„Wiedźmy na gigancie”. Małgorzata J. Kursa.

Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2018). 

O książkę grałam celowo i z premedytacją w konkursie na stronie Książki zamiast Kwiatka na Fb a to dlatego, że właśnie kulisy pracy tego miejsca, inicjatywy są w tej książce częściowo (bo nie jestem taka naiwna aby wierzyć, że całkowicie) zdradzone 🙂 

No ale oczywiście nic w tej książce nie jest nazwane wprost i żadna autorka bądź autor nie zostali wymienieni z imienia i nazwiska. Natomiast, osoba bardziej wnikliwa i siedząca w polskim światku literackim zapewne bez problemu „zidentyfikuje” bohaterów książki. Ja od razu się przyznaję , najwyraźniej nie jestem aż tak wnikliwa jakbym o sobie myśleć chciała bądź, co również prawdopodobne, nie śledzę ploteczek z życia polskich autorów bo zwyczajnie od pierwszej chwili rozpoznałam dosłownie dwie czy trzy osoby. Potem ktoś mi dopomógł ale kto, to pozostanie tym razem moją słodką tajemnicą. 

Druga sprawa, jaka do mnie dotarła po przeczytaniu tej książki, to utwierdzenie się w tym, co podejrzewałam, czyli że aby pisać i wydawać w Polsce, najpewniej trzeba mieć jednak w sobie sporo siły, odporności na ludzką zawiść i chyba być o wiele, wiele mniej wrażliwym niż jestem ja. No ale nie wiem .

„Wiedźmy na gigancie” to opowieść o literackiej agencji o nazwie TERCET. Ongiś personel składał się z zapewne trzech pań, obecnie to cztery panie i jeden pan. Piastujący w tej agencji literackiej funkcję sekretarza, a nazywanego sekretarkiem. Muszę  przyznać, że ogromnie mi się to określenie podoba. A wiec TERCET to:  założycielka Majka Potoczek, Anka Klejnik, Gośka Knypek, Ida Złotowska i Paweł Chmura (były policjant, co nie będzie bez znaczenia dla akcji książki). Jest też sunia Muza, rozpieszczana przez wszystkim i mająca „psiego nosa” w stosunku do osób, które są w porządku. 

TERCET jest mocno opiniotwórczy w środowisku literackim i biada temu, kto z tą grupą zadrze. A jednak, udaje się to niejakiemu Adamowi Grandzikowie, zapatrzonemu w swoje ego i nie mającemu krytycyzmu w stosunku do tego, co pisze, autorowi humorystycznych kryminałów. Czujący się wiecznie niedoceniany, usiłuje on zawrzeć sojusz z pewną popularną popularnością nieco niezrozumiałą autorką książek obyczajowych. Ten sojusz okupiony zostanie jednak wytoczeniem dział dla wiedźm, czyli pracownic TERCETU. Kiedy zostaje ogłoszona wojna, nie ma zmiłuj. I, jak się szybko okaże, wiedźmy w walce nie biorą jeńców. 

Adam Grandzik powodowany chęcią zemsty za potraktowanie go przez wiedźmy, wespnie się na wyżyny swojego ego i wymyśli sposób na pozbycie się wiedź. Ale ups, coś chyba wymknie się spod kontroli. 

„Wiedźmy na gigancie” to zabawna ale i bardzo ironiczna a wręcz cyniczna historia opowiedziana z poczuciem humoru ale i gdzieś tam przemyconą gorzką refleksją, że na naszym rynku nie jest tak różowo. Że być może, zwłaszcza po kolejnych Targach Książki, strony wydawców czy prywatne strony autorskie zapełniają się zdjęciami uśmiechniętych i przytulających się wzajemnie autorów ale rzeczywistość aż tak różowa i wesoła nie jest.

Wciąż jednak mam nadzieję , że i w tym świecie jednak zdarzają się prawdziwe przyjaźnie a przynajmniej szczere, normalne relacje a nie zawiść i chęć zniszczenia konkurentki czy konkurenta.

Obrazu dopełnia barwna i z pewnością nietuzinkowa galeria pobocznych bohaterów i postaci, które przewijają się przez tę książkę. Z pewnością odkrywanie kto jest kim wśród autorów stanowić może źródło uciechy i rozrywki. I stanowić początek rozważań czy jest faktycznie tak, jak to przedstawiono w książce czy jednak jest to jedynie literacka fikcja. Do przemyślenia 🙂 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

 

ja cię kocham a ty…

-Mamoooo!!! – słyszę zawołanie mojego Syna. 

-Słucham? – również nieco krzyczę bo jestem pod prysznicem (ale w sumie już kończę).

– Ja cię kocham! – donosi Jaś. 

– A ty śpisz .. – odzywa się tradycyjnie głos z offu *

 

 

* właściwie chyba powinnam już zaznaczyć na początku opowieści , kto jest zawsze tym głosem .

 

Kurtyna. 🙂

„Dom pełen słońca. Stacja Jagodno.” Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

To szósta część cyklu „Stacja Jogodno” Karoliny Wilczyńskiej . Ci, którzy czytają tę serię, znają już część postaci w niej występującej, takich jak Babcia Róża, Tamara i jej córka Marysia, Łukasz, Ewa i Adam, Marzena i Jan , Małgorzata i jej mąż, hrabianki. Jak to jednak zawsze ma miejsce w poszczególnych częściach serii autorka wprowadza kilka nowych postaci. Część z nich poznaliśmy przy końcu części poprzedniej, a z kolei parę nowych pojawia się dopiero w „Domu pełnym słońca”. W tej części będzie to renowatorka starych mebli, Sylwia. Poznamy jej perypetie i powód, dla którego zjawi się w Jagodnie i pomoże Tamarze przy organizacji wnętrz powstającego dworku – hotelu. W tej części to losy Sylwii będą na pierwszym planie, co nie oznacza, że nie będziemy mogli przeczytać o losach znanych już nam bohaterów. W tej części po raz kolejny przypomnimy sobie, że najważniejsze to wspierać się wzajemnie, mieć obok siebie życzliwe sobie osoby ale i być dla kogoś innego wsparciem. Również przypomnimy sobie starą ale zapominaną prawdę, że nie powinniśmy skupiać się na tym co inni sądzą o nas , naszych czynach i wyborach jeśli my sami czujemy się z tymi czynami i wyborami dobrze. 
Mam przed sobą najnowszą książkę z cyklu „Stacja Jagodno” noszącą tytuł „Uczucia zaklęte w kamieniu”.  Ale chyba na razie poczeka na swoją kolejkę. Mam wrażenie, że formuła tej serii już się powoli wyczerpuje. Zaznaczam, są to moje subiektywne odczucia, podejrzewam, że wśród miłośników Jagodzianej serii jestem w mniejszości. Ja mam narastające uczucie, że pomimo, że książki te są pisane bardzo dobrze, to zaczynają być nieco zbyt do siebie podobne. Mówiąc wprost niewiele nowego tak naprawdę się w nich dzieje. Ale wiem, że są miłośniczki tego cyklu i z pewnością będą zadowolona, podkreślam, że mam jednak prawo do własnych odczuć i takie one właśnie na ten temat są. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca”. M.M. Cabicar

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. 

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginału Dítě školkou povinné

Nie ma co zaprzeczać, że określenie „czeski humor” funkcjonuje nie bez powodu. Książka „Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca” jest tego najlepszym dowodem. 

Zastanawiam się tylko nad tym, czy jest to książka dla każdego i w sumie, nie jestem pewna. W swojej książce M.M. Cabicar nie owija w bawełnę i ojcostwo opisuje z rozbrajającą szczerością. Nie wiem czy każdemu to może pasować. Mnie ta książka rozbawiła wielokrotnie. Powiedzmy, że czytając ją właściwie śmiałam się niemal nieustająco, z przerwami na wzięcie oddechu czy zaczerpniecie łyka wody 🙂

W zbiorze felietonów ojciec trzyletniej Wiki opisuje właściwie zwykłe, zwyczajne życie rodziny z jednym dzieckiem. Autor, żona Kasia i Wiki , ta rodzina jest najprawdopodobniej jedną z bardzo wielu, mieszkających w Pradze rodzin, których życie toczy się podobnie. Małżonkowie pracują (tata jest tatą pracującym w domu), córka rozpoczyna właśnie nowy etap w życiu a mianowicie zaczyna chodzić do przedszkola. Napisałam „Córka rozpoczyna”? Błąd. Ten etap rozpoczyna wraz z nią cała rodzina. Nowy biorytm, nowy styl życia, przyzwyczajenie się do możliwości pracy w domu w ciszy i bez obowiązku podziału uwagi na rozbrykaną Wiki. Wreszcie – choroby. Jeśli myślałeś, jako rodzic, że etap chorób wieku dziecięcego jest już za tobą, jeśli sądziłeś, sądziłaś, że to już przerobiłaś we własnym dzieciństwie (a wspomnienia zastrzyków z penicyliny w wiadome miejsce spędzają ci sen z powiek ) to jesteś w błędzie. 

Widać, że autor wie o czym pisze i muszę powiedzieć, że jak sądzę, przed lekkim szaleństwem w wielu sytuacjach ocaliło go jego poczucie humoru. W sumie w jego zbiorze opowieści nie ma nic niewiarygodnego, żadnej tam wyśrubowanej akcji. Ot opis życia przeciętnej rodziny żyjącej na jednym z praskich osiedli. Ot, rozpoczęcie przedszkola , ot wieczny gil, przypadłość większości przedszkolaków. Rodzinne wypady na imprezy, czy nawet do zwykłego sklepu z armaturą łazienkową. Zabawy rodzinne , odwiedziny babci czy wizyta wujka, przedszkolne Jasełka, pierwsze przyjęcie urodzinowe, na jakie zaproszono Wiki. Wszystko to stanowi jednak pole dla obserwacji i jest zaczynem do zabawnej opowieści, którą potem czytamy. Jak już jednak pisałam, autor nie owija w bawełnę a dla niektórych zapewne jest nawet dość dosadny. Tak więc, jak już wspomniałam, nie wiem czy nie znajdą się tacy, którzy pomarudzą nad stylem czy tematami, o których pisze. Dla każdego jednak rodzica ta książka stanowić będzie nieustające źródło uciech. Ja nawet miewałam w czasie lektury myśli , że „Niech ktoś usunie te kamery emitujące obraz z mojego domu do domu M.M. Cabicara 🙂 „.

Tak wiele brzmiało znajomo. I problemy z zasypianiem kiedy akurat późna pora. I niemożność obudzenia dziecięcia gdy trzeba wstawać do przedszkola a oczywiście dziecięca wersja skowronka w sobotnie czy niedzielne poranki. 

Wiele sytuacji ratuje podejście do życia narratora i jego rodziny. Na pewno nie można powiedzieć, że nie umie z każdej sytuacji wyciągnąć jej najśmieszniejszego sedna, które nam potem prezentuje. 

Na pewno nie jest to żaden poradnik (a tytuł zabawnie do niego nawiązuje) , za to lektura, którą polecam śmiało wszystkim moim znajomym z dziećmi w wieku około przedszkolnym w celach wyśmiania się. I nacieszenia, że inni miewają przynajmniej podobnie. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

 

Audiobooki…

Jest takie zabawne powiedzonko, którego genezy w sumie nie znam a mianowicie „Tylko krowa nie zmienia zdania”. 

Do tej pory audiobooki i ja. Hm, raczej niekoniecznie. Owszem, wysłuchałam świetnej interpretacji Jerzego Kamasa powieści „Lalki” Bolesława Prusa . Wspaniale jako dziecko słuchało mi się przygód Mikołajka a jako dorosłej „Dzieci z Bullerbyn” czytanych przez niezapomnianą Irenę Kwiatkowską. Pamiętam też super czytaną książkę „Forrest Gump” , a czytał ją Wojciech Malajkat. Ale raczej nie bardzo audiobooki u mnie używane. 

Natomiast od kilku tygodni zasłuchaliśmy się z Jasiem. Zaczęło się od „Muminków”, „Dzieci z Bullerbyn” i było dobrze ale to Adam Bahdaj nas chyba zauroczył. Jego książki słuchaliśmy w wykonaniu trzech lektorów, w tym jednej pani.  „Wakacje z duchami” były pierwsze. Potem „Podróż za jeden uśmiech”, z którego mój Syn wyniósł powiedzonko „Myjemy ręce i nic więcej” 😛 . Natomiast, czego się nie spodziewałam, dla mnie niewiarygodnym wzruszeniem i przeżyciem okazała się książka Bahdaja „Do przerwy 0:1”. Nie oglądałam serialu, nie czytałam najwyraźniej i teraz naprawdę słuchałam z przejęciem i z wielkim momentami wzruszeniem. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy,że to taka książka opisująca nie tylko fajne życie ale te mniej jego przyjemne strony, zwłaszcza w życiu dziecka. „Stawiam na Tolka Banana” również okazała się czymś innym niż pamiętam z serialu, który akurat widziałam ale mi się kompletnie nie podobał. A książka naprawdę ciekawa. 

Mamy i nowsze i starsze książki dla dzieci i młodzieży. Teraz słuchamy „Czarne Stopy”  Seweryny Szmaglewskiej . Bałam się ramotki a tu proszę, całkiem fajna sprawa. Przed nami „Ronja, cóka zbójnika” i wiele innych audiobooków. Cieszę się, że odkryliśmy tę formę, niezastąpioną w wielu sytuacjach a na pewno lepsza od usadzenia dziecka przed ekranem telewizora czy tabletu. 

A Wy? Lubicie audiobooki? Może i ja się kiedyś bardziej przekonam  i zacznę słuchać książek nie tylko dla dzieci. 

„Tatuaże podświadomości”. Grażyna Mączkowska.

Wydana w Wydawnictwie Psychoskok. Konin (2017). 

Kolejny raz w dość niedługim czasie czytam książkę w miarę nowej postaci w świecie literackim , jak również, z bohaterkami w wieku raczej 50 i więcej. To dobrze, to mnie cieszy. Życie jest ciekawe nie tylko wtedy gdy masz dwadzieścia parę lat i jesteś na początku drogi życia. To już plus. Drugą zaletą „Tatuaży podświadomości” jest jej prawdziwość, szczerość i wiarygodność. Nienachalna prawda o tym, co w życiu ważne przekazana w akcji książki. A ta jest raczej spokojna, dzieje się to, co się dzieje niespiesznie , nie ma zwrotów akcji.

Opowieść to kontynuacja losów znanej z „Powiedz, że mnie kochasz, mamo” Gabi. Gabi mimo dość młodzieńczego zdrobnienia imienia, to dorosła już kobieta. Sama jest już od dawna żoną, mamą, babcią. O ile z tego co się zdążyłam zorientować (bo pierwszej książki nie czytałam) , w pierwszej części losy Gabi były opisane na zasadzie gorzkiej retrospekcji niełatwej przeszłości i rozliczania się z nią, o ile w „Tatuażach podświadomości” Gabi osiągnęła już spokój i wyciszenie. Jak to sama ona nazywa , osiągnęła już wyższy poziom szczęścia. 

Gabi, to osoba, która wychowała się w domu z ojcem alkoholikiem. Jej ojciec urządził w domu niełatwe życie. Wczesne dzieciństwo Gabi spędziła u dziadków na wsi kujawskiej i tam jej było dobrze, natomiast kiedy dzieci , a w domu była czwórka, nieco podrosły, ze Śląska wrócili rodzice i zaczęło się nowe, stare życie. Miało być nowe, lepsze, bez alkoholu ojca i bez uległości i służalczości matki, która w swojej codziennej walce z życiem jakby zapomniała o prawach i przywilejach własnych dzieci. A wyszło zupełnie odwrotnie, po staremu.

Rodzeństwo już będąc dorosłymi ludźmi orientuje się, że praktycznie nie ma ze sobą więzi. O więzi z rodzicami w ogóle trudno mówić. Ojciec na starość uspokoił się, przestał pić, nawrócił się ale tego, co mieli w domu, nic nie zmieni. Przeszłości bowiem nie uda się wymazać gumką. Niemniej jednak Gabi ma w sobie niespotykane pokłady do walki z przeszłością. Mając u boku wspaniałego i kochającego męża Pawła i dwóch udanych synów, już samych będących ojcami, umie przyznać, co czyni, że zostawanie w przeszłości niewiele daje. Owszem , to przeszłość nas kształtuje, ale jak mówi sama Gabi, nie warto jest nią żyć. Trzeba dać sobie szansę i wyrwać się z TAM aby całkowicie oddać się życiu TU. To czyni, z pomocą psycholożki, Gabi. Stara się też nadrobić stracony czas i odnowić więzi z rodzeństwem. Z tym bywa różnie. Jej rodzeństwo to również ludzie na swój sposób okaleczeni, mający jednak nadzieję na to, że uda się jednak wieść życie lepsze niż to jakie wiedli rodzice. 

„Tatuaże podświadomości” to trafny tytuł. Traumatyczne dzieciństwo zostawia w dorosłym człowieku coś na kształt wytatuowanej duszy. Te tatuaże pod postacią czarnych i złych myśli, złych wspomnień, to wszystko wraca się, potrafi być zadrą w sercu. I Gabi nie twierdzi, że każdy jej dzień jest wspaniały chociaż stara się ona żyć na nowo i cieszyć jej szczęściem jakie ma w swoim własnym domu. A dom to nowy bo w Szczytnie. Sama autorka obecnie mieszka w tym mieście i akcja książki tam się rozgrywa zapewne nieprzypadkowo. Gabi w swoim nowym domu odnajduje pełnię szczęścia z bliskimi ale i wciąż walczy ze wspomnieniami i złem z przeszłości. Te demony lubią wrócić w najmniej odpowiednim i spodziewanym czasie. 

To opowieść o zwykłych a na swój sposób przecież niezwykłych ludziach. Myślę,że wbrew pozorom znamy ich całkiem dużo. Nie każdy musi dźwigać ciężar przeszłości oczywiście tego kalibru ale sądząc po odzewie do Autorki, mającym miejsce po opublikowaniu pierwszej książki z opisem losów Gabi, sądzę, że dla wielu osób ta książka stanowić może wspaniałą terapeutyczną lekturę pomagającą uporać się po trochu z ich własnymi traumami z dzieciństwa. 

Tak wielu ludzi dąży do ekstremalnych doznań, walczy z czymś, co nazywa nudą, nie wiedząc jak bardzo ta według nich nuda a według kogoś innego stabilizacja może być pożądana. I upragniona. 

Chociaż na końcu książki Autorka zapewnia, że książka to w dominującej części fikcja, nie mam wątpliwości, że takich borykających się i walczących z przeszłością Gabi jest na świecie bardzo, bardzo dużo. I kibicuję im wszystkim z całego serca. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Monachos”. Bożena Gałczyńska-Szurek.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2013). 

Wygrana w konkursie na stronie Autorki na Fb okazała się bardzo ciekawą lekturą. I niech Was nie zmyli okładka sugerująca raczej prozę obyczajową, może nawet romans, z piękną Grecją w tle. Jest to bowiem kryminał, i owszem, z akcją rozgrywającą się w Grecji.

Książka rozpoczyna się w chwili gdy ktoś jest świadkiem morderstwa popełnionego na terenie Republiki Mnichów na Półwyspie Athos. 

A to, co naprawdę miało miejsce w tym niezwykłym miejscu, mają za zadanie rozwiązać Klara, Polka, jej znajomy Grek, Tasos, pracownik Interpolu i znajomy z dzieciństwa i młodości Klary , Aleksy. Klara kiedyś przyjeżdżała do Grecji bardzo często. Jej ojciec był znanym archeologiem spędzającym wiele czasu na wykopaliskach. W czasie pracy w Grecji mieszkał u zaprzyjaźnionej pary, Meliny i Nikosa. Klara wychowywała się ze starszym od siebie Aleksym, po części traktując go jak starszego brata, którego nigdy nie miała. Bywała zazdrosna o ojca, gdyż według niej faworyzował Aleksego. Jakiś czas temu po kłótni z ojcem opuściła Grecję. Mieszkała z matką w Polsce, jednak Grecja przyciągała ją do siebie gdyż w chwili gdy ją poznajemy, Klara jest policyjnym psychologiem. Mieszka z mężem, Grekiem, w Grecji i wiedzie dość ustabilizowane życie. Teraz zostaje wezwana przez Tasosa aby pomóc greckiej Policji po tym jak w Republice Mnichów został zamordowany mnich. 

Klara, Tasos i Aleksy, który pracuje w Policji będą musieli odpowiedzieć na pytanie, kto był wrogiem mnicha mieszkającego ponad czterdzieści lat w jakby nie było, odosobnieniu. Nie takim co prawda, jakie by się podejrzewało gdyż na miejscu okazuje się, że samotnia mnicha to w rezultacie bardzo nowocześnie i wygodnie urządzony dom ale jednak z dala od ludzi. 

Oprócz intrygi kryminalnej są też w tej książce ciekawe wątki obyczajowe. Poznajemy nieco zarówno dzieciństwo Klary jak i rozwiązanie pewnych zagadek, jakie gnębiły młodą kobietę od bardzo dawna. Dowiadujemy się dlaczego w młodości w gniewie rozstała się z ojcem i co było powodem jej przygnębienia po powrocie do miejsca, w którym spędziła niejedno lato. 

„Monachos” jest ciekawym kryminałem i dobrym pomysłem na lekturę w czasie urlopu. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę.

Moja ocena to 5 / 6.

„Kwiaty w pudełku”. Karolina Bednarz.

Wydawnictwo Czarne. Wolowiec (2018). Ebook.

To jedna z tych książek, która z pewnością wwierca się w pamięć i w myśli. Jest niełatwa a nawet , stwierdzę, że to jedna z najbardziej przygnębiających mnie książek, które przeczytałam tego roku. Do tego stopnia jest ciężka , że nie byłam w stanie przeczytać jej w całości za pierwszym podejściem. Przerwałam lekturę i wróciłam po dość długim czasie. Niby świadomie teraz ale jednak potraktuję to w kategorii dość oryginalnego przypadku, sięgnęłam po nią po lekturze „Beduinek na Instagramie”. Przedziwnie ciekawe to było zestawienie i (co chyba nie najlepsze) z tyłu głowy siedzi mi taka myśl, że często kobiety w ZEA w niektórych kwestiach miały o wiele lepsze wyjście z sytuacji niż te w Japonii…

Tytuł „Kwiaty w pudełku” nie wziął się znikąd. Pochodzi z przemówienia nazywanej jedną z pierwszych feministek japońskich Toshiko Kishida. W swoim płomiennym przemówieniu wspomniała o córkach rodzin, które to niby z dobrych chęci trzymane niemal pod kluczem, są jednak izolowane od świata i narzucane jest im właściwie wszystko, od tego jak mają się zachowywać po to jaki światopogląd mają wyznawać. 

„Kwiaty w pudełku” to faktycznie kraj oglądany oczami kobiet zamieszkujący ten kraj. Oglądany i opisywany. Autorka przeprowadziła wiele rozmów z kobietami, z którymi rozmawiała na przeróżne tematy. Wszystkie one jednak były trudne i raczej na pewno nie „folderowe”, nie są to w każdym razie tematy, którymi jakikolwiek kraj chciałby się chwalić. Obawiam się jednak, że wbrew temu, co można sądzić po przeczytaniu tej książki, udawanie, że problemu nie ma i chowanie głowy w piasek, to domena nie jedynie japońska. W Japonii jednak zapewne ze względów kulturowych, owo omijanie, unikanie tematu, zostało wypracowane do perfekcji. 

Zapewne ta książka dla kogoś,kto do tej pory nie miał żadnych informacji na temat Japonii jest szokująca. Dla mnie, owszem, sporo tych tematów było faktycznie zaskakujących, jednak nie tyle tym, że występują a raczej zarówno skalą ich występowania jak i skalą chęci udawania , że nie istnieją. Jednak sądzę, że dla przeciętnej osoby lektura tej książki stanowić będzie mocno trudne doświadczenie i kontrast pomiędzy jego wyobrażeniami kraju, w którym ludzie umawiają się grupowo by śledzić opadające łagodnie na wietrze płatki kwitnących wiśni, z tym o czym w niej przeczytają. 

Sądzę, że najważniejsze w tej książce jest to, że kobiety zaczynają w ogóle poruszać tematy do tej pory tematy nieistniejące w publicznej czy prywatnej debacie. I , że zaczynają mieć na to co się dzieje wyraźną niezgodę, której nie boją się werbalizować.

Myślę, że „Kwiaty w pudełku” porządnie odzierają niektórych ze złudzeń na temat tego jak wygląda Japonia. Bądź raczej, odzierają ze złudzeń jakie sobie na temat tego kraju wypracowali. 

W książce dowiemy się więc o tym jak traktuje się kobiety niezamężne, jakie stygmatyzowanie je dotyka. Jak wiele jest w Japonii biedy. Tak tak. Biedy. Biedy, o której się nie mówi a która jak najbardziej istnieje. I jak bardzo kryzys, który od dłuższego czasu coraz bardziej panoszy się w tym kraju, odczuwają matki samotnie wychowujące swoje dzieci. Dowiemy się też jak wiele ludzi potrafi tkwić w przedziwnych układach damsko-męskich tylko dlatego aby jedna ze stron nie „straciła” twarzy. I jak nieciekawie żyje się tam dzieciom ze związków nielegalnych bądź do niedawna jeszcze dzieciom z małżeństw mieszanych. Dla mnie osobiście przerażający był rozdział o firmie, która w latach 50-tych zatruwała odpadami z rtęcią zatokę morza, w wyniku czego wiele osób zapadało na choroby bądź umierały. I chyba oprócz tego jak opisany był stosunek nawet niektórych chorych do trucia ich własnego środowiska bardziej zszokowało mnie to jak źle traktowano osoby, które zostały nie z własnej przecież woli zatrute. Chociaż o takim izolowaniu i stygmatyzacji osób, które spotkało nieszczęście czytałam już wcześniej w innej książce „Ganbare! Warsztaty umierania!” Katarzyny Boni, niemniej jednak po raz kolejny było to dla mnie niezrozumiałe. 

Podobnie jak wstrząsający rozdział o osobach chorych na trąd. Życie w odosobnieniu opisała autorce i tym samym nam, jedna z kobiet do dziś mieszkających w „sanatorium”. Mną też ten opis i podejście do ludzi chorych wstrząsnął, chociażby dlatego, że pamiętam, że w tym samym czasie w Europie stosowano lekarstwo na trąd z całkowitym powodzeniem i osoby ozdrowiałe wracały do życia w poprzednim środowisku a nie były izolowane.

Są też rozdziały o przemocy wobec kobiet, wobec dzieci, także przemocy seksualnej. Ciężko się to czyta, co myślę , tłumaczy to, że musiałam zrobić sobie przerwę. 

Tytułowe „kwiaty” zaczynają powoli coraz silniej zrywać opakowania, w które usiłuje się je wtłoczyć w imię źle pojmowanej tradycji i konwenansów. I tak, rozumiem, że autorka nie pochodzi z tamtej kultury, co nie oznacza, że na wszystko, o czym pisze, ma patrzeć przez pryzmat innej kultury czy obyczajów, czy zgadzać się z tym. Podobnie jak czytelnik. 

Natomiast mam z tą książką, jak ja to mawiam pisząc o książkach, pewien mały (lub wcale nie taki mały) problem. Otóż, lubię kiedy podczas lektury reportaży nie odczuwam bardzo opinii autora. Nie znaczy, że uważam, że autor ma nie mieć światopoglądu, zasad , którymi się kieruje . Nie nie nie. Chodzi mi raczej o to, co podkreślałam pisząc o reportażach „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak, o których to pisałam w tym wpisie.  Tam autorka też pisała o sprawach trudnych ale mimo to miałam wrażenie, że dzieje się to jakoś tak dyskretnie. Nie umiem zwerbalizować do końca tego, o co mi chodzi ale tu trochę czułam się zbyt nakierowywana na to co mam odczuć po przeczytaniu danego reportażu. Tak jakby same fakty nie były wystarczająco wstrząsające. Niemniej jednak rozumiem też to, że autorka ma święte prawo popełnić narrację w taki właśnie sposób. I być może, podkreślam, być może to jedynie mój z tą książką problem a ktoś inny zupełnie tak tego nie odbierze.

Nie jest to na pewno książka dla każdego i sądzę, że wiele osób może się poważnie z tą książką nie zgodzić. No ale to już oczywiście indywidualna kwestia. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach”. Aleksandra Chrobak

Wydana w Wydawnictwie Znak Literanova. Kraków (2016). Ebook.

Przez parę minionych dni odbyłam niezwykle interesującą podróż , a mianowicie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie była to podróż prawdziwa a jedynie na kartach książki, niemniej jednak naprawdę przez chwilę czułam się jakbym wraz z autorką przemierzała Emiraty i poznawała z jej pomocą ludzi tam mieszkających. Autorka książki w ZEA mieszkała i pracowała i rzeczywiście widać, że poznała kraj od bardzo wielu stron, o których pisze w swojej książce. Co mi się podobało to to, że widać, że autorka zachowała obiektywizm. Pisząc stwierdza , przestawia rzeczywistość ale udaje jej się nie oceniać, nie moralizować. Pozostawia ocenę i odbiór czytelnikowi.

Zjednoczone Emiraty Arabskie przez dłuższy czas były jej tymczasowym ale jednak , domem, i widać, że autorka to docenia. Poza tym widać, że przebywając tam starała się jak najlepiej poznać kraj,w którym przyszło jej żyć i szanowała kulturę, do której trafiła. Zachowując jak najbardziej własne obyczaje, starała się zwyczajnie uszanować cudzą kulturę, dostosowując się w miarę możliwości do wymogów sytuacji. Być może właśnie to wyczuwały osoby mające z nią kontakt i dlatego też zaprzyjaźniła się z wieloma osobami, była zapraszana do domów i na wesela. Miała możliwość poznania ludzi mieszkających tam a nie jedynie budowanych dla ekspatów kolorowych i bogatych w elektronikę osiedli czy sklepów pękających od towarów. Owszem, od razu to napiszę, autorka poznawała właściwie jedynie kobiety , z wiadomych przyczyn kulturowych, ale sądzę, że zwyczajnie, gdyby nie budziła sympatii, nie miałaby okazji bywać w domach czy na przyjęciach. Jednak aby wpuścić do domu kogoś kto należy do zupełnie odmiennego kręgu kulturowego trzeba przynajmniej trochę mieć do niego zaufania i lubić go aby się przed nim otworzyć.

W książce Aleksandra Chrobak pisze o swoim życiu i pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i o spotkanych tam ludziach. Pisze o tym, jak omija się tam to, co zakazane i jakie stosuje się wymówki bądź wybiegi aby jednak jak najmniej zakazów w życiu było. Pisze też i o zmianie stylu życia mieszkańców Emiratów i o tym, że pomimo, że nie mieszkają oni już w większości na pustyni, zachowali w sobie moc serdeczności, grzeczności i uprzejmości w stosunku do drugiego człowieka co oznacza, że bogactwo , które przypadło im w udziale, nie wpłynęło jak na razie w aż tak wielkim stopniu na ludzi jak mogłoby się wydawać.

Porusza też jednak i te mniej przyjemne sprawy, które wiadomo, są w każdym państwie na świecie. Dla mnie wstrząsający (a wierzcie mi, z wyjątkiem jednego, autorka ograniczyła się do raczej nie bardzo drastycznych przykładów) był rozdział dotyczący służby domowej i tego jakie wiedzie ona życie w ZEA. Ale akurat wiem, że wiele zła spotyka służbę domową w wielu krajach. 

Oprócz tego jednak większość rozdziałów stanowiła dla mnie jako dla czytelniczki, wielką przyjemność, pokazując mi z perspektywy osoby z mojego kraju, kraj dość jednak wciąż dla mnie egzotyczny. Kraj, który przez niezbyt w sumie długi czas uległ ogromnej przemianie. Ludzie z pustyni przenieśli się do nowoczesnych miast, zostali otoczeni opieką państwa i przy tym wyposażenie w wiele dóbr, a przy tym chyba wciąż zachowali umiejętność poszanowania tradycji i świadomość tego, jak żyło się jeszcze często ich dziadkom. Z ciekawością przeczytałam o tym jak toczy się tam życie. Jak się ucztuje, jak się pracuje, jak się uczy, jak się spotyka z koleżankami i kobietami z rodziny. W jaki sposób przyjmuje się gości, w jaki sposób omija się to, co zakazane. 

ZEA to z pewnością kraj ciekawy, pełen kontrastów ale przez to chyba właśnie budzący ciekawość. To w końcu kraj potencjalnego miejsca pracy dla coraz większej ilości osób i z naszego kraju. Dobrze więc jeśli ktoś, kto się tam wybiera , przeczyta tę książkę, która sądzę, że w przystępny sposób przybliży mu miejsce, w którym przyjdzie mu żyć często parę lat. 

Moja ocena to 5 / 6. 

motyw Warmii i Mazur…

…ponieważ bardzo lubię te tereny podczas wyjazdów chętnie czytam o takich w książkach. Jakie znacie książki, w których akcja dzieje się na Warmii lub Mazurach? Mogą być wszystkie propozycje. Mnie do głowy przychodzą książki autorstwa Katarzyny Enerlich, ale właściwie tak na szybko nie potrafię podać innych propozycji tytułów. Chętnie poznam Wasze propozycje i z góry za wszystkie dziękuję. 

Miłego i spokojnego tygodnia Wam życzę , tak przy okazji.