Życzenia na nadchodzący czas.

Drogie stałe Czytelniczki i drodzy stali Czytelnicy mojego blogu, jak również ci, którzy zajrzą tu przypadkiem.  Chciałabym dziś napisać coś na ten nadchodzący świąteczny czas.

Od dłuższego czasu zbierałam się aby napisać na blogu cokolwiek co nie związane z książkami i niestety, nie dałam rady. Myśli w głowie tyle, że mogłabym obdarować nimi tysiąc innych osób. Niestety, pobyt w domu nie spowodował, że zyskałam magiczny nadmiar wolnego czasu, który mogłabym spożytkować na czytanie, naukę języka obcego, jogę czy inne tam tak polecane i reklamowane przyjemności. Nie mam możliwości zerknięcia nawet na spotkania online z autorami, których to spotkań jest teraz tyle w internecie. 

Do czytania też nie jest mi łatwo usiąść. Wyszarpuję kawałeczki czasu i to wieczorami czy raczej nocami a i wtedy chcę się po prostu wyspać więc nie czytam dużo, zresztą do niedawna w ogóle literki nie chciały się składać w słowa, tak głowa zajęta była czym innym.

Czego życzę sobie i Wam na nadchodzące Święta Wielkanocne?

Zdrowia i Spokoju.

Ci, którzy czytają mój blog regularnie, wiedzą, że w sumie żadna to nowość , tego typu życzenia z mojej strony. I chociaż wiem, że do niedawna niektórzy mylili tego typu życzenia z życzeniami nudy , to obawiam się, że obecnie i oni zweryfikowali swoje podejście. Jeśli nie, trudno.

Życzę więc nam wszystkim Zdrowia, Spokoju i tego abyśmy naprawdę uwierzyli, że zło zostanie pokonane przez Życie i to aby nadzieja dała nam dużo, dużo siły.

„Harmonia zbrodni”. Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Stronka.

Tytuł oryginalny Призрак музыки

Akcja tej książki rozgrywa się w roku 1998. Anastazja Kamieńska jest trzy lata po ślubie, powróciła też do dawnego wydziału i kolegów, z czego jest ogromnie zadowolona. W wydziale zaszły pewne zmiany, Korotkow awansował, Kamieńska też ma wyższy stopień ale ogólnie jest jak dawniej. Koledzy współpracują i razem rozwiązują sprawy kryminalne.

Pewnego dnia w wybuchu własnego samochodu ginie właścicielka biura podróży, Elena Dudariewa. O zlecenie morderstwa zostaje oskarżony jej mąż, Dudariew.

Na miejscu zbrodni ktoś widział sprawcę, który zostawił ładunek wybuchowy. Niemniej jednak o solidne dowody będzie trudno, gdyż owym świadkiem jest dziewiętnastolatek cierpiący na chorobę oczu, prowadzącą do praktycznie całkowitej ślepoty. Ma on jednak świetny słuch, ma w planach zostać kompozytorem i twierdzi, że z pewnością rozpoznałby głos sprawcy.

Artiom, bo tak nazywa się nastolatek, który spotkał się ze sprawcą, ma przyjaciela , Dimę. Dima pomaga mu w nauce i jest jego przyjacielem ale i przewodnikiem po świecie. Wszedł on w rodzinę Artioma , rodzice przyszłego kompozytora traktują go jak drugiego, młodszego syna. Kiedy w grę wchodzi realne niebezpieczeństwo, gdyż sprawca morderstwa może zorientować się, że ktoś go jednak zapamiętał, może dojść do o wiele gorszej sytuacji. Zarówno Artiom z rodzicami jak i Dima zostają ostrzeżeni a Anastazja Kamieńska rozpoczyna poszukiwania płyty z muzyką. Artiom bowiem ze sceny spotkania z mordercą zapamiętał fragment oryginalnego wykonania muzycznego.

Równolegle poznajemy relacje oskarżonego o zlecenie mordu męża ofiary. Dudariew bowiem miał romans z niejaką Olgą Jermiłową, jedną z najbardziej irytujących postaci jakie można skreślić. Kobieta, która doprawdy chyba nie wiedziała do końca o co jej chodzi a w dodatku mimo, że wierzyła w zbrodnię kochanka, zdecydowała się mu pomóc w znalezieniu prawnika.

„Harmonia zbrodni” to kolejny kryminał autorstwa jednej z moich ulubionych autorek, Aleksandry Marininej, który bardzo mi się podobał. Dzięki temu, że autorka nie epatuje niepotrzebnym okrucieństwem, jej książki są napisane w charakterystycznym, niepodrabialnym stylu. Anastazja Kamieńska podróżuje komunikacją miejską, mieszka w mrówkowcu w kawalerce. W tej części okazuje się, że nie jest to taka istota z kamienia jak czasem mi się wydawało, w odniesieniu do jej męża. „Harmonia zbrodni” w ogóle mogłaby nosić tytuł „Traktat o zazdrości” , tyle tam odniesień do tego niedobrego uczucia. Bardzo podobało mi się połączenie kilku wątków właśnie o zazdrości i jak też może ona wyglądać w różnym wieku i u różnych osób. To właśnie cechuje prozę Marininej. Oprócz ciekawej kryminalnej intrygi, są też interesujące pomysły i spostrzeżenia dotyczące zwykłych ludzi.

Dziwne jest tak powiedzieć w odniesieniu do kryminałów ale kryminały Aleksandry Marininej są takim pewnikiem, po który sięgam w chwilach, gdy jest mi ciężej i potrzebuję, cóż, czegoś na pokrzepienie. Nastka Kamieńska wciąż podróżuje po Moskwie, odczuwa plusy bądź minusy ciężkiej pogody, (w tej części Moskwianom dokuczają wyjątkowo ciężkie i dosłownie dręczące ich upały), jej mąż rozpieszcza ją i dba o to aby żona zjadała jakiekolwiek porządne posiłki, dookoła przyjaciele żenią się i rodzą się im dzieci. Jest zwyczajnie, bez wielkich sensacji, jak to powinno być w życiu.

Cieszę się, że ta autorka wciąż wydawana jest na naszym rynku i mam nadzieję, że będzie zawsze. Bo jest to naprawdę jedna z tych autorek, która potrafi napisać świetny kryminał bez epatowania okrucieństwem, bez rozlewu krwi.

Moja ocena tej książki to 5. 5 / 6.

„Pokuta”. Anna Kańtoch.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2019).

Książkę udało mi się wygrać w konkursie na stronie Autorki na Fb.

I to było moje pierwsze spotkanie z prozą kryminalną pani Kańtoch ale sądzę, że nie ostatnie.

„Pokuta” to bardzo dobry kryminał, który wciągnął mnie ogromnie i chociaż na chwilę pozwolił oderwać się od tego co obecnie się dzieje.

Przeradowo to nadmorskie miasteczko. Na tyle duże by były w nim trzy szkoły policealne ale na tyle niewielkie aby po sezonie trwać w czymś w rodzaju zawieszenia czy może określę to, lekkiej hibernacji. Chociaż, wśród młodzieży krąży legenda o kimś, kto wysyła dziewczynom niebieskie kartki a potem adresatki znikają z miasteczka, nikt nie skupia się na tym zbytnio. Zakłada się, że Przeradowo to jedno z tych miejsc, w którym życie to z lekka nudnawa egzystencja często polegająca na tym aby przetrwać do pierwszego.

Do czasu gdy we wrześniu 1986 roku nie zostaje tam zamordowana nastolatka, Regina Wieczorek. O morderstwo szybko oskarżony zostaje jej dawny chłopak, Andrzej Biały. Siedzi w areszcie i czeka na rozprawę gdy w listopadzie do milicjanta, Krzysztofa Igielskiego przychodzi starszy mężczyzna i oznajmia, że nie dość, że jest mordercą Reginy to dodatkowo, mordercą kilku wcześniej zaginionych w miasteczku dziewcząt.

I od tej pory rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone przez dwoje śledczych. Tegoroczną maturzystkę Polę Filipiak i milicjanta Igielskiego. Pola nudzi się w pensjonacie prowadzonym przez żywiołową matkę, z którą dziewczyna nie ma najlepszych kontaktów a Igielskiemu powoli zbyt wiele elementów dotychczasowej układanki przestaje się zgadzać.

Bardzo dobry jak już pisałam, kryminał. I intryga ciekawa i postaci interesująco opisane.
Najbardziej podobał mi się klimat i aura listopadowego miasta po sezonie. Położenie nad morzem determinowało aurę a ta świetnie współgrała z mrokiem i coraz to wychodzącymi na jaw, tajemnicami z przeszłości kolejnych bohaterów.

Świetna książka, która wciąga i od której trudno się oderwać.

Moja ocena to 6 / 6.

„Zaistnienia”.

Wydana w Wydawnictwie Helion. Gliwice (2020). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
„Zaistnienia” Piotra Strzeżysza to kolejna jego opowieść o podróżowaniu rowerem przez obie Ameryki. Tym razem jest to opowieść o drodze z Patagonii na Alaskę. Niestety, ze smutkiem przyznam, że lektura jej trafiła na niesprzyjający bardzo czas. 
Wszyscy wiemy, co teraz się dzieje, sądzę, że niejedna osoba jest teraz w bardzo złej formie. Z akcji „Zostań w domu, czytaj książki”, jestem w stanie wypełnić jedynie pierwszą część. Głowa niestety, zajęta jest zupełnie innymi myślami niż te dotyczące lektur. Nie potrafię wystarczająco skupić się na treści książek, niestety.

„Zaistnienia” to książka napisana z wielką uważnością, to jej główna cecha. Ze smutkiem więc przyznaję, że nie potrafiłam książce poświęcić tyle własnej uważności, ile bym chciała.
Autor nie potrafi żyć bez podróżowania. Przedkłada drogę ponad dom. Wydaje się, że właśnie wtedy gdy jest w ruchu , odnajduje wewnętrzny spokój. Podobnie jak wędrowne ptaki. Lubi też ludzi. Ważna jest dla niego rozmowa. „Zaistnienia” w dużej mierze składają się właśnie z rozmów autora z napotkanymi w czasie jego wędrówki, ludźmi. Widać, że Strzeżysz poświęca drugiemu człowiekowi wiele własnej uwagi i czasu. Ale też wychodzi z założenia, że te spotkania zawsze czymś jego samego ubogacą. Słuchanie drugiego człowieka to dawanie mu szansy, poznanie kogoś i jego życia, które może diametralnie różnić się od naszego. 
W książce powraca kilka mitycznych czy raczej podszytych mitologią postaci, jak Puurowia czy Pishtaco, którą straszy się ludzi i wiara w którą doprowadziła do niejednej tragedii. 
Mnie jednak najbardziej interesowały opowieści o zwykłych ludziach, których na swej drodze napotkał autor książki. Przejmująca okazała się opowieść z ust Daniela (o ile dobrze teraz pamiętam imię rozmówcy Strzeżysza) , dotycząca nauczycielki ze wsi, która to kobieta popełniła samobójstwo. Podobało mi się też motto samego rozmówcy, które stosował w swoim życiu , „(…) Nie zazdrość, nie kradnij i wierz w Boga”. 
Podobały mi się też opisy drogi, zwykłych czynności wykonywanych przez autora książki. Szczęśliwie jego droga nie obfitowała w zbyt wiele dramatycznych momentów (chociaż bywało niebezpiecznie). Jednak większość drogi minęła w uporządkowanym rytmie i przebiegała zgodnie z oczekiwaniami. Nie ma tu więc nagłych zmian akcji , panuje bezpieczny ład, ład, który wprowadza spokój. 
Cieszyło mnie też, jak wielu serdecznych i życzliwych ludzi spotykał Piotr Strzeżysz na swojej drodze. Obcy ludzie, którzy w Ameryce Łacińskiej zapraszali go do swoich domów w ogóle mnie nie dziwią. Wiem, że tam ludzie nauczeni są i przyzwyczajeni do tego aby z drugim człowiekiem utrzymywać kontakt, być blisko niego. Natomiast przyjemnie było dowiadywać się o tych, którzy robili podobnie w Stanach Zjednoczonych, w których , co przyznaje sam Strzeżysz, osoba jego pokroju, jest postrzegana nie jako pozytywny Włóczykij zwiedzający świat ale jako bezdomny. 
Przykro mi jest, że nie potrafiłam cieszyć się tą książką tak, jak na to zasługuje. Sądzę, że warto będzie powrócić do niej w bardziej sprzyjającym czasie. 
Tymczasem, jeśli ktoś z Was ma w sobie więcej spokoju czy umie lepiej skoncentrować się na lekturze, a nie oczekuje nie wiadomo jak prędkich zmian akcji, polecam mu „Zaistnienia” Piotra Strzeżysza. 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Twoja wina”. Danuta Awolusi.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).
Data premiery 03.03.2020.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Bohaterka książki „Twoja wina” poznała swojego przyszłego męża na wieczorze panieńskim przyjaciółki. Piękny jak model, inteligentny mężczyzna adorujący ją przez cały wieczór. Zawrócił jej w głowie do tego stopnia, że dwudziestoparolatka uwikłała się w złą relację.

Marcelina nie wie tego, co wiemy my, czytelnicy. A mianowicie jak złym człowiekiem jest ten, któremu udaje się bardzo szybko namówić ją na ślub. Adam umie mydlić oczy. Jest klasycznym socjopatą. Wiemy to jednak my, czytając książkę. Marcelina zdaje się nie zauważać najoczywistszych sygnałów ostrzegawczych i brnie, brnie, brnie. Brnie w coraz gorszą jakość małżeństwa.

Adam to klasyczny socjopata. Szybko dowiadujemy się jak praktycznie od zawsze traktował ludzi. Przedmiotowo i okrutnie ale jednocześnie sprytnie gdyż wielokrotnie wysługiwał się w swoich niegodziwościach rękami innych, sam pozostając poza podejrzeniami. Adam lubi sprawiać ludziom ból psychiczny, szantaż i ośmieszanie to jego chleb codzienny, że użyję takiego wyrażenia.

A mimo tego Marcelina , zwana przez przyjaciółki Cesią, wydaje się nie widzieć tego jakim naprawdę jest jej mąż. Część spraw i grzechów oczywiście przed nią ukrywa ale szczerze mówiąc, w wielu przypadkach dziewczyna ma raczej klapki na oczach.

Szybko jednak dowiadujemy się co może stać za tym, że Marcelina nie orientuje się do końca jakim draniem jest jej własny mąż.

Sytuacja rodzinna Cesi nie była idealna. Rodzice niby żyjący razem a od dawna osobno. Ojciec, pełniący ważne społeczne funkcje. Mężczyzna niezawodny, do którego jak w dym walili wszyscy ci, którzy potrzebowali pomocy. Niestety, jak się okazuje, można się mocno zdziwić jak bardzo zakłamani są niektórzy.

Nad Cesią ciąży też fakt niedoszłej kariery sportowej. Według mnie to ważny moment w jej życiu, który po części zdeterminował jej życie, pozwolił strachowi i niepewności jednak w nim zagościć na stałe.
Cesia nie ma dobrych relacji z najbliższymi. Niewiele wiemy o tym jakie są jej relacje z matką poza tym, że chyba nie jest to osoba, do której kobieta zwróciłaby się w razie jakichś wątpliwości. Ojciec jak widać, niespecjalnie przejmował się córką, jej karierą sportową i obecnie, małżeństwem. Sądzę, że to mogło zdeterminować niewłaściwą percepcję zdarzeń, które determinują życie bohaterki.

Do tego w „Twojej winie” pojawia się cień z przeszłości Adama. Była kochanka, którą wykorzystał dokładnie tak samo jak wiele innych osób. Przedmiotowo. A następnie po zrujnowaniu jej życia, porzucił tak, jak wyrzuca się coś niepotrzebnego. Lena, to mieszkająca w Paryżu nauczycielka akademicka o polskich korzeniach.
Ona to powróci do ziemi matki aby odnaleźć tego, który zrujnował jej życie.
Marcelina oczywiście nie wiedząc o tym, jaki naprawdę jest jej mąż, zaprzyjaźni się z Leną. Która zresztą wkrótce sama poczuje się niezbyt komfortowo wykorzystując po trochu Cesię, którą naprawdę polubi i poczuje, że chce być jej przyjaciółką.

Trochę jednak zbyt wiele osób w tej książce manipulowało Marceliną. Nie wydało mi się to możliwe. Nie do końca byłam w stanie uwierzyć, że jedna osoba spotkałaby na swojej drodze aż tyle nieszczerych i wykorzystujących ją osób.

Nie ukrywam też, że nie udało mi się zbytnio polubić głównej bohaterki a co za tym idzie, nie potrafiłam zbytnio zamartwiać się jej losem. Niestety, głównie irytowała mnie jej łatwowierność. Nie jestem w stanie uwierzyć, że w dzisiejszych czasach ktoś jest w stanie bez mrugnięcia okiem i bez jakiejkolwiek podejrzliwości przyjmować tyle kłamstw, które kobiecie serwował jej mąż. Niemniej jednak wiem, że na świecie faktycznie istnieje wielu takich „Adamów”. Nie liczących się z nikim, z uczuciami innych, manipulujących z łatwością zarówno osobami nieznanymi jak i najbliższymi co chyba najbardziej niezrozumiałe. I za poruszenie tego temat w przyswajalny sposób daję książce dodatkową notę. Być może są tak doskonałymi manipulatorami, że są w stanie omotać ludzi w sposób doskonały aby jak to się mówi, „tańczyły jak im zagrają”.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Oddaj albo giń!”. Olga Rudnicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).

Data premiery 10.03.2020.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kryminały na wesoło autorstwa Olgi Rudnickiej to sprawdzony pewnik kiedy człowiek potrzebuje lektury lekkiej, wesołej i takiej, która pozwoli oderwać się od codzienności.

Bohaterka książki to Matylda Dominiczak, trzydziestodwuletnia i nieco znużona życiem bibliotekarka. Jej praca nieco ją nudzi, jej małżeństwu od dziesięciu ponad lat brakuje polotu i świeżości , o ile w ogóle była nawet na początku. Mąż Roman jest pasjonatem komputerów i nieco zbyt spokojny charakterem jak dla rozgadanej i żywiołowej Matyldy. Jedyne, co w stu procentach cieszy kobietę to fakt, że ma wyjątkowo udaną córkę, dziesięcioletnią Monikę.

Bo tak poza tym bo nie dość, że w pracy nie udaje się kobiecie zrealizować to dodatkowo jej dyrektor Mariusz Pawlicki wyraźnie nie lubi jej i rzuca jej nieustające kłody pod nogi.

Matylda bowiem stara się działać na rzecz biblioteki. I wymyśla a to akcje dla dzieci, które w bibliotece mogą zagrać w turniej gier planszowych, a to wpada na pomysł odzyskiwania książek zbyt długo przetrzymywanych przez czytelników. A tych, którym z książkami do biblioteki nie po drodze, jest zaskakująco wielu. Matylda chcąc się „na wesoło” przypomnieć spóźnialskim czytelnikom produkuje zakładki do książek z napisem „Oddaj albo giń!”, które niepostrzeżenie wciska do paru tomów wypożyczonych przez jednego z czytelników, zwanych przez nią i współpracownicę Hankę, paprykarzowym dresiarzem. Reszcie migających się od wizyty w bibliotece czytelnikom Matyldzie nie udaje się podrzucić zakładek z według niej zabawną groźbą bo dyrektor biblioteki odkrywa jej pomysł. Robi pracownicy karczemną awanturę i wręcz grozi, że zwolni ją z pracy.

Zrozpaczona Matylda postanawia odzyskać zakładki ale niestety, jej plan się nie udaje.

Mało tego, los postanawia utrudnić jej życie jeszcze bardziej albowiem w bibliotece będzie miało miejsce najprawdziwsze morderstwo. Zamordowany zostanie jeden z czytelników (spóźniający się z oddawaniem książek na czas), Adam Brzoza.

Przy zmarłym odkryta zostaje karteczka z napisem „Oddaj albo giń!” a kiedy tylko nieprzyjazny Dominiczak Mariusz Pawlicki się o tym dowie, nie omieszka wskazać policji, kto tak naprawdę jest autorką owej groźby.

Oprócz zdecydowanie barwnej postaci jaką jest Matylda, w tym kryminale mamy istną galerię postaci, które zdecydowanie nie dadzą się nudzić czytelnikowi.

Jedną z moich ulubionych historii jest pobyt córki Matyldy i Romana, u dziadka ze strony ojca. Nie ukrywam, że od tej pory niewinny syropek na zaparcia kojarzyć mi się będzie z zabawnie opisaną przez Rudnicką lawiną zdarzeń.

Śledztwo miał prowadzić podkomisarz Antoni Marecki ale nieszczęśliwy zbieg okoliczności powoduje, że przejmuje je jego starszy kolega, Tomczak. To również zabawna postać i rozmowy prowadzone przez Tomczaka, nie ukrywam, mocno ubarwiają i nadają wesołości tej książce.

No ale oczywiście na pierwszy plan wysuwa się Matylda, której morderstwo pod nosem nie przeraża ale już wizja zrzucenia na nią winy za zbrodnię, owszem. Podejmuje się więc własnego śledztwa. Które to śledztwo prowadzone można by rzec, metodą naprawdę amatorską , okaże się być bardzo istotne dla sprawy i w przyszłości oczywiście dla niej kluczowe.

Matyldę czeka więc samotne śledztwo, niebezpieczne sytuacje ale również sporo zabawnych sytuacji. Jako, że ta rozgadana nadmiernie kobieta dysponuje szeroką gamą możliwości wpadek i popełniania gaf, wiele z nich ujawni w trakcie akcji książki. Jej końcowa rozmowa z prokuratorem Obszmurkiem należy do jednej z nich.

Po raz kolejny Olga Rudnicka pokazuje, że można pisać kryminał, podczas lektury którego można się naprawdę nie raz i nie dwa solidnie uśmiać. Tak więc jeśli macie ochotę na książkę lżejszą, która oderwie was od zmartwień czy szarości dnia codziennego, polecam ją wam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Taniec na gruzach. Nina Novak w rozmowie z Wiktorem Krajewskim.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).

Data wydania 25.02.2020.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przyznaję się od razu, żeby nie było, nie znam się niestety na balecie i w ogóle taniec jest dla mnie raczej czymś mało bliskim. Owszem, jako dziecko dzięki możliwości z zakładu pracy mojej mamy chodziłam z Nią na wszelkie baletowe przedstawienia jakie miały miejsce na scenie Teatru Wielkiego. Za co jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam je obejrzeć, uczestniczyć w tym wydaniu kultury. Przyznaję jednak, że nie przekuło się to na jakąś długotrwałą miłość do baletu z mojej strony.

A jednak coś spowodowało, że zdecydowałam się sięgnąć po rozmowę, wywiad z nieznaną u nas właściwie tancerką baletową, Niną Nowak. A z domu Janiną Nowak.

Krótki opis książki przysłany przez wydawnictwo zainteresował mnie bardzo. Poczułam, że nawet jeśli świat baletu jest mi właściwie obcy, mam ochotę poczytać o kobiecie, która wydała mi się niezwykła. Pełna żywiołu, werwy. Chciałam bliżej „poznać” kobietę silną, a zarazem delikatną, ciekawą postać, która cechuje się ogromną miłością do tańca. Taniec stanowi jej życie. Zainteresowała mnie kobieta, która pomimo wieku (pani Novak ma dziewięćdziesiąt siedem lat) ma chęć i siłę codziennie kilka godzin poświęcić tańcowi. Stwierdziłam, że muszę poczytać to, co taka kobieta ma do powiedzenia o tańcu ale przede wszystkim o swoim życiu. W końcu, osoba o takiej woli walki, sile ducha i witalności nie może być nudna, o nie!

Nina Novak urodziła się w Polsce i przeszła przez ciężkie doświadczenia. IIWŚ wywarła piętno na niej, młodziutkiej wówczas dziewczynie. Wojna odebrała jej wiele. W Auschwitz stracił życie jej ukochany brat Józio. W Dachau stracono jej ojca. Sama Nina trafiła do obozu w Jenie, w Niemczech.

Po wojnie wróciła do tańca ale dość szybko trafiła się okazja wyjazdu do Ameryki. Jeszcze wówczas Janina skorzystała z okazji, jaką dało jej życie i już na obczyźnie kontynuowała taneczną przygodę, zmieniwszy wcześniej nieco nazwisko na Ninę Novak. Zatrudniona w Ballet Russe de Monte Carlo tańczyła z zespołem w USA i za granicą i odnosiła sukcesy.
Jakby życie było dla niej niewystarczająco ciekawe, zdecydowała się na emigrację do kolejnego państwa. W 1963 roku jej wyborem stała się Wenezuela. Nie ukrywam, że fakt, że Nina Novak spędziła tam wiele lat życia, prowadząc do dziś szkołę baletową (jednak sama mieszka już z racji sytuacji ekonomiczno społecznej Wenezueli w USA), również wpłynął na moją decyzję wyboru tej konkretnej książki do recenzji. Znam bowiem kobietę, Polkę z pochodzenia, która urodziła się w Caracas i całe swe młodzieńcze życie spędziła w Wenezueli. Gdy napisałam jej o tym, że czytam o Ninie Novak, okazało się, że dobrze ją zna i że pamięta ze swego dzieciństwa programy w TV, w których Novak pokazywała dzieciom prawidłowe układy baletowe.

Tak więc Nina Novak z pewnością w swoim życiu się nie nudziła i nie nudzi. Trzy kraje, w których żyła, trzech mężów, sukcesy, jakie odnosiła na scenach światowych. I jedna sprawa, która bardzo trapi artystkę, a mianowicie fakt, że w Polsce praktycznie jest nieznana. Mało kto o niej mówi, tancerze po szkołach baletowych nie wiedzą o jej istnieniu. Jak wcześniej pisałam, nie znam się na tańcu ale sądzę, że mimo wszystko do głosu musi dochodzić coś więcej niż tylko zaniedbanie. Powodów nie mówienia o tancerce jednak nie znam i nie wiem czy chcę w nie wnikać. Wiem, że świat baletu z pewnością jest pełen zarówno ludzi wrażliwych jak i tych, którzy są bezwzględni. To chyba cecha świata artystycznego, zwłaszcza gdy w grę wchodzą soliści. Poprzestanę na tym te dywagacje. Sądzę, że autor książki, Wiktor Krajewski słusznie wybrał panią Ninę Novak na swoją rozmówczynię.
Nawet jeśli po książkę sięgnęła osoba, jak ja, która w temacie baletu jest kompletnie nie zaznajomiona, to muszę powiedzieć, że ta rozmowa mnie zachwyciła. Miałam z nią niestety, jeden problem. Nie bardzo mi „szedł” komentarz odautorski samego Krajewskiego. Nie czytało mi się jego tekstu dobrze. Mam zastrzeżenia do samej formy. Być może to jedynie moje własne, osobiste odczucia. Język wydał mi się miejscami aż nadmiernie egzaltowany (przepraszam za szczerość ale takie właśnie są moje odczucia po lekturze tej rozmowy). Niemniej jednak same wypowiedzi Niny Novak zrobiły na mnie niezwykłe wrażenie.
Czytając jej wypowiedzi odnosiłam wrażenie, że sama rozmawiam z bratnią duszą. Z tak wieloma stwierdzeniami primabaleriny się zgadzam. I często miałam wrażenie, że chociaż Novak mówiła na temat tańca, to tak naprawdę jej stwierdzenia dotyczą czegoś szerzej. Życia po prostu.

Czytałam tę książkę w ebooku i trochę żałuję gdyż wiem, że to taka książka, w której sporo byłoby pozaznaczanych przeze mnie fragmentów wypowiedzi tancerki.

Wypisałam sobie ich jedna sporo i paroma chcę się tu podzielić z czytelnikami blogu.

Być może wiele stwierdzeń według kogoś może trącić truizmem, ktoś orzeknie, że wręcz banałem ale ja tak nie sądzę a patrząc na to, jak niektórzy się zachowują, sądzę, że warto jest sobie te nawet oczywiste prawdy co jakiś czas przypomnieć.

„(…) Życie bez bliskich traci sens.

(…) Trzeba mieć tylko umiejętności odcinania się od osób, które osłabiają naszą samoocenę, podkopują nas. Drugim sposobem jest ignorowanie ich.

(…) Żeby zawsze dziękować za to, co się ma. I celebrować ten moment. (…) Życie składa się z małych, prostych przyjemności.

(…) To się tyczy każdej sfery życia. Jeśli czegoś pragniesz, poczekaj, zaciśnij zęby i patrz uważnie.

(…) Chcieć znaczy więcej niż móc.

(…) Jednak nie da się zadowolić wszystkich, zdobyć sympatii i uznania całego świata.

(…) Proszę nie marnować życia. (…) Dlatego proszę żyć pełnią życia. Wykorzystywać każdą chwilę i szansę.

Mimo, że przeszła wojenną zawieruchę i jak sama mówi, o tym, co działo się w czasie IIWŚ potrafi mówić dopiero od niedawna, Nina Novak uważa, że jej życie było wspaniałe, udane i pełne. I mimo, że jak sama mówi, często „(…) Moje wnętrze było w gruzach, a ja (…) nie byłam w stanie ich odbudować. I tak tańczyłam na tych gruzach. Gruzach pamięci, gruzach wspomnień o szczęściu i bliskości najbliższych” , to sądzę, że pani Nina Novak nie zamieniłaby swego życia na żadne inne.

Parę dni temu w Warszawie odbyło się pierwsze spotkanie z Niną Novak. Daję Wam znać, jeśli jesteście zainteresowani, że następne spotkanie zapowiada się wkrótce. 5.03.20 o godzinie 18.00 zacznie się spotkanie z Niną Novak w warszawskim Empiku przy ulicy Marszałkowskiej 116/122.

Moja ocena to 6 / 6.

” W sieci zł@”. Wendy James.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2020). 

Przełożyła Dorota Pomadowska. 

Tytuł oryginalny The Golden Child. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wydawnictwo Poradnia K od dawna mnie zaskakuje (pozytywnie) wydając naprawdę interesujące mnie książki i to dla rozmaitej wiekowo grupy czytelniczej. 
Mam też wrażenie, że dobrze zna moje gusty czytelnicze, bo doskonale trafia z ofertą recenzyjną.

Już sama okładka autorstwa Jana Pfeifera zapowiada to, co otrzymałam. Mroczną, niepokojącą treść „ubraną” w wydaje się zwykłą treść. Wydaje się to słowo klucz tej książki bowiem właśnie przez całą lekturę czytelnik zadaje sobie pytanie co tu jest prawdą a co tylko ułudą. I czy to, co nam się wydaje ma odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Nasze dzieci siedzą w sieci. (Nawet nie czuję gdy rymuję). Taka jest prawda i im mniej będziemy temu zaprzeczać, tym łatwiej nam będzie przejść do konkretnych stwierdzeń a w razie problemów, spróbować znaleźć jakieś rozwiązanie, pomóc dziecku. 

Jak zresztą mają w niej nie siedzieć, skoro od małego widzą dorosłych wpatrzonych w ekran smartfonów? Byłoby daleko idącą hipokryzją oczekiwać od nich samych aby zachowywali się mądrzej, czy może, rozsądniej od rodzicieli. 

Akcja książki „W sieci zł@” rozpoczyna się już w Australii. Oto poznajemy matkę, żonę, blogerkę, Beth. Ponad piętnaście lat temu wyjechała ona wraz z mężem do USA gdzie on realizował się zawodowo a ona, nie mając pozwolenia na pracę, zajmowała się domem i dwiema córeczkami, starszą Lucy i młodszą, Charlotte, która to urodziła się już w Stanach.

Jako, że jak wspomniałam, Beth prowadzi blog internetowy, część akcji poznajemy z perspektywy właśnie blogowych wpisów. To też pokazuje, że nie ma co się dziwić dzieciom, że chętnie buszują po internecie i czują się z nim związane, skoro sami dorośli również upatrują w sieci wiele możliwości.

Od razu dowiadujemy się, że Beth cieszy się z tego, że to, co się wydarzyło, zdarzyło się właśnie w jej ojczyźnie a nie w Stanach Zjednoczonych gdzie zapewne byłoby o wiele więcej konsekwencji.

Jak wspomniałam, część akcji książki poznajemy dzięki wpisom na blogu Beth. Nie jest to jednak jedyny blog jaki czytamy w tej książce. Oto bowiem pojawia się miejsce w sieci, do którego odnosi się oryginalny tytuł tej książki, „Cudowne dziecko”. Z wpisów, które czytamy jawi się nam iście niepokojący obraz dziecka dorastającego z silnymi zaburzeniami osobowości, wręcz małej socjopatki. 


Ale oto wracamy do Stanów, w których miał miejsce pierwszy niepokojący Beth incydent. Oto Charlotte zostaje oskarżona przez szkołę o podanie koleżance liścia oleandra. Szczęśliwie nie dzieje się nic złego, dziecko trafia do szpitala, w którym otrzymuje stosowną pomoc. Niemniej jednak Charlotte jest na celowniku zarówno szkolnych opiekunów jak również ten poważny incydent zapada w pamięć rodziców. Niby nie jest to poważne, do tej pory Charlotte nie sprawiała żadnych problemów wychowawczych, jest liderką w szkole i powszechnie lubianą dziewczynką, określaną jako silna osobowość ale jakaś zadra w sercu zostaje. 

W tej sytuacji być może nie tak źle jest wrócić do ojczyzny i oto rodzina Beth czyli ona, jej córki i Dan, mąż i ojciec, wracają do Australii. 

Obie córki, Charlotte i Lucy zapisane zostają do nowej, żeńskiej szkoły. Powtarza się sytuacja ze szkoły w USA. Charlotte dość szybko rozpoznaje sytuację w klasie i po początkowej próbie zaprzyjaźnienia się z Sophie, z której matką polubi się Beth, dołącza do klasowej paczki trzech najpopularniejszych dziewcząt. 
Lucy, trochę podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, nie jest klasową liderką ale też nie jest poniewieraną przez rówieśników. Ot, dziewczyna, którą mijasz na korytarzu szkolnym i nie jesteś po chwili w stanie określić jaki ma kolor włosów. 

Sophie to z kolei osobna historia. Jeszcze do niedawna miała w klasie dwie przyjaciółki, które jednak wyjechały z rodzicami z miasta. W szkole jest dla stypendium oferowanemu zdolnym uczniom a Sophie posiada niezwykły talent, gra wspaniale na fortepianie. Szkoła pozwala jej więc na realizację pasji i pogłębianie talentu, niemniej jednak nie można powiedzieć, że przynosi jej zbyt wiele innych radości. Z początku wiąże nadzieje z nową koleżanką, Charlottą ale szybko okazuje się, że po kilku spotkaniach inicjowanych raczej przez Beth i mamę Sophie, Andi, nic z tego nie wyjdzie. Szkoda bo wygląda na to, że gdyby nie chęć rywalizacji w klasie i wtłoczenie Sophie w rolę ciamajdy i szarej myszki przez bardziej popularne koleżanki z klasy, ta znajomość Charlotte i Sophie miałaby potencjał.

Mijają tygodnie i pewnego dnia zdarza się zło. Zło z gatunku tych, które nie pyta czy może zajrzeć a po prostu się dzieje. I wywraca spokojne i ustabilizowane życie Beth (która nawet znalazła pracę co początkowo wydawało jej się niemal niemożliwe) do góry nogami. I każe się zdecydowanie szybko spytać samej siebie o to jaką jest matką, rodzicem. Ale przede wszystkim, kim jest jej młodsze dziecko i czy na pewno zna Charlotte tak, jak jej się wydawało?

Oto bowiem dwunastoletnia Charlotte zostaje oskarżona o dręczenie i prześladowanie Sophie. Dręczenie, które będzie miało bardzo poważne konsekwencje. 

Historia i sytuacja przekazana nam jest z kilku perspektyw. Poznajemy ofiarę, jej rodzinę ale rodzinę i sytuację oskarżonej o prześladowanie koleżanki. Do tego wciąż możemy śledzić wpisy na internetowym blogu autorstwa Cudownego Dziecka. Wpisy, które powodują, że człowiekowi jeży się włos na głowie. 

Kiedy już dojdzie do przełomowej sytuacji obie matki, i Beth i Andi, będą musiały szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie czy poświęciły swoim córkom wystarczająco dużo czasu?
Czy zajęta blogowaniem a po przeprowadzce do ojczyzny Beth na pewno wystarczająco przyjrzała się nowej sytuacji szkolnej córek? Czy nie zlekceważyła „incydentu”, jak do tej pory myślała o tym wydarzeniu, jaki miał miejsce z liściem oleandra w amerykańskiej szkole?

Z kolei Andi pochłonięta jest wychowaniem młodszego synka, który przyszedł na świat po wielokrotnych podejściach do in vitro. I również z tyłu głowy czai jej się niepokojąco prawdziwa myśl, że nie poświęcała ostatnio starszej, dorastającej córce zbyt wiele uwagi i czasu. 

W „W sieci zł@” jak już pisałam, sporo dzieje się w sieci, w której tyle czasu spędza młodzież i dorośli. 

Portale społecznościowe mogą zarówno sprawiać wiele radości pozwalając ludziom przypomnieć sobie starsze znajomości ale i również, jak zostało napisane w książce, cytuję „(…) wirtualny świat w równym stopniu może odsłonić wewnętrzne sympatyczne „ja”, co – znacznie częściej – obudzić wewnętrznego potwora”. Oczywiście, dochodzą do tego indywidualne predyspozycje i cechy, nie jest to na pewno książka, która świat internetu utożsamia z samym złem. Pokazuje nam jednak dobitnie jak bardzo ów świat mimo, że wirtualny, oddziałuje na ten rzeczywisty i jak bardzo ostrożnie należy się w nim poruszać. Anonimowość w sieci może kusić gdyż dla niektórych stanowi bodziec do pokazania się z zupełnie innej strony ale też staje się silną bronią, którą można kogoś bardzo poważnie zranić. Toksyczne znajomości ze świata rzeczywistego przeniesione do sieci stanowić mogą coś co zdecydowanie szybciej może wymknąć się spod kontroli bo zwyczajnie, nie każdy jest w stanie to kontrolować.

Podczas lektury tej książki można zadawać sobie wiele pytań. Na temat relacji rodzic – dziecko. Na temat właśnie internetu i świata sieci. Ale również na temat roli dorosłych, w tym przypadku rodzica. Na ile działać i w jaki sposób aby nie stać się „helikopterowym rodzicem”, ale jednak mieć jakąkolwiek świadomość tego co dzieje się z dzieckiem, które teoretycznie się zna. 

Po raz kolejny można zastanowić się nad siłą presji rówieśniczej jak również nad tym jak silna jest chęć, potrzeba, bycia „w grupie”, nie zaś daleko poza nią. Kto może stać się osobą dyskryminowaną i jak łatwo można dać się wciągnąć w grę , w której jest się oprawcą? Na ile znamy naszych partnerów i nasze własne dzieci? A na ile wydaje nam się,że znamy? W tej książce pokazany jest mechanizm, w którym często to, co bierzemy za oczywistość, kompletnie nią nie jest. 

Wirtualny świat otacza i osacza nas , nasze dzieci. Czas przyjrzeć mu się zdecydowanie baczniej niż do tej pory, aby uniknąć sytuacji, w której znalazła się bohaterka książki, gdy jej dotychczasowe życie wymknęło jej się spod kontroli i rozbiło z wielkim hukiem a ona sama zaś została z pytaniem „Jak to wszystko w ogóle mogło wydarzyć się w jej życiu?”. I, jak myśli w pewnej chwili, „(…) Jeśli Charlotte nie jest Charlotte, to kim właściwie jest Beth?”.

Nie chcę zdradzać treści książki więc napiszę tylko, że bardzo podobało mi się zakończenie tej powieści. Zdecydowanie jedno z lepszych zakończeń jakie czytałam w książkach. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Matki z Lovely Lane”. Nadine Dorries.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).

Data premiery 20.02.2020.

Przełożyła Magda Witkowska.

Tytuł oryginalny The Mothers of Lovely Lane.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kolejna część opowieści o pielęgniarkach Danie, Pammy, Beth i Victorii pracujących w szpitalu St Angelus jak również o mieszkańcach przy portowej dzielnicy Liverpoolu.

Trzecia część po „Aniołach z Lovely Lane” i „Dzieciach z Lovely Lane” ukazuje czytelnikom jak potoczyły się zawiązane w poprzedniej części wątki. Emily i Dessie rozwijają swój związek, szpital zyskuje nowy blok operacyjny, przełożona pielęgniarek walczy o stworzenie nowego oddziału położniczego.

Pojawiają się też jednak tradycyjnie nowe postaci. Poznajemy więc Noleen Delaney, która zapracowuje się ogromnie podczas nocnych dyżurów w szpitalu jako sprzątaczka podczas gdy jej okaleczony podczas IIWŚ mąż Paddy nie jest w stanie znaleźć pracy.

Pojawia się też rodzina Ryanów. Jest tak kilkoro synów, z których jedynie Lorcan jest przyzwoity i mądry. Chce pomóc swojej pogubionej w życiu matce i nie mieć nic do czynienia z braćmi, którzy wiodą życie przestępcze. Lorcan to młody chłopiec, ma czternaście lat i dzięki pomocy „mafii z St Angelus” dostanie pracę w szpitalu.

Po raz kolejny rola „mafii z St Angelus” zostaje w tej części podkreślona. Być może na skutek tego, czego doznali mieszkańcy dzielnicy w czasie IIWŚ , ale stanowią dla siebie bardzo silne wsparcie i pomoc. Nikt nie pozostawi nikogo samemu sobie a jeśli komuś wiedzie się naprawdę źle, do akcji wkraczają bardziej rzutcy i sprytni pracownicy szpitala, którzy zawsze wspierają słabszych i pogubionych. Nie inaczej będzie w „Matkach z Lovely Lane”, w której to części po raz kolejny podkreślona została rola kobiet w czasie IIWŚ i zaraz po niej gdy często to kobiety właśnie stawały się jedynymi żywicielkami rodzin i z dnia na dzień musiały dać sobie radę.

Nadine Dorries nie udaje się trochę uciec od stworzenia postaci nieco zbyt czarno-białych ale przyznam się szczerze, że jej to w tym cyklu odpuszczam. Niech tak będzie, że ludzie są albo skrajnie źli albo skrajnie dobrzy. Osobiście wolę gdy postaci są bardziej „ludzkie”, w których to można się „przejrzeć” i tego mi tu niestety, brakuje. Ale najwyraźniej autorka przyjęła taką konwencję, niech tak będzie.

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć jak dalej toczą się losy znanych nam z poprzednich części pielęgniarek jak również poznać losy nowych postaci, powinniście czym prędzej sięgnąć po „Matki z Lovely Lane”.

Moja ocena to 5 / 6.

„Doczesne szczątki”. Donna Leon.

Wydana w Noir sur Blanc. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny Earthly Remains.

W najnowszym kryminale opowiadającym o perypetiach śledczych weneckiego komisarza Guido Brunettiego przenosimy się wraz z nim na odpoczynek na lagunę.

Praca komisarza na co dzień jest bardzo stresująca. Dodatkowo, nie ukrywajmy, frustrująca, zwłaszcza gdy policjanci przesłuchując po raz kolejny osobę bogatą i wpływową mają świadomość, że żadna kara takiej osoby nie spotka. Świadkowie? Najczęściej „zapominają” jak się sprawy miały, to w najlepszym wydaniu. Bywa, że giną bez śladu. 
Nagromadzenie zarówno stresu w pracy jak i przekonania o tym, jak często niewiele mogą zrobić aby zatriumfowała sprawiedliwość, powoduje, że podczas jednego z przesłuchań dochodzi do nietypowej sytuacji. W wyniku której Brunetti trafia do szpitala, w którym od lekarki otrzymuje przykaz natychmiastowego zrobienia sobie przerwy od pracy. 

Paola, żona Guido, ma krewnego posiadającego na lagunie dom i to tam właśnie wysyła męża. Ona sama wraz z dziećmi pozostają w rozgrzanym letnim słońcem mieście a mąż i ojciec udaje się na chwilę odpoczynku od wszystkiego. 

Domem opiekuje się niejaki Davide Casati. Jak szybko wychodzi na jaw, znał kiedyś i przyjaźnił się z ojcem Guido. To ale i interesująca osobowość starszego mężczyzny, który po śmierci żony nie potrafi sobie dać rady pomimo tego, że ma wciąż dla kogo żyć gdyż jest ojcem i dziadkiem, powoduje, że Guido zaprzyjaźnia się z Casatim. 

Pływają razem łodzią po lagunie, na której dogląda hodowanych przez siebie pszczół Davide Casati, pływają w ciepłych wodach laguny, prowadzą niezobowiązujące rozmowy. Na tyle niezobowiązujące, że tak naprawdę mimo tego, że Brunetti darzy mężczyznę ogromną sympatią, trudno mu orzec czy w ogóle chociaż trochę przez tę paręnaście dni udało mu się go w jakikolwiek sposób, poznać. 

Pewnego wieczoru zdarza się coś co burzy dotychczas ustalony porządek przynoszący Brunettiemu spokój i tak bardzo potrzebny, relaks. Nad lagunę dociera burza. Jak to burza, jest gwałtowna i przynosząca zniszczenia. Nikt jednak nie spodziewa się, że podczas niej zaginie Casati. Jak to możliwe, że tak doświadczony jak on, żeglarz mógł wybrać się na żeglugę podczas burzy? Czyż to możliwe, że nie zauważył nadciągającej nawałnicy? I wreszcie, gdzie przebywa i czy jest cały i zdrowy?

Brunetti czuje, że Davide stał się dla niego kimś ważnym, zapewne również ze względu na to, że przyjaźnił się z ojcem komisarza. Jednak zwyczajnie po prostu go polubił.

Guido powraca więc do miasta i rozpoczyna się śledztwo, dość prędko prowadzące ich ku dwóm mężczyznom z przeszłości Casatiego, jak również ku wydarzeniom jakie miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. 

Śledztwa podejmują się Brunetti i Griffoni, których śledztwo poprowadzi z czasem do ekskluzywnego domu opieki Villa Flora. 

W „Doczesnych szczątkach” Donna Leon nie zawodzi tych, którzy w jej książkach oczekują również wątków społecznych, nawet jak to nazywam, wręcz publicystycznych. Leon nie byłaby sobą, gdyby odpowiednio nie zaakcentowała tego, jak bardzo na niekorzyść zmienia się jej obecne miejsce zamieszkania czyli Wenecja. Jak bardzo we współczesnych Włoszech dochodzi do głosu buta władzy na każdym szczeblu, lekceważenie społeczeństwa, przemoc wobec kobiet, nie zważanie na sprawy związane ze zmianami klimatu i ekologią. 

Ubiera to jednak w konwencję kryminału, co tworzy bardzo dobrą mieszankę. 

Wiem, że jestem zdecydowanie niekonsekwentną miłośniczką jej prozy (a jestem wielką miłośniczką:) ) ale w tej części zabrakło mi obecności Paoli (i to piszę ja, która jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że mówiąc delikatnie, za Paolą nie zbytnio nie przepadam), signoriny Elletry i …tak tak, Wenecji. Albowiem czytając kryminały Donny Leon bardzo sobie cenię możliwość „popodróżowania” po tym niezwykłym mieście, którego do tej pory nie odwiedziłam a które mam nadzieję kiedyś ujrzeć na własne oczy.

Nie zawodzi jak zawsze sam Guido, jak zwykle będąc idealistą i osobą, która niby tyle lat żyje na świecie i pracuje w takim a nie innym zawodzie a wciąż potrafi nie rozumieć ludzkiej niegodziwości, chciwości, kłamstwa. 

Sam kryminał mi się podobał, pomimo, że dość szybko domyśliłam się tego, o co chodzi w intrydze jaką skonstruowała tym razem Leon. 

Moja ocena to 5.5 / 6.