W pewnym momencie Ula poznaje też ciekawego mężczyznę, Michała Żuka, o którym krążą jakieś nie do końca prawdziwe informacje na temat jego żony, która wyjechała do Włoch czy córce, która niby gdzieś jest a jakby jej nie było. 
Zrządzeniem losu i za sprawą pewnej miłej suczki, Ula i Michał spotkają się i z początku dość nieufnie do siebie podchodzący, z czasem zaczną coraz częściej się spotykać. 

Niestety, życie to nie bajka i nie zabrzmią teraz trąby obwieszczające happy end. Przed Ulą i Michałem życie postawi nie tyle kłody co wręcz kamienne bloki nieszczęścia i zmartwień. Z którymi to będą musieli się rozprawić tylko oni dwoje. Czy im się to uda? Tego dowiecie się z lektury książki.

„Moja twoja wina” to opowieść o tym jak niełatwo jest zacząć coś nowego w swoim życiu gdy do tej pory było się przyzwyczajonym do jego utartych kolei. Że nie jest łatwo ot tak po prostu przestać kogoś kochać. Że możemy stanąć wobec bardzo trudnych wyborów i musieć się zastanawiać czyje szczęście postawimy na pierwszym miejscu. Wreszcie, że nowe może oznaczać lepsze a na pewno inne i że warto jest ryzykować. To w końcu opowieść o tym jak można zadręczać się wyimaginowanymi winami i że trzeba umieć z tym samobiczowaniem się skończyć. 

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6.

 

„Będziesz na to patrzył”. Magda Rem.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Premiera książki 03.07.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przeczytałam w weekend jeden z lepszych thrillerów jakie udało mi się ostatnio czytać. Ku mojemu zadowoleniu autorką jest nie jakaś popularna zagraniczna autorka czy autor ale osoba pochodząca z Polski i chociaż Magda Rem jak można przeczytać w notatce na stronie wydawnictwa, swoje życie prowadzi obecnie w Wielkiej Brytanii , niemniej jednak uważam Ją a autorkę polską zdecydowanie. I bardzo się cieszę, że jaką mamy na naszym polskim rynku wydawniczym. 

Od razu o czymś uprzedę. Niestety, w tej książce stanie się krzywda zwierzętom. Wiem, że może kogoś bawić takie ogłoszenie ze strony kogoś, kto przeczytał właśnie thriller, trudno, niech się nawet i uśmiechnie, śmiech to zdrowie. Uprzedzam, bo wiem, że jednak są osoby, które z jakichś powodów nie chcą czytać o krzywdzie zwierząt w książkach. Jak i inne, które mają jakieś inne motywy , których w książkach czy filmach wolą się wystrzegać. Ja podczas lektury tej książki miałam dwa z takich motywów, które staram się omijać, niestety, co jednak nie spowodowało , że ją porzuciłam bo zwyczajnie, wciągnęła mnie niesamowicie i już zacząwszy, nie mogłam jej skończyć. Chciałam się dowiedzieć, co stoi za czynami oprawcy i mordercy. 

Ale zacznijmy od początku. A początek tej książki jest mocny. Dobrze ubrany mężczyzna, nie budzący obaw w kobiecie, która przypadkiem go mija, morduje ją. Szybko orientujemy się ,że ów mężczyzna ma jakiś konkretny plan i cel. A za cel obserwacyjny wziął sobie rodzinę Barczów. 

Noszący pseudonim Pająk zachowuje się podobnie jak ów pajęczak. Rozplata sieć, snuje ją niespiesznie z nadzieją na to, że upoluje w niej swoją ofiarę, ofiary? Na razie obserwuje Barczów z najwyższego piętra eleganckiego hotelu. Tam wyposażony w lornetkę, praktycznie niemal uczestniczy w życiu tej rodziny. Rodzina z boku wydaje się być zwykłą rodziną, przeciętną ale przy tym dość szczęśliwą. On Marek, wzięty lekarz kardiolog, ona Elwira,  tłumaczka z języka tureckiego. Mają czternastoletnią córkę Martę. Patrząc na tę trójkę z ukochanym kotem Baltazarem, można by myśleć, że niczego tej rodzinie nie brakuje. Dlaczego więc Pająk wziął sobie tę rodzinę za cel obserwacji i swoich chorych działań? Co stało się i kiedy, że szykuje im najgorsze piekło?

Akcję książki poznajemy nielinearnie. Wspomnienia Pająka poznawane przez nas stopniowo odsłaniają nam jego przeszłość i to, co wydarzyło się w jego życiu. Dramat, który zdeterminował życie właściwie zwykłego człowieka i zrobił z niego oprawcę i mordercę. 

No ale na razie śledzimy wraz z Pająkiem rodzinę Barczów i chwilami aż mamy ochotę krzyknąć do nich aby się bardziej pilnowali, nie lekceważyli symptomów nadciągającego nieszczęścia. Niemniej jednak okazuje się, że pewne zachowania Marka Barcza czy jego żony Elwiry jest wynikiem ich własnych win i ich do tych win podejścia. 

Ta rodzina ma trochę własnych grzeszków, mniej lub bardziej poważnych. Najciekawsze, że o niektórych winach nigdy nie pomyśleli oni w kategorii „wina” gdyż tę wagę dorobił sobie do danych wydarzeń Pająk.
Lubię książki, w których przeszłość determinuje przyszłość i poznawaną w czasie lektury teraźniejszość. „Będziesz na to patrzył” taka właśnie jest.

Jest w niej to, co niezbędne w dobrym thrillerze. Atmosfera coraz bardziej nrastającego niepokoju czy wręcz grozy. Nieobliczalny i niebezpieczny przeciwnik. Niezdający sobie sprawy z własnej sytuacji i powodów ataków bohaterowie. I nasze przeczucie jako czytelnika, że ta raz ruszona lawina nie będzie miała zbyt pozytywnego zakończenia. 

Plus interesujące zakończenie, niemal ostatnie zdanie, które nie powiem, spowodowało ciarki przechodzące mi po krzyżu. 

Trudno jest pisać o thrillerze bez zdradzania treści. Aby zachęcić do lektury, dodam, że czytałam to naprawdę niemal bez oderwania się, tak mnie wciągnęła ta książka. Jak również, wyobraziłam sobie, że mógłby powstać z tego całkiem dobry film. Cieszę się, że mamy na naszym rynku autorów, autorki piszących po prostu bardzo dobre książki  tego gatunku. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie”. Katarzyna Gurnard

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2018).

Autorkę tego kryminału „znam” ze strony Pani Halinka , która to nieustająco mnie bawi i śmieszy a bawiłaby i śmieszyła zapewne jeszcze bardziej gdyby nie fakt, że jest tak bardzo prawdziwa. 

Słysząc, że autorka napisała kryminał zastrzygłam uchem. Na okładce książki widnieje informacja o autorce, że lubi ona książki Agathy Christie i Murakamiego więc tym bardziej chciałam poznać Jej debiut książkowy. 

Tytułowa pani Henryka faktycznie budzi skojarzenia z panną Marple znaną z kryminałów autorstwa Agathy Christie ale też szczęśliwie, nie jest jej wierną kopią. Łączy je to, że obie są samotne , nie mają dzieci . Jednak nie siedzą w domu, wychodzą do ludzi a co za tym idzie, czynią wiele przydatnych potem podczas prywatnego śledztwa, obserwacji. Pani Henryka dodatkowo ma poczucie humoru i wielbi kawę parzoną w tradycyjny sposób. Żadne tam ekspresy, żadne tam rozpuszczalne. Ma być kawa tak zwana „plujka” z dużą ilością cukru. 

Zrządzeniem losu pani Henryka otrzymuje spadek i stać ją na podróże . Jednak pora roku, w której decyduje się na wyjazd nie do końca sprzyja i w rezultacie pani Henryka decyduje się na pobyt w luksusowym i stylizowanym na angielską posiadłość hotelu o nazwie Yorkshire. Hotel w folderach reklamowych zapewnia wszelakie atrakcje dla ciała i ducha , nie wspomina, że może w nim dziać się coś więcej. A stanie się to podczas pobytu pani Henryki. I będzie to zbrodnia. Popełniona , że tak się wyrażę kolokwialnie, w dość ścisłym gronie. Kameralność zapewne tak doceniania przez osoby poszukujące spokoju i ciszy w miłym otoczeniu nie jest jednak atutem w tego typu sytuacji. 

Pani Henryka nie pozostaje bierna w sytuacji, która owszem, zaskoczyła ją ale jedynie początkowo. Nie ma czasu siedzieć i panikować, tu trzeba działać. Co też czyni starsza pani i rozpoczyna swoje własne śledztwo, nie kolidujące przecież z tym policyjnym. A samorodna śledcza ma przed sobą niewielkie grono potencjalnych morderców, z których nikt nie wydaje się zdolny do popełnienia tak okropnego czynu. A jednak, pozory najwyraźniej mylą. 

Książkę czytało mi się dobrze. Faktycznie, zgodnie z opisem na okładce, jest w niej sporo niewymuszonego poczucia humoru i taki właśnie Agathowo Christie’owo subtelny klimacik. Do tego miła bohaterka, która dla każdego znajdzie serce. Plus fragment nieco rodem ze wspomnianej wyżej przeze mnie strony Pani Halinka, czyli scena nadawania przesyłki w kurierskiej firmie 🙂 Można się pośmiać i odnaleźć wspólną nutę. 

Autorka zapowiada kontynuację dalszej detektywistycznej działalności pani Henryki więc najwyraźniej po pierwszej pozytywnie rozwiązanej sprawie, starsza pani wyraźnie na więcej nabrała apetytu. 

Moja ocena to 4.5 / 6.