„Moja twoja wina”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. Poznań (2018). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki.

I znów na wstępie zachwycę się okładką projektu pani Ilony Gostyńskiej-Rymkiewicz. Widzimy na niej na górze pod nazwiskiem autorki serce uplecione z gałązek jarzębiny wraz z jej dorodnymi owocami a pod tytułem książki , u dołu okładki naszyjnik? czy może różaniec? z zerwanych ze sznurka jarzębinowych kulek i serduszek. Ta okładka pasuje do treści książki i pojawiającym się motywem samej jarzębiny i również symboliką.

Początek może brzmieć banalnie bo ileż razy to już było. Czyli Urszula, małżonka Marka od pięciu lat, natyka się w galerii handlowej na swego męża, jak ten całuje się namiętnie z okołodwudziestoletnią dziewczyną. Bardziej jasno, że jest niewierny, mąż nie może dać jej do zrozumienia chociaż oczywiście początkowo wcale mu nie na rękę, że żona tak szybko dowiedziała się o romansie. Ponieważ małżeństwo mieszkało w domu rodziców Marka, Ula musi się szybko wyprowadzić. Chociaż nie stało się tak, że z chwilą zyskania wiedzy o zdradzie męża, kobieta nagle przestaje kochać męża, decyzja o wyprowadzce i rozwodzie zapada szybko. 
Urszul trafia do odziedziczonego przez nią domu. Dom jest po ciotce Jarzębince, jak miło nazywano starszą panią w okolicy , do której wyprowadza się Ula. Spadkodawczyni nie była z Ulą spokrewniona ale chciała zostawić dom właśnie Uli. Dom nie jest nawet w tragicznym stanie, owszem , wymaga remontu ale nie jest na tyle źle aby nie można było się do niego wprowadzić. Gorzej z sercem Uli i z jej samopoczuciem. Serce zostało złamane i chociaż wie, że nie potrafiłaby wrócić do wiarołomnego męża, na pewno gdzieś na dnie serca właśnie tli się resztka uczucia do Marka. Który jednak niewiele sobie z tego robi i wręcz jakby uwalniał coraz większe zasoby podłości w stosunku do niebawem już prawnie byłej żony.

Szkoda, że złamane serce nie może z łatwością poddać się naprawie… 

W nowej okolicy i nowym domu Urszula dość szybko się aklimatyzuje. Poznaje najbliższych sąsiadów, odwiedza ją jej wspaniała i serdeczna przyjaciółka Renia, kobieta również po rozwodzie więc mniej więcej mająca świadomość tego, jak czuje się Ula.

W pewnym momencie Ula poznaje też ciekawego mężczyznę, Michała Żuka, o którym krążą jakieś nie do końca prawdziwe informacje na temat jego żony, która wyjechała do Włoch czy córce, która niby gdzieś jest a jakby jej nie było. 
Zrządzeniem losu i za sprawą pewnej miłej suczki, Ula i Michał spotkają się i z początku dość nieufnie do siebie podchodzący, z czasem zaczną coraz częściej się spotykać. 

Niestety, życie to nie bajka i nie zabrzmią teraz trąby obwieszczające happy end. Przed Ulą i Michałem życie postawi nie tyle kłody co wręcz kamienne bloki nieszczęścia i zmartwień. Z którymi to będą musieli się rozprawić tylko oni dwoje. Czy im się to uda? Tego dowiecie się z lektury książki.

„Moja twoja wina” to opowieść o tym jak niełatwo jest zacząć coś nowego w swoim życiu gdy do tej pory było się przyzwyczajonym do jego utartych kolei. Że nie jest łatwo ot tak po prostu przestać kogoś kochać. Że możemy stanąć wobec bardzo trudnych wyborów i musieć się zastanawiać czyje szczęście postawimy na pierwszym miejscu. Wreszcie, że nowe może oznaczać lepsze a na pewno inne i że warto jest ryzykować. To w końcu opowieść o tym jak można zadręczać się wyimaginowanymi winami i że trzeba umieć z tym samobiczowaniem się skończyć. 

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6.

 

„Będziesz na to patrzył”. Magda Rem.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Premiera książki 03.07.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przeczytałam w weekend jeden z lepszych thrillerów jakie udało mi się ostatnio czytać. Ku mojemu zadowoleniu autorką jest nie jakaś popularna zagraniczna autorka czy autor ale osoba pochodząca z Polski i chociaż Magda Rem jak można przeczytać w notatce na stronie wydawnictwa, swoje życie prowadzi obecnie w Wielkiej Brytanii , niemniej jednak uważam Ją a autorkę polską zdecydowanie. I bardzo się cieszę, że jaką mamy na naszym polskim rynku wydawniczym. 

Od razu o czymś uprzedę. Niestety, w tej książce stanie się krzywda zwierzętom. Wiem, że może kogoś bawić takie ogłoszenie ze strony kogoś, kto przeczytał właśnie thriller, trudno, niech się nawet i uśmiechnie, śmiech to zdrowie. Uprzedzam, bo wiem, że jednak są osoby, które z jakichś powodów nie chcą czytać o krzywdzie zwierząt w książkach. Jak i inne, które mają jakieś inne motywy , których w książkach czy filmach wolą się wystrzegać. Ja podczas lektury tej książki miałam dwa z takich motywów, które staram się omijać, niestety, co jednak nie spowodowało , że ją porzuciłam bo zwyczajnie, wciągnęła mnie niesamowicie i już zacząwszy, nie mogłam jej skończyć. Chciałam się dowiedzieć, co stoi za czynami oprawcy i mordercy. 

Ale zacznijmy od początku. A początek tej książki jest mocny. Dobrze ubrany mężczyzna, nie budzący obaw w kobiecie, która przypadkiem go mija, morduje ją. Szybko orientujemy się ,że ów mężczyzna ma jakiś konkretny plan i cel. A za cel obserwacyjny wziął sobie rodzinę Barczów. 

Noszący pseudonim Pająk zachowuje się podobnie jak ów pajęczak. Rozplata sieć, snuje ją niespiesznie z nadzieją na to, że upoluje w niej swoją ofiarę, ofiary? Na razie obserwuje Barczów z najwyższego piętra eleganckiego hotelu. Tam wyposażony w lornetkę, praktycznie niemal uczestniczy w życiu tej rodziny. Rodzina z boku wydaje się być zwykłą rodziną, przeciętną ale przy tym dość szczęśliwą. On Marek, wzięty lekarz kardiolog, ona Elwira,  tłumaczka z języka tureckiego. Mają czternastoletnią córkę Martę. Patrząc na tę trójkę z ukochanym kotem Baltazarem, można by myśleć, że niczego tej rodzinie nie brakuje. Dlaczego więc Pająk wziął sobie tę rodzinę za cel obserwacji i swoich chorych działań? Co stało się i kiedy, że szykuje im najgorsze piekło?

Akcję książki poznajemy nielinearnie. Wspomnienia Pająka poznawane przez nas stopniowo odsłaniają nam jego przeszłość i to, co wydarzyło się w jego życiu. Dramat, który zdeterminował życie właściwie zwykłego człowieka i zrobił z niego oprawcę i mordercę. 

No ale na razie śledzimy wraz z Pająkiem rodzinę Barczów i chwilami aż mamy ochotę krzyknąć do nich aby się bardziej pilnowali, nie lekceważyli symptomów nadciągającego nieszczęścia. Niemniej jednak okazuje się, że pewne zachowania Marka Barcza czy jego żony Elwiry jest wynikiem ich własnych win i ich do tych win podejścia. 

Ta rodzina ma trochę własnych grzeszków, mniej lub bardziej poważnych. Najciekawsze, że o niektórych winach nigdy nie pomyśleli oni w kategorii „wina” gdyż tę wagę dorobił sobie do danych wydarzeń Pająk.
Lubię książki, w których przeszłość determinuje przyszłość i poznawaną w czasie lektury teraźniejszość. „Będziesz na to patrzył” taka właśnie jest.

Jest w niej to, co niezbędne w dobrym thrillerze. Atmosfera coraz bardziej nrastającego niepokoju czy wręcz grozy. Nieobliczalny i niebezpieczny przeciwnik. Niezdający sobie sprawy z własnej sytuacji i powodów ataków bohaterowie. I nasze przeczucie jako czytelnika, że ta raz ruszona lawina nie będzie miała zbyt pozytywnego zakończenia. 

Plus interesujące zakończenie, niemal ostatnie zdanie, które nie powiem, spowodowało ciarki przechodzące mi po krzyżu. 

Trudno jest pisać o thrillerze bez zdradzania treści. Aby zachęcić do lektury, dodam, że czytałam to naprawdę niemal bez oderwania się, tak mnie wciągnęła ta książka. Jak również, wyobraziłam sobie, że mógłby powstać z tego całkiem dobry film. Cieszę się, że mamy na naszym rynku autorów, autorki piszących po prostu bardzo dobre książki  tego gatunku. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie”. Katarzyna Gurnard

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2018).

Autorkę tego kryminału „znam” ze strony Pani Halinka , która to nieustająco mnie bawi i śmieszy a bawiłaby i śmieszyła zapewne jeszcze bardziej gdyby nie fakt, że jest tak bardzo prawdziwa. 

Słysząc, że autorka napisała kryminał zastrzygłam uchem. Na okładce książki widnieje informacja o autorce, że lubi ona książki Agathy Christie i Murakamiego więc tym bardziej chciałam poznać Jej debiut książkowy. 

Tytułowa pani Henryka faktycznie budzi skojarzenia z panną Marple znaną z kryminałów autorstwa Agathy Christie ale też szczęśliwie, nie jest jej wierną kopią. Łączy je to, że obie są samotne , nie mają dzieci . Jednak nie siedzą w domu, wychodzą do ludzi a co za tym idzie, czynią wiele przydatnych potem podczas prywatnego śledztwa, obserwacji. Pani Henryka dodatkowo ma poczucie humoru i wielbi kawę parzoną w tradycyjny sposób. Żadne tam ekspresy, żadne tam rozpuszczalne. Ma być kawa tak zwana „plujka” z dużą ilością cukru. 

Zrządzeniem losu pani Henryka otrzymuje spadek i stać ją na podróże . Jednak pora roku, w której decyduje się na wyjazd nie do końca sprzyja i w rezultacie pani Henryka decyduje się na pobyt w luksusowym i stylizowanym na angielską posiadłość hotelu o nazwie Yorkshire. Hotel w folderach reklamowych zapewnia wszelakie atrakcje dla ciała i ducha , nie wspomina, że może w nim dziać się coś więcej. A stanie się to podczas pobytu pani Henryki. I będzie to zbrodnia. Popełniona , że tak się wyrażę kolokwialnie, w dość ścisłym gronie. Kameralność zapewne tak doceniania przez osoby poszukujące spokoju i ciszy w miłym otoczeniu nie jest jednak atutem w tego typu sytuacji. 

Pani Henryka nie pozostaje bierna w sytuacji, która owszem, zaskoczyła ją ale jedynie początkowo. Nie ma czasu siedzieć i panikować, tu trzeba działać. Co też czyni starsza pani i rozpoczyna swoje własne śledztwo, nie kolidujące przecież z tym policyjnym. A samorodna śledcza ma przed sobą niewielkie grono potencjalnych morderców, z których nikt nie wydaje się zdolny do popełnienia tak okropnego czynu. A jednak, pozory najwyraźniej mylą. 

Książkę czytało mi się dobrze. Faktycznie, zgodnie z opisem na okładce, jest w niej sporo niewymuszonego poczucia humoru i taki właśnie Agathowo Christie’owo subtelny klimacik. Do tego miła bohaterka, która dla każdego znajdzie serce. Plus fragment nieco rodem ze wspomnianej wyżej przeze mnie strony Pani Halinka, czyli scena nadawania przesyłki w kurierskiej firmie 🙂 Można się pośmiać i odnaleźć wspólną nutę. 

Autorka zapowiada kontynuację dalszej detektywistycznej działalności pani Henryki więc najwyraźniej po pierwszej pozytywnie rozwiązanej sprawie, starsza pani wyraźnie na więcej nabrała apetytu. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Winne Wzgórze. Wiara”. Dorota Schrammek.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki. 

To moja pierwsza książka tej autorki i już wiem, że nie ostatnia! Bardzo , bardzo mi się spodobała ta książka, pierwsza część z trzyczęściowego (jak na razie , przynajmniej, z tego co zrozumiałam) cyklu noszącego wspólny tytuł „Winne Wzgórze”.

Winne Wzgórze to ważne miejsce dla Doroty Schrammek gdyż jest to miejsce, w którym się urodziła. I ta miłość do tej części naszego kraju jest w tej książce bardzo widoczna. Co mi się bardzo podobało bo jestem uwrażliwiona na taki rodzaj „patriotyzmu lokalnego”. Lubię, kiedy w książkach jest coś niecoś o miejscu , w którym dzieje się akcja książki. Nie musi być przewodnikowo bo przecież od szczegółów i dat są przewodniki turystyczne właśnie ale przyjemnie się czyta książkę z opisami konkretnych miejsc i atrakcji turystycznych. A co dopiero muszą odczuwać osoby, które pochodzą z danego regionu , to dopiero przyjemność. 

Winne Wzgórze to osada położona pod Czaplinkiem, w którym zamieszkali bohaterowie książki. Większość z nich trafia tam nieco przypadkowo, nie urodziła się tam. Dorota wraz z mężem Arkiem i dwoma synami, Jankiem i Pawełkiem, trafiają za sprawą sytuacji domowo rodzinnej, a głównie finansowej. W Czaplinku postanawiają prowadzić restaurację „Nóż i widelec”. Dorota rozpoczyna pracę w miejsko szkolnej bibliotece, mąż prowadzi restaurację, zaczynają mieć wrażenie, że ich sytuacja życiowa powoli się poprawia. 

Tadeusz, to wdowiec, osoba skrupulatna i aż nazbyt drobiazgowa. Wychował się w Niemczech ale ścieżkę zawodowej kariery realizował w Polsce. Emeryturę spędzi w domku na Winnym Wzgórzu. Początkowo nie budzący mojej wielkiej sympatii, z czasem pokazał, że nie jest taki niesympatyczny , jakby można o nim myśleć. 

Liliana to pracująca zbyt ciężko i zbyt wiele w korporacji młoda kobieta, która przybywa na Winne Wzgórze aby zaopiekować się babcią. Początkowo nie potrafi wyhamować z tempem jakie sama sobie narzuciła, z czasem zacznie przyzwyczajać się do tego, że na Winnym Wzgórzu żyje się w ciut innym rytmie i tempie życia, do którego była przyzwyczajona. Czy będzie w stanie całkowicie mu się poddać?
Autorka opisała też interesująco pozostałych bohaterów książki a jest ich niemało. Każdy z nich jest na swój sposób ciekawy i każdy niesie swój własny bagaż doświadczeń, tych dobrych ale i tych złych. Nie każdy z nich jest chodzącym ideałem i dzięki za to, bo od tych idealnych i będących wspaniałym we wszystkim czego się nie tkną, dostaję czytelniczego szczękościsku. 

A jednak na swój sposób każdy z bohaterów nas interesuje i jeśli nie kobicujemy jego poczynaniom , to dzięki wiarygodności opisu postaci , zdajemy sobie sprawę, że tak, otaczają nas podobni ludzie. A pewnie jakieś ich wady i w sobie możemy ujrzeć.

Podtytuł tej części , „Wiara”, również znalazł się w tej a nie innej części cyklu nieprzypadkowo. Wydarzenia dzieją się wraz z nastaniem okresu Wielkiego Postu, potem Wielkanocy i Niedzieli Miłosierdzia Bożego i dla niektórych z bohaterów akurat te daty i religijne wydarzenia, odgrywają znaczącą rolę.

Wiem, wiem, ktoś może zarzucić, że „to już było”, czyli, że motyw wsi sielskiej i grona ludzi, którzy się powoli poznają i wchodzą we wzajemne ze sobą relacje, jest dość popularny w literaturze obyczajowej. Być może ale też i nie oczekiwałam nowatorskich rozwiązań a bardzo dobrej prozy obyczajowej, z prawdziwymi bohaterami a nie papierowymi postaciami niemożliwymi do zaistnienia. Których losy poznając mogłam wzruszać się i irytować (a nawet kilka razy udało mi się uronić łzę podczas lektury). „Przyczepiam się” jedynie do wątku ornitologicznego podczas pewnego widowiskowego wschodu słońca ale to być może wynika z nieścisłości w opisie, nie jest to najważniejsze dla treści a jedynie moja ptasia fiksacja zapewne daje znać o sobie.

Miłe krajobrazy, ciekawa historia północno-zachodniej części Polski, ciekawe przepisy kulinarne, które wymieniane są zarówno w treści książki jak i podane pod jej koniec, ciekawi bohaterowie i przyjemna atmosfera, jaka panuje w książce, to wszystko złożyło się na to, że nie mogłam się od niej oderwać.

Na zapowiadanie następne tytuły z tego cyklu czyli „Nadzieja” i „Miłość” czekam więc bardzo.

Moja ocena to 6 / 6.

„Lawenda w chodakach”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. Premiera 10.07.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

„Lawenda w chodakach” to kolejna książka Ewy Nowak, którą przeczytałam i która bardzo mi się podoba. Nie mogłam się od niej oderwać, tak wciągnęłam się w podróż na kartach książki. Podróż jaką odbywają cztery osoby, dwie pary, znany nam z „Wszystko, tylko nie mięta” Kuba i jego narzeczona Magda oraz przyjaciel Kuby Wiktor i jego dziewczyna Damroka. 

Pewnego dnia wpadają na pomysł wyprawy jaką chcą zrealizować. Wyprawy autem po Europie. Z noclegami na kempingach. Pomysł na tyle im się podoba, że go zrealizują. I oto pewnego dnia ruszają z Warszawy aby przez kolejne sześć tygodni zwiedzać Europę. 

Lubię książki i filmy drogi a niewątpliwie „Lawenda w chodakach” jest taką książką. Dodatkowo trasa Magdy, Kuby, Damroki i Wiktora wiedzie po ciekawych miejscach i krajach, stąd można powiedzieć, że to bardzo dobry pomysł na książkę czytaną w czasie wakacji. Chociaż, jak to u Ewy Nowak, nie będzie tylko i wyłącznie lekko i wakacyjnie. Autorka w tej książce po raz kolejny opisuje problem niepełnosprawności (Magda jest osobą niepełnosprawną), porusza tematykę alkoholizmu, przemocy domowej. Wszystko to jednak w zrównoważony sposób bez nachalnych tez i wniosków sugerowanych czytelnikowi. 

Mama Wiktora jest pisarką. Przed wyprawą syna prosi go o czynienie notatek w zeszycie specjalnie do tego przeznaczonym. Akcję książki poznajemy więc dzięki notatkom czynionym  przez Wiktora jak i Damrokę (chociaż na te same sprawy patrzą oni w odmienny sposób) jak i opis  wydarzeń. 

Wyprawa niby to zwyczajnie turystyczna (od Monachium przez Prowansję, Lazurowe Wybrzeże, Hiszpanię, Brukselę i Holandię), stanie się jednak ważna bo prowadząca do wielu istotnych zmian w życiu bohaterów. Często w książkach nadużywa się motywu trzech osób zaplątanych w układ uczuciowy. Tu emocje odbywać się będą w szerszym gronie gdyż w początkowej fazie podróży do czwórki znajomych dołączy tajemniczy Jacek.  Postać wprowadzona nieprzypadkowo gdyż w powieściach Ewy Nowak nawet drugoplanowe postaci są po coś, z jakiegoś istotnego powodu. W tej książce będzie jeszcze parę postaci drugoplanowych, które okażą się bardzo ważne dla treści. 

Podróż, która okażę się czymś więcej niż jedynie zwiedzaniem a przy tym mimo wszystko pozostanie też jednak poznawaniem nowych miejsc, atrakcji turystycznych i po prostu momentami beztroską i leniwym spędzaniem czasu, przyniesie nie tylko zmiany w życiu niektórych postaci. Przyniesie chyba też samoświadomość postaci jak i przekonanie co do tego jak sprawdzają się w nietypowych sytuacjach. A przede wszystkim, że jakby nie było, zawsze mogą na siebie wzajemnie liczyć. 

Myślę, że trasa podróży bohaterów „Lawendy w chodakach” może stać się przyjemnym impulsem do zaplanowania własnej podróży po Europie. 

Ewa Nowak pisze bardzo dobre książki młodzieżowe. Książki, po które chętnie sięgam i ja, która co jak co ale młodzieżą już nie jestem od pewnego czasu. Wraz z zawsze interesującą treścią niosą one bowiem głębsze przesłania podane jednak w mądry i nienatarczywy sposób. 

Bardzo jak to ma zwykle miejsce w przypadku książek pani Ewy Nowak, polecam i „Lawendę w chodakach”.

Moja ocena to 6 / 6.

„Kobiety w blasku słońca”. Frances Mayes.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. 
Premiera książki 03.07.2018

Przełożyła Magdalena Rychlik. 

Tytuł oryginalny Women in Sunlight.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Dobrze, że premiera tej książki odbędzie się dosłownie „na dniach” bo osoby lubiące książki Frances Mayes, a do takich się zaliczam, nie będą musiały długo czekać na możliwość lektury.

Bardzo ale to bardzo podobała mi się ta książka. Dawno nie czytałam nic tej autorki, widzę, że chociaż wydawało mi się, że czytałam wszystkie jej książki to jednak umknęła mi książka „Pod drzewem magnolii” (muszę koniecznie nadrobić). I dawno nie czytałam czegoś tak przyjemnie napisanego, takiego optymistycznego w nienachalny sposób a po prostu opisującego bogactwo życia i jego możliwości. 

To właściwie trzy książki w jednej. Narratorka , mieszkająca w Toskanii poetka Kit Raine, opisuje swój proces twórczy przy powstawaniu książki o jej przyjaciółce, pisarce i reporterce Margaret Merrill. Mamy też trzy amerykańskie przyjaciółki, które przyjeżdżają na rok do Toskanii i osiedlają sie w bardzo bliskim sąsiedztwie Kit i jej partnera Colina. Narratorka snuje opowieść o nich, o ich procesie „zagnieżdżania się” w Toskanii i cofa w ich przeszłość, w której działo się wiele dobrego i złego. Wreszcie trzecia książka czyli historia Margaret, której hołd usiłuje oddać Kit pisząc książkę o swojej dawnej przyjaciółce. O której dowie się znacznie więcej w chwili gdy we własnej posiadłości znajdzie pozostawioną walizkę Margaret zawierającą zarówno niewydany rękopis książki jak i pewne cenne dokumenty. 

Kit poznaje swoje nowe sąsiadki czyli przybyłe z Południa Ameryki Julię, Susan i Camillę. Co mi się podobało w tej książce? Fakt, że bohaterki nie dość, że się przyjaźnią i ta przyjaźń jest faktycznie mocna i silna i mogąca przenosić góry, jak również fakt, że trzy przyjaciółki przybyłe ze Stanów Zjednoczonych do Toskanii to nie młode kobiety, stojące u progu życia a kobiety już dojrzałe. Pewnie ktoś określiłby przynajmniej jedną z nich mianem „starszej pani” i zapewne nie można byłoby oponować jednak wiek Julii , Susan i Camilli nie jest do końca taki jak wpisany w ich dokumenty. Mentalnie i psychicznie zdają się one być wciąż młode, wciąż gotowe na życie. Na życie pełnią sił! Na doświadczanie go wraz z tym dobrym co przynosi jak i z jego przeciwnościami. „Kobiety w blasku słońca” z nieprzypadkowo takim tytułem to gloryfikacja życia z możliwością przyjaźni, z możliwością miłości, z możliwością rozwoju. Przyjaźń w tej książce odgrywa wielką rolę. Poznajemy trzy przybyłe bohaterki, które poznały się podczas zwiedzania osiedla dla osób starszych i to to spotkanie stało się początkiem zarówno przyjaźni jak i postanowienia, że nie dadzą się „zamknąć” w osiedlu dla staruszków. Poznajemy też niełatwą przyjaźń narratorki i Margaret. Przyjaźń, która dla Kit nie do końca była jasna i zrozumiała, a którą uda się jej przeanalizować po odkryciu, jakiego dokona w swojej posiadłości. 

Narratorka jest bystrą obserwatorką ludzi i otaczającego ją świata i potrafi w opisie niby to zwykłych zdarzeń podkreślić to co w życiu najważniejsze. Możliwość posiadania kogoś bliskiego obok siebie, cieszenie się niby to zwykłymi rzeczami i wydarzeniami. Docenianie stabilnego życia ale i danie sobie szansy na zmianę. Bo o tym w końcu również jest książka „Kobiety w blasku słońca”. O zmianach, o sile do ich podejmowania, o odwadze jaką mamy decydując się na zmiany, często radykalne.  To również książka o macierzyństwie, o jego różnych odmianach i nie zawsze łatwych momentach. Przede wszystkim jednak to książka o sile i mocy przyjaźni. 

Dodatkowo książka zawiera piękne przykłady wierszy, pasujące do treści, opisy smakowitych uczt toskańskich, nawet jeśli odbywają się one w bardzo kameralnym gronie i piękne opisy krajobrazów i przyrody. Naprawdę czułam się podczas lektury tak jakbym towarzyszyła jej bohaterkom i wraz z nimi przebywałam w Toskanii w czasie niemal pełnego roku.

Ciekawostką jest również fikcyjna postać Margaret, której hołd chce oddać Kit. Autorka w posłowiu wyjaśnia, że chciała tym samym już jako ona sama , złożyć hołd dwóm nieżyjącym pisarkom Ann Cornelisen i Claire Sterling, które poznała w Toskanii.

Miłośnicy książek Frances Mayes z pewnością się nie zawiodą, jak i ja się nie zawiodłam.

Moja ocena to 6 / 6.

„Morderstwo przy Rue Dumas”. M.L. Longworth.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2018). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Trzebiatowska. 

Tytuł oryginalny The Murder in the Rue Dumas.

To drugi kryminał z serii kryminałów z tą samą dwójką bohaterów. Poznaliśmy ich w części pierwszej, noszącej tytuł „Śmierć w Chateau Bremont”, o której to książce pisałam w tym wpisie.

Tym razem sędzia Verlaque i jego partnerka Marine Bonnet będą obserwowali i usiłowali wyjaśnić sprawę morderstwa dziekana wydziału teologii na uniwersytecie w Aix. Starszy pan, który miał zrzec się swojego stanowiska, jednak postanowił tego nie robić ale najwyraźniej ktoś się zniecierpliwił albo istniał jakiś inny powód i została popełniona zbrodnia. 

Ciekawy jest opis wzajemnych walk i wojenek prowadzonych w środowisku uniwersyteckim. Z założenia jednak chyba na samej teologii powinno być chociaż nieco bardziej „miłosiernie”. Nic bardziej mylnego. Wzajemne niechęci i rywalizacja mają się tam dobrze.

Do tego ponownie autorka wprowadza raczej niewielką ilość bohaterów i trochę jak Agatha Christie, tworząc hermetyczny krąg „zainteresowanych”, powoli odsłania przed nami karty. Powodów zbrodni może być co najmniej kilka. Wzajemna zawodowa niechęć, zazdrość o władzę i profity płynące z bycia na stanowisku dziekana , jak również być może przyczyny osobiste. Każdy mógł mieć jakiś powód, i dwójka studentów, i część kadry uniwersyteckiej. Kto popełnił zbrodnię?

M.L. Longworth nie ukrywa bohaterów , którzy ujawnią się w ostatniej chwili. Właściwie szybko poznajemy wszystkie osoby dramatu , niemniej jednak aby poznać motywy działania wszystkich postaci, musimy książkę przeczytać. To taki dość staroświecko pisany kryminał, zdecydowanie nie przepełniony nagłymi zwrotami akcji, raczej solidny i konkretny , bez zbędnych opisów . Nie znajdziemy też tu tak lubianych w kryminałach skandynawskich analiz psychologiczno społecznych. Jednak według mnie to taka stara, dobra szkoła, mnie samej kojarząca się ze stylem Agathy Christie. Z tym, że tu akcja dzieje się w słonecznej (chociaż w tej części niekoniecznie bo jesiennej ) Prowansji. 

Dobra rozrywka dla kogoś, kto nie czeka na brutalne opisy, na przelane litry krwi i nie wiedzieć jak wymyślne sposoby na popełnienie zbrodni. Podlane to smaczkiem dobrego wina, smakowitych potraw, jakie oczywiście jedzą bohaterowie (jak Francuzi mogliby obyć się bez smakołyków). Ot, dobra rozrywka na letnie leniwe popołudnie. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Błoto”. Hillary Jordan.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2018). 

Przełożyła Adriana Sokołowska-Ostapko.

Tytuł oryginalny Mudbound.

„Błoto” udało mi się wygrać wraz z czterdziestoma dziewięcioma innymi szczęśliwcami w konkursie z dwa albo i więcej miesięcy temu. U mnie najwyraźniej musiało się „uleżeć”. I podczas gdy już chyba wszyscy znajomi dali znać, że książka jest bardzo dobra, ja sama o tym się przekonałam.

Stwierdzę tak. gdyby ktoś miał chęć modyfikować sensownie listę lektur dla klas powiedzmy, licealnych, to według mnie jest to tytuł, który bym na liście lektur widziała jak najbardziej. 

Akcja książki „Błoto” rozpoczyna się w poważnym i ważnym momencie, w którym dwaj synowie wykopują grób dla swojego ojca, zwanego w rodzinie Papą. Wbrew miłemu przydomkowi szybko orientujemy się, że Papie daleko było do ciepła, empatii czy zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Nie był to dobry człowiek. O tym, jaki był i co doprowadziło to tego, że akcja książki rozpoczyna się w takim a nie innym momencie dowiadujemy się z wielu narracji przedstawionych w książce. 

Oto chwila po tym jak zakończyła się największa jak dotąd i najpoważniejsza w skutkach wojna czyli rok 1946. Rodzina Henry’ego McAllana przenosi się na farmę w Delcie Missisipi. Laura wraz z dwiema małymi córkami w wieku przedszkolnym jedzie oczywiście „za mężem”. Do kompletu na farmę jedzie wraz ze starszym synem Papa. Młodszy syn, Jamie, dopiero powróci z frontu walk do domu. Również do domu wróci syn afroamerykańskich dzierżawców farmy, Ronsel Jackson. Wtedy postaci tego dramatu będą już wszystkie. 

Na razie jednak po początkowym opisie kopania grobu powracamy do początku tej historii. Jak stwierdza jedna z bohaterek, „Początek historii zależy chyba od tego, kto ją opowiada.” Dla Laury początek tej historii jest w miłości ale dla mnie , jako czytelnika, początek tego co później się stanie, umiejscawiam w czasie z przeniesieniem się rodziny na farmę. Początkowo miał to być dom w mieście, zrządzeniem losu jednak w rezultacie  lądują oni na farmie, która pozbawiona jest wszelkich wygód takich jak prąd czy łazienka z prysznicem (wanna to już w ogóle luksus). Laura nie jest zadowolona, ba, jest bardzo niezadowolona ale cóż. Takie czasy. Żona, chociażby nie widzieć jak dobrze wykształcona, a na tamte czasy Laura jest bardzo wykształconą kobietą, musi „iść za mężem”. Zaciska zęby i stara się wytrwać. Nie pomaga jej brak tego o czym już wspomniałam ale również Papa, który wręcz utrudnia życie wszystkim bliskim jak tylko może. Henry najmniej to widzi i najmniej się w tym orientuje bo ciężko pracuje na farmie. Ale Laura czuje się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień coraz bardziej nieszczęśliwa i opuszczona. W jej życiu nie ma miejsca na porywy namiętności i pożądanie. Jest skrupulatność i proza dnia codziennego. Plus niełatwa fizyczna rzeczywistość surowego życia na farmie i wydzierania ziemi jak największej ilości plonów. Bawełna, którą uprawiają wymaga wiele pracy i troski. Dobrze, że są dzierżawcy chociaż Henry i tak zdecydował się na redukcję liczby osób pracujących z nim.

Południe Stanów Zjednoczonych rządzi się wówczas swoimi prawami. Biali to biali, dają pracę ciemnoskórym pracownikom, którzy mają znać swoje miejsce i czuć mores przed białymi. Tyle w temacie ciemnoskórych żołnierzy walczących w wojsku amerykańskim podczas IIWŚ. Wojna rządziła się własnymi prawami, życie po wojnie na południu Stanów Zjednoczonych rządzi się innymi. Panuje przyzwolenie na rasizm i mrzonki o tym, że będzie się żyło lepiej bez względu na kolor skóry można wyrzucić do kosza po wyjściu z pociągu, którym powróciło się do domu. Ronsel szybko przypomni sobie prawa dotyczące społeczności, w której się wychował. Jego odwaga i poświęcenie w imię ojczyzny na frontach Europy najwyraźniej mają pozostać jedynie jego prywatną satysfakcją. Po powrocie do domu jest tak, jak było. Ludzie się podzieleni według koloru skóry a ci, którzy chcą to zmienić mogą zostać srogo ukarani. 

„Błoto” to bardzo dobrze napisana powieść. Ze świetnie rozrysowanymi postaciami. I tak, to o czym czytałam, to „już było”. Południe Stanów, rasizm, wzajemna niechęć czy wręcz nienawiść. Jest też zakazane uczucie i to co z tego wynika.  Są uczucia i namiętności, którym ludzie całkowicie się oddają. Ale w tej książce jest to opowiedziane w jeszcze inny sposób, w sposób, który nie czyni treści zbiorem znanych motywów a powoduje, że książka nas wciąga i zaciekawia, jest to historia niby znana a opowiedziana na nowo. 

Walka z surowością determinującą życie w siermiężnych warunkach zestawiona jest z walką z tym, co znane, z tym co wypracowane przez setki lat ale czy na pewno słuszne? Tylko czy komuś wystarczy siły aby sprzeciwić się złu? I jakie poniesie on konsekwencje.
Również ciekawe może okazać się zestawienie postaci biorących udział w tej opowieści . Laura, teoretycznie wolna i wykształcona kobieta, w rezultacie staje się niemal niewolnicą odwiecznych oczekiwań społecznych i tego co sama sobie narzuca jak każdy afroamerykański pracownik na farmie jej męża. Jamie i Ronsel, dwaj mężczyźni, których przed wybuchem IIWŚ łączyło niemal wszystko, po powrocie do domu orientują się,że łączy ich teraz więcej niż kiedykolwiek mogliby przypuszczać. Dodatkowo, w ich przypadku, okaże się, że wbrew temu co sądzili , niebezpieczeństwo nie mu się wiązać z frontem, na którym przyszło im walczyć. Prawdziwe niebezpieczeństwo czyha w niby to znanej i utrwalonej rzeczywistości rodzinnych stron. Dodatkowo książka napisana jest bardzo dobrze, nie ma tam ani jednego zbędnego zdania, każde jest istotne. 

„Błoto” pewnie nie jest książką, która rzuca na kolana bo jak wspomniałam, wiele tematów czy motywów poruszonych jest nam znanych , niemniej jednak uważam tę książkę za powieść naprawdę bardzo dobrą i zdecydowanie wciągającą. Którą na pewno będę polecała tym, którzy jej nie czytali. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Mediatorka”. Ewa Zdunek.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2018). Ebook.

Mam kłopot z tą książką. Jaki? Ano taki, że mam do niej niestety, całkiem sporo zastrzeżeń. Ale też bywało, że mnie wciągnęła. No i co tu robić? W więc? Po kolei. Zacznę od tego, że „Mediatorka” była czytana w radio i wtedy przykuła moją uwagę. Zasłuchałam się w początkowych fragmentach książki a w chwili, gdy lektorka dotarła do przełomowego fragmentu, stwierdziłam, że chcę ją przeczytać i darowałam sobie już słuchanie aby nie zepsuć sobie przyjemności. Tym bardziej, że akurat nie pasowała mi lektorka czytająca książkę w radio, Katarzyna Dąbrowska. Aktorkę znam ze słuchowiska, którego słucham i tam akurat jej postać lubię. Tu mi nie pasowała, miałam wrażenie, że nadaje bohaterce ton jakiejś zbytniej ni to niczym nie uzasadnionej egzaltacji ni to nadwrażliwości graniczącej z przesadą. Kiedy jednak zaczęłam czytać książkę okazało się, że właśnie Katarzyna Dąbrowska „czytała” tę postać świetnie. Oto bowiem, to rzadkość, autorce udało się stworzyć jedną z najbardziej irytujących bohaterek książkowych. Nie mówię, że nigdy bohaterka czy bohater mnie nie denerwują, ależ skąd. Ale ta denerwowała mnie wyjątkowo i czułam, tak tak, pewien dysonans jako, że z założenia raczej powinnam była „kibicować” postaci Marty Kołodziej. Nie udało się. Nie kibicowałam a wręcz budziła we mnie niezbyt pozytywne uczucia. 

Marta Kołodziej jest mediatorką. To z pewnością jeden z nowszych zawodów na polskim rynku pracy chociaż jestem pewna, że już naprawdę raczej większość z nas wie o jaki zawód chodzi. I chociaż nie wszyscy się z nim musieli zetknąć osobiście, wiemy, że to postać, która ma prowadzić mediacje między spornymi stronami. Czasem jest to w jej prywatnym gabinecie, dokąd trafiają strony sporu aby ustalić pewne sprawy zanim spotkają się w sądzie. Czasem jest to w gmachu sądu gdzie mediatorka czy mediator pełnią dyżury. Na pewno jest to praca trudna, wymagająca i co tu dużo ukrywać, stresogenna. Można na pewno odczuwać podczas niej zarówno niemal fizyczne zmęczenie jak i coś na kształt wyczerpania. Martę Zdunek poznajemy w trudnym czasie jej życia. Właśnie niemal dopiero co rozwiodła się z mężem. Ktoś wjechał w nią autem i jak twierdzi bohaterka, był to jej były mąż. Koło Marty zaczynają dziać się dziwne i niemiłe sytuacje, ludzie wydają się jej wrodzy, czy zaczyna tracić zmysły czy może zbyt dużo spraw, które zwaliły się kobiecie na głowę powoduje takie a nie inne jej odczucia i zachowania?

Marta jest matką dwóch córek w wieku przedszkolnym (specjalnie użyłam takiego określenia a nie „wychowuje”). Ma też ogromnie złe kontakty z matką i ojcem. Matka jej nie cierpi, uwielbia za to byłego zięcia Cezarego, którego wciąż traktuje jako pełnoprawnego członka rodziny lekceważąc i poniżając własną córkę na wszelkie możliwe sposoby.

Marta wraz z przyjaciółką zajmują się mediacją. Mają wynajęty gabinet, do którego często wpada zaprzyjaźniony z nimi kominiarz, Zbyszek. Oprócz tego bohaterka właściwie nie kontaktuje się z innymi ludźmi, nie ma żadnych innych koleżanek, znajomych, kogokolwiek z kim mogłaby weryfikować potencjalnie swoje obawy. 

Dlaczego pisząc o bohaterce użyłam określenia „jest matką dwóch córek”? a nie „Wychowuje”? Bo Marta właściwie niewiele zajmuje się dziećmi. To mój osobny zarzut do tej postaci. Dzieci, Basia i Laura, właściwie są jeśli nie powiedzonkową kulą u nogi matki to wyzwaniem, które ją ani cieszy ani satysfakcjonuje. Nie jest dla niej przyjemnością przebywanie z córkami i właśnie, wychowywanie ich. Nie sprawia jej radości patrzenie na ich rozwój, nie dopatruje się u nich potencjału na wyrośnięcie dwóch ciekawych dziewczyn, z których wyrosną kiedyś dorosłe kobiety. Czas spędzany z córkami jest dla niej raczej żmudną koniecznością, który wykorzystuje raczej na rozpamiętywanie jak tego nie znosi zamiast na skupienie się na fakcie, że chwile są tak ulotne i że wspólnych momentów za chwilę może nie być. Szybko tak się staje bowiem dziewczynki znikają z życia. Każdy czytelnik spodziewałby się w tym momencie dramatu matki. Wszak stał się jeden z najgorszych koszmarów każdego rodzica. Porwanie. I nawet jeśli jest to „porwanie rodzicielskie” to nie ma gwarancji , że sytuacji potoczy się dobrze. Jednak i tu nasza bohaterka nie traci swojej wrodzonej flegmy. Owszem, zauważa fakt zniknięcia córek ale (tak, będę teraz paskudnie złośliwa) właściwie z chwili na chwilę jest jej to coraz bardziej na rękę. W końcu może pokusić się o nowy związek, rozbudowywanie coraz większej nieufności do nowego partnera swojej przyjaciółki Betki, niejakiego Macieja. Nareszcie ma spokojny czas na pielęgnowanie niechęci do rodziców i uprawianie swojej niezaradności. 

Co na plus tej książki i muszę to zauważyć, zanim ucieknie mi z głowy, to powód, dla którego chętnie sięgnęłam po książkę słuchając fragmentów. Zaintrygowało mnie jak osoba, która para się tak odpowiedzialnym zajęciem, które może nieść ze sobą wszelkie konsekwencje, kompletnie ale to kompletnie nie radzi sobie we własnym dorosłym życiu. Czytając książkę odnosiłam wrażenie, że Marta Kołodziej powinna przeprowadzić mediacje z zagrażającą jej samej osobą. Nią samą, Martą Kołodziej. I to jak najprędzej !

Generalnie mam wrażenie, że ta książka ma nieco zmarnowany potencjał. Myślę, że można było z tego momentu zniknięcia córek z życia Marty wyprowadzić jakiś interesujący trop, coś, co nakierowałoby nas na fakt czemu właściwie jej życie płynie tak monotonnie i dlaczego ona sama praktycznie niewiele z tego życia wynosi. No i również jaka zasada powoduje, że osoba mająca radzić innym wydaje się być osobą, która pierwsza takiej rady potrzebuje. I czy w jej stanie emocjonalnym na pewno jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Niestety, miałam wrażenie, że wszystkie te momenty , które miały potencjał zmienić się w interesujący wątek, bywały ukrócone do minimum i jakiegoś jedno czy dwu zdaniowego podsumowania. Szkoda. Bywało, że treść ratował całkiem niezły i niewymuszony humor ale to chyba za mało jak na książkę, która jednak z założenia raczej komedią być nie miała. 

Szykuje się ciąg dalszy „Mediatorki” ale w obecnej chwili raczej nie sądzę abym po nią sięgnęła. Może jednak ktoś inny odniesie odwrotne wrażenie, czego oczywiście życzę. 

Moja ocena to 3 / 6.

„Książki, przez które zginiesz”. Jan Szymański.

Wydana w Wydawnictwie Po Godzinach. Truskaw (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Macie ochotę na książkę sensacyjną, kryminalną ale raczej sensacyjną, z archeologią w tle? Dodatkowo czy chcecie przenieść się na kartach książki do Meksyku i Gwatemali? Jeśli na powyższe pytania odpowiedzieliście dwukrotnie „tak” wielce prawdopodobne jest , że „Książki, przez które zginiesz” to lektura, po którą chętnie sięgniecie.

Autor, z wykształcenia archeolog, postanowił umieścić akcję książki w dość, przyznajmy, egzotycznych krajobrazach. Oto bowiem bohaterowie książki spotkają się najpierw w Meksyku, to Paweł, archeolog, który ma pracować na wykopaliskach i Annie, australijska pilotka i obieżyświatka. A już w Gwatemali, kompletnie nie ze swojej winy, dołączy do tej pary Jorge. Awanturnik, włamywacz, erudyta samouk nade wszystko kochający książki. 

Annie i Paweł mający początkowo nadzieję na spokojne odwiedzenie ważnych stanowisk archeologicznych szybko zorientują się,że ich plan spalił na panewce. Niemniej jednak początkowo mogą wziąć to za dodatek do podróży. A cóż takiego? Ano podsłuchaną rozmowę przestępców. Nie wiedzą jednak, że odbędą widowiskową przygodę w dżungli , gdzie nie tylko przemytnicy narkotyków, czy przemytnicy ludzi stanowią realne zagrożenie. 

Jak głosi plotka, nie tak dawno jakiś gwatemalski wieśniak znalazł część fragment księgi Majów. Zabytku wprost bezcennego. Podobno znalazł ją w objętej klątwą jaskini ukrytej w głębi dżungli. Annie i Paweł nawet nie mogą podejrzewać, że przyjdzie im nie tylko zrezygnować z pierwotnego planu ale że też zostaną wplątani w niezwykłą ale przede wszystkim niebezpieczną intrygę. Kiedy to ich życie zawiśnie dosłownie na włosku. 

Do tego pojawi się Jorge, o którym już wspomniałam. Zmuszony przez szefa jednego z największych gangów do tego aby szukał owej tajemniczej i najwyraźniej jednak gdzieś dobrze schowanej księgi. Cała ta trójka spotka się więc w pewnym momencie akcji książki.

„Książki, przez które zginiesz” zawierają motyw książek, które są istotne a takie motywy zawsze lubię w lekturze. Podobało mi się zogniskowanie wokół ksiąg i ich różnych aspektów akcji książki. Muszę jednak nieco się „przyczepić” . Otóż jak dla mnie ta książka była nieco zbyt przegadana. Chyba po książce sensacyjnej, w dodatku z wartko dziejącą się akcją, oczekuję nieco mniej szczegółów i tekstu. Ale to ja a być może ktoś inny wcale by na to nie narzekał, zastrzegam więc, że jest to tylko moja subiektywna opinia. 

Co mi się jeszcze podobało ? Oczywiście sam motyw archeologii i tajemniczych , zaginionych artefaktów. Już możliwość odkrycia przez kogoś ksiąg o tak wielkiej wartości budziła we mnie jako czytelniczce , dreszcz emocji. No i po raz kolejny czytam u autora będącego z wykształcenia archeologiem, że ludzie mają o tym zawodzie całkowicie błędne mniemanie i chyba tak naprawdę niemal żadną wiedzę. Nie, dinozaury nie są odkrywane przez archeologów.
Na pewno autor przemycił w treści sporo poczucia humoru, co cenię, bo zawsze dodaje to książce smaku. Są też ciekawi bohaterowie a przy tym jeden z nich, budzący postrach ponadczterometrowy potwór 🙂 Jaki? Zapraszam do lektury książki.

Myślę, że jest potencjał na jakąś kontynuację, tym bardziej, że jeden z wątków został jakby nieco zawieszony ale być może to jedynie moje pobożne życzenia czytelnika. 

Moja ocena to 4.5 / 6.