o wdzięczności…

…słów parę.

Jakiś czas temu, w zeszłym roku, w dwóch niezależnych miejscach przeczytałam o dość znanym i starym sposobie na przypomnienie sobie, uświadomienie tego, że nasze życie składa się czasem z mniejszych, czasem z większych ale powodów, za które możemy być wdzięczni. W istocie, gdy człowieka dopadają gorsze chwile, dobrze jest sobie przypomnieć, że w przeszłości nie zawsze tak było. Sposób jest banalny, bierze się słoik, do którego w chwili gdy się czuje za coś wdzięczność, wrzuca się wypisany powód na kartce. Potem , najlepiej w Sylwestra, dobrze jest przeczytać owe karteczki ze słoika i przypomnieć sobie momenty, które sprawiły, że nasze życie stało się lepsze, w których to chwilach czuliśmy szczęście, radość itd. U mnie nie funkcjonuje słoik, jest metalowa skarbonka z modnym tego lata motywem lam. Karteczki pisałam dość późno. Końcówka roku mocno mnie zmogła, do powodów, za które mogę być wdzięczna siadłam dzisiaj. Okazuje się, że było za co dziękować losowi. Wdzięczna jestem i dziękuję za dwie znajomości, które mnie ubogacają. Za to, że mogliśmy w ubiegłym roku aż cztery raz odwiedzić ukochaną miejscówkę na Warmii, w tym raz z przyjaciółmi, których widujemy stanowczo za rzadko. Wiem, że są ludzie, którzy nie rozumieją, że kochamy to miejsce, dziwują się ogromnie „Ale jak to znów jedziecie w to samo miejsce?”. A my jesteśmy wdzięczni, za to, że je znaleźliśmy, że dobrze nam tam i z ludźmi i ze zwierzakami, a przede wszystkim, z samymi sobą. Ucieszyłam się, gdy jedna z ulubionych autorek sama zwróciła się do mnie z propozycją, że chciałaby abym zrecenzowała jej książkę i czy byłabym chętna? Pewne sprawy medyczne, których się bałam, a które okazały się w porządku. Czasem naprawdę drobne sprawy, rzeczy. Warto jest je sobie odnotowywać a potem faktycznie, przypomnieć. 
Rozpoczęłam nowy rok z notowaniem tego, co mnie radowało i co stanowi moje powody do wdzięczności. Zapisałam dwa smsy od dwóch różnych osób. Jedna oferowała, że gdybym miała tylko taką potrzebę, mogę do niej zadzwonić i porozmawiać, chociaż nie znamy się osobiści a wykazała się taką inicjatywą . Drugi to sms od kogoś, kogo znam a kto zauważył mój gorszy nastrój i też się odezwał z zapytaniem czy coś się nie dzieje. Niby drobiazg ktoś powie , niby oczywistość, a wszyscy wiemy, że przecież nie do końca. 

Chciałabym pod koniec tego roku aby karteczki wysypywały się z mojej skarbonki ale przede wszystkim życzę sobie samej umiejętności, jeszcze większej niż do tej pory, znajdowania tych powodów do wdzięczności w najmniejszym nawet drobiazgu. 

„Życie w średniowiecznym zamku”. Frances Gies, Joseph Gies.

Wydana w Znak Horyzont. Kraków (2017). Ebook. 

Przełożył Jakub Janik.

Tytuł oryginału Life in a Medieval Castle.

„Wzięło mnie” na epokę średniowiecza i dlatego zdecydowałam się sięgnąć po tę pozycję książkową (zaopatrzyłam się nawiasem mówiąc w promocji ebookowej w komplet). Tak więc tym razem poznając poszczególne dane dotyczące średniowiecznych zamków, dowiedziałam się o nich chyba wszystkiego. Począwszy od ich budowy i umiejscowienia w terenie, przez poznanie osób zamieszkujących zamki i okolice a skończywszy na obyczajowych kwestiach związanych z życiem w zamku i dotyczącymi mieszkańców i pracowników.

Lektura bardzo dobrze napisana, fakt, że to chyba klasyka, małżeństwo historyków, które faktycznie potrafiło napisać z pasją i zainteresować jakby nie było, laika, jakim jestem. Z pewnością nie jest łatwo odtworzyć realia i codzienność życia w miejscu, o którym przekazy pochodzą sprzed wielu wieków, ale w tej książce zdecydowanie się to udało.

Mnie zawsze najbardziej ciekawią realia życia codziennego, jaki tryb życia prowadzono, co jedzono, jak zajmowano gości , jak wychowywano dzieci. Sporo z tych interesujących mnie tematów wyczytałam w tej książce. 

Również po raz kolejny (po „Z czego się śmiano w średniowieczu?” Aleksandry Niedźwiedź) rozbito moje wyobrażenie na temat tego, jak postrzegano kobiety w tamtych czasach lub też, jak same kobiety zachowywały się często zgoła odmiennie od tego, co do tej pory sądziłam. O wiele bardziej prężnie i zdecydowanie potrafiły pokazać, że mają własne zdanie. 

Ominęłam wzrokiem rozdział o polowaniach. Niewątpliwie stanowiący ważną część życia w tamtych czasach ale nie bardzo miałam na to ochotę. 

Jeśli więc ciekawi Was ta epoka, chcecie dowiedzieć się o życiu codziennym, czasach pokoju i wojny, przygotowywaniu się do bycia rycerzem i pasowaniu na nim, a także o roli i odbiorze kobiet w średniowieczu, zachęcam zdecydowanie do lektury „Życia w średniowiecznym zamku”. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Podsumowanie książkowe

Po pierwsze, Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku 2019 !!! Szczęśliwego i Spokojnego (ci, którzy mnie znają, wiedzą, o co mi chodzi, NIE o nudę) roku, wypełnionego dobrymi chwilami, zdarzeniami i tylko życzliwych i serdecznych osób wokół.

Niestety, mój rok miniony nie rozpieszczał mnie a końcówkę zafundował mi naprawdę niemiłą. Tym bardziej liczę na to, że 2019 rok jednak mi to wynagrodzi, bo tak, zdecydowanie na to zasługuję. I potrzebuję ogromnie. 

Chciałabym jednak mimo, że nie mam siły , zrobić nie tyle podsumowanie książkowe (patrząc na to, jakie robią inni ) co wymienić ku zapamiętaniu , te tytuły, którym podarowałam notę 6 czyli najwyższą. 

Są to, wymieniam od stycznia, „Angielka” Katherine Webb, „Kolekcja nietypowych zdarzeń” Toma Hanksa, „Zbyt piękne” Olgi Rudnickiej. Następnie „Manufaktura codzienności” Joanny Matusiak, „Arystokratka na koniu” Evzena Bocka, „Historia Adeli” Magdaleny Knedler, „Kłopoty mnie kochają” Joanny Szarańskiej, „Szeptać” Huberta Fryca, „Ogród Zuzanny”, duetu Jagny Kaczanowskiej i Justyny Bednarek, „Purezento” Joanny Bator (ogromnie polecam). Kolejne to : „Dziewczyna we mgle” Donato Carrisiego, „Drugie dno” Jolanty Kosowskiej, „Życie bez ciebie” Katie Marsh(ciekawe, kompletnie nie pamiętam o czym była ta książka), „Nocna runda” Lee Childa, „Ktoś ci się przygląda” Katarzyny Misiołek, „Moje wielkie ruskie wesele” Anny Mandes-Tarasov (niech Was nie zniechęci tytuł, treść zdecydowanie warta przeczytania), „Zaklinaczki” Marioli Zaczyńskiej. 

Następnie zachwyciły mnie „Grzywa” Ewy Nowak, „Mama jest tylko jedna, a tu mamy wszystkie” R. Diaz Reguery, „Koniec i początek” Manuli Kalickiej, „Błoto” Hillary Jordan, „Kobiety w blasku słońca” Frances Mayes, „Lawenda w chodakach” Ewy Nowak , „Winne Wzórze. Wiara” Doroty Schrammek, „Będziesz na to patrzył” Magdy Rem, „Reguła nr 1” Marty Guzowskiej, „Wszystkie kochanki mojego taty” Manuli Kalickiej, „Tatuaże podświadomości” Grażyny Mączkowskiej, „Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego taty” M. M. Cabicara, „Babcia rabuś” Davida Walliamsa, „Uczucia zakęte w kamieniu. Stacja Jagodno” Karoliny Wilczyńskiej, „Kości proroka” Ałbeny Grabowskiej, „Na tropie Anny” Aleksandry Kowalskiej, „Gospoda pod Bocianem” Katarzyny Drogiej,”Dwanaście niedokończonych snów” Nataszy Sochy, „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca” Katarzyny Drogiej, „Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy, „Małe ogniska” Celeste Ng, „Deszczowe ptaki” Clarissy Goenawan, „Owoc granatu. Dziewczęta wygnane” i „Owoc granatu. Kraina snów” Marii Paszyńskiej, „Zapisane w chmurze” Beaty Majewskiej, „Równonoc” Anny Fryczkowskiej. Kolejne, które oceniłam na 6 gwiazdek, to „Okruchy dobra” J. Kaczanowskiej i J. Bednarek, „Pokój kołysanek” Nataszy Sochy, „Miłość na gwiazdkę” Colleen Wright, „Wędrowcy” Joanny Papuzińskiej, „Morderstwo na Święta” Francisa Duncana, „Mimochodem o chodzeniu” Szymona Augustyniaka i ostatnia czytana w minionym roku przeze mnie książka, „Z czego się śmiano w średniowieczu” Aleksandry Niedźwiedź, która to nawiasem mówiąc okazała się jedną z najlepszych czytanych przeze mnie książek roku 2018. 

Ogólnie nie jest źle. Naprawdę wiele książek podobało mi sie bardzo.  W sumie w minionym roku przeczytałam 126 książek, nie zamierzam się tłumaczyć z sumy, nie pocieszę kogoś, że nie mam życia osobistego , że aż tyle czytam ani nie zamierzam się kajać. Czytam ile czytam, zdaję sobie sprawę, że wiele osób większość tego co czytam uważa za nieważną i mało ambitną lekturę. Z tego również rachunku sumienia robić nie zamierzam. Czytam to co mnie sprawia przyjemność, nikogo na siłę nie nakłaniam. Jeśli ktoś ma potrzebę czytania lektur ambitniejszych, niech po nie sięga, oczywiście. Mnie jest dobrze tak, jak jest. 

Z postanowień, jakie mam, czytać więcej książek historycznych (strasznie mnie w końcu roku wciągnęła epoka średniowiecza) i może nareszcie sięgnąć po „Czarodziejską Górę” Manna. 

” Z czego się śmiano w średniowieczu?”. Aleksandra Niedźwiedź

Wydana w Histmag.org . Warszawa (2018). Ebook.

Powiem tak, ta książka okazała się jedną z najlepszych, jakie czytałam w mijającym już roku 2018. Zupełnie niespodziewanie „wskoczyła” na podium. Cieszę się, że trochę nie do końca zadowolona z wcześniejszej lektury „Życia miasta średniowiecznego” Henryka Samsonowicza, nie zaniechałam czytania czegoś o tych czasach a wręcz zostałam przy tej epoce. 

Książka Aleksandry Niedźwiedź okazała się bowiem niesamowicie ciekawa i wciągająca. To książka o dziejach dawnych, ale dotykająca historii sztuki a konkretnie wycinku tejże dotyczącej tego, co stanowiło w średnich wiekach powód do śmiechu. Ku memu zdziwieniu, okazało się, że właściwie niczym nie różnimy się z przodkami jeśli chodzi o poczucie humoru. 

Autorka skupia się zarówno na źródłach pisanych jak również na architekturze. Poszczególne rozdziały książki okraszone są zdjęciami czy to starodruków czy detali architektonicznych z odniesieniem do konkretnych opisów w tekście, co powoduje, że nawet osoba, dla której historia sztuki to jedynie zainteresowanie, spokojnie odnajdzie to, o co chodzi w tekście. Aleksandra Niedźwiedź opisuje też działalność trup artystycznych czy też wydarzeń , nazwijmy to , para teatralnych , mających miejsce głównie w okresie Karnawału, kiedy to na więcej zdecydowanie sobie pozwalano. 

Co mnie osobiście zaskoczyło? To, że śmiano się z podobnych spraw jak dziś, o tym już wspomniałam. Kolejnym zaskoczeniem było to, że przodkowie nasi, chyba wbrew temu co powszechnie o nich sądzimy, w żartach swoich byli mocno dosadni, żeby nie określić ich wulgarnymi. 

Ale, do rzeczy, z czego się śmiano? Z tego, co dziś, czyli z ludzkich przywar, słabości, ale również, z mizoginii czy uprzedzeń. Właściwie nic nowego. Wyśmiewano ludzi żerujących na ludzkiej naiwności, nie omijano a wręcz bywa, że dotykała go wzmocniona krytyka, kleru. W czasach, gdy plagi i zarazy potrafiły z tygodnia na tydzień zdziesiątkować miasto, ludzie potrzebowali (podobnie jak dziś zresztą), czegoś, co odwróci myśli chociaż na chwilę i sprawi, że zwyczajnie się uśmiechną czy zaśmieją. 

Osobno autorka potraktowała fakt tego, co nas obecnie śmieszy a co wówczas śmieszne na pewno nie miało być jak chociażby pisane w wartościowych wówczas bardzo księgach klątwy mające przestraszyć czy odstraszyć potencjalnych złodziei. Omówione są też rodzaje scenek, przedstawień czy występów. Wreszcie, w końcu książki, autorka zwraca naszą uwagę na detale architektoniczne czy to w postaci rzygaczy, detali na zewnątrz budowli sakralnych ale również w ich wnętrzach , chociażby na stallach.Wyjmujący sobie drzazgę z nogi mężczyzna, wykuty na fasadzie katedry w Wells zapewne zapadnie mi na zawsze na pamięć i budzić będzie uśmiech wspomnienia. 

Ogromnie się cieszę, że jakiś czas temu skusiłam się na promocję ebooku w którejś z księgarni ebookowych, albowiem w innym przypadku ominęłaby mnie wspaniała lektura.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Życie miasta średniowiecznego”. Henryk Samsonowicz.

Wydana w Wydawnictwie Poznańskim . Poznań (2017). Ebook.

Po „Życie miasta średniowiecznego” sięgnęłam ze względu na zainteresowanie tematem ale również dlatego,że w odległych czasach studenckich uczęszczałam na wykłady pana profesora. 
Książka ta jest wznowieniem po trzydziestu latach, niestety, nie obyło się bez dość poważnego błędu (podejrzewam, że na etapie korekty ), mamy bowiem podczas próby wyznaczenia granic dawnego miasta w obrębie dzisiejszej Warszawy, wspomniane miejsca, które już nie istnieją na mapie (Plac Dzierżyńskiego zamiast obecnego Placu Bankowego). 
Podzielona na dziesięć rozdziałów i solidnie opracowaną bibliografię odnoszącą się do poszczególnych rozdziałów, wprowadza nas w świat średniowiecznego miasta poruszając kwestie takie jak wygląd i ewolucję miasta, pracę w miastach, poziom życia czy kultura umysłowa mieszkańców miasta średniowiecznego. 

Nie ukrywam, że po lekturze odczuwam coś w rodzaju niedosytu i to całkiem sporego. Owszem, to książka pisana przez historyka, ale oczekiwałam chyba nieco więcej szczegółów z życia i funkcjonowania miast średniowiecza. Dalej nie wiem do końca jaka była średnia życia mieszkańców miast i z czego mogła wynikać, jakie rozrywki preferowano w tamtych czasach. Nie, nie oczekiwałam treści bardzo popularnej , wiem, że to jednak książka naukowca ale nie ukrywam, że mam potrzebę pogłębienia tematu (już poczyniłam ku temu kroki). 

Bezsprzecznie „Życie miasta średniowiecznego” napisana jest w sposób bardzo przystępny dla czytelnika ale jak dla mnie zabrakło paru istotnych kwestii, oczekiwałam chyba więcej opisów społeczeństwa i pewnego rodzaju analizy tegoż w mieście. Jednak jako wstęp do zapoznania się z tematem i początek dalszego zgłębienia tematyki uważam, że książka ta nadaje się bardzo dobrze.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Mimochodem o chodzeniu”. Szymon Augustyniak.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Dawno, dawno temu, nie nie żyła sobie piękna królewna, którą z opresji ratował smok, a ja wraz z Mężem polubiliśmy chodzenie. Tradycją stało się nasze cowieczorne wyjście i spacer, nawet nie bardzo długi ale regularny. Potem, kiedy pojawił się Syn, nieśpiący w domu zbyt chętnie, brałam wózek z dzieckiem, które wietrząc ruch zasypiało już w windzie, czytnik, załadowany dobrymi lekturami i chodziłam, chodziłam, chodziłam. Było, że ponad trzy godziny dziennie wychodziło na ten chód. Chód, to mój, nie wiem czy trafnie to nazwę , sport, jeśli już muszę to określać w ten sposób. A najbardziej po prostu jedna z bardziej lubianych przeze mnie czynności. W dalszym ciągu wolę się przejść niż jechać, chociaż obecnie mam na to jednak nieco mniej czasu. 
„Mimochodem o chodzeniu” od razu zwróciło moją uwagę swoim ciekawym tytułem i od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. 

Książka stanowiła dla mnie (bardzo przyjemne) zaskoczenie. Nie wiem, czego się spodziewałam ale chyba nie tego, co otrzymałam. Myślałam, że będzie głównie o chodzeniu w kontekście sportu właśnie i wpływu chodu na zdrowie (o tym oczywiście również zostało w książce wspomniane ) ale autor ujął to zagadnienie w szerszym spektrum.

Oto bowiem w kontekście chodzenia zapoznał nas i z historią obuwnictwa (mnie zaciekawiły opowieści o popularnych firmach produkujących obuwie sportowe) ale i z innymi „gatunkami” chodu takimi na przykład jak pielgrzymowanie. Czymże bowiem to nie jest jak nieustającym i intensywnym chodem? Mamy więc opowieści o pielgrzymach, i tych zwykłych i tych sławnych.

Poruszony jest temat turystyki pieszej. Jest też rozdział o sławnych podróżnikach, którym chód pomagał przemierzać świat i poznawać nowe lądy. Ba, kartografowie i geografowie wspomagając się chodem nanosili na mapy korekty bądź wyznaczali nowe lądy. Ciekawy rozdział stanowi rozdział dotyczący kobiet podróżniczek. Opowieść o Mary Kingsley , która pod koniec dziewiętnastego wieku ubiegłego stulecia zwiedziła niemały kawałek świata to pomysł na osobną książkę o ciekawej postaci (zresztą, kto wie, być może takowa powstała?).

„Mimochodem o chodzeniu” to według mnie wspaniała książka, uzupełnienie hobby dla osób, które ulubiły sobie chód jako formę swojej aktywności i które, gdy inni mijają je na rowerach bądź truchtem, idą spokojnie noga za nogą mogąc po drodze podziwiać widoki i krajobrazy. Myślę, że również jest w stanie zaciekawić kogoś, dla kogo akurat nie ta aktywność fizyczna jest ulubioną. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

Życzenia Świąteczne

Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie Najbliższych życzę wszystkim stałym czytelnikom blogu jak i tym, którzy trafią nań przypadkiem.

Zapomnijmy o swarach i głupotach, cieszmy się chwilami spędzonymi z naszymi najbliższymi. Truizm, że nie umyte okna a bliscy , których obecnością się cieszymy, chyba nie wymaga podkreślenia ale być może ? A wiec, powtórzę, czyste czy brudne okna są nieważne, ważne, jeśli mamy tych bliskich, z którymi możemy się podzielić Opłatkiem wigilijnym.

Jeśli ktoś chce mi życzyć czegoś, to prosiłabym o życzenia Zdrowych i Spokojnych Świąt a także Zdrowia dla mnie i moich bliskich. Szczerze, to nic więcej mi nie potrzeba.

 

jeszcze …

…osiem dni do Wigilii. Czas leci. A dopiero co myślałam , że to jeszcze pół roku do lubianego tak przeze mnie czasu Świąt Bożego Narodzenia. 

Kartki z życzeniami wysłane, kilka już otrzymanych. Charytatywny kiermasz w placówkach oświatowych, do których uczęszcza Jaś, odbył się tydzień temu. Tym razem zbieraliśmy pieniądze na operacje umożliwiające lepsze życie małej Zosi, udało się wspaniale, 40 tysięcy złotych zebrane. Jak na dość w sumie ciągle kameralną imprezę to niesamowite. Widać, co krzepi, że w ludziach generalnie jest dużo dobra i że trzeba tylko umieć ich zmobilizować i do czynienia tego dobra nieco ukierunkować. Tak czy inaczej, w tym roku na aukcji wylicytowałam książkę „Cztery płatki śniegu” Joanny Szarańskiej wraz z piękną dedykacją Autorki, obraz z kwitnącymi magnoliami ! i trzy przedmioty z Chin, z Szanghaju, z roku 80 ubiegłego wieku, bardzo ładne rękodzieło i taka faktycznie sztuka. Super. Pasuje w sam raz do naszej gablotki , w której jest i kącik słoni i zdjęcia z wakacji i kolekcja ikon przywieziona z Grecji i laleczki kokeshi.

Dzisiaj zrobiliśmy też wyprawę po choinkę do położonej nieopodal szkoły roślin. Sporo już ludzi, głównie z dziećmi. Jaś wybrał wśród świerków kłujących (potwierdzam, kłuje !:) ).

Choinka już ubrana. U nas jak zwykle kolorowa ogromnie, mnóstwo światełek, ozdób, bombek. Z roku na rok przybywa wykonanych przez Jasia ozdób, to też cieszy na drzewku. Nie ma to jednak jak zapach choinki w domu. Jaś to już tydzień temu na kiermaszu chciał choinkę, bo tam między innymi ubrane choinki można było wylicytować, więc i tak sukces, że udało się wyprawę zorganizować dziś.

W różnych konkursach biorę udział, w niektórych nawet udaje mi się wygrać,co cieszy. W paru miejscach widziałam powtarzające się pytanie o „Najgorszy prezent, jaki dostałaś, dostałeś w życiu”…A dlaczego, ja się pytam, nikt nigdy nie pyta się o najlepszy prezent? Naprawdę lepiej jest narzekać? Nie mówię, że nigdy nie dostałam beznadziejnego prezentu ale szczerze, to było to raz, serio, tak to naprawdę więcej razy się nie zdarzyło, a może ja się nie skupiałam na analizowaniu, z tym jednym wyjątkiem kiedy prezent faktycznie był dziwny i nie pasujący do wieku chociażby mojego. 

A z tych najlepszych, to mam dwa i o nich opowiem. Oba są od P. Pierwszy otrzymałam jeszcze od P. jeszcze w czasach przednarzeczeńskich , bardzo szybko po tym jak się poznaliśmy. P. wiedział,że marzyłam o choince. Ale moja Mama stwierdziła, że jestem już na tyle duża 😛 , że choinki mieć nie muszę, wystarczy jakiś stroik. No i pamiętam jak dziś, na dwa dni przed Wigilią, pastowałam podłogę, kiedy dzwonek do drzwi. Idę otworzyć a tam P. z …a jakże, choinką w ręku. Tak się wzruszyłam, że się aż wtedy popłakałam. To był mój najlepszy gwiazdkowy prezent. Potem był drugi prezent, już po Ślubie, drugie Święta tu na nowym mieszkaniu już spędzane. Również związany z choinką. Podchodzę sobie do niej, patrzę a wśród ozdób i gałązek siedzi sobie Mikołajek. Było to pudełko z przyjemną biżuteryjną zawartością, pierścionkiem, ale sam pomysł umieszczenia pudełeczka wśród gałązek był bardzo sympatyczny i sam prezent nie dość, że bardzo lubię i noszę do dziś to dodatkowo miło wspominam. 

Może zechcecie mi również napisać jaki był Wasz najlepszy prezent, właśnie nie najgorszy (nie narzekajmy , za dużo narzekania wokół ) a najlepszy jaki otrzymaliście? A może to Wy byliście dla kogoś takim Mikołajem, który sprawił komuś jego najlepszy prezent? Pochwalcie się, to fajne opowiadać o miłych sprawach. 

„Tylko jeden wieczór”. Krystyna Mirek.

Wydana w Edipresse Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Podejrzewam, że spora część czytających to osób dzień rozpoczyna od sprawdzenia na telefonie komórkowym, czy otrzymały email, jakąś wiadomość, co słychać w mediach społecznościowych itd. Jakaś część osób wśród tego przeglądu uwzględnia być może serwisy plotkarskie omawiające z zacięciem życie , sukcesy i porażki tak zwanych celebrytów. Do grona tychże bez wątpienia zalicza się bohaterka książki „Tylko jeden wieczór”. Sylwia Nowak, powszechnie znana jednak pod pseudonimem Amelia Diamond. Od paru lat jedna z najbardziej popularnych aktorek serialu o samotnej mamie wychowującej dzieci z uśmiechem i bez żadnego narzekania, nawet jeśli los rzuca jej kłody pod nogi. Bohaterka grana przez Amelię Diamond radzi sobie z przeciwnościami a sam serial przekonuje, że najważniejsze wartości na świecie to rodzina, dobro i miłość bliskich. 

Sama aktorka od lat skutecznie utrzymuje w mediach obraz samej siebie jako osoby niemal idealnej. Kochającej żony i matki. Mało kto wie, że za fasadą pięknej obdarzonej długimi rudymi puklami, zgrabnej kobiety skrywa się pełna problemów i kompleksów osoba. Sylwia Nowak wpadła bowiem w sidła popularności i nie ukrywajmy, wygody wynikającej z tego, że nareszcie udaje jej się zarabiać naprawdę dobre pieniądze. Ten wykreowany przez nią i jej współpracowników obraz jest jednak puszczony w świat i tak naprawdę to sama aktorka staje się jego niewolnicą. Gdyż tak naprawdę jej życie w ogóle nie wygląda idealnie. Małżeństwo od paru lat jest na skraju przepaści, mąż godzi się co prawda występować z nią uśmiechnięty na tak zwanych „ściankach” ale liczy sobie za to niezłą stawkę. Z własnymi dziećmi, dwunastoletnią Sarą i czternastoletnim Kacprem, Sylwia widuje się coraz mniej, bo dzieci oczywiście chodzą do najlepszej szkoły po której mają masę zajęć pozalekcyjnych. 

W biurze, w którym wynajmuje gabinet aktorka , pracuje pani sprzątająca, Zofia. To jej losy równolegle poznajemy w tej książce. Zabieg został zastosowany celowo a przynajmniej ja to tak odbieram. Mamy bowiem skontrastowane dwie kobiety i dwie postawy życiowe. Sylwii, której bieda tak dała się we znaki, że nie zawahała się uczestniczyć w castingu na rolę główną do serialu, który wygrała, ale za to ma coraz gorzej funkcjonującą rodzinę. I Zosi, która dla odmiany nie zarabia nawet promila tego, co Sylwia ale za to ma wokół siebie kochających bliskich, kilkoro dzieci , kochającego męża, liczne grono wnucząt. Jak dla mnie to zestawienie było trochę niepotrzebne, nie do końca chyba lubię takie wprost przypominanie mi, co jest najważniejsze w życiu i jakie priorytety powinno się wybierać. Tym bardziej, że autorka wcale nie przekreśla swojej bohaterki, jaką jest Sylwia. Ba, autorka nawet rozumie, dlaczego tak naprawdę w życiu Sylwii stało się tak jak się stało i nie zsyła na nią jakiejś wielkiej kary.

Wracając jednak do naszej bohaterki. O tym, jak kiepsko wiedzie się jej z bliskimi może pokazać fakt, że od lat nie utrzymywała kontaktu z własną siostrą. A aktorkę poznajemy w dniu tuż przez pogrzebem owej siostry. Która to siostra zostawiła po sobie trzynastoletnią córkę, Julkę. Którą to z dnia na dzień przyjdzie się zająć właśnie nikomu innemu jak Sylwii. Początkowo podchodzi ona do tego z wielką niechęcią ale oczywiście , czego nie robi się dla swojego idealnego wizerunku. Julka zostaje więc zaproszona do domu-twierdzy Amelii Diamond na Wigilię i Święta a potem? Potem to już Sylwia wymyśli gdzie wysłać siostrzenicę. Los jednak ma wobec całej rodziny aktorki zupełnie inne plany, o czym wszyscy szybko się przekonują. 

Pomimo, że jak już wspomniałam, w książce poznajemy rodzinę zarówno popularnej aktorki jak i pani Zosi, przyznaję, że dla mnie wątek życia aktorki był o wiele bardziej ciekawszy i, co interesujące , o wiele, wiele lepiej napisany niż wątek rodziny pani Zosi. To właśnie wątek Amelii Diamond był prawdziwy, bardzo trafnie oddana była pułapka popularności i sławy, w którą łatwo jest wpaść gdy nareszcie bez problemu można zapłacić rachunki i mieszkać w przyzwoitym metrażu. Według mnie przejmująco prawdziwie udało się oddać Krystynie Mirek samotność wśród ludzi a jednak obok ludzi Sylwii, która pogubiła się we własnych decyzjach i we własnym życiu. Ten wątek jest prawdziwy i życiowy i tak, napisany w sposób, który mnie dogłębnie poruszył. Sielanka i idylla domu pani Zosi skontrastowana z przepychem ale samotnością Amelii Diamond jakoś aż tak nie budziła mojego zainteresowania. 

Podobało mi się też zakończenie, przewrotne i mówiące o tym, że gdy dzieje się coś, co budzi nasz sprzeciw,  czasem warto jest zamiast narzekania przyjrzeć się temu co się dzieje i być może uznać narzucone przez los zmiany za coś najlepszego , co nam się mogło wydarzyć. A przynajmniej za krok w lepszym kierunku.

Moja znajoma określiła „Tylko jeden wieczór” Krystyny Mirek najlepszą dotychczas napisaną przez autorkę książką. Muszę przyznać, że o ile chyba nie oceniam tej książki jako najlepszą , to faktycznie muszę powiedzieć, że jest to bardzo dobra książka, mówiąca o tym, co tak naprawdę powinno być ważne dla nas i w naszym życiu. Literatura wpisująca się ze względu na czas, w którym dzieje się akcja książki, w nurt książek świątecznych ale tak naprawdę jej akcja mogłaby się dziać w każdym innym czasie. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Tajemnica pod jemiołą”. Richard Paul Evans.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2018). Ebook.

Przełożyła Hanna de Broekere. 

Tytuł oryginalny „The Mistletoe Secret”.

To trzecia z cyklu „Pod jemiołą” książka tego autora. O dwóch poprzednich pisałam w dwóch wpisach, o książce „Hotel pod jemiołą” i o książce „Obietnica pod jemiołą”. 

„Tajemnica pod jemiołą” to jak już napisałam trzecia i ostatnia część jemiołowego cyklu. Pomimo, że łączy je motyw Świąt Bożego Narodzenia (jednak nie determinuje on treści) i tytułowa jemioła, śmiało można czytać je niezależnie. 

Ja odkąd wczesną jesienią dowiedziałam się o tym, że się ukaże, bardzo na nią czekałam bo dwie poprzednie czytało mi się bardzo dobrze i chciałam przeczytać i kolejną część. Mikołaj chyba czytał mój ówczesny wpis na blogu o mających się ukazać książkach z motywem Świąt bo oto zupełnie niespodziewanie ta książka została mi sprezentowana 🙂 

Narrację prowadzi Alex Bartlett, trzydziestodwulatek po rozwodzie. Alex czuje się rozgoryczony ale wciąż chyba coś czuje do byłej żony. Jego najlepsi przyjaciele martwią się tym i namawiają go na to aby zaczął spotykać się z innymi kobietami a również aby zapisał się do serwisu randkowego. Co też Alex czyni ale przy tej okazji, surfując po internecie, odkrywa niezwykły blog. Blog prowadzi samotna kobieta, mająca najwyraźniej chęć pozostać nierozpoznaną, bowiem jest jedynie na blogu zarys kobiecej sylwetki i podpis widniejący pod każdym z wpisów czyli LBH. Alex z zainteresowaniem zaczyna czytać wpisy kobiety bowiem dotyczą one tego, co on sam zna z autopsji aż za dobrze, a mianowicie samotności i wszystkiego tego, co jest z tym pojęciem związane. I, tak, chociaż brzmi to może dość dziwnie, postać LBH tak go intryguje, że powoli poznając jej myśli i refleksje, zakochuje się w niej. 

Mając do dyspozycji niewiele danych takich jak opis miasteczka, w którym żyje i pracuje tajemnicza kobieta jak i kilka dosłownie drobnych wskazówek, Alex typuje miasteczko, w którym może mieszkać LBH i na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia trafia do owej mieściny niedaleko Utah aby rozpocząć swoje prywatne śledztwo mające na celu odnalezienie LBH.

Tak, to kolejna opowieść tego autora, która nie epatuje grozą i nieszczęściami. To w końcu część, która, cóż, jest dość przewidywalna i nie ma w niej zbytnich zaskoczeń czy niespodzianek. Mniej więcej domyślamy się jak się skończy cała ta historia. Ale szczerze mówiąc, nie jest to z mojej strony zarzut, sięgając po książki Evansa na to właśnie liczę i tego oczekuję. 

Gdybym miała określić „Tajemnicę pod jemiołą” paroma słowami, byłyby to delikatność, czułość, subtelność. Nie jest pewnie zbyt odkrywcza główna myśl książki czyli to, że samotność nie jest dobrym stanem dla człowieka. Stanem, który wpływa na życie i zdrowie człowieka. Ale też czytając wiemy, że ten stan skończy się niebawem przynajmniej w dwóch przypadkach.

Ciepła, optymistyczna książka kończąca ten cykl Evansa, którą oceniam podobnie jak dwie poprzednie na 5 / 6.