„Monachos”. Bożena Gałczyńska-Szurek.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2013). 

Wygrana w konkursie na stronie Autorki na Fb okazała się bardzo ciekawą lekturą. I niech Was nie zmyli okładka sugerująca raczej prozę obyczajową, może nawet romans, z piękną Grecją w tle. Jest to bowiem kryminał, i owszem, z akcją rozgrywającą się w Grecji.

Książka rozpoczyna się w chwili gdy ktoś jest świadkiem morderstwa popełnionego na terenie Republiki Mnichów na Półwyspie Athos. 

A to, co naprawdę miało miejsce w tym niezwykłym miejscu, mają za zadanie rozwiązać Klara, Polka, jej znajomy Grek, Tasos, pracownik Interpolu i znajomy z dzieciństwa i młodości Klary , Aleksy. Klara kiedyś przyjeżdżała do Grecji bardzo często. Jej ojciec był znanym archeologiem spędzającym wiele czasu na wykopaliskach. W czasie pracy w Grecji mieszkał u zaprzyjaźnionej pary, Meliny i Nikosa. Klara wychowywała się ze starszym od siebie Aleksym, po części traktując go jak starszego brata, którego nigdy nie miała. Bywała zazdrosna o ojca, gdyż według niej faworyzował Aleksego. Jakiś czas temu po kłótni z ojcem opuściła Grecję. Mieszkała z matką w Polsce, jednak Grecja przyciągała ją do siebie gdyż w chwili gdy ją poznajemy, Klara jest policyjnym psychologiem. Mieszka z mężem, Grekiem, w Grecji i wiedzie dość ustabilizowane życie. Teraz zostaje wezwana przez Tasosa aby pomóc greckiej Policji po tym jak w Republice Mnichów został zamordowany mnich. 

Klara, Tasos i Aleksy, który pracuje w Policji będą musieli odpowiedzieć na pytanie, kto był wrogiem mnicha mieszkającego ponad czterdzieści lat w jakby nie było, odosobnieniu. Nie takim co prawda, jakie by się podejrzewało gdyż na miejscu okazuje się, że samotnia mnicha to w rezultacie bardzo nowocześnie i wygodnie urządzony dom ale jednak z dala od ludzi. 

Oprócz intrygi kryminalnej są też w tej książce ciekawe wątki obyczajowe. Poznajemy nieco zarówno dzieciństwo Klary jak i rozwiązanie pewnych zagadek, jakie gnębiły młodą kobietę od bardzo dawna. Dowiadujemy się dlaczego w młodości w gniewie rozstała się z ojcem i co było powodem jej przygnębienia po powrocie do miejsca, w którym spędziła niejedno lato. 

„Monachos” jest ciekawym kryminałem i dobrym pomysłem na lekturę w czasie urlopu. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę.

Moja ocena to 5 / 6.

„Kwiaty w pudełku”. Karolina Bednarz.

Wydawnictwo Czarne. Wolowiec (2018). Ebook.

To jedna z tych książek, która z pewnością wwierca się w pamięć i w myśli. Jest niełatwa a nawet , stwierdzę, że to jedna z najbardziej przygnębiających mnie książek, które przeczytałam tego roku. Do tego stopnia jest ciężka , że nie byłam w stanie przeczytać jej w całości za pierwszym podejściem. Przerwałam lekturę i wróciłam po dość długim czasie. Niby świadomie teraz ale jednak potraktuję to w kategorii dość oryginalnego przypadku, sięgnęłam po nią po lekturze „Beduinek na Instagramie”. Przedziwnie ciekawe to było zestawienie i (co chyba nie najlepsze) z tyłu głowy siedzi mi taka myśl, że często kobiety w ZEA w niektórych kwestiach miały o wiele lepsze wyjście z sytuacji niż te w Japonii…

Tytuł „Kwiaty w pudełku” nie wziął się znikąd. Pochodzi z przemówienia nazywanej jedną z pierwszych feministek japońskich Toshiko Kishida. W swoim płomiennym przemówieniu wspomniała o córkach rodzin, które to niby z dobrych chęci trzymane niemal pod kluczem, są jednak izolowane od świata i narzucane jest im właściwie wszystko, od tego jak mają się zachowywać po to jaki światopogląd mają wyznawać. 

„Kwiaty w pudełku” to faktycznie kraj oglądany oczami kobiet zamieszkujący ten kraj. Oglądany i opisywany. Autorka przeprowadziła wiele rozmów z kobietami, z którymi rozmawiała na przeróżne tematy. Wszystkie one jednak były trudne i raczej na pewno nie „folderowe”, nie są to w każdym razie tematy, którymi jakikolwiek kraj chciałby się chwalić. Obawiam się jednak, że wbrew temu, co można sądzić po przeczytaniu tej książki, udawanie, że problemu nie ma i chowanie głowy w piasek, to domena nie jedynie japońska. W Japonii jednak zapewne ze względów kulturowych, owo omijanie, unikanie tematu, zostało wypracowane do perfekcji. 

Zapewne ta książka dla kogoś,kto do tej pory nie miał żadnych informacji na temat Japonii jest szokująca. Dla mnie, owszem, sporo tych tematów było faktycznie zaskakujących, jednak nie tyle tym, że występują a raczej zarówno skalą ich występowania jak i skalą chęci udawania , że nie istnieją. Jednak sądzę, że dla przeciętnej osoby lektura tej książki stanowić będzie mocno trudne doświadczenie i kontrast pomiędzy jego wyobrażeniami kraju, w którym ludzie umawiają się grupowo by śledzić opadające łagodnie na wietrze płatki kwitnących wiśni, z tym o czym w niej przeczytają. 

Sądzę, że najważniejsze w tej książce jest to, że kobiety zaczynają w ogóle poruszać tematy do tej pory tematy nieistniejące w publicznej czy prywatnej debacie. I , że zaczynają mieć na to co się dzieje wyraźną niezgodę, której nie boją się werbalizować.

Myślę, że „Kwiaty w pudełku” porządnie odzierają niektórych ze złudzeń na temat tego jak wygląda Japonia. Bądź raczej, odzierają ze złudzeń jakie sobie na temat tego kraju wypracowali. 

W książce dowiemy się więc o tym jak traktuje się kobiety niezamężne, jakie stygmatyzowanie je dotyka. Jak wiele jest w Japonii biedy. Tak tak. Biedy. Biedy, o której się nie mówi a która jak najbardziej istnieje. I jak bardzo kryzys, który od dłuższego czasu coraz bardziej panoszy się w tym kraju, odczuwają matki samotnie wychowujące swoje dzieci. Dowiemy się też jak wiele ludzi potrafi tkwić w przedziwnych układach damsko-męskich tylko dlatego aby jedna ze stron nie „straciła” twarzy. I jak nieciekawie żyje się tam dzieciom ze związków nielegalnych bądź do niedawna jeszcze dzieciom z małżeństw mieszanych. Dla mnie osobiście przerażający był rozdział o firmie, która w latach 50-tych zatruwała odpadami z rtęcią zatokę morza, w wyniku czego wiele osób zapadało na choroby bądź umierały. I chyba oprócz tego jak opisany był stosunek nawet niektórych chorych do trucia ich własnego środowiska bardziej zszokowało mnie to jak źle traktowano osoby, które zostały nie z własnej przecież woli zatrute. Chociaż o takim izolowaniu i stygmatyzacji osób, które spotkało nieszczęście czytałam już wcześniej w innej książce „Ganbare! Warsztaty umierania!” Katarzyny Boni, niemniej jednak po raz kolejny było to dla mnie niezrozumiałe. 

Podobnie jak wstrząsający rozdział o osobach chorych na trąd. Życie w odosobnieniu opisała autorce i tym samym nam, jedna z kobiet do dziś mieszkających w „sanatorium”. Mną też ten opis i podejście do ludzi chorych wstrząsnął, chociażby dlatego, że pamiętam, że w tym samym czasie w Europie stosowano lekarstwo na trąd z całkowitym powodzeniem i osoby ozdrowiałe wracały do życia w poprzednim środowisku a nie były izolowane.

Są też rozdziały o przemocy wobec kobiet, wobec dzieci, także przemocy seksualnej. Ciężko się to czyta, co myślę , tłumaczy to, że musiałam zrobić sobie przerwę. 

Tytułowe „kwiaty” zaczynają powoli coraz silniej zrywać opakowania, w które usiłuje się je wtłoczyć w imię źle pojmowanej tradycji i konwenansów. I tak, rozumiem, że autorka nie pochodzi z tamtej kultury, co nie oznacza, że na wszystko, o czym pisze, ma patrzeć przez pryzmat innej kultury czy obyczajów, czy zgadzać się z tym. Podobnie jak czytelnik. 

Natomiast mam z tą książką, jak ja to mawiam pisząc o książkach, pewien mały (lub wcale nie taki mały) problem. Otóż, lubię kiedy podczas lektury reportaży nie odczuwam bardzo opinii autora. Nie znaczy, że uważam, że autor ma nie mieć światopoglądu, zasad , którymi się kieruje . Nie nie nie. Chodzi mi raczej o to, co podkreślałam pisząc o reportażach „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak, o których to pisałam w tym wpisie.  Tam autorka też pisała o sprawach trudnych ale mimo to miałam wrażenie, że dzieje się to jakoś tak dyskretnie. Nie umiem zwerbalizować do końca tego, o co mi chodzi ale tu trochę czułam się zbyt nakierowywana na to co mam odczuć po przeczytaniu danego reportażu. Tak jakby same fakty nie były wystarczająco wstrząsające. Niemniej jednak rozumiem też to, że autorka ma święte prawo popełnić narrację w taki właśnie sposób. I być może, podkreślam, być może to jedynie mój z tą książką problem a ktoś inny zupełnie tak tego nie odbierze.

Nie jest to na pewno książka dla każdego i sądzę, że wiele osób może się poważnie z tą książką nie zgodzić. No ale to już oczywiście indywidualna kwestia. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach”. Aleksandra Chrobak

Wydana w Wydawnictwie Znak Literanova. Kraków (2016). Ebook.

Przez parę minionych dni odbyłam niezwykle interesującą podróż , a mianowicie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie była to podróż prawdziwa a jedynie na kartach książki, niemniej jednak naprawdę przez chwilę czułam się jakbym wraz z autorką przemierzała Emiraty i poznawała z jej pomocą ludzi tam mieszkających. Autorka książki w ZEA mieszkała i pracowała i rzeczywiście widać, że poznała kraj od bardzo wielu stron, o których pisze w swojej książce. Co mi się podobało to to, że widać, że autorka zachowała obiektywizm. Pisząc stwierdza , przestawia rzeczywistość ale udaje jej się nie oceniać, nie moralizować. Pozostawia ocenę i odbiór czytelnikowi.

Zjednoczone Emiraty Arabskie przez dłuższy czas były jej tymczasowym ale jednak , domem, i widać, że autorka to docenia. Poza tym widać, że przebywając tam starała się jak najlepiej poznać kraj,w którym przyszło jej żyć i szanowała kulturę, do której trafiła. Zachowując jak najbardziej własne obyczaje, starała się zwyczajnie uszanować cudzą kulturę, dostosowując się w miarę możliwości do wymogów sytuacji. Być może właśnie to wyczuwały osoby mające z nią kontakt i dlatego też zaprzyjaźniła się z wieloma osobami, była zapraszana do domów i na wesela. Miała możliwość poznania ludzi mieszkających tam a nie jedynie budowanych dla ekspatów kolorowych i bogatych w elektronikę osiedli czy sklepów pękających od towarów. Owszem, od razu to napiszę, autorka poznawała właściwie jedynie kobiety , z wiadomych przyczyn kulturowych, ale sądzę, że zwyczajnie, gdyby nie budziła sympatii, nie miałaby okazji bywać w domach czy na przyjęciach. Jednak aby wpuścić do domu kogoś kto należy do zupełnie odmiennego kręgu kulturowego trzeba przynajmniej trochę mieć do niego zaufania i lubić go aby się przed nim otworzyć.

W książce Aleksandra Chrobak pisze o swoim życiu i pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i o spotkanych tam ludziach. Pisze o tym, jak omija się tam to, co zakazane i jakie stosuje się wymówki bądź wybiegi aby jednak jak najmniej zakazów w życiu było. Pisze też i o zmianie stylu życia mieszkańców Emiratów i o tym, że pomimo, że nie mieszkają oni już w większości na pustyni, zachowali w sobie moc serdeczności, grzeczności i uprzejmości w stosunku do drugiego człowieka co oznacza, że bogactwo , które przypadło im w udziale, nie wpłynęło jak na razie w aż tak wielkim stopniu na ludzi jak mogłoby się wydawać.

Porusza też jednak i te mniej przyjemne sprawy, które wiadomo, są w każdym państwie na świecie. Dla mnie wstrząsający (a wierzcie mi, z wyjątkiem jednego, autorka ograniczyła się do raczej nie bardzo drastycznych przykładów) był rozdział dotyczący służby domowej i tego jakie wiedzie ona życie w ZEA. Ale akurat wiem, że wiele zła spotyka służbę domową w wielu krajach. 

Oprócz tego jednak większość rozdziałów stanowiła dla mnie jako dla czytelniczki, wielką przyjemność, pokazując mi z perspektywy osoby z mojego kraju, kraj dość jednak wciąż dla mnie egzotyczny. Kraj, który przez niezbyt w sumie długi czas uległ ogromnej przemianie. Ludzie z pustyni przenieśli się do nowoczesnych miast, zostali otoczeni opieką państwa i przy tym wyposażenie w wiele dóbr, a przy tym chyba wciąż zachowali umiejętność poszanowania tradycji i świadomość tego, jak żyło się jeszcze często ich dziadkom. Z ciekawością przeczytałam o tym jak toczy się tam życie. Jak się ucztuje, jak się pracuje, jak się uczy, jak się spotyka z koleżankami i kobietami z rodziny. W jaki sposób przyjmuje się gości, w jaki sposób omija się to, co zakazane. 

ZEA to z pewnością kraj ciekawy, pełen kontrastów ale przez to chyba właśnie budzący ciekawość. To w końcu kraj potencjalnego miejsca pracy dla coraz większej ilości osób i z naszego kraju. Dobrze więc jeśli ktoś, kto się tam wybiera , przeczyta tę książkę, która sądzę, że w przystępny sposób przybliży mu miejsce, w którym przyjdzie mu żyć często parę lat. 

Moja ocena to 5 / 6. 

motyw Warmii i Mazur…

…ponieważ bardzo lubię te tereny podczas wyjazdów chętnie czytam o takich w książkach. Jakie znacie książki, w których akcja dzieje się na Warmii lub Mazurach? Mogą być wszystkie propozycje. Mnie do głowy przychodzą książki autorstwa Katarzyny Enerlich, ale właściwie tak na szybko nie potrafię podać innych propozycji tytułów. Chętnie poznam Wasze propozycje i z góry za wszystkie dziękuję. 

Miłego i spokojnego tygodnia Wam życzę , tak przy okazji. 

„Wszystkie kochanki naszego taty”. Manula Kalicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Premiera książki 10.07.2018.

Wcześniej książka ta ukazała się pod tytułem „Tata, one i ja”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bardzo mi się spodobała ta książka. Czytałam wcześniej „Koniec i początek” , która to jest zupełnie inną książką, w innym stylu, z innym klimatem, (pisałam o niej w tym wpisie) i też mi się spodobała bardzo. I oto na pewno będę chciała czytać i inne książki Manuli Kalickiej bo ogromnie mi się podobały obie, chyba właśnie za różnorodność a jednocześnie za świetny styl , spójną fabułę , niezwykle ciekawych bohaterów, którzy bardzo ludzcy, z zaletami ale i wadami, zwyczajnie dają się lubić. Nie do końca wiem co myśleć , co kogo adresowana jest książka „Wszystkie kochanki naszego taty”. Może być zarówno adresowana do starszej młodzieży jak i dorosłych w każdym wieku, tak sądzę. 

Karolina ma piętnaście lat, Paulina sześć. Poznajemy je w chwili gdy dotąd wychowywane przez mamę po rozwodzie rodziców, zostają oddane pod opiekę ojca. Tata, Eryk, to rockman, który nagle z chwili na chwilę zostaje włączony w konkretną opiekę nad dorastającymi córkami.  Zarówno jego była żona, która zostawiła córki i wyjechała z narzeczonym do Afryki, jak o on sam, nie do końca byli chyba gotowi na bycie rodzicami. Jednak jakoś się to wszystko kręciło. Teraz zaś zostało postawione na głowie. Na szczęście na podorędziu jest fantastyczna (niechcąca przyznawać się do wieku:) ) babcia Fredka (była teściowa Eryka) i jej czwarty mąż, Artur. Kiedy ojciec rusza w trasę ze swoim zespołem Karolina i Paula mają wsparcie w tej dwójce. Niemniej jednak nawet przy pomocy byłej teściowej, Erykowi jest dość trudno w jakby nie było, nowej sytuacji życiowej. Tata stara się jak może i oto on staje na czele tej rodziny. Czuje się jednak samotny, a wynikiem tego są zmieniające się nieustająco nowe partnerki Eryka. Przez dom, który zresztą został zamieniony na dom w Zalesiu Dolnym, przewinie się spora grupa pań, z których część będzie chciała zostać na dłużej już jako potencjalne macoszki Karoliny i Pauliny. Jedne z nich będą milsze, i dziewczynki nawet je polubią, inne okażą się niezłymi oryginałami. Będzie też postrach rodziny, z gatunku „omijać jak najbardziej”.

Cała ta opowieść napisana jest w stylu zabawnym, z wielkim poczuciem humoru. Wiem, że brzmi to oklepanie ale tak, napiszę to, w tej książce jest naprawdę galeria barwnych i oryginalnych postaci. To nie jest rodzinka jak każda ale tym bardziej to dobrze. Nie ma tam słodu , jest samo życie, tylko członkowie rodziny potrafią nawet największe zmartwienie jakoś odpowiednio potraktować i poradzić sobie z nim. Ta opowieść napisana jest niezwykle zabawnie ale jednocześnie opowiada o sprawach ważnych a nawet najważniejszych. Wzruszała mnie bardzo troska starszej siostry o Paulinę. Podobało mi się też jak w sytuacji gdy wystarczająco wiele własnych zmartwień zwaliło się na dziewczynki, porzucenie przez mamę, nowe osoby w domu, brak stabilizacji, to znalazły one serce i wyciągnęły pomocną dłoń pewnemu zagubionemu młodemu chłopakowi.

„Wszystkie kochanki naszego taty” opowiada o sprawach ważnych jakimi są rodzina, wsparcie bliskich osób, dobro, miłość, bycie względem siebie serdecznym. Czytając niby to się śmiejemy ale też możemy wzruszyć a jednocześnie nie czujemy , że autorka nami manipuluje. Wszystko to jest prawdziwe i wiarygodne. 

„Wszystkie kochanki naszego taty” to bardzo ładnie opowiedziana historia. Nieco zwariowana, nieco szalona, ale jednocześnie ogromnie, ogromnie mądra. Zabawna i wzruszająca ale nie na siłę. Wszystkiego jest w niej akurat i tyle ile potrzeba.

Myślę, że ci, którzy jeszcze jej nie czytali, będą mieli taką samą dobrą lekturę jaką miałam ja. 

Moja ocena to 6 / 6.

„W starym dworze”. Bogusław Adamowicz.

Wydana w Wydawnictwie WasPos. Warszawa (2018). Ebook.

Książka „W starym dworze” to jak głosi podtytuł , opowieść fantastyczna. Klasyczna powieść grozy.

Napisana przez autora w roku 1908 , już samym tym budzi ciekawość i zainteresowanie. Jak się ma stareńki horror? powieść grozy jednak jest lepszym określeniem i przy takowym zostanę, do tego co współcześnie oferuje nam rynek? Nie należy zapominać, w jakim czasie powstała książka „W starym dworze”. A mianowicie powstała w czasach kiedy ludzie masowo interesowali się spirytualizmem. 

Jak nawet pisała w swoich wspomnieniach Magdalena Samozwaniec, modne były w początku ubiegłego stulecia spotkania połączone z wywoływaniem duchów, nie dziwne więc , że i książki o duchach powstawać „musiały”. 

„W starym dworze” rozpoczyna się w chwili gdy jednego wieczoru w pewnym pensjonacie toczy się rozmowa o niejakim profesorze Menszlu. Mężczyzna ów pragnął ogromnie udowodnić , że duchy istnieją. Jednak nie udawało mu się to. W pewnej chwili osoba, która rozpoczęła dyskusję o owym profesorze, stwierdza z lekkim strapieniem, iż Menszla sobie wymyślił. W tym momencie jednak odzywa się do tej pory milczący i siedzący z boku mężczyzna, który twierdzi, że nie jest to możliwe. Że profesor jak najbardziej istnieje. Przysiada się i rozpoczyna swoją opowieść. Oto bowiem czas jakiś temu odziedziczył on spadek. Szczęściu nie było końca, zwłaszcza, że suma była niebagatelna. Młody mężczyzna ruszył załatwiać sprawy spadkowe, które to jak zawsze, wiązały się z pewnymi niedogodnościami. Aby załatwić sprawę, musiał jednak zboczyć z obranej trasy i wstąpić do miejscowości swego urodzenia aby tam uzyskać niezbędne ku temu dokumenty. Nie bardzo chciano zawieźć go tam drogą krótką, proponowano trwający zbyt długo objazd. Wreszcie jeden z powożących wozem zgodził się na taką drogę. Ruszyli i okazało się , że faktycznie lęki i obawy, jakie żywili inni woźnice nie były takie bezpodstawne. Dziwne cienie, odgłosy, plątanie się dróg i czasu…W końcu jednak udało się podróżnikom napotkać na swej drodze dworek szlachecki. Po dotarciu tam okazało się, że jest on mocno podupadły i zamieszkały przez trzyosobową rodzinę . Leonę i jej dwójkę dziadków. Babunię i dziadziusia, słabiutkich, siwiuteńkich i stareńkich, ale serdecznych i skorych do długich wieczornych rozmów. A przede wszystkim skorych do ugoszczenia niespodziewanego gościa dłuższy czas. Leona to młoda kobieta, rozkwitła niczym piękny kwiat, i nie dziwne, że początkowo sumitujący się iż musi szybko opuścić domostwo bohater i narrator opowieści, którego to nigdy nie poznajemy z imienia i nazwiska, nie ma wcale ochoty opuszczać gościnnych progów dworku. A że mieszkańcy dziwni nieco i tacy niedzisiejsi jakby ? A że służba jest a właściwie jej nie widać? A że pojawia się wielokrotnie dziwnie posępny młodzieniec, który wydaje się psuć idylliczną atmosferę coraz to zacieśniających się między dwojgiem młodych więzów? 

W książce nie brakuje dywagacji i rozważań o duchach. Nie brak też wygłaszanych głosem dziadka Leony prawd i mądrości, anegdotek co prawda mocno już przeterminowanych. Jest też, co sądzę, że w rozkwicie spirytualizmu tamtego czasu, lekka „walka” starego i nowego oraz „serca, emocji i „mędrca szkiełka i oka” ” czyli po prostu serca i rozumu. 

Język powieści został podobno uwspółcześniony pod kątem językowym za to faktycznie czuje się, że jak zapewnia wydawnictwo, zachowano oryginalny charakter książki. 

Nie ma tu duchów, które pojawiają się znienacka i atakują a mimo to atmosfera grozy i niepewności została nakreślona w sposób bardzo zręczny i przyjemy dla czytelnika. 

Moja ocena to 4.5 / 6 

„Tak będzie prościej”. Przemysław Semczuk.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018).

Akcja książki rozpoczyna się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 1992 roku w Warszawie kiedy pewien młody człowiek dokonuje morderstwa. Zabija starszego od siebie , wydawałoby się, że przypadkowo napotkanego homoseksualistę. Ze strony młodego człowieka jednak nie ma mowy o przypadku. Swój cel obiera z zamiarem obrabowania, a potem sprawy wymykają mu się spod kontroli. 
Następnie akcja książki przenosi się w Kotlinę Jeleniogórską. W Jeleniej Górze w styczniu 1993 zostają znalezione zwłoki Tadeusza Stecia. Legendy i sławy przewodników i znawców Sudetów.  Autora wielu opracowań dotyczących Kotliny Jeleniogórskiej i okolic. Tadeusz Steć został zamordowany. Tajemnicą Poliszynela był fakt, że zmarły był homoseksualistą. Całe miasto aż huczy po tym , jak dowie się o morderstwie. Natychmiast pojawia się mnóstwo teorii. A to, że zamordował go jego kochanek, a to, że z pewnością była to zbrodnia na tle rabunkowym. W swoim życiu bowiem Steć miał możliwość zgromadzenia sporego majątku. A to z kolei, że być może to efekt domina, wszak chwilę wcześniej zamordowano byłego premiera Jaroszewicza wraz z jego żoną. A , o czym Steć opowiadał, z Jaroszewiczem znali się.Może ktoś eliminuje świadków pewnych wydarzeń jakie miały miejsce pod koniec IIWŚ na tamtych terenach. Do tego pojawiają się jakieś teorie, że bogactwo, które posiadał Steć mogło wynikać z przemytu, wszak mężczyzna znał te okolice jak mało kto, miał okazje i możliwości, więc być może skorzystał z tych możliwości? Teorie się piętrzą, ludzie, jak to ludzie, swoje „wiedzą”, policja rozpoczyna żmudne śledztwo. Nie pomaga orientacja seksualna zamordowanego chociaż akurat ktoś z góry wyraźnie dał nakaz szybkiego rozwiązania sprawy. Policjantom przyjdzie więc odwiedzać kluby, w których zbierają się homoseksualiści czy podążyć śladami Stecia aż pod Obserwatorium Meteorologiczne na Śnieżce. Wszystko to rozgrywa się w czasie silnej zimy, to w końcu góry i tu aura nie rozpieszcza. Opis pewnego wjazdu w górę powoduje, że człowiek nawet siedząc i roztapiając się w fotelu gdy za oknem upał, ma wrażenie, że zaczyna marznąć. Bardzo wiarygodnie odmalowana ta wyprawa i w ogóle opis tego jak wygląda na Śnieżce i w jej okolicach. Nie tylko zimą. Ja z przyjemnością poczytałam o procesie powstawania kompleksu, w którym obecnie mieści się Obserwatorium. Byłam tam kiedyś, na Śnieżce, więc to przyjemny dodatek co człowiek widział.

Widać to, że autor książki jest dziennikarzem. Widać dobre pióro i konkret opisów. Tu nie ma miejsca na to, co lubimy w kryminałach skandynawskich czyli psychologiczne analizy. Jest natomiast coś, co ogromnie mi się podobało. Dla mnie przypomnienie, dla młodszych ode mnie zapewne po prostu opis tego, jak wyglądała Polska tuż po zmianie ustroju politycznego. Służby mundurowe zmieniają nazwy i siedziby, w sklepach z dnia na dzień pojawiają się dotąd niemożliwe do nabycia towary, a ludzka mentalność, ludzkie przywary , wady, oczekiwania, obawy, to wszystko pozostaje bez zmian. 
Takie wspomnienie tamtych czasów, marek, które królowały w sklepach , ale nie nachalnie, natomiast dobrze oddaje to tamten klimat. Nagle odzyskanej wolności, kiedy ludzie poczuli, że po latach mogą odetchnąć pełną piersią. Niektórzy nawet korzystali z tej możliwości aż nadto. 

Morderstwo Tadeusza Stecia to nie literacka fikcja. Po raz kolejny widać dziennikarską pasję autora bo pod koniec książki możemy przeczytać jego artykuł z Newsweeka (edycji polskiej) z roku 2010, w którym pisze i o samej zbrodni i o tym, że do tej pory nie została ona rozwiązana. Ponieważ mamy jednak świetnych specjalistów w krakowskiej jednostce śledczej o nazwie „Archiwum X”, można mieć nadzieję, że dowiemy się kiedyś co tak naprawdę stało się w styczniu roku 1993 w jeleniogórskim mieszkaniu Tadeusza Stecia. 

Bardzo podobała mi się nie tylko akcja kryminalna książki ale właśnie ten ciekawie opisany etap tuż po zmianach i sposób odnajdowania się Polaków w jakby nie było, nowej rzeczywistości.

Moja ocena to 5 / 6. 

książki, które polecam na wakacje…

…co roku odkąd pamiętam czyli od jakichś dwóch lat (pamiętacie, jak to było w Mikołajku? 😛 , coś podobnego tam „szło” ), moja Przyjaciółka odzywa się do mnie z pytaniem „A co byś mi poleciła na wakacje?”. I co roku coś tam staram się Jej odpowiedzieć a wczoraj stwierdziłam, że popełnię sobie takowy wpis z książkami, które bym chętnie innym na wakacje właśnie poleciła. I nie ukrywam, że liczę na Wasze polecanki właśnie z myślą o czytaniu w bardziej niż zwykle wolnym czasie.

Podczas wakacji osobiście wolę lektury lżejsze a przynajmniej nie bardzo mnie przygnębiające. Nie mówię, że to jest jedyna recepta na czytanie na urlopie, wyjaśniam, że raczej nie będzie tu polecanych „non fiction” chociaż jeden tytuł polecę. 

I tak oto, nie jest to nowość ale ku mojemu zdumieniu wciąż dowiaduję się o osobach, które nie znają serii o arystokratce Marii Kostce, autorstwa Evzena Bocka. I tak oto polecam „Ostatnią arystokratkę”, „Arystokratkę w ukropie” i „Arystokratkę na koniu”. Niepohamowane salwy śmiechu gwarantowane więc nastawić się raczej trzeba na to, że ludzie mogą na nas zerkać 🙂 To książki, które zawsze polecam gdy ktoś szuka czegoś do pośmiania się i poprawienia nastroju.

Z obiecywanego reportażu, polecam „Ludzie z Placu Słońca” Aleksandry Lipczak. To o Hiszpanii współczesnej ale niekoniecznie pod kątem turystycznym.

Z zupełnie innych klimatów, obiecałam bonusik podczas pisania recenzji „Reguły nr 1” Marty Guzowskiej? No więc bardzo polecam tej autorki „Chciwość” i „Reguła nr 1” właśnie. Obie opowiadają o awanturniczce , archeolożce Simonie Brenner. 

Jeśli ktoś chce przeczytać thriller to ostatnio czytana przeze mnie książka Magdy Rem pod tytułem „Będziesz na to patrzył” wydaje się ciekawą propozycją. 

A z kolei jeśli ktoś szuka czegoś lżejszego, spokojnego i takiego z przyjemnym otulającym dobrem i ciepłem klimatem, to polecam najnowszą książkę Frances Mayes czyli „Kobiety w blasku słońca”.

A co Wy polecilibyście jako lekturę na wakacje? 

jaki jest…

…Jaś ? Pewnie nie pamiętacie ale kiedyś, zainspirowana pytaniem Margi o tej samej treści , co pewien czas coś pisałam właśnie w odpowiedzi.

A obecnie Jaś jest zerówkowiczem. Nie wysyłamy Go do pierwszej klasy, będzie chodził do zerówki, ze znanymi sobie koleżankami i kolegami więc to dobre bo i tak na pewno jakoś odczuje nowy etap edukacji chociażby w tym, że zmieniają się nauczycielki prowadzące.

A obecnie mocno usportowiony. W przedszkolu chodził na zajęcia Aikido, które lubi, również na zajęcia piłki nożnej. Jest jak i moja Mama , kibicem i ogląda mecze. Zapewne wie już co to jest spalony, czego ja chyba do końca dobrze nie ogarniam ale też i nie mam takowej potrzeby więc… 

Ale , co wyszło niedawno, jest pasjonatem wspinaczki. Poszliśmy na urodziny jego najlepszego przyjaciela i koleżanki , które organizowane były w sali wspinaczkowej i moje dziecko , pierwszy raz będąc na tego typu sali , po prostu wspięło się pod sam szczyt… Patrzyliśmy na to ze zdumieniem bo co prawda fakt, że na takich mini ściankach wspinaczkowych jakie bywają na placach zabaw, zawsze chętnie się wspinał ale żeby aż tak „zaskoczyć”? Złapał bakcyla i mimo, że urodziny odbywały się zaledwie niespełna trzy tygodnie temu, zdążyliśmy już być na wspinaczce pięć razy. P. również się zaczął wspinać i wygląda na to, że również Mu się to podoba. Ja się nie zdecydowałam jak na razie, ale kto wie, kto wie… 😉 Może w przyszłości. 

„Reguła nr 1”. Marta Guzowska.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2017). Ebook.

Pierwsza część przygód Simony Brenner, awanturniczej archeolożki, została opowiedziana w książce pod tytułem „Chciwość”, o której pisałam w tym wpisie. 

I wtedy byłam zachwycona tą książką. Myślałam, że nic mnie już bardziej jeśli chodzi o Simonę nie zachwyci, aż do chwili, gdy skończyłam czytać „Regułę nr 1”. Pani Marto, mam nadzieję, że ma Pani już w głowie pomysły na części następne albowiem ja po prostu muszę, muszę wiedzieć co będzie się dalej działo z tą niezwykłą bohaterką a przede wszystkim, cóż to za wspaniały i kompletnie bez żadnego drugiego moralizatorskiego dna , relaks podczas lektury Pani książek o Simonie Brenner.

Dla wyjaśnienia. Simona Brenner to światowej sławy archeolożka, specjalistka od złotej biżuterii. I, ups, cóż za niefart. Złodziejka tejże. A konkretnie złodziejka zabytków. Ja wiem, zdaje się, że kajałam się z tego już podczas omawiania „Chciwości”, że tak, zdaję sobie sprawę , że to bardzo nieetyczne i powinno budzić moje oburzenie. I budzi, oczywiście. Co nie oznacza, że automatycznie powoduje moją niechęć do Simony i co za tym idzie, nie sprawia, że chcę poznawać jej przygody.

Już to pisałam podczas pisania o „Chciwości”, książki o Simonie są idealnym materiałem na świetny film sensacyjny, taki współczesny Indiana Jones ale po pierwsze,  w powiedzonkowej spódnicy (wątpię aby Simona miała wiele tego typu garderoby w swojej szafie) a po drugie, o wiele bardziej ładny. Bo to, że bardzo inteligentna jest owa postać, o, to się wie od początku. Simona ma więc głowę na karku i wie kiedy trzeba przystopować bądź kiedy należy zacząć działać. Na pewno pomagają jej prywatnie przez nią stworzone reguły, z których tytułowa reguła nr 1 mówi, żeby „nie ufać nikomu”. No więc, tak, przygody Simony to świetny pomysł na scenariusz filmowy ale podczas lektury tej części przyszła mi do głowy jeszcze inna myśl, a mianowicie, że jest to idealny materiał do rozrysowania komiksu. Może kiedyś ktoś się na to pokusi? Według mnie, byłoby to coś naprawdę interesującego.

Wracając do samej „Reguły nr 1”. W tej części spotykamy główną bohaterkę odczekującą swoje w kolejce do odprawy na lotnisku w Stambule. Ma zamiar przewieźć w bagażu podręcznym coś, co z pewnością nie może się tam znaleźć i czego na pewno nie powinna wywozić z Turcji. Cóż, to przecież Simona, więc co może stanąć jej na przeszkodzie? Okazuje się jednak, że coś a raczej ktoś, jak najbardziej może przeszkodzić w jej planach. Simona zostaje ponownie wkręcona w sytuację, w której niekoniecznie chciałaby się znaleźć ale cóż, kiedy się prowadzi takie życie jak ona i zarabia na życie również tak, jak ona, można się liczyć z tym, że ktoś na nas ma „haka”. Do Simony odzywa się dawny znajomy Konstantinos , który zleca jej odnalezienie ni mniej ni więcej a Złotego Runa. Tak tak, tego mitycznego skarbu. To, że to skarb mityczny wiemy nawet my, którzy nie jesteśmy z wykształcenia archeologami, wie to oczywiście sama Simona ale najwyraźniej ktoś uwierzył w plotki o tym, że ów skarb istnieje. I teraz to Simona ma go odnaleźć i dostarczyć go do Konstantinosa, który to z kolei przekaże go zleceniodawcy.

Co lubię w książkach o przygodach Simony ? To, że jest to właśnie idealna książka sensacyjna, z taką nutką awanturniczości. Że akcja książki dzieje się tak szybko, że czasem wręcz mamy wrażenie, że nie nadążamy za bohaterką i tym co się dzieje.

Za to, że jest tu ciekawie bo zabytki archeologiczne i trochę człowiek się nowego przy tym douczy i za to, że bohaterka ma zalety i wady, jest prawdziwa do cna. I za to, że podczas lektury tej książki człowiek odwiedzi i Rosję i Turcję i Grecję. I za to, że intryga kryminalna trzyma się kupy, że tak może niezbyt elegancko się wyrażę ale nie sądzę aby Simona miała mi to specjalnie za złe. I nawet narrację pierwszoosobową, za którą nie przepadam, „wybaczam” Simonie bo prawdę mówiąc, innej narracji w tym przypadku sobie nie wyobrażam. 

Wartka akcja, ciekawa przygoda i niebanalna bohaterka, cóż więcej trzeba aby po prostu się zwyczajnie zrelaksować podczas lektury? Ogromnie polecam tę książkę. 

Moja jej ocena to 6 / 6.

 

Będę dzisiaj miała dla Was jeszcze mały bonus związany z tą książką (nie, nie będzie żadnych konkursów) więc – oczekujcie 🙂