„Oleńka. Panienka z Białego Dworu”. Wioletta Sawicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020). 

Data premiery 14.01.2020.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Oleńka. Panienka z Białego Dworu” to pierwsza część sagi o rodzinie żyjącej na Wileńszczyźnie. I moje pierwsze „spotkanie” z książką tej autorki. Spotkanie, dodam, ogromnie udane.

Akcja książki rozpoczyna się w roku 1913, tuż przed rozpoczęciem I WŚ. 

Ogromny majątek i okoliczne włości nieopodal Wilna zamieszkuje rodzina hrabiego Aleksandra Ostojańskiego. Hrabia prowadzi rozliczne interesy, ma między innymi gorzelnię i hodowlę koni. Jego rodzina jednak od zawsze odczuwa silny patriotyzm i dlatego i on z żoną i ich najmłodsza córka, Aleksandra, krzewią wśród zamieszkujących okolicę mieszkańców ducha polskości. Oleńka jeździ do domostw chłopów i stara się uczyć dzieci zarówno czytania, pisania ale i usiłuje uświadomić najmłodszym fakt, że są oni Polakami. Uciśnionymi od dziesiątek lat pod rosyjskim zaborem ale przede wszystkim Polakami. We dworze odbywają się wieczorki patriotyczne, na które zjeżdża się okoliczna szlachta i arystokracja. 

Starszy brat i siostra Oleńki opuścili dom. Brat został wcielony do wojska rosyjskiego, zaś siostra po wyjściu za mąż, wyjechała z mężem do Warszawy. 

Oleńka więc siłą rzeczy jest jedyną pociechą zamieszkującą Ostojany wraz z rodzicami. Wiedzie życie spokojne i szczęśliwe. Przeżywa też pierwszą naprawdę wielką miłość. Zakochuje się bowiem w nauczycielu dzieci sąsiada, Joachimie , pochodzącym z Prus. Joachim doskonale mówi po polsku, język ten uważa wręcz za język ojczysty. I również zakochany jest w Oleńce. Wydaje się, że właściwie lepiej być nie może. Jednak nie do końca tak jest albowiem w przypadku tego związku mowa byłaby o mezaliansie. Młodzi trzymają więc swój coraz bardziej zaawansowany związek w sekrecie. Aleksandra pewna jest, że wszystko dobrze się ułoży, jednak nie ma świadomości, że ojciec jej snuje własne plany względem jej mariażu. Ma bowiem upatrzonego dla ukochanej córeczki księcia, za którego chce wydać najmłodszą pociechę.

Na razie jednak ta pociecha wiedzie życie raczej pozbawione większych zmartwień. Chociaż wokół coraz bardziej głośno mówi się o nadciągającej wojnie, dla Oleńki liczy się przede wszystkim to, że zakochała się bez pamięci i z wzajemnością.  

Jednak nad Biały Dworek i nad rodzinę Ostojańskich nadciągają powoli czarne chmury. Polityka okaże się tym, co z dnia na dzień zniszczy dotychczasowy porządek. I Oleńka,ta, której do tej pory niewiele zmartwień przysparzało życie, będzie musiała stanąć z prawdziwym życiem twarzą w twarz. 
Los nie rozpieści dziewiętnastolatki. Rzuci ją gwałtownie i od razu na głęboką wodę, pełną wirów.

Nagle okaże się, kto tak naprawdę w każdej chwili gotów jest pomóc młodej, zrozpaczonej dziewczynie, której z chwili na chwilę świat runie na głowę. 
Galeria postaci odmalowanych w książce również jest ciekawa. Mroczny, posępny i bez pamięci oszołomiony i otumaniony uczuciem do dziewczyny kowal Ignac. Szpetucha, zielarka i pomagająca kobietom w potrzebie Bocianicha żyjąca w leśnych ostępach. Józka, młoda służąca we dworze, która w pewnym momencie stanie się towarzyszką życia Oleńki. I wiele innych, którzy staną na drodze młodej kobiety. 

Napiszę tak, zdecydowanie jest na „tak” jeśli chodzi o tę serię i z niecierpliwością oczekuję następnego jej tomu. 

Na wielki plus, nie jest to ogromna objętościowo książka. Nie lubię książkowych grubasków, nic na to nie poradzę. Tu zdecydowanie jest tyle ile potrzeba, bez nadmiaru i bez niepotrzebnych skrótów. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Pod tym samym niebem”. Katarzyna Kielecka.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2019).

Książkę przeczytałam dzięki Autorce projektu okładki i stron tytułowych.

To jedna z tych książek z motywem świąt Bożego Narodzenia w tle, o których w tym roku chyba nie było bardzo dużo słychać. A szkoda. Skrywana bowiem pod przyjemną dla oka, zaprojektowaną przez moją ulubioną projektantkę okładek, Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz, treść jest naprawdę dobra.

Książkę rozpoczyna list napisany w końcu listopada roku 2019. List wysłany został z Łodzi do Lilki przez nieznaną jej do tej pory cioteczną babkę Apolonię Jezierską.

Lilka mieszka w Suwałkach i list, który otrzymuje od nieznanej jej osoby budzi początkowo nieufność i poczucie, że ktoś chce jej wyciąć niezły kawał. Cioteczna babka bowiem nie bawi się w owijanie w bawełnę. Informuje nigdy nie widzianą wnuczkę siostry, że zostawia jej dom w Łodzi. I że zaprasza Lilkę do siebie na Wigilię albowiem niewiele zostało jej już czasu a ona chciałaby poznać jedyną żyjącą krewną.

Lilka, samotnie wychowująca czteroletnią córeczkę Nelę z niepełnosprawnością fizyczną, uwikłana w kompletnie bezsensowny romans z ojcem tejże i mająca na szczęście przyjaciółkę, Kingę, początkowo nie reaguje na list. Listów jednak będzie więcej, z każdym obie kobiety (Lilka omawia każdą korespondencję z przyjaciółką) poznawać będą sytuację nieznanej Lilce siostry jej babci i właśnie relacje Apolonii z babcią Lilki, Janką. Obie kobiety poróżniło coś w przeszłości, coś, co nie dało im się pogodzić przez resztę dorosłego życia. I właśnie to, co stało się przyczyną rozstania bliźniaczek, pozna wraz z rozwojem korespondencji Lilka.

W międzyczasie poznajemy też innych bohaterów, jak chociażby chłopaka Kingi, Adama Wodniaka, zwanego Lewarkiem. To też okaże się istotna postać w książce albowiem uświadomi coś nie tylko samemu sobie ale i swojej dziewczynie,

Listów do Lilki nadejdzie jeszcze parę, każdy z nich w coraz bardziej nakłaniającym kobietę do przyjazdu do Łodzi, tonie.
W pewnym momencie Lilka zdecyduje się zabrać córeczkę i pojechać niejako w nieznane aby spotkać pierwszy raz w życiu siostrę swojej babci Janki. W końcu, jak w swoich listach lubi podkreślać Apolonia, dopóki żyje się wciąż pod tym samym niebem, dopóty jest nadzieja na spotkanie, poznanie się czy pojednanie. Trzy kobiety, bowiem Kinga również wyjeżdża z przyjaciółką i Nelą, ruszą więc tuż przed Wigilią w kierunku Łodzi aby tam poznać ciekawą galerię postaci.

Święta okażą się ze wszech miar oryginalne a na pewno przyniosą wiele rozwiązań i przełomu w sytuacjach życiowych postaci opisywanych w książce.

Podobała mi się ta książka. Nie epatowała wielkimi dramatami chociaż część akcji książki rozgrywa się w czasie IIWŚ ale nie lukrowała też niepotrzebnie rzeczywistości. W książce są więc i dziecko z niepełnosprawnością i postaci wybitnie negatywne. Są tu i sytuacje, w których komuś trudno jest podjąć właściwą decyzję i te, w których są one jak najbardziej właściwie podejmowane. Postaci też są odmalowane jako jak najbardziej możliwe do zaistnienia, z ich wadami i zaletami, popełniające błędy ale i bywa, że irytujące innych. Czyli jednym słowem – życie.

Podobało mi się też jej główne przesłanie czyli to, że dopóki żyjemy pod tym samym niebem wciąż mamy szanse na dogadanie się, przegadanie, poprawę relacji czy układów. I chociaż święta nie są tu wcale opisane jako lukrowana rzeczywistość, w której wszystko dzieje się idealnie, są przedstawione jako czas okazji i nadarzających się dobrych możliwości.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Z Pokorą przez życie. Wojciech Pokora w rozmowie z Krzysztofem Pyzią”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2015). Ebook.

Zupełnie przypadkiem, że na czytniku mam (zapewne nabytą w jakiejś korzystnej promocji ebookowej) ebook w formie wywiadu-rozmowy z panem Wojciechem Pokorą.

Jako, że lubiłam bardzo zmarłego w 2018 roku aktora, sięgnęłam po książkę z wielkim zainteresowaniem. Byłam ciekawa, czego dowiem się z rozmowy. Książka to faktycznie rozmowa z zarówno panem Wojciechem Pokorą ale i zarazem z jego wciąż obecną przy rozmowach, żoną , Hanną.

Jak się spodziewałam, nie dowiedziałam się żadnych plot czy pomówień a z tej rozmowy wyłonił mi się obraz dość spokojnego człowieka, aktora, męża, ojca wiodącego ciekawe dla jednych a dla innych być może nudne (sześćdziesiąt lat z jedną żoną? niemożliwe) życie.

Z pewnością ci, którzy liczyliby na jakieś pikantne anegdotki pozostaliby niezadowoleni bo takich w opowieściach pana Pokory nie było.

Było za to sporo o jego pracy w teatrze, o prace zespołowej, nieco o kulisach tejże. Było też trochę o panu Pokorze jako o człowieku. Mężu ogromnie kochającym i związanym z żoną, panią Hanną, która wniosła bardzo dużo cennych wspomnień i informacji do tego wywiadu, ojcu, dziadku. Działkowcu bo jak się okazało, pan Pokora miał z żoną działkę pod Radzyminem, na której to działce spędzał każdy możliwy wolny czas.

Jak sam stwierdził pod koniec rozmowy z Krzysztofem Pyzią, ludzie często ulegają złudzeniu, że aktor grający role komediowe (w które chyba czuł się nieco zbyt silnie „wtłoczony” jako aktor) , sam z siebie jest tryskającym poczuciem humoru człowiekiem wciąż rzucającym jakieś żarty. Tak oczywiście nie jest i sam Wojciech Pokora rozprawił się z tym mitem na kartach tej książki.

Mnie osobiście najbardziej ciekawiły jego refleksje i spostrzeżenia, wspomnienia na temat samej pracy teatralno filmowej. Na przykład zdziwiłam się jak bardzo nie lubił roli, która przyniosła mu przecież ogromną popularność czyli Marysi w filmie”Poszukiwany, poszukiwana”. Mogę jednak zrozumieć niechęć danej osoby do zagranej przez nią roli, chociażby była ona zagrana z niewiarygodną wirtuozerią i wspaniałością. Sama, przyznaję się, że lubię przypomnieć sobie ten film aczkolwiek moją ulubioną rolą pana Wojciecha Pokory z filmów to docent Furman z „Alternatywy 4”. Przy okazji, „dostało się” też kontynuacjom seriali ongiś popularnych , takich jak właśnie kontynuacja „Alternatywy 4” czy „Czterdziestolatka”.

Bardzo wzruszająca była też część rozmowy dotycząca stanu zdrowia żony pana Pokory, pani Hanny, zwłaszcza dramatycznego epizodu z jej życia. Myślę, że ta część książki jest naprawdę najbardziej przejmująca. Pokazuje małżeństwo, które spędziło ze sobą praktycznie niemal całe swoje życie a mimo to jest z tego powodu szczęśliwe, docenia to i chce aby trwało jak najdłużej. Piękne to. Nie ukrywam, że podczas lektury tej części łezka wzruszenia kręciła mi się w oku.

Myślę, że pan Wojciech Pokora to aktor pochodzący z innego pokolenia szkoły aktorskiej, powoli już niestety, odchodzącego. To aktor, dla którego widz teatralny jest niezwykle ważny i wobec którego zachowuje się normy grzeczności i szacunku. To również szkoła dobrej dykcji a nie mamrotania pod nosem, szkoła wyrazistości a nie jedynie „wyglądu” i w końcu, szkoła perfekcji w czymkolwiek co jako aktor się wykonuje.

„Z Pokorą przez życie” to z pewnością dobry pomysł na lekturę dla osób, które lubiły aktorstwo pana Pokory.

Moja ocena to 5 /6.

Życzenia Świąteczne

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia.

Z tej okazji chciałabym złożyć Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog, Życzenia Zdrowych, Radosnych Świąt, spędzonych tak jak chcecie i z tymi, z którymi chcecie. I, oczywiście, jeśli to dotyczy tych, z którymi chcecie, abyśmy się z Nimi spotkali przy dzieleniu się Opłatkiem również za rok.

Tym, dla których to ważne wydarzenie religijne, życzę duchowych przeżyć i darów a tym, dla których to po prostu wolne dni, odpoczynku od kieratu codzienności. I możliwości złapania oddechu.

Wszystkim zaś życzę dużo poczucia wdzięczności za to, co mamy, dostrzeżenia życzliwych osób obok nas i nie przejmowania się drobiazgami. One nie są tego warte. Nie dajmy sobie popsuć takich dni małostkami. Nie są tego warte.

Na nadchodzący Nowy Rok jeszcze Wam powinszuję.

„Wigilia pełna duchów”.

Zbiór opowiadań.
Autorzy M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Wharton, Mrs. J.H. Riddell, Andrew Haggard, G.B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Katarzyna Bogiel, Beata Długajczyk, Ewa Hiridyska, Robert Lipski, Jerzy Łoziński, Jan S. Zaus.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po ten zbiór dwunastu opowiadań sięgnęłam z ogromną chęcią. Dawno temu zaczytywałam się opowieściami tego rodzaju i postanowiłam, że gdy nadarza się okazja powrotu do literatury wiktoriańskiej, zwłaszcza, że są to opowieści o duchach, trzeba z tej okazji skorzystać.

Muszę powiedzieć, że spędziłam czas poświęcony lekturze tego zbioru lepiej niż mogłam się spodziewać.
Znów za sprawą literatury, znalazłam się często w wiejskich posiadłościach, ogromnych rodowych siedzibach z wiekami historii czy też wręcz w zabytkowych zamczyskach.

Ale „byłam też” dwa razy na statku. Raz na liniowcu, na którym znajdowała się osławiona grozą kabina numer 105 (opowiadanie „Górna koja”, którego autorem jest Francis Marion Crawford) a raz na statku wielorybniczym za sprawą opowiadania „Kapitan „Gwiazdy Polarnej” ” Arthura Conan Doyle’a.

W opowiadaniach wyraźnie widać ówczesną fascynację zjawiskami spirytystycznymi i wywoływaniem duchów. Widać też jak wiele osób korzystało z ówczesnej fascynacji i swego rodzaju „mody” na te zjawiska i wykorzystywało ludzką naiwność.
Jednak są opowiadania o duchach bez żadnego podtekstu, całkowicie owym paranormalnym istotom poświęcone.

Muszę przyznać, że najbardziej z tego zbioru spodobały mi się trzy zamieszczone opowiadania autorstwa Francisa Mariona Crawforda. W zbiorze „Wigilia pełna duchów” zamieszczono kultowe już jego autorstwa opowiadania jak „Wrzeszcząca czaszka” (znam, znam, ale po raz kolejny czytałam z ciarkami na plecach, zwłaszcza, że podobała mi się forma narracji, narrator zwraca się do swego gościa i całą historię poznajemy „na bieżąco” uczestnicząc w wydarzeniach, jakie się dzieją), „Górna koja” (nie wiem czy po tej lekturze wciąż marzę o rejsie statkiem 🙂 ) i „Duch lalki”. „Wrzeszcząca czaszka” staje się w ogóle ulubionym opowiadaniem całego zbioru.

„Wrzeszcząca czaszka” to jak już wspomniałam opowiadanie z ciekawą narracją. Oto bowiem narrator, emerytowany wilk morski, zwraca się wciąż do swego gościa, również marynarza i opowiada mu o niezwykłym przedmiocie jaki posiada w swoim domostwie, odziedziczonym po rodzinie, która w krótkim czasie wymarła. A ów niezwykły przedmiot to czaszka. Nie ukrywam, zarówno sama opowieść, co czego się dowiadujemy, co zaczynamy podejrzewać wraz z każdym wypowiadanym przez marynarza słowem, dodatkowo odmalowana aura za oknem, wszystko to powoduje, że opowiadanie to wciąż pozostaje jednym z najlepszych opowieści grozy jakie napisano.

Jest jednak w tym zbiorze parę innych, które również budziły najprawdziwszą i słuszną grozę.

„Opowieść starej piastunki” autorstwa Elizabeth Gaskell to fantastyczny przykład opowieści grozy, którą powinno się czytać pod ciepłym kocem, z herbatą obok ale przy zdecydowanie zapalonym świetle (żadne tam nastrojowe cieniowanie:)). Klimatyczna, nastrojowa, taka, jak trzeba, plus to, co mi się spodobało czyli przesłanie, że winy wyrządzone w przeszłości muszą zostać ukarane.

Czytając „Później” Edith Wharton wciąż zastanawiałam się nad tym jak się zakończy cała ta historia i muszę przyznać, że udało się mi zostać zaskoczoną. To lubię.

W „Wigilii pełnej duchów” podobało mi się też jak różne duchy,że się tak wyrażę, są tam przedstawione w opowiadaniach. Są bowiem i takie bardzo „klasyczne” zjawy, w prześcieradłach, pobrzękujące łańcuchami, dziwne obślizgłe materie ale i zjawy, w których początkowo nie można w ogóle rozpoznać istoty z innego wymiaru.

W kilku opowiadaniach powtarza się przesłanie, o którym już pisałam, że mi się podobało a mianowicie, że popełnione kiedyś grzechy, winy w stosunku do innych, nie zostaną zapomniane i osoby, które się ich dopuściły, spotka prędzej czy później kara.

Są też jednak i duchy, które pomagają rodzącej się miłości.

Można więc powiedzieć, że to zbiór, w którym każdy miłośnik starej, dobrej, napisanej świetnym językiem prozy grozy, znajdzie coś dla siebie.

Polecam jako pomysł na prezent pod choinkę. Myślę, że miłośnicy takiej literatury z pewnością nie poczują się zawiedzeni.

Moja ocena to 6 / 6.

„Anioły z Lovely Lane”. Nadine Dorries.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). Ebook.

Przełożył Adam Tuz. 
Tytuł oryginalny The Angels of Lovely Lane.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nie napiszę, że „świat się kończy” bo mam zdecydowanie nadzieję, że tak się nie dzieje (chociaż jak tak dalej ludzie będą traktowali Ziemię to nastąpi to zapewne szybciej niż się nam wszystkim , niestety wydaje:( ) ale tak, Chiara76 przeczytała książkę z medycyną w tle. 
Kiedyś, owszem, czytywałam i thrillery medyczne i nie tylko. Od dłuższego czasu nie czytam nic o medycynie, z medycyną w jakimkolwiek wymiarze w tle. Nie. 

No a tu proszę, skusiła mnie ta książka i postanowiłam zobaczyć jaka jest.

Okazała się bardzo dobra. 

Oto najpierw poznajemy rzeczywistość życia w czasie IIWŚ jednej z przyportowych uliczek Liverpoolu. Poznajemy młodziutką Emily Haycock i dramatyczne wydarzenie, które determinuje życie dziewczyny na zawsze. Zadecyduje ono również o wyborze przez nią przyszłego zawodu. O tym opowiadają pierwsze strony tej książki.

Przenosimy się do roku 1951 i poznajemy bohaterki „Aniołów z Lovely Lane”. Cztery różniące się pochodzeniem i miejscem zamieszkania młode dziewczyny czy raczej młodziutkie kobiety, które spotkają się w szkole pielęgniarskiej w Liverpoolu a mieszkać będą w domu przy tytułowej Lovely Lane. 

Przyszłe dyplomowane pielęgniarki są cztery, Dana pochodzi z małej wioski w Irlandii, Victoria Baker jest arystokratką, której ojciec właśnie zbankrutował, Pamela, nazywana przez wszystkich Pammy to mieszkanka uboższej dzielnicy Liverpoolu a Beth, co córka wojskowego. Dziewczęta rozpoczynają wspólną naukę, pracę w szpitalu i życie przy Lovely Lane gdzie też wiele się dzieje.

Widać, że autorka rozpoczęła swoją książkę planując kontynuację bo ta część faktycznie solidnie wprowadza nas w akcję książki, przedstawia bohaterów powieści, nie tylko same dziewczęta ale i osoby związane i z bursą pielęgniarską i ze szpitalem St Angelus. Zawiązują się w tej części również najważniejsze wątki. Widać też, że autorka sama związana jest z tym zawodem, jako, że ukończyła szkołę pielęgniarską. 

Co mi się podobało w tej książce to to, że polubiłam bohaterki książki. Nie każdą w równym stopniu, oczywiście, ale mam swoje faworytki ale ogólnie każdą dziewczynę darzę sympatią. To bardzo dobrze rokuje na przyszłość w kwestii kontynuowania przeze mnie tej książkowej serii. I pomimo tego, że pod koniec książki będzie opisywana potwornie smutna i dramatyczna historia (z gatunku tych, po które z rozmysłem od 2011 roku nie sięgam w książkach czy filmach) to mam chęć na kontynuowanie opowieści o tytułowych aniołach z Lovely Lane.

Co mi się jeszcze w tej książce bardzo podoba to to, że opisywane historie dzieją się w dość odległych latach. Zwłaszcza dla Brytyjczyków może być to ciekawa lektura, bo opisuje początki publicznej brytyjskiej służby zdrowia. I kuriozalne czasy, gdy chciano zatrudniać jedynie pielęgniarki, które nie były mężatkami. Tylko niezamężne pielęgniarki w ocenie niektórych miały się całkowicie poświęcać pracy i pacjentom. 
To również opis czasów, kiedy wciąż nie było lekko kobietom decydować o wyborze sposobu na życie. Według wielu, oczywiste było, że młoda kobieta musi wyjść za mąż i urodzić dzieci. 

Wszystkie nasze bohaterki mają względem swego życia konkretne plany i daleko im do pójścia na ugodę z ogólnymi oczekiwaniami. Chcą być wykształcone, samodzielne i oczywiście, każda z nich ma swój osobisty powód do tego aby wykonywać właśnie ten zawód. 

„Anioły z Lovely Lane” to bardzo ciekawa książka, która mnie ogromnie wciągnęła. I bardzo chętnie poznam ciąg dalszy opowieści o losach Dany, Beth, Victorii i Pammy jak również pozostałych postaci tam opisanych. 

Jedyne, co mi się nie podobało, to dość długa uwaga pana tłumacza odnosząca się do dramatycznej akcji dziejącej się pod koniec książki. Chętnie jednak sama będę wyciągała wnioski dotyczące światopoglądu autorki czy też powodu, dla którego w tekście ustami bohaterek pojawiają się takie a nie inne określenia. Nie muszę tego czytać w przypisie, no ale to moje indywidualne odczucia, być może nie każdy je podziela. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6

„Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne”.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Tomasz Bieroń i Jerzy Łoziński.

Tytuł oryginalny Silent nights : Christmas Mysteries.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Muszę przyznać, że sięgnęłam po tę konkretnie książkę niewiele o niej wiedząc. Ale, nie ukrywam, o wyborze lektury zadecydowały dwa fakty. Pierwszy to ten, że akcja piętnastu opowiadań wchodzących w skład tego zbioru dzieje się zawsze w czasie Świąt Bożego Narodzenia bądź w ich okolicy. Drugi zaś fakt to ten, że są to właśnie opowiadania kryminalne. To połączenie okazało się nadzwyczaj udane.

Jak już wspomniałam, opowiadań w tym zbiorze jest piętnaście. Każde z nich poprzedza krótka nota informacyjna o autorze danego tekstu i jest to wielki plus. Zabrakło mi jakiegoś rodzaju wstępu bądź posłowia, w którym dowiedziałabym się kto tak naprawdę dokonał wyboru opowiadań do zbioru „Cicha noc”. Niemniej jednak, jak już pisałam, dobrze, że na początku znalazło się parę zdań przypomnienia o danym autorze. Jako, że opowiadania są raczej dość stare, mają po kilkadziesiąt lat bądź są nawet starsze, nie wszyscy autorzy są nam dobrze znani. Cieszy więc pomysł przypomnienia danych nazwisk właśnie przez wydanie tego typu antologii.

Co mi się bardzo podobało to właśnie fakt tego, że opowiadania są leciwe. Nie są jednak absolutnie ramotkami. Za to cechuje je brak niepotrzebnego okrucieństwa, brak nadmiernego rozlewu krwi tak często obecnego we współczesnej literaturze. Jest zbrodnia, można by powiedzieć, „w starym, dobrym stylu”. Oczywiście – literackim.
Łączy te opowiadania również fakt czasu, w jakim rozgrywa się akcja każdego z nich czyli okres Świąt Bożego Narodzenia.

Większość z opowiadań, co również według mnie jest zaletą tychże, dzieje się w starych, wiejskich posiadłościach, w których organizowane są uroczyste rodzinne i przyjacielskie spotkania. Wiejskie posiadłości, w których meble mówią własnym głosem , podczas świąt je się suto i bawi w świąteczne gry i kalambury a na kominkach radośnie trzaska ogień stają się tłem do najbardziej ponurych zbrodni. Ale nawet pomimo tego, że dzieje się tam zbrodnia, opowiadania te mają swój niepowtarzalny, niesamowity i wciągający nastrój i brak zbędnej brutalności i okrucieństwa. Postaci cechuje staroświecki szyk i elegancja, kobiety ubrane są w niesamowite kreacje, noszą na sobie wystawna biżuterię, posiadłości skrywają zakamarki i mnogość pomieszczeń a każda z zagadek kryminalnych powoduje, że czytelnik zdecydowanie musi ruszyć głową podczas lektury.

W zbiorze „Cicha noc” mamy do czynienia z rozmaicie pisanymi opowiadaniami, każde z nich ma swój styl. Jest więc opowiadanie lekko skręcające w kierunku opowieści grozy czyli to, którego akcja rozgrywa się w miejskim muzeum figur woskowych. Jest opowiadanie z gatunku „zamkniętego pokoju”, jest również takie, którego akcja rozgrywa się w pociągu.
Każde z nich ma ciekawą intrygę kryminalną, niezwykle tajemniczy klimat i niemal do końca nie możemy się domyślić, o co może w nim chodzić i kto popełnił zbrodnię. Przyznam, że domyśliłam się intrygi w czasie lektury jednego tylko opowiadania, jakim jest „Chińskie jabłko” Josepha Shearinga (pod takim pseudonimem pisała autorka Marjorie Bowen) a w przypadku „Nieznanego mordercy” autorstwa H. C. Baileya również coś zaczęło mi pod koniec lektury świtać w głowie, kto może być sprawcą zbrodni.

Podobało mi się opowiadanie „Figury woskowe” za swój nieco odmienny od pozostałych, klimat i nastrój. W swoim tekście Ethel Lina White stworzyła ciekawą postać młodej, początkującej dziennikarki, która nie lęka się sięgać po tematy, które jej redakcyjni koledzy lekceważą. Dodatkowo noc spędzona przez kobietę w muzeum figur woskowych jest opisana niezwykle realistycznie i naprawdę, w tym opowiadaniu jest niezwykły klimat.

Podobało mi się również opowiadanie noszące tytuł „Herbata z mlekiem” autorstwa Marjorie Bowen, za nastrój tajemnicy, niepewności i oczywiście, za samo rozwiązanie zagadki kryminalnej.

Dla miłośników kryminałów autorstwa Arthura Conan Doyla, daję znać, że pierwsze z opowiadań, „Niebieski karbunkuł”, jest właśnie jego autorstwa.

To była bardzo udana lektura. Czytając ten zbiór spędziłam naprawdę udany czas i mogłam wraz z bohaterami pogłowić się nad rozwiązaniem zagadek kryminalnych.

Myślę, że miłośnicy dawnego stylu książek kryminalnych nie poczują się zawiedzeni i chętnie sięgną po ten zbiór. A może, aby nieco wpisać się w motyw przewodni książki, ale jedynie literacki, nie ten kryminalny, znajdą ów zbiór pod choinką?

Moja ocena to 5.5 / 6

„W drodze z Maryją. Biblijna podróż z Nazaretu pod krzyż”. Edward Sri.

Wydana w Wydawnictwie W Drodze. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Paulina Chołda.

Tytuł oryginalny Walking with Mary. A Biblical Journey from Nazareth to the Cross.

Dzisiaj o książce z działu „religia, duchowość”. Sądzę więc, że nie każdy będzie zainteresowany tym tekstem. 


Jednak jeśli ktoś jest, zapraszam do lektury moich paru słów na temat tej bardzo dla mnie ciekawej książki. 

Szczerze mówiąc, odkąd tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. 

„W drodze z Maryją” to faktycznie, jak mówi tytuł, podróż przez karty Biblii wraz z Marią. Poznajemy więc wybrane wycinki Pisma Świętego, te dotyczące Jej postaci właśnie i analizujemy je wraz z autorem. Na plus, jest to napisane w bardzo przystępny sposób. Nie musisz studiować teologii (i dobrze) aby zrozumieć tę książkę. Dodatkowo, autor w odniesieniu do wydarzeń z życia Marii, prosi aby czytelnik odniósł to, o czym jest napisane do własnego życia. Do naszych własnych działań, wyborów, decyzji, tego jak traktujemy siebie i innych. I kolejny plus, brak tu nachalnej łopatologii i natręctwa. Autor pisze dobrym, łatwo dającym się czytać stylem i językiem, mimo, że nie brak tu cytatów z Pisma Świętego, cytatów z publikacji innych autorów, nie tylko samego Sri.  Jednak autor zdaje sobie sprawę, że najważniejsze podczas lektury są rozważania samego czytelnika i jego własne refleksje podczas czytania „W drodze z Maryją”, przez co jego książka czyta się bardzo dobrze i nie czuje się podczas niej, że czyta się naukową rozprawę (bo nią nie jest) a właśnie książkę mającą przybliżyć nam postać Marii wraz z aspektami Jej życia, które możemy odnieść do naszego życia i naszej wiary.

Nie ukrywam, że dla mnie samej Maria jest ważna. Z różnych, przeróżnych powodów. I gdy nadchodzi grudzień, wraz z mającymi nastąpić Świętami Bożego Narodzenia, zawsze oprócz oczywistych dla tego czasu refleksji natury religijnej,  mam też takie bardziej „około ludzkie” dotyczące Marii właśnie. Czy łatwo jest podjąć taką a nie inną decyzję ? Czy bała się rodzić w obcym miejscu, gdzie nie miała ze sobą żadnych potrzebnych nowo narodzonemu dziecku przedmiotów? Jak bardzo troszczyła się o innych ? (Kana, o której jeszcze wspomnę), jak bardzo pękało Jej serce gdy stała pod krzyżem patrząc na Tego, którego dopiero co pamiętała, że trzymała w ramionach a teraz cierpiał?


I oprócz oczywiście najważniejszej (chociaż jak pisałam, bardzo przystępnie) wyjaśnionej treści religijno – eschatologicznej, Edward Sri w swojej książce przedstawia nam też Marię jako Marię kobietę, matkę, żonę, członkinię społeczności. Nie ukrywam, że autor zdecydowanie ma u mnie plusa za, co dość oczywiste bo to ważne wydarzenie opisane w Biblii, opis sytuacji mającej miejsce podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Zawsze, ilekroć słyszę to czytanie, mam w głowie jedną refleksję. Jak bardzo Maria znała obyczaje i mentalność ludzi swoich czasów (każdych czasów?). I jak bardzo chciała pomóc Parze Młodej, którzy to Młodzi stali w obliczu nieuchronnie nadciągającej katastrofy, która w tamtych czasach oznaczała kompromitację praktycznie dla całej rodziny. Wiem, że Ojcowie kościoła i znawcy Pisma Świętego analizowali ten fragment Pisma i sam autor również odnosi się do religijnych powiązań i zapowiedzi tego, co się wydarzy w późniejszym czasie. Jednak, co bardzo mi się podobało, opisał też ówczesne społeczne relacje, zależności (ma to miejsce w innych również fragmentach tej książki) i odniósł treść do tychże właśnie. Nikt z nas nie chciałby zostać skompromitowany, zwłaszcza w dniu własnego wesela, a już na pewno nikt nie życzyłby sobie konsekwencji tejże kompromitacji dla naszych bliskich.

„W drodze z Maryją” prowadzi nas jak już pisałam, od Nazaretu aż po krzyż a nawet dalej bo autor porusza też opisane w Apokalipsie fragmenty dotyczące Marii. Całość czyta się dobrze, książka z pewnością nie nudzi, nie jest rozwlekła, a jednocześnie daje duże pole do weryfikacji własnych odczuć i czynów. 

Zbliża się Adwent. Może w ramach prezentu dla kogoś, kto jest wierzący, na przykład jako nietypowy kalendarz adwentowy, sprezentujecie komuś taki właśnie prezent? Sądzę, że warto. 

Mnie się ogromnie ta książka podobała. 

Moja ocena jej to 6 / 6. 

„Wróżka Prawdomówka”. Matt Haig.

Ilustracje Chris Mould.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Justyna i Jan Grzegorczykowie.

Tytuł oryginalny The Truth Pixie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Od razu napiszę, że „Wróżka Prawdomówka” to moja pierwsza książka adresowana dla dzieci tego autora. Ale nabrałam po niej ogromnej chęci na przeczytanie poprzednich jego książek, jakimi są „Chłopiec zwany Gwiazdką”, „Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę” i „Ojciec Gwiazdka i ja”.

Nie mam pojęcia czy wszystkie poprzednie książki również napisane są wierszem. W każdym razie tu treść została podana w dość niewielkich rymowanych partiach a okraszona jest świetnymi czarno białymi ilustracjami autorstwa Chrisa Moulda.

„Wróżna Prawdomówka” opowiada o wróżce, z mysią przyjaciółką mieszkającą w bardzo nietypowym miejscu, którą kiedyś skrzywdziła inna wróżka, rzucając na dziewczynkę klątwę mówienia PRAWDY. Zawsze i w każdej sytuacji.

Przyznam się, że od pierwszych słów poczułam więź z główną bohaterką albowiem, no cóż, byłam takim dzieckiem. Pojęcia nie mam skąd mi się to wzięło, w każdym razie co jak co ale można było zawsze wiedzieć, że jeśli co, powiem dokładnie to, co myślę. Tym bardziej więc polubiłam Wróżkę Prawdomówkę. O ile bowiem ja się jakoś specjalnie ongiś z prawdomównością źle nie czułam, to bohaterka niestety, odwrotnie. Cierpi.

No, nie jest fajnie mówić ludziom w oczy to, o czym albo nie wiedzą a życie z tą wiedzą do niczego nie jest im potrzebne, albo nie chcą tego usłyszeć.
„Masz słabą fryzurę”, „śmierdzi ci z ust”, „twoje fatalne ubrania i tak są ładniejsze niż twoja twarz”. Brzmi jak koszmar zapoczątkowujący piętrową awanturę i zakończenie znajomości? Tak dokładnie jest w życiu Wróżki Prawdomówki, która z dnia na dzień traci kolejnych przyjaciół i znajomych.

Biedna Wróżka w pewnym momencie dochodzi do okropnej prawdy. Prawdy, która wręcz ją paraliżuje. Oto bowiem jak stwierdza dziewczynka, „Nienawidzę tej prawdy, co mi z ust się wymyka. Jestem najnieszczęśliwszą na świecie osobą. Denerwuję ludzi tym, że jestem…sobą.”

I to jest bardzo ciekawy aspekt tej książki. Bo tak. Z jednej strony wciąż jesteśmy uczeni jak to nie wolno nam kłamać i należy w każdej chwili zachować się uczciwie, prawdomówność to zaleta. Z drugiej strony, może to działa jedynie gdy jesteśmy dziećmi a i to zapewne nie bardzo dużymi. Nie jest bowiem fajnie stracić przyjaciół po tym jak się im powie dosłownie wszystko. Czy ta książka zachęca do kłamstwa? Bynajmniej. Ona jedynie pokazuje nam, że możemy wybrać czy decydujemy się z kimś zawsze i w każdej sytuacji na mówienie całkowitej prawdy. Czy też jakąś jej część możemy jednak zachować dla siebie. Koleżanka z klasy, której pierwsze literki niekoniecznie trzymają się liniału doskonale przecież o tym fakcie wie, nie trzeba jej o tym wciąż mówić. Koleżanka zmieniła fryzurę i albo się w niej czuje dobrze albo nie ale jeśli nawet uznajemy, że jest to najgorsze cięcie jakie miała na głowie odkąd się znamy, niekoniecznie musimy ją w tej kwestii oświecać. Być może podoba się sobie tak jak jest a być może również wścieka się na niefrasobliwą fryzjerkę, która ścięła zbyt dużo włosów. Dodatkowe utwierdzenie jej w tym fakcie niekoniecznie poprawi nasze relacje.

Z drugiej jednak strony. A co z tymi, którzy, no cóż, prawdomówność mają we krwi podobnie jak ktoś inny wścibstwo, ktoś inny poczucie humoru a jeszcze ktoś inny wieczne marudzenie? No cóż. Jeden z nas jest taki, inny zaś zachowuje się inaczej czy ma swoje cechy, niekoniecznie dla nas strawne. Jednak jakby nie było, jest sobą.
Wróżka Prawdomówka co prawda obarczona jest swoją prawdomównością nieco na siłę, za sprawą rzuconej na nią klątwy ale jednak, od lat jest właśnie taka. Prawdomówna aż do bólu. Taka jest i już. I co teraz? Czy osoba będąca sobą faktycznie skazana jest na wieczną samotność? Ból i cierpienie?

Na szczęście, tak nie jest. No cóż, pewnie jednak trochę tu zaspoileruję 🙂 ale trudno się mówi. Powiem tak, wszystko skończy się dobrze.

Wróżka Prawdomówka pozna pewnego olbrzyma, za sprawą którego trafi do Helsinek. A tam pozna pewną dziewczynkę, która zada Wróżce Prawdomówce pewne ważne pytania. I wtedy Wróżka stanie wobec jednej z trudniejszych decyzji. Mówić prawdę czy nie? I czy prawda o życiu zawsze boli? Zbierze siły i udzieli Aadzie jednej z najmądrzejszych lekcji o życiu i świecie. Może jest to lekcja krótka i prosta a jednak niesie ze sobą najważniejsze przesłania. O tym, że życia nie da się przeżyć tylko się radując ale również trzeba się w nim i posmucić. Ciemność jest po to aby świecące w niej gwiazdy dawały nam piękny blask. A najważniejsze, że zarówno te weselsze jak i mniej chwile w życiu łatwiej się przeżywa, gdy obok nas jest przyjaciel.

„Taka jest bowiem siła przyjaciela,

Która od smutku wiedzie do wesela”.

I to właśnie ta lekcja o życiu udzielona przez Wróżkę Prawdomówkę Aadzie ale i nam, czytelnikom, podoba mi się najbardziej z całej tej książki.

Na koniec, zastanawiam się do jakiego wieku dedykowana jest ta książka. Dzieci, to pewne. Myślę,że 6+ . Również, do czego zachęcam, do samodzielnego czytania przez dziecko.

A potem, to już dla każdego. Albowiem ja miałam z lektury „Wróżki Prawdomówki” ogromnie wiele radości czytelniczej.

Moja ocena 6 / 6.

„Uwierz w Mikołaja”. Magdalena Witkiewicz.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2019). Ebook.

W tym roku wydawnictwa już we wrześniu o ile dobrze pamiętam zapowiadały swoje książki z motywem świąt Bożego Narodzenia w tle. Wydano ich bowiem w tym roku ogromną ilość. Czy to dobrze? Nie wiem. Wiem, że jeśli ktoś tak jak ja lubi tego typu książki i nawet ocenia je nieco inaczej niż pozostałe (przyjmuję na klatę całą tą „magiczną” otoczkę i lukier często im towarzyszące) to ma dobrze bo jest w czym wybierać. I ma problem bo zwyczajnie, nie ma pieniędzy na wszystko, co chciałby kupić i przeczytać. No więc, trzeba się decydować, wybierać, przebierać, zastanawiać, którą wybrać. Ja w tym roku zdecydowałam się na kilka tytułów, może jeszcze jakaś wygrana czy promocja się trafi, zobaczymy.
„Uwierz w Mikołaja” jest jedną z tych książek, po które sięgnęłam z nadzieją na dobrą rozrywkę. I nie zawiodłam się. Chociaż przez całą lekturę towarzyszyło mi poczucie przewidywalności książki, stwierdzam, że w tym przypadku uznam to za tę konwencję, o której wcześniej pisałam.

„Uwierz w Mikołaja” opowiada o losach paru osób, których to losy jak widzimy od samego początku książki, splotą się jej końcówce.

Główną bohaterką jest Agnieszka (nie bardzo polubiłam tę postać) , której babcia wychowująca ją od chwili gdy zginęli rodzice dziewczyny, zawsze spędza z wnuczką święta. W tym jednak roku coś się zmienia. Starsza pani oznajmia, że dziewczyna ma lecieć na Malediwy ze swoją przyjaciółką Martą. Marta od lat spędza święta za granicą, w tym roku ma tam lecieć z bratem Mikołajem. Agnieszce nie podoba się, że babcia, dla której wspólny czas jest tak samo ważny jak dla młodszej z kobiet, podejrzewa podstęp ze strony babci i oczywiście nie daje się oszukać. Wsiada w auto i parę dni przed Wigilią rusza na Kaszuby, gdzie w totalnej głuszy i odcięciu od świata stoi jak w bajce chatka. Niekoniecznie z piernika. Za to pełna dóbr wszelakich jako, że mieszkająca z dala od wsi babcia pilnie dba o to by zawsze było zapasów na co najmniej czterdzieści dni odcięcia od świata.

Co się bardzo przyda, gdy chatynka zostanie dosłownie odcięta od świata przez sypiący intensywnie śnieg.

Wspomniałam na początku, że książka opisuje los kilku osób i jest parę postaci, które wzbudziły moją o wiele większą sympatię jak Anna i jej paroletnia córka Zosia. Jedno wydarzenie zresztą, które zorganizuje dziewczynka (nie chcę tu za wiele zdradzać) to jeden z tych powodów, dla których nie raz się wzruszyłam i poczułam ową świąteczną magię. Tak w ogóle, to najciekawsze były dla mnie historie i opowieści o mieszkańcach domu o nazwie Happy End.

Na pewno nie poczują się zawiedzeni podczas lektury ci, którzy chcą otrzymać opowieść pokrzepiającą i z dobrym zakończeniem a takie są pożądane podczas około świątecznego czasu.

Jak pisałam, mnie nieco przeszkadzała owa przewidywalność, z drugiej strony, wpisuję ją w schemati konwencję tego typu książek.

A za postacie dwóch pań, małej Zofii i starszej Sabiny i ich losów, daję tej książce notę

5 / 6