„Choinka cała w śniegu”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

„Choinka cała w śniegu” to trzecia ( po „Czterech płatkach śniegu” i „Aniele na śniegu”) i niestety, ostatnia z cyklu o losach mieszkańców kalwaryjskiej kamienicy przy ulicy Weissa 5.

Czy to dobrze? Oczywiście, że nie bo jest to bardzo dobry cykl, w który się wciągnęłam i który bardzo ale to bardzo lubię i polecam. Jednak czy jest to równocześnie słuszna decyzja ze strony autorki? Myślę, że tak. Nie jestem, o czym wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, miłośniczką wielotomowych sag. Dla mnie czytelniczki trylogia to zdecydowanie idealny pomysł na serię. Wiem, że moje zdanie pewnie jest odosobnione, cóż, mam prawo do własnych odczuć i takie są. Jednak ten cykl około świąteczny polubiłam do tego stopnia, że z wielkim, wielkim żalem żegnałam zarówno panią Marię Michalską, cztery przyjaciółki czyli Zuzannę, Monikę, Annę i Marzenę jak i wszystkich innych bohaterów tej opowieści. I wiecie co? Za co lubię książki Joanny Szarańskiej? Za to, że jak mało kto, nie operując nadmiarem słodu, pierniczków, kolorowych bombek, ozdóbek i kolęd czy piosenek jak „Last Christmas” potrafi ona dla mnie wyczarować niezwykłość, magię Świąt Bożego Narodzenia. W tej części udało jej się to po raz kolejny a takim przykładem, że autorka zwyczajnie lubi własnych bohaterów, nawet tych najbardziej nieznośnych, jest fakt, że na samym końcu zaplusował nawet najmniej lubiany przez czytelników serii, Waldemar. Tak, w życiu nic nie jest czarno białe i nawet ci najmniej sympatyczni nie są z gruntu zupełnie źli, przecież wszyscy to wiemy.

Co mnie ujęło w tej części opowieści? Skrupulatne zamknięcie wątków, które potrzeba. Zaoferowanie mi przez Joannę Szarańską masy wzruszeń i ciepła ale również niepodrabialnego i tak dla tej autorki charakterystycznego poczucia humoru, serdeczności i śmiechu. Jak to w życiu. Nie ukrywam, że wplecenie w tę część znanych nam z kryminalnych przygód Zojki, samej Zojki właśnie wraz z babunią Łyczakową, nabywających siekierkę spowodowała, że naprawdę zdrowo się uśmiałam.

W ogóle „Choinka cała w śniegu” pełna jest scen, nad którymi naprawdę szczerze i głośno się śmiałam. Do moich ulubionych należą wyrób i rozwożenie pierogów przez mamę Kwiatek i panią Michalską, zakładanie pampersa Stasieńkowi przez ojca młodzieńca jakim jest Maciej, scena po próbie do szkolnych jasełek z Kajetanem Fijusem w roli głównej (niezamierzonej 🙂 ) i tak naprawdę wiele, wiele innych.

Joanna Szarańska po raz kolejny przypomniała (w tak oczywisty dla niej , niełopatologiczny, mądry sposób), co tak naprawdę najważniejsze jest w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie, nie kolejna sesja zdjęciowa na Instagramie, nie wymyślne prezenty. Liczy się bliskość drugiej osoby, nawet jeśli oznacza to spalenie na wiór potencjalnych pierniczków, liczy się ciepło, dobre słowo, wsparcie. Liczy się to, że kiedy potrzeba pomóc małemu, zagubionemu człowiekowi, wszyscy rzucają to, co akurat robią i ruszają udzielić pomocy.

Joanna Szarańska, o czym już pisałam, przypomni, że nie ma ludzi z gruntu złych. Życie to nie czarno biały obrazek. I dobrze, że tak nie jest. W tej części osoby, które na co dzień irytują, dostają od autorki szansę na małą poprawę. I to też krzepi czytelnika. Bo tak naprawdę nikt z nas nie lubi użerania się z innymi, sprzeczek, kłótni. Marzy nam się przynajmniej mnie, czas, gdy faktycznie uda się zażegnać spory, problemy pójdą sobie w kąt.

W „Choince całej w śniegu” otrzymujemy solidną porcję porządnie skonstruowanej treści ze Świętami Bożego Narodzenia w tle. Mamy i dobrze znanych nam bohaterów, którym kibicujemy, i nowych, których lubimy i to, o czym już wspominałam. Podkreślenie, że w tych dniach najmniej ważne są sprawy materialne a najbardziej te nie dające się złapać wprost, często ulotne chwile, momenty dobra, szczęścia, poczucia wspólnoty. Nieważne, ile wysublimowanych sesji z zastawą stołową wstawisz i ile będziesz miał polubień, jeśli nie masz z kim po takiej sesji zdjęciowej z owej zastawy zjeść czy wypić w czasie świąt.

Nie obędzie się też bez sporej porcji wzruszenia czym autorka po raz kolejny pokazuje, że zdecydowanie nie powinniśmy szufladkować jej osoby jako „pani, która pisze śmieszne książki” bo Joanna Szarańska zdecydowanie ma w sobie ogromny potencjał, z czego osobiście się cieszę bo jest Ona jedną z moich ulubionych autorek.

Cykl ten mam jak dotąd w dwóch papierowych książkach oprócz ebooków, co pokazuje, jak bardzo mi się podoba (rzadko kiedy „dubluję” książki mogąc mieć je wygodnie, na czytniku). Jednak tu zachwyciła mnie i treść i okładki. Trzecią część również zamierzam nabyć w wersji papierowej i stanie obok dwóch poprzednich na półce z ulubionymi książkami.

Moja ocena „Choinki całej w śniegu” to 6 / 6.

„Dziecko z mgły”. Renata Kosin.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2019). Ebook.

Alicja jest młodą kobietą. Od wczesnych lat dziecięcych wychowywana była przez ciocię Anielę. Mimo, że nie była malutkim dzieckiem kiedy jej rodzice zginęli, niewiele pamięta z czasów sprzed dnia kiedy trafiła pod opiekę ciotki.

Teraz jest już dorosłą osobą, która w pewne wakacje zostaje postawiona przed niezwykłym faktem dokonanym. Oto niejaka panna Emma Parker informuje kobietę, że jest ona jedyną opiekunką małej dziewczynki. Przywiozła ją ze Stanów Zjednoczonych i oczekuje od Alicji opieki nad dzieckiem. Cała sytuacja jest tak kuriozalna, że Alicja nie wierzy co się dzieje. Oto nagle z chwili na chwilę, bez żadnego wyjaśnienia, zostaje jej powierzona pod opiekę mała Mia Mor. Która rzekomo jest z Alicją spokrewniona a Alicja jest jej podobno jedyną krewną.

Jaka jest prawda? I dlaczego tak a nie inaczej zachowała się panna Parker, która właściwie podrzuciła dziecko obcej osobie? Skąd taka determinacja aby wywieźć dziecko z Ameryki i przywieźć je do Polski.

Początek nie jest łatwy. Mała Mia jest milcząca, wycofana. Kobieta zastanawia się nad tym, co zdarzyło się w życiu tego dziecka bo to, że jest po przejściach, to nie budzi jej wątpliwości.

W dowiedzeniu się tego, kim jest mała Mia, co zdarzyło się też w życiu samej Alicji i o co właściwie chodzi z „dziećmi z mgły”, o których bardzo często zacznie mówić Mia, która nareszcie zacznie się odzywać, pomogą Alicji ciocia Aniela i przyjaciel z dzieciństwa, Bartodziej. W oswojeniu małej pomoże też Iga, mieszkająca w tym samym bloku przyjaciółka, sama wychowująca córeczkę w wieku Mii. Temat „dzieci z mgły”, o których bardzo często mówi mała, zostanie rozwinięty w treści książki i wyjaśniony. Dopóki jednak nie dowiemy się o co chodzi, jest tajemniczo i niepewnie. Zastanawiamy się co tak naprawdę zaszło w przeszłości tej kilkulatki, czy padła ofiarą przestępstwa i kim są ludzi, którzy chcą ją ratować?

To nieco inna powieść niż dotychczasowe tej autorki. Co nie znaczy, że gorsza. nie. Wręcz przeciwnie. Autorka zdążyła mnie przyzwyczaić do pewnej konwencji a „Dziecko z mgły” dotyka tak innej niż dotąd poruszana przez nią tematyka, że stanowiła zdecydowanie niezwykły przerywnik wśród tego, co ostatnio czytałam.
Podobał mi się poruszony temat dzieci odznaczających się niezwykłymi umiejętnościami i zdolnościami, jak również wplecenie go w treść książki.

Jest tu również pewnego rodzaju przestroga przed zbytnim ufaniem ludziom, których często nie znamy chociażby wydawało nam się zupełnie inaczej. I którzy wykorzystują nasze dobre serce czy chęci aby sterować nami i dążyć do własnych interesów.

Dobrze mi się czytało tę niezwykłą a na pewno zupełnie inną od pozostałych książek Renaty Kosin i muszę powiedzieć, że polecam ją ogromnie.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Dwadzieścia lat…

…temu pewni państwo wzięli Ślub.

I tak truistycznie powiem, minęło jak z bicza strzelił.

A my z P. wciąż tak samo piękni i młodzi, jak te dwie dyszki wstecz.

Nie będę ściemniać, nie są to biegi bosą stopą po płatkach róż. Bywają dni lżejsze i cięższe, jak to w życiu. Ale według mnie bilans wychodzi jednak ogólnie na plus. Mam nadzieję, że mój od dwudziestu lat (jeszcze nie, bo przysięgę złożyliśmy sobie około wpół do siódmej jak sądzę, wieczorem) Mąż też tak myśli.

Jakby ktoś chciał powinszować i dobrze nam życzyć to to jest właśnie ten wpis 🙂

„Prawiek i inne czasy”. Olga Tokarczuk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.

„Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata”.Tak zaczyna się książka „Prawiek i inne czasy” naszej Noblistki Olgi Tokarczuk.

Jestem przeszczęśliwa, że sięgnęłam po nią właśnie teraz, dopiero tyle lat od jej ukazania się, kiedy opowiedziano o niej tyle, że ja po prostu mogę zanotować własne odczucia bez napinki, bez stresu. Mądrzejsi ode mnie przeanalizowali tę książkę na wszystkie strony, ja zaś zamierzam zanotować własne odczucia na jej temat.

Nie jest odkryciem, że książka ta może kojarzyć się nieco z książką Marqueza „Sto lat samotności”.

Tu, podobnie jak u tego autora, akcja książki umiejscowiona jest w wybranym miejscu, punkcie na mapie. I podobnie towarzyszy jej oniryczny klimat, ulotność a jednocześnie akcja dzieje się w konkretnym czasie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Prawiek to miejscowość w sąsiedztwie kilku innych wspominanych wsi i miasteczek, jednak mamy tu zdecydowanie ograniczoną topografię. Zamknięta społeczność niesie ze sobą jednak prawdy stałe, prawdy wieczne, o życiu, o człowieku, o świecie. Miłość, namiętność, pożądanie, słabość, radość, nienawiść, to wszystko dzieje się bez względu na położenie na mapie czy liczbę mieszkańców. Sacrum miesza się z profanum i nie ma w tym nic dziwnego, tak dzieje się od wieków.

„Prawiek i inne czasy” pomijając klimat oniryzmu czy wręcz bajania, to również opowieść o historii dwóch rodzin na przestrzeni niemal wieku. Akcja książki rozpoczyna się wraz z rozpoczęciem IWŚ a kończy w latach tuż przed przełomem lat osiemdziesiątych.

Losy rodzin Niebieskich i Boskich (same nazwiska są już swego rodzaju „smaczkiem”) toczą się głównie w Prawieku. Tak jakby bohaterom nie było potrzeba większych przestrzeni, jakby autorka chciała nam przypomnieć, że tak naprawdę te największe i najważniejsze rzeczy dzieją się „tu i teraz”. Że tak naprawdę każdy z nas osadzony jest w jakimś prywatnym Prawieku.

Biada tym, którzy wątpią, że w Prawieku dzieje się niemal jak w mitycznej Arkadii. Zło, śmierć, zdrada i okrucieństwo dotarły i tam, i jak wszędzie, mają się dobrze.

Bohaterów jest niewielu, jest raczej kameralne grono obu rodzin i kilkoro z zewnątrz jak chociażby dziedzic Popielski, który zostanie obdarowany przez jednego z miejscowych Żydów niezwykłą grą, która wciągnie go i pochłonie całkowicie.

Ale mamy też Kłoskę i jej córkę. Jest więc też Eli, który śni się po nocach pewnej kobiecie.

Atmosfera magii i nierealności towarzyszy równocześnie z konkretnymi historycznymi wydarzeniami. Jest więc mówiący obraz Matki Boskiej i jednocześnie obie wojny światowe z ich okrucieństwem. Jest rosnący przy oknie pewnej kobiety arcydzięgiel, z którą to rośliną potem odbywa ona miłosną przygodę. Jest Florentynka, która zagniewała się na Księżyc. Jest też młynek do kawy, który potrafi przemielić czas. Dużo w tej książce symboli i znaczeń, których można się dopatrywać i które można wyłuskiwać jak ziarna słonecznika ale które można po prostu zauważać z przyjemnością jako dodający zdecydowanego kolorytu książce, zdobienia.

„Prawiek i inne czasy” to tego rodzaju opowieść, którą kiedyś snuto być może w długie, jesienne wieczory. W czasach, w których opowieści słowne przekazywane z pokolenia na pokolenie, przekonywały ludzi, że to co znają z własnego życia, działo się kiedyś i dziać się będzie. I tak w sumie jest.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością.

Moja ocena to 6 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego…

…czyli „święto”, które celebruję pomimo tego, że nie chcę.

W dniu, kiedy myślę jeszcze intensywniej o mojej Córeczce, Emilce, mam w pamięci i w sercu wszystkie te Dzieci, które zostały utracone.

To nie tak miało być.

I wiem, że pomimo tego, co mówią, pewne rany nie zagoją się nigdy.

Nie zagoją się a ty istniejesz z częścią serca bo część odeszła wraz z tym Dzieckiem.

Nie wiem, jak żyłabym gdyby nie mój Syn , Jan.
To największe szczęście, że On jest w naszym życiu.

„Podarunek”. Krystyna Mirek.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2014). Ebook.

Co się naczekał na swoją kolej ten ebook , to jego. Ale się doczekał.

A ja miałam bardzo udaną lekturę i cieszę się z tego.

Na fali książek świątecznych (czy Wiecie, że wydawnictwa od dawna już zapowiadają książki z motywem Świąt? Zaczęły we wrześniu 😉 ) ta raczej się nie przemknie. Co prawda jest tu ważny motyw właśnie świątecznego czasu ale jednak akcja książki rozgrywa się już po a to, co się stanie można uznać za nietypowy tytułowy podarunek na Święta dla jednej z bohaterek.

Bohaterki są dwie, łączy je praca w banku. Marta to kobieta z długim stażem małżeńskim, nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Kaja z kolei to dość młoda dziewczyna, wciąż bez zobowiązań. Kaja kocha życie i żyje bardzo ponad stan.

To co prawda Marta w Święta Bożego Narodzenia wypowie życzenie o jakąś niesamowitą zmianę w życiu, coś w rodzaju niezwykłego podarunku, który ją zaskoczy ale i losy Kai będą opowiedziane w tej książce.

To nie jest jak już mówiłam, typowa książka świąteczna. Święta są tu jedynie pretekstem do pokazania sytuacji obu bohaterek.

Sytuacja Marty jest poważniejsza. Kobieta naprawdę czuje się na rozdrożu. Ma w domu męża, który jej nie zauważa i którego tak naprawdę, ona też przestała zauważać, dwoje dzieci, wciąż kłóci się z mężem, podkochuje się w swoim szefie. Ogólnie nie najlepiej.

Po tych Świętach jednak zmieni swoje spojrzenie na życie. Podobnie zresztą jak Kaja, która z kolei też zrozumie swoje błędy.

Kaja żyje ponad stan, traktuje życie jak wieczną zabawę ale w tej zabawie zbyt się zagalopowała a efektem są poważne problemy finansowe.

Istotne w „Podarunku” jest pokazanie tego, jak sami możemy decydować o tym czy jesteśmy szczęśliwi czy nie. Bardzo wiele zależy od tego jak my patrzymy na swoje życie. Możemy narzekać na wszystko i nie doceniać drobiazgów w naszym życiu, wciąż oczekując więcej a możemy codziennie doceniać i cieszyć się tym, co mamy.

I o tym właśnie jest ta książka. O tym, że warto jest czasem zmienić perspektywę naszego spojrzenia na to, co dzieje się w naszym życiu. Być może nie zawsze to zadziała, ale na pewno warto jets próbować.

No i autorka nie byłaby sobą gdyby wszystko dobrze się nie poukładało na koniec.

Moja ocena to 5 / 6.

No dobrze, nie spodziewałam się…

…że jednak Literacki Nobel trafi do rąk Olgi Tokarczuk w tym roku.

A więc, dla porządku, mamy go po raz kolejny ! Czyli Nobel za rok 2018 trafia w ręce Olgi Tokarczuk a za rok 2019 otrzymał tę nagrodę Peter Handke. Od razu przyznaję, że tego drugiego nie czytałam nic.

A Olgę Tokarczuk „znam” z jej „Biegunów”. I dziś obiecuję sobie, że wrócę i do pozostałych, które cierpliwie czekają sobie na czytniku.

Bardzo, bardzo się cieszę, że kolejna Polka otrzymała tę nagrodę.

Gratuluję Pani Oldze z serca chociaż wątpię czy trafi kiedyś na mój blog (pół godziny potem odzywa się w komentarzu Nagrodzona i dziękuje za gratulacje ;P to byłoby coś).

Przyznam się, że w tym roku, chyba po zeszłorocznej przerwie, kompletnie nie podeszłam do tematu. Na obejrzenie wyniku zdecydowałam się właściwie kwadrans przed i śledziłam jak ci, którzy też mieli to akurat włączone na YouTube, transmisję z pokazu oczekujących ludzi. Jak się śmiał parę lat wstecz znajomy, wtenczas przez kwadrans patrzyliśmy na drzwi. W tym roku zmieniono to lub może i wcześniej, ale w tym roku przez kwadrans gapiliśmy się na ludzi. Afirmowałam się tym widokiem. Nie, nie, gdyby ktoś pomyślał, nie mam żadnych aspiracji do literackiego Nobla. Za to zamierzam kiedyś być wśród zaproszonych na ogłoszenie wyników 😉 Będę siedziała w którymś z pierwszych rzędów. Zapamiętajcie i życzcie mi tego 🙂

Naprawdę dobry ten dzień, naprawdę.

„Splecione letnie sny”. Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

„Splecione letnie sny” to dziesiąta z rzędu książka z cyklu „Stacja Jagodno”.

Trudno napisać coś nowego na temat książki, która jest już dziesiątą z serii i opowiada o tych samych niemal bohaterach. W każdej części pojawiają się znane nam z poprzednich książek, bohaterowie i zawsze jakaś nowa postać czy postaci.

Ogólnie jednak akcja dzieje się w znajomych miejscach i realiach. I co tu dużo kryć, zaczyna być bardzo mocno przewidywalna.
Nie ukrywam, narzekałam trochę i marudziłam podczas lektury tej książki, co zdziwiło P., gdy mu powiedziałam, że dziś w nocy chciałam ją skończyć i zaczytałam się do nieprzyzwoicie późnej pory. Tak, chciałam skończyć aby zobaczyć czy skończy się tak, jak podejrzewam. Tak, skończyła się tak jak podejrzewałam.
Wiem, że rok temu marudziłam na świąteczną książkę autorki, że była zbyt okrutna, że właśnie w książce świątecznej oczekuję nieco niemożliwej do zaistnienia czy to magii czy zwyczajnie bajki. Taka jest konwencja tych książek, rozpowszechniona na całym świecie i ja to jak to określam, „kupuję”. Z kolei w książkach obyczajowych, tego typu jak „Stacja Jagodno” chciałabym czasem zwykłego życia. Nie mówię od razu, że bohaterów ma trafić jakaś śmiertelna choroba i męka. Nie, nie to mam na myśli. Ale czasem mam wrażenie, że tam po prostu wszystko toczy się zbyt gładko, zbyt lukrowano i niestety, o czym już wspomniałam, zbyt przewidywalnie. Być może nie raziłoby mnie to jako czytelniczki gdyby cykl nie obejmował aż tylu tomów. Jeśli jednak czytasz coś w bardzo podobnym tonie po raz kolejny, zwyczajnie nie ma miejsca na zachwyt czy nawet zwyczajne zaskoczenie, oczekiwanie czegoś innego. Jest stały, wytyczony tor, pewnego rodzaju nawet rutyna.
Wiem, że narażam się tym samym wielbicielkom cyklu, trudno. Nie lubię nieuczciwości w życiu, również w ocenie tego, co czytam. Zwłaszcza, że autorka przyzwyczaiła mnie do naprawdę dobrej prozy, w której nawet jeśli wszystko kończy się pozytywnie to po drodze dzieje się jednak „życie”.

Już kiedyś wspominałam, że ten cykl czyta mi się nierówno i wtedy prowadziłam z kimś rozmowę, że być może powinnam już go zakończyć. Za każdym razem jednak gdy zostaje wydana kolejna jego część „łamię się” i nabywam. Chyba wykazuję się sporą niekonsekwencją. Być może faktycznie powinnam porzucić tę serię i zwyczajnie, poznać inne książki autorki, które możliwe, że okażą się na tyle inne, że poczuję jednak jakiś rodzaj zmiany.

Na razie, głównie do wieloletniej sympatii do bohaterów, daję dzisiaj ocenę tej książce, jaką jest 4 / 6.

„Siostry”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny Soeurs.

No dobrze, to dzięki wyzwaniu wakacyjnemu blogu http://francuskirozdzial.pl/ a właściwie stronie tego blogu na Fb, kiedy to wzięłam w owym wyzwaniu udział, mam za sobą wszystkie wydane u nas kryminały autorstwa Bernarda Miniera. Wyzwanie zatytułowane było, o ile dobrze pamiętam „W te wakacje przeczytam książkę francuskojęzyczną” i mójwybór padł wtedy na pierwszą z serii o komendancie Martinie Servazie, „Bielszy odcień śmierci”, która czekała cierpliwie na czytniku. A potem tak się wciągnęłam w ten cykl, że z pomocą trafiła się ebookowa promocja (naprawdę świetna) na książki wydawnictwa REBIS i oto za mną cały cykl kryminalny autorstwa Miniera.

Jakie są „Siostry”? Dobre. Nawet bardzo. W tej części oprócz rozwijających się spraw osobistych Servaza mamy do czynienia z ciekawą analizą autora. Autora , w sensie pisarza. Dla jednych jeszcze jednego, dla innych czytelników, niemal bóstwa. Ciekawie ujął temat Minier i chociaż zastosował w „Siostrach” znany z paru innych książek innych autorów zabieg, odpuszczam mu to chociażby za ciekawe spostrzeżenia dotyczące pisania książek.

Jak mówi w pewnej chwili bohater książki, autor bestsellerów, Eric Lang, cytuję „(…) na tym polega sztuka opowiadania. Stwarzać to straszne poczucie bliskości, które sprawia, że towarzyszy pan bohaterom, kocha ich i żałuje, cierpi z nimi, cieszy się, drży… (…) Powieściopisarze to kłamcy (…), wyolbrzymiają, ekstrapolują, aż wreszcie zaczynają brać własne kłamstwa za rzeczywistość.”

Akcja książki dzieje się w 1993 roku gdy Servaz dopiero rozpoczyna pracę w policji i współcześnie w roku 2018.

W roku 1993 zostają znalezione zamordowane w bardzo brutalny sposób dwie dziewczyny, młode siostry Alice i Ambre Oesterman. Jest to jedna z pierwszych spraw tuluskich, w jakich bierze udział młody wówczas Servaz, małżonek i ojciec malutkiej wówczas Margot, którą znamy z poprzednich części cyklu.
Śledztwo wykazuje, że że rodzice w ogóle nie znali swoich córek, studentek. Nie wiedzieli chociażby o tym, jak obsesyjnie obie dziewczyny traktowały książki wspólnego ulubionego autora, Erica Langa. Okazuje się, że morderstwo zostało zainscenizowane tak, jak w jednej z książek tego autora. Jednak w roku 1993 roku po żmudnym przesłuchaniu i dochodzeniu nic na winę Langa, czego bardzo by sobie życzyli niektórzy śledczy, nie wskazywało.

Mijają lata. Nadchodzi rok 2018, kiedy zostaje popełniona kolejna zbrodnia. I tym razem jest ona wystylizowana na zbrodnię z książki Erica Langa. Co tak naprawdę się dzieje? Kto pociąga za zbrodnicze sznurki? Dlaczego tak inspiruje się brutalnymi książkami Langa? A może prawda jest jeszcze bardziej zawiła?

Nie wiem jak po zakończeniu „Sióstr” potoczą się losy zdegradowanego w poprzedniej części czyli „Nocy” Servaza. Jakie Bernard Minier wymyśli dla niego losy?
Jednak nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg opowieści. Tym bardziej, że Minier pozostawił wiele możliwości i otwartych furtek.

Moja ocena to 5 / 6.

Detektyw Kefirek, cykl autorstwa Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby

„Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa”, „Detektyw kefirek i pierwszy trup”. 

Wydane w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa.

Jakiś czas temu w jednej z ebookowych promocji pojawiły się nieznane nam kompletnie książki z serii kryminałów dla dzieci autorstwa pani Małgorzaty Strękowskiej- Zaremby. 

Jak się okazuje, to cała seria a pierwszą z niej książką jest „Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa”.

Bohaterem i narratorem jest Teoś Kefirek , zwany Kefirkiem. Teoś ma dwanaście lat, młodszego brata Zachariasza, zwanego po prostu Młodszym, który chodzi do przedszkola. Ma przyjaciela „wiecznie grzecznego Dominiczka”. I wielkie ambicje by zostać prywatnym detektywem. Szybko okazuje się, że ma też rywalkę czy może z czasem, okaże się, że współpracowniczkę, Karolinę. Trójka dzieciaków, Teoś, Karolina i Dominiczek to uczniowie jednak z klas szkoły podstawowej, w której dość blisko Halloween ginie znienacka z pracowni biologicznej Tadziczek. Tadziczek to ochrzczony tak przez młodzież model szkieletu ludzkiego. Ta ciekawa ale z pewnością droga pomoc naukowa jednak znika z sali a ponieważ na miejscu zbrodni pozostawione zostały ćwiczenia do matematyki Teosia Kefirka, dyrektor szkoły szybko wnioskuje, że sprawcą zniknięcia Tadziczka jest ni mniej ni więcej a chłopiec. Teoś nie pozwoli jednak by ktoś rzucał na niego fałszywe podejrzenia i wraz z Dominikiem rozpoczyna prywatne śledztwo. Które doprowadzi chłopaków do ciekawych informacji a wyniki tegoż zaskoczą każdego. 

Książka napisana jest w dobrym dla dzieci stylu, narrator nie przynudza a ponadto, co mi się podobało, przyszły detektyw faktycznie wykazuje się zmysłem obserwacji i sporą wiedzą na temat życia szkoły, do której uczęszcza. Plus poczucie humoru obecne w książce, ciekawa intryga kryminalna i mamy bardzo ciekawą propozycję dla dzieci, które lubią kryminały. A w końcu, dorosły miłośnik kryminałów i czytelnik tego gatunku w przyszłości, pozostawiający fortunę na książki z tego gatunku w księgarni, nie narodzi się sam. Trzeba mu pomóc 🙂 

W drugiej części „Detektyw Kefirek i pierwszy trup” to kontynuacja przygód detektywistycznych Teosia, Dominiczka i Karoliny. Mamy więc znanych nam z pierwszej części bohaterów, rodziców tychże. Jest też w tej części o wiele więcej miejsca dla Młodszego i jego psa Superbrysia. 
Tym razem faktycznie okaże się, że jest najprawdziwsza zbrodnia, zamordowany został właściciel zakładu kamieniarskiego. Tym razem tropy wiodące ku rozwiązaniu zbrodni będą baaardzo śmierdzące i to niekoniecznie w przenośni albowiem , no cóż, będą nimi niesprzątnięte kupy psa Cerbera. 
Spotkałam się z zarzutami jak to ta książka jest obrzydliwa i w ogóle, co za temat. Cóż, nie wiem czy czytał ją ktoś , kto jest dzieckiem? No więc powiedzmy sobie szczerze, że w pewnym wieku takie właśnie atrakcje jak wygłupy z psich kup i konsekwencje owych wygłupów, bawią niektórych. To mija, szczęśliwie. Natomiast ja uważam, że autorka dobrze obserwuje otoczenie i ma świadomość, co może ubawić a co niekoniecznie, dzieci, do których jednak adresuje swoje kryminały o Teosiu Kefirku. Jeśli jednak na sali jest jakaś nadwrażliwa osoba, to uprzedzam, tak tak, mamy tu motyw psich kup. Niesprzątniętych. Ale nie tylko kupy są tu na pierwszym miejscu, chociaż pomogą rozwiązać sprawę morderstwa. Jest więc przedziwna agencja ochrony, której alarmy pewnej nocy (jak się okaże, będzie to noc zbrodni) rozwyją się w całym mieście. Jest też podejrzana Wróżka Kassandra i jak wspomniałam, Superbryś. Są jak zwykle lekko nieobecni duchem rodziciele Teosia i Młodszego, jak zwykle mający parcie na wychowywanie pociech jedynie w chwilach dramatycznych.

Następna w kolejności i już przez nas rozpoczęta książka z tego cyklu to „Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia” a następna to „Detektyw Kefirek śledzi śledzia”.

Nie wiem jak innym, nam się Kefirkowo detektywistyczna seria podoba. 

Moja ocena to 5 / 6.