„Siedem cudów”. Agata Przybyłek.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Tak, ja jestem tą panią, która czyta te wszystkie książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia stąd nie powinno Was dziwić , że kolejną taką książkę właśnie dopiero co skończyłam.

„Siedem cudów” to moja pierwsza książka autorstwa Agaty Przybyłek, pomimo, że na czytniku czeka na swoją kolejkę kilka innych Jej autorstwa. I sądzę, że teraz przyspieszę sobie lekturę innych książek tej autorki.

W tej książce postaci jest kilkoro i są one właściwie ściśle ze sobą powiązane. Otóż mamy rodzeństwo Monikę i Maćka i ich rodziców Jolę i Marka. Mieszkają na wsi a oboje dzieci studiuje w Gdańsku. W Gdańsku również studiuje były narzeczony Moniki, Ksawery i Ania, studentka z roku Ksawerego, dziewczyna pozostawiona przez ojca swojej córeczki. Obecnie szykuje się do roli samotnej matki, jest bowiem w siódmym miesiącu ciąży.

Małgosia z kolei to dziewczyna Maćka. Maciek ma wielki plan aby w urodziny Małgosi oświadczyć się jej. Ponieważ kilkakrotnie zapewniała go, że ewentualnych oświadczyn nie chce w same Święta, chłopak wymyślił zaręczyny w urodziny dziewczyny, które przypadają na parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Z tym, że Maciek po raz kolejny myli daty urodzin Małgosi z urodzinami swojej poprzedniej dziewczyny. 
W ogóle , to z tymi oświadczynami Maćka będzie wiele perypetii i prawdę mówiąc, to w pewnej chwili zastanawiałam się czy jednak się odbędą. 

Bohaterowie są zwyczajni, ot, tacy „z sąsiedztwa”. Marek, ojciec rodziny i dobry mąż, tuż przed Świętami dowiaduje się, że stracił pracę w supermarkecie. Redukcja etatów, która go dotknęła spowoduje, że początkowo nie będzie chciał mówić o niczym rodzinie i psuć nastroju i żonie i dzieciom. Jednak Jola jest z nim tyle lat, że doskonale zna swojego męża i wyczuje, że trapi go jakieś wielkie zmartwienie.

Z kolei Ksawery i Monika cały czas nie są w stanie pogodzić się z faktem rozstania. Łączyło ich wielkie uczucie ale sprzeciwili się ich planom małżeńskim rodzice Ksawerego. Przyznaję, że ta intryga, tajemnica rodzinna, o której dowiadujemy się niemal na końcu książki, nie do końca do mnie przemówiła jako powód do stanięcia na drodze młodych, którzy wyraźnie mieli się ku sobie i faktycznie się kochali ale kto wie, być może jest to jak najbardziej możliwe do zaistnienia.

Trochę też czułam się rozbawiona faktem potencjalnych zaręczyn Małgosi i Maćka, bo oboje byli bardzo młodzi ale nawet takie trochę „Musierowiczostwo” w tej kwestii nie popsuło mi ogólnego wrażenia książki.

Tak, „Siedem cudów” jest tym, czego oczekuję po książce z motywem Świąt. Są możliwi do zaistnienia bohaterowie, są wydarzenia, które również się dzieją dookoła. Jest poczucie humoru i to, że widać, że autorka lubi swoich bohaterów. Jest też trochę dobra i ludzkiej życzliwości, pamiętania o tym, co tak naprawdę jest najważniejsze w tym czasie, który inni tak bardzo lubią nazywać „magicznym”. Drugi człowiek , na którego oczywiście nie tylko w tym czasie, warto zwrócić szczególną uwagę. Jak w końcu powie Jola, akurat w odniesieniu do czerwonego barszczu ale wiemy, że chodzi ogólnie o materialne sprawy, „Można przygotować pyszną kolację bez niego, ale nie da się spędzić cudownych świąt w samotności”. I tym, kończącym „Siedem cudów” książkę zdaniem kończę również moje parę słów na temat tej książki. 

A moja ocena tej książki to 5 / 6. 

 

„Spełnione życzenia”. Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Bardzo nie lubię pisać słów, które wiem, że nie każdemu się spodobają. Niemniej jednak , nie potrafię pisząc o książce napisać na siłę dobrze, skoro tak nie czuję. Rozczarowanie i to spore, niestety odczuwam po lekturze „Spełnionych życzeń”. Tym większe bo autorki książki bardzo lubię, cykl o Jagodnie czytam, nie tylko zresztą ale naprawdę autorka należy do jednych z moich ulubionych. No ale w przypadku tej książki, nie spełniło się moje życzenie (że tak nawiążę do tytułu) i lektura nie okazała się udana. Z pewnością nie zawiedliby się ci, którzy psioczą na książki świąteczne takie, nazwę to , polukrowane ciepłem, dobrocią, szczęściem i tym wyszydzanym czasem „zapachem pierników”. „Spełnione życzenia” nic z tego ciepła świątecznego nie mają, żadnej w tym „Magii świąt” nie ma. No, może odrobinkę. Mogę to zrozumieć poniekąd bo najwyraźniej autorka chciała pokazać , że co dla jednych może być czasem radosnym i wesołym, do którego z pewnością pieczołowicie się przygotowują, dla innych może stać się przyczyną smutku, stresu, nieszczęścia, powrotu złych wspomnień czy skojarzeń. Jednak na litość, czy owe nieszczęścia (i to naprawdę wielkiego kalibru) musiały dopaść właściwie wszystkich bohaterów tej książki???

Nagromadzenie nieszczęść i zła wpłynęło na mnie tak, że niestety, przestałam się przejmować losami bohaterów, nie potrafiłam wyzwolić w sobie tego współodczuwania, czy chęci „kibicowania” którejkolwiek z postaci opisywanych w książce.

Już nie wspomnę o pewnych motywach wtórnych, które znam z innych czytanych przeze mnie książek autorki bo to być może nie musi być akurat zarzut. Wiem, że bywa, że ktoś pisze o podobnych czy wręcz tych samych motywach w kolejnych książkach ale inaczej ujmuje temat. Mnie to akurat tu drażniło bo odniesień do podobnych motywów widziałam sporo i mnie to nie pasowało, ja już to „skądś znałam” i nie sprawiało to, że lektura była dla mnie interesująca.

W „Spełnionych życzeniach” akcja książki opowiada o Wigilii kilku bohaterów. Jak już wspomniałam na początku, wszystkich ich dotknie nieszczęście i ostatecznie jakiś dramat. I to naprawdę potężnego kalibru. Nie chcąc jednak zdradzać treści bo wiem, że na pewno wiele osób sięgnie po tę książkę, napiszę jedynie, że właściwie to Wigilia ta będzie obfitowała w wielkie tragedie i ludzkie dramaty. Plus przedziwne zakończenie, które nie mam pojęcia co dokładnie miało znaczyć. To znaczy wiem co tam się stało, rozumiem nawiązanie do konkretnej opowieści. Niemniej jednak przez cały czas lektury odnosiłam wrażenie, że autorka chce mną a raczej moimi odczuciami zbyt silnie kierować czy nawet sterować i zakończenie tego kalibru zamiast wzruszenia czy przynajmniej przejęcia spowodowało, że zwyczajnie zastanawiałam się o co chodzi ?

Nie, nie lubię jak się mną „manipuluje”. Tak, to złe słowo ale naprawdę podczas tej lektury miałam wrażenie, że tak właśnie jest, że mam na pewno wiedzieć, kto tu jest dobry i szlachetny a kto wstrętny i niszczący najbliższych. Ja tak nie lubię, w życiu naprawdę nie do końca wszystko jest aż tak skrajne , ludzie nie są tylko i wyłącznie źli i zepsuci a i nie są jedynie wspaniałomyślni i miłujący innych. I dobrze bo gdyby tak było, byłoby nieprawdziwie i nudno.

Nie chcę jednak aby wyszło, że tylko narzekam na tę książkę. Wiem, że zapewne pomysł był taki, że Święta Bożego Narodzenia piękne i idylliczne bywają głównie w reklamach a w życiu bywa tak, że ktoś się kłóci przy wigilijnym stole, ktoś nie chce podzielić się Opłatkiem, inny czuje się samotny bądź niespełniony i niekochany. Ktoś inny cierpi bo wraz z nadejściem Świąt wracają złe wspomnienia i niedobre myśli. Sądzę, że jednak w tym przypadku nastąpiło przeładowanie negatywnymi motywami i zwyczajnie nie potrafiłam się tą lekturą przejąć bo nastąpił przesyt. 

Mam w planach najnowszą opowieść z Jagodziańskiego cyklu i wielką wraz z tymi planami nadzieję ,że kolejna część tego cyklu mnie nie zawiedzie.

A tymczasem z przykrością ale „Spełnionym życzeniom” daję ocenę 3 / 6.

 

„Pokrewne dusze”. Agata Kołakowska.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Data premiery 06.11.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po pierwszą przeczytaną przeze mnie książkę Agaty Kołakowskiej sięgnęłam dość przypadkiem, co przyznaję. I już od pierwszej strony okazało się, że proza tej autorki wciąga mnie i zaciekawia, intryguje. A autorka stała się jedną z moich ulubionych autorek. 

Książka „Pokrewne dusze” zaintrygowała mnie swoim opisem. Jest to książka, o której będzie mi bardzo trudno napisać coś więcej bez zdradzania treści więc postaram się napisać zwięźle i oczywiście, nie zdradzając wydarzeń, ale tak aby Was do „Pokrewnych dusz” zachęcić. Bowiem , muszę powiedzieć, jestem tą książką zachwycona. 

Milena Gajewska pracuje jako terapeutka w centrum psychoterapii AlterEgo. Jak wszyscy pracujący tam psycholodzy co pewien czas spotyka się z superwizorką. Z koleżankami i kolegami z pracy współpracuje jej się bardzo dobrze, ale nie wchodzi w większe przyjaźnie. Sama jest po rozwodzie , nie sprawia wrażenia przybitej tym faktem, a dodatkowo jest osobą pewną siebie i samowystarczalną. Lubi wyskoczyć na drinka z kolegami z pracy ale dość niezobowiązujące znajomości wystarczają kobiecie. Czy ktoś z pracy tak naprawdę ją zna? Zapewne nie i jedyne co zna, to wyobrażenie kolegów i koleżanek na jej temat.

Pacjentką Mileny jest Marta Woźniak. Ta prowadząca samotnie pensjonat na odciętej od świata wysepce leżącej nieopodal Kielc zjawiła się na terapii aby pomóc sobie w swojej traumie. Niebawem minie rok od tragicznej śmierci siostry, która zdarzyła się podczas wspólnego wypadu sióstr do Portugalii. Od początku postać Marty wydaje się nam bardzo dramatyczna ale i faktycznie rozedrgana, potrzebująca pomocy. Nie wiemy dlaczego pomost prowadzący do tej pory do jej pensjonatu w Czernicy , jest spalony? Dlaczego po śmierci siostry Marty, Klary, zięć Marty wraz z córką a siostrzenicą Marty, opuścił wyspę w pośpiechu? Czy o coś ją obwiniał? Może o rodzaj więzi jaki łączył Martę i Klarę, w której to więzi raczej Marta stała się stroną dominującą?

Nie zdradzę sekretu bo to można wyczytać na stronie Wydawnictwa przy opisie „Pokrewnych dusz”, że ta wydająca się być złamana i słaba Marta wymyśli podstęp aby zwabić do siebie na wyspę do pensjonatu swoją terapeutkę. Porywaczka, do tej pory dająca się poznać jako ofiara tragicznych wydarzeń okaże się być całkiem silną i pewną siebie kobietą, która doskonale zdaje sobie sprawę ze słabych stron innych ludzi. I , co zaskakujące i dla Mileny i dla nas, czytelników, jej pomysł zastąpienia Klary nową „siostrą” wciela w życie z zaciętą konsekwencją. Tu mogłoby powstać coś zupełnie innego a powstała książka niemal sensacyjna, a na pewno z silnym tłem psychologicznym. Książka wciągająca. Opowieść o dwóch silnych osobowościach, które zetrą się w odosobnionym miejscu. W którym z racji wydarzeń, nie będzie miejsca na miłosierdzie. Marta bowiem nie była jedyną osobą, która sprawia wrażenie, że jest inna niż jest. Również jej własna terapeutka, a teraz więźniarka, skrywa wiele tajemnic i nie do końca etycznych sekretów. 

W odciętym od świata i ludzi miejscu zetrą się jak mówię , dwie silne osobowości, dwie silne kobiety gotowe w pewnym momencie na wszystko. Obie samotne, obie bez rodzin, obie właściwie bez niczego do stracenia, mogące pozwolić sobie na wszelkie chwyty w tej równej wbrew pozorom, walce. I mimo tego, że to Milena posiada wykształcenie psychologiczne, nie ona jedna potrafi ludźmi manipulować. „Pokrewne dusze” to bowiem książka o manipulacji w różnych jej aspektach. Osoby, które powinny z gruntu wzbudzać zaufanie , owego zaufania zdecydowanie nadużywają. Kto i w jakim stopniu zechce w tej opowieści wykorzystać zaufanie drugich osób a kto stanie się bluszczem oplatającym drugą osobę aby wycisnąć z niej niemal wszystkie siły? Jak przewrotne są ludzkie losy i jak łatwo z kata zmienić się w ofiarę. Jak łatwo mogą odwrócić się role i jak trudno bywa w odróżnieniu dobra od zła.

Za to, jak autorka wodziła mnie za nos podczas lektury i za to jak dobrą , ba, bardzo dobrą lekturę mi zafundowała powodując, że nie byłam w stanie oderwać się od książki daruję tej książce ocenę 6 / 6.

 

 

„Szukając przystani”. Anna Karpińska.

Cykl „Rodzinne roszady”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.

Premiera książki 15.11.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Anna Karpińska, jedna z moich ulubionych autorek, książką „Szukając przystani” rozpoczyna nowy cykl noszący wspólny tytuł „Rodzinne roszady”.

No i muszę przyznać, że mnie ta książka wciągnęła niesamowicie i już nie mogę się doczekać książki następnej, noszącej tytuł „Bezpieczny port” (która to książka jest w przygotowaniu przez Autorkę). 

Już kilkakrotnie wspominałam co mi się podoba w książkach Anny Karpińskiej , a mianowicie to, że często bohaterkami jej opowieści są nie młode dziewczyny czy kobiety stojące u progu życia a kobiety około czy ponad pięćdziesięcioletnie. Podobnie jest w tej książce.

Bohaterką i narratorką pierwszoosobową jest Wanda. Szczęśliwa mężatka Ludwika, który prowadzi odziedziczoną po ojcu restaurację w Chełmnie. Wanda jest też szczęśliwą matką trójki dzieci, z których wszystkie już wyrosły. Z trójki dzieci dwójka starszych, najstarsza córka Joanna i syn Łukasz nie sprawia matce problemów , natomiast najmłodsza Kasia nie raz i nie dwa spędza matce sen z powiek. Nic nie zapowiada jednak jej najbardziej spektakularnego czynu jakim jest zajście w ciążę, postanowienie wychowywania dziecka samej a następnie pozostawienia córki, Poli pod opieką dziadków. Szybko los sprawi, że Wanda z opieką nad ukochaną pierwszą wnuczką zostanie sama. I sama zostanie ze zmartwieniami dnia codziennego. Córka Kasia zostawiwszy matkę z Polą decyduje się zamieszkać i pracować w Niemczech. Starsze dzieci co prawda nie sprawiają problemów ale również prowadzą swoje życie a Wanda z dnia na dzień zostanie sama z wnuczką i restauracją, którą musi poprowadzić. 

Szczęśliwie Wanda nie jest całkiem sama ze swoimi zmartwieniami. Pomaga jej matka, starsze dzieci, przyjaciółka Mirka, kilkoro serdecznych ludzi. Z czasem powoli pewne sprawy ulegają wyprostowaniu i Wanda nawet będzie w stanie zająć się restauracją. Jako, że jest młodą emerytką, będzie mogła część czasu wolnego od opieki nad Polą, poświęcić na restaurację, która była oczkiem w głowie jej męża. Trudno jednak być samej z tym wszystkim co przynosi życie codzienne, tym bardziej, że w życiu Wandy z pewnością nie jest jak w bajce. Jeszcze parę lat wstecz planowała wczesną emeryturę i być może nareszcie spełnienie marzeń i odpoczynku od pracy nauczycielki , wypad z mężem do któregoś z ciepłych krajów, a już na pewno nie sprawowanie opieki nad malutkim dzieckiem. Jednak życie pokazuje , że w jej przypadku samo planuje i pisze jej scenariusze i Wanda odpowiedzialnie stawi czoła jego wyzwaniom. Nawet jeśli oznacza to nieprzespane noce czy martwienie się często na zapas a często niekoniecznie. Jak jednak już pisałam, Wanda ma pewne wsparcie ze strony bliskich i przyjaciół a ci, nawet jeśli nie martwią się za nią samą to przynajmniej często pomogą dobrą radą czy podsuną właściwsze rozwiązanie. 

Zakończenie książki wbiło mnie w fotel (przenośnia, nie mam fotela 🙂 ), jednak mam nadzieję, że w następnym tomie wszystko się wyjaśni i dobrze rozwiąże bowiem jako czytelniczka zdążyłam się już nim (zakończeniem) zdenerwować. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Równonoc”. Anna Fryczkowska.

Wydana w Wydawnictwie Od Deski Do Deski. Seria na F/Aktach. Warszawa (2018). Ebook.

Zafundowałam sobie „Równonocą” bardzo ciężką lekturę ale nie mogłam po nią nie sięgnąć. Autorkę uważam za jedną z najlepszych polskich pisarek i po prostu chciałam zobaczyć jak udało się Jej podejść do serii tego wydawnictwa opartej na faktach ale jednak zbeletryzowanej czy też po prostu ubranej nie w formę reportażu a jednak fikcji, czego przykładem jest chociażby zmienienie imion zarówno samych bohaterów jak i ich bliskich.

Czterech chłopców, wszyscy w podobnym wieku, z nich trzech trójka tak podobna fizycznie, że pomimo, że pochodzili z trzech różnych miejscowości (w Zachodniopomorskiem), można by ich wziąć za rodzeństwo czy rodzinę. Wszyscy mający około czternastu, piętnastu lat.  Wszyscy zaginęli w marcu. Pierwsze zaginięcie miało miejsce w czasie równonocy , od której wziął się tytuł książki. 21 marca 1998 roku Szymon zginął świętując nadejście wiosny nad rzeką przepływającą nieopodal jego miasteczka. Wyszedł z kolegami i już nigdy nie wrócił. Prawie rok po nim zaginął Darek, również w marcu a konkretnie pierwszego dnia marca 1999 roku, a niemal pod koniec miesiąca , trzydziestego marca 1999 zaginęło dwóch wychowanków ośrodka opiekuńczego, Kamil i Jędrzej. 
Czterech zupełnie nie znających się chłopców, którzy nagle zniknęli jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Co ja robiłam w marcu 1999 roku ? Niewiele już z tego czasu pamiętam. Cztery pozostawione bez swoich bliskich rodziny pamiętają ten dzień zapewne tak, jakby zdarzył się wczoraj.
Anna Fryczkowska oddała głos matkom. W przypadku jednego chłopca, narratorem jego opowieści o zaginięciu jest ojciec. Pozostałe trzy głosy to głosy matek. 

Tyle już napisano o tej książce i usiłuję napisać coś, co nie byłoby powieleniem tego co już padło. Co mnie ujęło w „Równonocy” to wyważenie ze strony Fryczkowskiej. Wyważenie w doborze słów, w doborze natężenia emocji , opisów tego co mogłoby się stać. Bardzo łatwo można to było „popsuć” tworząc strukturę kiepskiego reportażu rodem z fabularyzowanego pisemka dla domorosłych śledczych. Anna Fryczkowska oczywiście nie poszła tą drogą , za co jestem jej wdzięczna ale i wiedziałam , że po tej autorce szczęśliwie tego obawiać się nie trzeba. Natomiast wciąż uważam za ładne i serdeczne (strasznie dziwnie brzmią takie słowa być może w odniesieniu do tak ciężkiej książki) to w jaki sposób ubrała to, co sądzi, że mogły myśleć matki zaginionych chłopców. Jak padło w pewnym momencie w książce, a wiedzą to doskonale wszyscy ci, którzy przeszli jakąś traumę, życie po czymś takim dzieli się na życie „przed” i życie „po”. 
Co łączy te nigdy nie wyjaśnione zaginięcia? To jak te dwadzieścia lat temu podchodzono do zaginięć młodocianych. Przez te kilkadziesiąt lat naprawdę zmieniło się podejście i służb i ludzi do zaginięć, zwłaszcza nieletnich. Jak również, co jest zapewne truizmem, rozwój techniki sprzyja większym możliwościom zainteresowania innych tym, że dana osoba zaginęła.

Nie wiem co tak naprawdę wówczas powodowało, że owe zaginięcia traktowano w kategorii nieszczęśliwych wypadków. Szymon jak stwierdzono najprawdopodobniej utopił się, Darek również. Nie wiadomo co według śledczych miało stać się z uciekinierami z ośrodka opiekuńczego. Czy dziś śledczy podjęliby się próby zwrócenia uwagi na dane o zaginięciach, przyjrzeniu się chłopcom, stwierdzeniu, że zadziwiające, że pochodzili z tej samej części kraju, że byli do siebie łudząco podobni? Czy któryś z nich postarałby się przyjąć również i inną hipotezę tego co mogło się stać w marcu 1998 i marcu 1999 roku z czterema chłopcami? 
Nie wiem i myślę, że bardzo chciałabym aby te sprawy znalazły jednak kiedyś swoje rozwiązanie. I dały spokój ducha tym matkom , bliskim, którzy zostali nagle osieroceni. Matkom, którym nagle wyrwano część nich samych i którym pozostało tkwienie w stanie pomiędzy. „Pomiędzy” oczekiwaniem a żałobą. 
Fryczkowska nie tworzy z matek niezłomnych heroin. To kobiety, które są w złym stanie psychicznym i zdecydowanie trudno jest im się dziwić. A pomimo tego jest w nich wciąż nadzieja na to, że kiedyś dowiedzą się prawdy. Anna Fryczkowska w swoich słowach na końcu książki życzy matkom i bliskim zaginionych spokoju. Ja oprócz spokoju życzę im z całego serca dowiedzenia się kiedyś prawdy na temat zaginięcia ich synów. 

W książce wspomniana jest organizacja charytatywnie działająca i pomagająca osobom, których bliscy zaginęli. To właśnie pracownicy tej organizacji dostrzegli wielkie podobieństwo fizyczne pomiędzy zaginionymi, jak również zbieżność czasową zaginięć. Niemniej jednak nawet i najbardziej prężne organizacje nie mają możliwości jak służby profesjonalnie do tego przygotowane. 

Nie zapominajmy jednak, że jest to wciąż fikcja bazująca na prawdziwych zdarzeniach. Pod sam koniec Anna Fryczkowska pisze o jednym z możliwych rozwiązań tej zagadki. Spotkałam się z zarzutem do tej „propozycji” (złe słowo ale nie znajduję właściwszego). Uważam, że trzeba pamiętać, że biorąc pod uwagę właśnie to, że jest to fikcja, takie rozwiązanie zagadki może być równie prawdopodobne jak co najmniej kilka innych. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę dla bliskich zaginionych obecnie najważniejsze jest aby otrzymać prawdziwe rozwiązanie, niezależnie od tego jak bardzo ciężka do przyjęcia byłaby prawda. Do jednej z matek, matki Szymona , po roku od zaginięcia syna, zadzwonił ktoś z groźbami i „przypomnieniem”, że ma jeszcze jednego, żyjącego syna, na którego powinna uważać. To również niesie ze sobą różne przypuszczenia i możliwe scenariusze tego, co tak naprawdę stało się z Szymonem, Darkiem, Kamilem i Jędrzejem. 

W „Równonocy” pada zdanie, które wypowiada mama Szymona do reporterki, że nikt nie jest bezpieczny. Sądzę, że w przypadku niewyjaśnionego zaginięcia faktycznie poczucie niewiedzy jest bardzo traumatyczne i niszczące. I zapewne niestety, podobnie jak w przypadku innych dramatycznych wydarzeń, może powodować stałe następstwa czy wywołać lęki. Trudno jest patrzeć z nadzieją w przyszłość. Trudno jest nie myśleć o tym jakie kolejne nieszczęście może spotkać rodzinę, bliskich. 

Za delikatność materii , za przeprowadzenie nas czytelników przez tę historię bez zbędnego epatowania nadmierną sensacyjnością a przede wszystkim za szacunek do samych zaginionych nastolatków i ich bliskich przyznaję tej książce ocenę 6 / 6. 

Jesień kolejny już raz z rzędu …

…”sponsorują” w naszym domu Muminki. 

Takie mam wrażenie, że ta opowieść jest wręcz idealna do tego aby czytać ją właśnie o tej porze roku… Część z książek mam z własnego dzieciństwa, część dokupiłam. Moją ulubioną jest „Lato Muminków” ale właściwie lubię niemal wszystkie.

„Dwanaście życzeń”. Karolina Głogowska. Katarzyna Troszczyńska.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2018). 

Premiera książki 17.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Niech Was nie zwiedzie okładka (projekt autorstwa Marty Weroniki Żurawskiej-Zaręby). „Dwanaście życzeń” nie będzie opowieścią ze słodkim lukrem i zapachem piekących się świątecznych pierników w tle. Będzie natomiast przepełniony klimatem być może bardzo często znanym w polskich rodzinach , a mianowicie wzajemnych żali, które wreszcie się wyleją i niezabliźnionych ran emocjonalnych. 

„Dwanaście życzeń” opowiada nam głównie o kobietach. Są one splątanie wzajemną siecią rodzinnych powiązań i nawet jeśli nie zawsze sobie tego życzą, jest jak jest. 

Akcja książki rozpoczyna się od momentu gdy Dagna Kreft, prezenterka mniejszej stacji telewizyjnej zostanie wysłana do rodzinnej miejscowości gdzie na szybie domu (jej rodzinnego , nawiasem mówiąc) ukazał się podobno wizerunek Matki Boskiej. Dagna do rodzinnego domu nie lubi jeździć. Pojęcia nie mam zupełnie czemu, bo dom rodzinny prezenterki jest domem dobrym, w którym dodatkowo to ona była ulubienicą rodziny a nie starsza o kilka lat siostra Bogusia. I w sumie do końca książki powodu takiej niechęci Dagny nie poznałam a raczej jej argumenty nie przemawiały do mnie a sama bohaterka bardzo mnie irytowała. 

Starsza siostra Bogusia czuje się bardzo źle z faworyzowaniem siostry, która nawet nie chce odwiedzić rodziców w Święta Bożego Narodzenia i która właściwie nie ma chęci na kontakty z rodziną, która nie zrobiła jej nic złego. Bogusię natomiast poznajemy w chwili gdy jest mocno zmęczona codziennym życiem, kieratem i byciem niby to jedną z dwóch a właściwie jakby jedyną córką. 

I tak oto telefon matki sprawia, że do rodzinnych Kaczor zjedzie córka marnotrawna czyli Dagna. Wysłana przez szefową , Ritę, ma w ich stacji telewizyjnej przedstawić cud na oknie i zrelacjonować masową histerię jaka się w związku z tym odbędzie.

Poznajemy też warszawską gałąź tej rodziny. A nawet dwie jej „odnogi”. Córkę Rity, Basię, dorosłą już kobietę, która nie przepracowała odejścia ojca Czesława i założenia przez niego nowej rodziny. I ową nową rodzinę, w której to Czesław chyba nie do końca się odnalazł. Mieszka jednak z drugą żoną, córką Polą i swoją matką, babcią Basi i Poli, Różą.

Akcja książki rozpoczyna się na dzień przed Wigilią ale już po paru stronach czytelnik orientuje się, że tym razem będzie bez lukru, cukru , wspomnianego przeze mnie zapachu pierników i spektakularnych pogodzeń rodzinnych. 

W tej rodzinie bowiem wiele jest jakiegoś nie do końca opracowanego wzajemnego żalu, czasem zdecydowanie słusznego, czasem nie. Są kobiety, które natomiast w ten czy inny sposób odczuwają brak mężczyzn w swoim życiu. Czasem jest to tatuś, który założywszy nową rodzinę jakby zapomniał o pierworodnej córce, czasem porzucona na chwilę przed Ślubem narzeczona. Czasem kobieta, która w codziennym kieracie orientuje się, że właściwie gros pracy w domu i opieki nad dziećmi spoczywa na niej. Dużo tu nieprzepracowanych traum ale i chociaż nie w nadmiarze, nadziei na to, że niektóre z tych traum uda się jeszcze przepracować zanim będzie za późno. I zanim zostanie jedynie żal, że się nie spróbowało dopóki była ku temu okazja. 

Jak pisałam na samym początku, okładka, która to nawiasem mówiąc, bardzo mi się podoba , nie do końca oddaje to, co znajdziemy w środku książki. Muszę przyznać, że ta książka działała na mnie raczej przygnębiająco chociaż cieszę się, że na samym końcu jednak zdarzyło się nieco więcej pogodnych i niosących nadzieję na poprawę relacji w tej skomplikowanej rodzinie, sytuacji. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

No dobrze, a teraz, przyznaję bez jakiejkolwiek skruchy i nie to ,żebym się tłumaczyła, mam ochotę na coś ze Świętami w tle co będzie ociekało lukrem, cukrem a zapach pierników spowoduje u mnie głód. 🙂

„Gdzie zaczyna się przeszłość”. Amy Tan.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Data premiery 18.10.2018.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. 

Tytuł oryginalny Where The Past Begins.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Amy Tan jest jedną z tych autorek, których książki bardzo chętnie czytam. Z tym, że uczciwie się przyznam, ostatnio jej książkę czytałam naprawdę dawno temu. Tym chętniej sięgnęłam po najnowszą książkę tej autorki na naszym rynku. „Gdzie zaczyna się przeszłość” to kolejny jej zbiór esejów. Pierwszego zbioru esejów nie czytałam. Po ten sięgnęłam z zainteresowaniem. Nie okazał się lekturą łatwą i przyjemną. Nawet, powiedziałabym, okazał się lekturą bardzo trudną. 

Sądzę, że większość z nas wraz z wiekiem dąży do poznania historii własnej rodziny, bliższej analizy własnych korzeni. Na pewno dodatkowo ta ciekawość może się wzmóc jeśli nie pochodzimy z kraju, w którym przyszło nam żyć. 

Amy Tan ten etap również nie ominął. Sięga po listy, zdjęcia, dokumenty rodzinne, własne zapiski ale przede wszystkim po wspomnienia aby wrócić do przeszłości, która zdeterminowała jej życie takim jakim ono jest obecnie. 

Pomimo, że zapiski te mieszczą również bogatą korespondencję autorki z jej wydawcą, dotyczącą jej pisania, jak również spraw bardziej osobistych, pomimo, że są tu jej myśli na temat muzyki, tworzenia , ogólnie strefy artystycznej to mnie najbardziej zainteresowały jej wspomnienia na temat niełatwego dzieciństwa. 

Ta część książki okazała się najbardziej interesująca ale też najbardziej trudna. Dawno nie zdarzyło mi się a tak miało miejsce teraz, bym z powodu czytanego tekstu nie mogła zasnąć. Kiedy przerwałam na noc lekturę tej książki, okazało się, że opisane w niej sytuacje i wydarzenia nie dają mi spokojnie zasnąć tylko wciąż do nich wracam myślami.

Niewątpliwie wspomnienia Amy Tan z rodzinnego domu służyć by mogły za kanwę co najmniej kilkudziesięciu książek. W „Gdzie zaczyna się przeszłość” autorka dokonuje bardzo bolesnej analizy swojego związku z chorą psychicznie matką. Zapewne teraz sytuacja matki ale przede wszystkim cierpiącej z powodu jej choroby rodziny ułożyć by się mogła o wiele lepiej , przede wszystkim gdyby choroba została zdiagnozowana a kobieta była leczona. Nie wiem czemu wówczas tak się nie stało, czy powodem była niechęć do wypowiedzenia głośno stanu rzeczy czy też inne powody stanęły na przeszkodzie, dość, że obraz dzieciństwa Amy Tan jawi się w książce mocno niewesoło. Nie widać tego na załączonych przez autorkę fotografiach, niemniej jednak z jej książki wyłania się obraz dziecka wzrastającego w poczuciu wiecznej niepewności, w poczuciu braku stabilizacji a przede wszystkim w poczuciu braku tak potrzebnego dziecku bezpieczeństwa. Wieczne wahania nastrojów matki i jej zachowania a do tego choroba i śmierć najstarszego z trójki dzieci rodziców Amy Tan, to wszystko składa się na to, że jej dzieciństwo raczej nie może być nazwane beztroskim. Może jednak tłumaczyć po części (oprócz talentu) chęć do wyrwania się z tego stanu poprzez literaturę ale również może być powodem tego, że zaczęła pisać. Być może łatwiej było jej pewne sprawy utrwalić na piśmie, zwłaszcza, że jak się okazuje, niektóre wspomnienia były przez nią samą skrywane bardzo , bardzo głęboko w podświadomości. 

„Pisząc, rozpoznaje siebie” pisze Amy Tan w pewnej chwili aby pod koniec tej książki ponownie odnieść się do tego słowami, cytuję „(…) Piszę, aby przedłużyć wspomnienia życia teraz, na dowód, że towarzyszyły mi myśli, emocje, pomysły, że przeżywałam i doświadczałam”.

Być może próba okiełznania wspomnień, i tych złych i tych dobrych, stanowi jakiś kolejny etap zarówno osobisty jak i twórczy w życiu autorki. Oprócz wspomnień związanych z matką, jest też rozdział poświęcony jej relacjom z ojcem, którego jednak mając przy sobie, jakby nie do końca poznała, również z powodu jego wczesnej śmierci.

Na plus muszę stwierdzić, że pomimo, że niektórzy mogliby stwierdzić, że Amy Tan balansuje podczas tych wspomnień na cienkiej granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu, według mnie granicy tej nie udało jej się szczęśliwie przekroczyć. 

Osobną problematyką poruszaną przez autorkę jest jej doświadczenie życia w Ameryce jako dziecka imigranta. Może to tłumaczyć jej zaangażowanie w pewne kwestie polityczne jak również przeżywanie przez nią samą wyników ostatnich wyborów prezydenckich w USA.

Sądzę, że dla osób, które chętnie czytają prozę jej autorstwa, książka ta stanowić będzie uzupełnienie do jej twórczości. Tym bardziej, że są tam też jej refleksje dotyczące samego procesu twórczego, jest sporo o jej zamiłowaniach muzycznych, przenikających się z jej prozą, wreszcie, widać erudycję i wykształcenie autorki.

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

„Gwiazdeczka”. Maja Jaszewska.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Rozpoczynam sezon na czytanie książek około świątecznych. Tę książkę „spotkałam” w paru miejscach reklamowaną jako książkę świąteczną. Według mnie to niejasne określenie. Akcja książki dzieje się głównie latem i jesienią. Owszem, momenty najważniejsze zdarzają się podczas czasu przed Świętami Bożego Narodzenia ale na pewno nie nazwałabym tej książki książką świąteczną. Wyjaśniam, bo wiem, że niektóre osoby sięgają po coś właśnie z rozmysłem a potem mogą czuć się rozczarowane, co może rzutować na ocenę samej książki. A książka jest całkiem dobra. Owszem, z góry zastrzegam, kto oczekuje traktatów filozoficznych czy noblowskiej literatury, może czuć się co najmniej zawiedziony. „Gwiazdeczka” to wpisująca się w nurt New Adult opowieść obyczajowa o młodej kobiecie, po studiach. Józia pochodzi z Podlasia, z miejscowości Białkowa, skończyła studia polonistyczne a do Warszawy przyjeżdża aby podjąć pracę korektorki w piśmie „Przemiany”.  

Pismo adresowane jest do nowoczesnych kobiet, które nie boją się zmian. Koleżanki z redakcji stanowią ciekawy i barwny zespół. Betty i Julka pomagają Józi (pełna wersja jej imienia została jej nadana przez tatę, miłośnika Napoleona Bonapartego i brzmi Józefina) , którą w pracy przechrzczą na Dżozi zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Generalnie dziewczyna nieźle sobie radzi, byle by tylko nieco więcej płacili . Józia nie ma żadnych większych kompleksów, nie czuje się jak prowincjonalna gąska. Szkoda tylko, że pewien mężczyzna tak dokładnie ją potraktuje. Jacek Sobiepański, słynny coach współpracujący z „Przemianami” obierze sobie dziewczynę za obiekt doświadczalny. Pod jego wpływem dziewczyna zmieni nieco styl ubierania, fryzurę, schudnie. I tylko z czasem zrozumie, że to bezsensowne bo była bardzo fajną, młodą osobą, której nie potrzeba było zmieniać. 

Na horyzoncie pojawia się przeciwieństwo eleganckiego i nadmiernie wystudiowanego Sobiepańskiego, sympatyczny Michał, trener jogi ale również przewodnik po Warszawie. A ponieważ Józia interesuje się swoim nowym miejscem zamieszkania, wybierze się kiedyś na spacer połączony ze zdobywaniem wiedzy o stolicy, który na dobre zapoczątkuje znajomość kobiety i Michała. Tylko czy będzie on miał jakiekolwiek szanse przy Jacku Sobiepańskim, który nawet kolor skarpetek ma opracowany z najdrobniejszymi szczegółami? 

„Gwiazdeczka” to pozytywna opowieść o tym jak stojąc u progu życia chcemy być akceptowani i podziwiani. Jak bardzo czasem zapominamy, że owszem, zmiany są ważne w życiu ale nie te na siłę i nie takie, które zmieniają nas niemal całkowicie. I że przeszłość i przyszłość mają szansę się wiązać i że nie trzeba całkiem od przeszłości się odcinać. 

To optymistyczna opowieść o młodej kobiecie, która nie obawia się sięgnąć po swoje szczęście. I której oczy błyszczące jak gwiazdki zawrócą w głowie pewnemu miłemu chłopakowi. No i  co z tego zawrócenia w głowie wyniknie. 

Przyczepiam się do używania słowa „buzia” w odniesieniu do twarzy dorosłej kobiety. Jestem na takie określenia trochę wyczulona, bo jakoś z gruntu kojarzy mi się z książką dla dzieci. Ale poza tym, książka spełniła swoją rolę, a nawet , powiedziałabym, że okazała się lepsza niż mogłam sądzić. Na pewno napisana jest z wielkim poczuciem humoru i jest zwyczajnie taka pozytywna. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Laureatem Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus…

…w 2018 roku został Maciej Płaza. Mój rówieśnik (co potwierdza, że rocznik 76 to bardzo dobry rocznik). Po raz pierwszy od trzynastu lat czyli od chwili jej przyznawania, nagroda zostanie przyznana Polakowi. Maciej Płaza otrzymał również nagrodę im. Natalii Gorbaniewskiej przyznawaną od czterech lat podczas tej samej imprezy. Przyznam się, że nie czytałam debiutu autora, zbioru opowiadań „Skoruń”, który ukazał się w roku 2015. Nagroda Angelusa została mu przyznana za kolejną książkę jego autorstwa jaką jest „Robinson w Bolechowie” wydaną w 2017 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.

Gratulacje !