„Śmierć Komandora”. Haruki Murakami.

Tom 1. „Pojawia się idea”.

Tom 2 „Metafora się zmienia”.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.

Siadłam aby napisać parę słów o „Śmierci Komandora”, o której to książce kompletnie zapomniałam i która to przeleżała się na czytniku dwa lata niemal, kiedy to dowiedziałam się o śmierci jednego z moich ulubionych autorów czyli Carlosa Ruiza Zafona. Pamiętam mój zachwyt nad „Cieniem wiatru”. Być może ta książka miała jakieś gorsze momenty, szczerze mówiąc , nie pamiętam teraz obecnie nic poza tym, że wówczas, gdy ją czytałam, zachwyciła mnie. Czytałam potem jeszcze parę innych książek tego autora ale to właśnie „Cień wiatru” zostawił we mnie największy ślad. Wielki żal po śmierci autora, tym bardziej, że był młodym człowiekiem, który wciąż miał masę życia do przeżycia.

Wracając jednak do tematu, „Śmierć Komandora” teoretycznie brzmi bardzo znajomo dla miłośników książek tego autora. Narratorem jest porzucony przez żonę artysta. To malarz, który zarabia głównie na malowaniu rozchwytywanych portretów. Dzięki temu ma możliwość zajmowania się domem. Pewnego jednak dnia okazuje się, że to najwyraźniej nie wystarczyło jego żonie.

Po rozstaniu wędruje on jakiś czas po Japonii, po czym osiada w domu ojca swojego kolegi ze studiów.  Domek położony jest w górach i stanowi przyjemne odizolowanie od ludzi i zmartwień. Mężczyzna uczy w miasteczku na kursach malarstwa dla dorosłych i dzieci i wiedzie całkiem spokojny żywot. Ponieważ ojciec kolegi, w domu którego obecnie mieszka, również był malarzem, ma doskonałe warunki do malowania. Czasem na kolację wpada ów kolega ze studiów, w domu którego mieszka. Do Tokio i byłej żony jest daleko a górski domek zapewnia idealne leczenie ran po rozstaniu.

Pewnego dnia do mężczyzny odzywa się jego agent z prośbą aby namalował portret mężczyzny mieszkającego nieopodal. Chociaż narrator postanowił chwilowo nie zajmować się portretowaniem, to cena, jaką proponuje za portret nieznajomy, jest kusząca. I w ten sposób poznaje Menshikiego, którego portret faktycznie maluje.

„Śmierć Komandora” oferuje nam właściwie wiele motywów znanych nam z poprzednich książek autora. Samotny, porzucony przez kobietę mężczyzna, bardzo dużo magii i niedopowiedzeń. Przy tym wszystkim charakterystyczny dla Murakamiego niespiesznie przekazujący treść i akcję książki, styl.

Nie wiem czy każdemu taki styl i forma pasuje. Ja , jako wierna miłośniczka prozy autora, nie narzekam  a wręcz muszę przyznać, że to jedna z lepszych książek autora.

Moja ocena to 6 / 6.

rower…

Osoby, które odkryły stronę blogu na Fb (wystarczy w wyszukiwarce wpisać „Chiara76” i wyskakuje) wiedzą, że obecnie nic o książkach nie pojawia się z dwóch powodów. Pierwszym jest ten, że czytam teraz drugą część „Śmierci Komandora” Haruki Murakamiego. A że ten rok do najbardziej zaczytanych u mnie nie należy, więc smakuję lekturę, czytam sobie w swoim tempie, powolutku. I jest dobrze. 

A drugim powodem jest ten, że po ponad dwudziestu latach, odkąd jechałam na rowerze (a na Pelikanie poprzestałam posiadanie własnego w ogóle) , jeżdżę na rowerze. I sama się sobie dziwię, jak to się stało, że tak zwlekałam z tym pomysłem ! A mam nawet kartę rowerową, ha !

Jest cudownie ! 

Od dwóch tygodni nie wiem czemu do tej pory dziwiłam się znajomym, którzy lubią jeździć na rowerze bo sama co wieczór męczyłam P. , że „idziemy na rowery?”.

Tak tak, wiem, że neofici brzmią zabawnie ale serio, cieszę się ogromnie z tego powrotu do dwóch kółek. 

„Beskid bez kitu”. Maria Strzelecka.

undefined

Wydana w Wydawnictwie Libra PL. Rzeszów (2020).

Ilustracje w recenzji prezentuję dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Na tę książkę natknęłam się zupełnie przypadkiem. W miejscu mocno niespodziewanym dla tak świetnej lektury , jaką miałam. A właściwie – mieliśmy, rodzinnie.

„Beskid bez kitu” to książka napisana przez niemal moją rówieśniczkę (i, co równie miłe, imienniczkę). To zresztą malarka , która książkę zilustrowała. Ogólnie mówiąc, co dodaję z wielkim zadowoleniem czytelniczki, „Beskid bez kitu” to książkowa perełka. O ile nie przepadam za twardymi okładkami, to tu pasuje ona idealnie. A mówiąc o okładce, może ona przywoływać na myśl książki z lat pięćdziesiątych bądź sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to rozpoczyna się akcja książki. Widzimy na nim przodem dziewczynkę na rowerze. Stylistyka i wygląd odsyła nas w lata wczesnego PRL-u, w którym dzieje się pierwsza część książki. Biała koszula, plisowana spódnica, na głowie czerwona chusteczka.
Poznajemy małą Terkę, która wraz z rodzicami, pracownikami PGR-u, mieszka w Beskidzie Niskim. Wraz z Terką poznajemy więc i okolice , w której mieszka i kulturę Łemków. Tę kulturę i język przybliża Terce i nam, babcia Tekla. Ukochana przez dziewczynkę babcia mieszka nieopodal i mała dziewczynka wręcz nie może doczekać się wakacji gdyż spędza je właśnie z babcią Teklą.

undefined
Zaczynają się wakacje podczas których wraz z Tereską cieszymy się przyrodą, naturą, zwierzętami Beskidu Niskiego. Ponadto, dzięki opowieściom babci Tekli, dowiemy się jakie zioła i rośliny są dla człowieka ważne, a jakie trujące. Cudownie jest czytać jak niewiele do szczęścia potrzeba Terce. Przyroda, natura, słońce, możliwość podgladania cierniokrętów i ich nieco upiornych spiżarni, usłyszenie darcia się jaźwca, marzenie o ujrzeniu na własne oczy wilka, zbudowanie swojej kryjówki na drzewie.
Terka nie potrzebuje wiele, wystarczy jej wolny czas, wyobraźnia i dorosły, który umie ukierunkować jej zainteresowania czy podsunąć ciekawostki.

undefined

Tył okładki to nagły przeskok w czasie. Widzimy również podróżującą na rowerze dziewczynkę w spódniczce ale bezpsrzecznie widzimy, że dzieje się to we współczesnym nam czasie.
W drugiej części książki mała Nela podróżuję z mamą. Jak się domyślamy, mama to Terka, teraz już oczywiście, dorosła. Wczesną jesienią odbywa niezwykłą podróż z kilkuletnią córką, pokazując jej Beskid , zapoznając z jego przyrodą, ziołami, geologią. Pasja i miłość zostaną przekazane, bakcyl miłości do Beskidu został zaszczpiony.

Przyznaję od razu, że w Beskidzie nigdy jeszcze nie byłam , bądź raczej, byłam tak dawno, że właściwie nic nie pamiętam. Ale ta książka sprawiła, że chętnie odwiedzę ten niezwykły region.
Cieszy mnie, że w mnogości książek dla dzieci, odkryłam też coś, co podobało się mojemy Synowi. Opowiadające o tym, co Go interesuje. O przyrodzie, naturze. Dzięki tej książce mógł powiedzieć na lekcji online, że w języku łemkowskim, borsuk to jaźwiec. Wiedzieliście to może? Tak? Super. My dowiedzieliśmy się z tej przepięknie ilustrowanej i ciekawej merytorycznie ale bez naukowych nudnych kawałków, książki.

Jeśli macie dziecko, które oprócz gier komputerowych lubi też naturę, przyrodę i przygląda się otaczającemu go światu, sądzę,że „Beskid bez kitu” to dobra propozycja na wspólną lekturę.

A ostatnie litery książki czyli Cdn, sugerujące, że za jakiś czas poznamy resztę historii Neli i mamy, powoduje, że już się wraz z Synem na nią cieszymy.

Moja ocena to 6 / 6.

„Mężczyzna na dnie”. Iva Prochazkova.

Wydana w Wydawnictwie Afera. Wrocław (2016). Ebook.


Przełożyła Julia Różewicz.

Tytuł oryginału Vraždy v kruhu. Muž na dně.

„Mężczyzna na dnie” to pierwszy z cyklu opowieści o śledztwach podinspektora Mariana Holiny. Sama postać podinspektora jest ciekawa bo jest to osoba kierująca się nie tylko śladami ale i intuicją. No i , co sympatycznie brzmi, jest to fan rogalików. Uwielbia je do tego stopnia, że prowadzi własne oceny rogalików i daje im osobiste noty. 

„Mężczyzna na dnie” rozpoczyna się od trudnej sceny w domu słynnego architekta, który ma dwójkę dzieci i żonę z Kuby, która dopiero od niedawna mieszka z nową rodziną w Czaechach a potem nagle przeskakujemy w akcji książki do czasów bardziej współczesnych, około dziesięć lat później. 

Poznajemy sporo nowych postaci ale i zostajemy z tymi poznanymi na początku. I mamy trupa. Szybko okazuje się, że znaleziony w samochodzie w jeziorze policjant to postać znienawidzona przez niejedną osobę. Ale kto konkretnie chciał na tyle pozbyć się mężczyzny, że posunął się aż do zbrodni?

Powiem tak. Szybko domyśliłam się, kto popełnił zbrodnię ale przyznaję,że nie przeszkodziło mi to w lekturze. I tak naprawdę plus dla autorki za rozpisanie książki tak, że nie ma tam postaci jednoznacznych, każdy ma coś do ukrycia a jednocześnie, nikomu kto czyta, w ogóle nie żal jest zamordowanego. Można powiedzieć,że lekturze towarzyszy refleksja, że ma chłop to, na co zasłużył swoim postępowaniem i strasznym traktowaniem innych.

Książka jest dobrze napisana, wszystkiego jest akurat tyle ile potrzeba. Postaci niejednoznaczne, wstrętny bohater, który pada ofiarą i który można powiedzieć, że otrzymuje zasłużoną karę, odpowiednia dawka osobistego życia Holiny, który budzi sympatię czytelników. 

Do tego intryga kryminalna i sprawnie prowadzone śledztwo. Jak wspomniałam , dość szybko domyśliłam się kto popełnił zbrodnię ale nie przeszkadzało mi to w dalszej lekturze książki.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

9 lat temu nasz świat się zatrzymał…

…Odeszła Emilka i nagle okazało się, że stanęliśmy w obliczu jakiejś niewyobrażalnej pustki. Trzeba było zacząć drugie, nieznane życie, w którym kompletnie nie znaliśmy reguł. Z czasem, głównie po omacku, zaczęliśmy jakoś funkcjonować. 

Nie ma dnia, żebym nie pomyślała o tej dzielniej Dziewczynce, która żyła równo czternaście dni i która jest cały czas obecna w naszych sercach i myślach. 

I tak, jak powiedziałam to Emilce dziewięć lat temu, „Do zobaczenia kiedyś, Córeczko”.

„Puchar od Pana Boga”. Ota Pavel.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2017). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Pohar od Panaboha.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie przypuszczałam, że zainteresuję się opowiadaniami o sporcie. Zdecydowałam się na lekturę dlatego, że chciałam poznać cokolwiek, co wyszło spod ręki Oty Pavla a nie znam jeszcze najsłynniejszej chyba „Śmierci pięknych saren”.

Okazało się ,że dobrze się stało, że sięgnęłam po zbiór siedemnastu opowiadań czeskiego autora.

Jakbym miała scharakteryzować styl, w którym zostały one napisane, to pierwsze określenie, jakie ciśnie mi się pod klawiaturę to „delikatny”. A później, „spokojny, miękki, opływowy”. Nie pytajcie, pierwszy raz chyba w życiu miałam podczas lektury książki takie konkretne skojarzenia.

Mnie osobiście w pamięci zostanie z tej książki wiele myśli, takich uchwyconych w słowach „kadrów”, niekoniecznie dotyczących sportu. Jednym z najbardziej przejmujących opowiadań w tym zbiorze, oczywiście dla mnie, było opowiadanie „Złota róża”, w którym to pani Benda, matka zmarłego alpinisty,Zdenka Bendy udaje się do Góry Śmierci aby złożyć na niej złote , żółte, róże, jakie jej zawsze przynosił syn. Nie ukrywam, że chociaż napisane w zwyczajny sposób, bez żadnego epatowania rzewliwością, ale wywołało we mnie ogromne wzruszenie i nawet łzy pod powiekami.

Następne opowiadanie, które bardzo mi się podobało, to „Zegarek” o tym, jak można mieć wiele możliwości ale ważna jest umiejętność wybrania tego, co ważne czy raczej najważniejsze w sporcie.

Bardzo podobało mi się tytułowe opowiadanie „Puchar od Pana Boga” opowiadające o losach wciąż młodego ale już wyczerpanego i właściwie można powiedzieć, wypalonego sportem piłkarza, Piotra Hendrycha. To przejmujące opowiadanie dotyczące zarówno samego piłkarza, niejako przymuszonego do przejścia na sportową emeryturę, jak również jego bliskich, żony i syna, dla którego ojciec jest ideałem i również chce zostać piłkarzem, jak tata.

Również ostatnie opowiadanie, znów o alpinistach, noszące tytuł „Odpuść nam nasze winy” jest ogromnie przejmujące. O winach, zaległych grzechach do odpuszczenia i czy wszystko można odpuścić. Czy mamy prawo do wymierzania sprawiedliwości jeśli nie jesteśmy sędziami? I kto tak naprawdę popełnił tytułową winę?

Spodziewałam się opowiadań o sporcie. A otrzymałam coś o wiele, wiele lepszego. Opowiadania o życiu, o tym, co jest w nim najważniejsze. O ludziach, o ich charakterach, o tym, co jest w życiu ważne a co mniej, a co znowu powinno być najważniejsze.

Ota Pavel jest niezwykle uważnym obserwatorem ludzkich zachowań i umie je przełożyć na niezwykle ciekawe opowieści. To niby zwykłe relacje w większości dotyczące wydarzeń sportowych a zawierające najistotniejsze życiowe prawdy. Bardzo mi się taki zabieg podoba.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siostra śmierć”. Daniel Petr.

Wydana w Wydawnictwie Afera. Wrocław (2019).

Przełożyła Agata Wróbel. 

Tytuł oryginalny Sestra smrt.

„Siostrę śmierć” wygrałam w konkursie i sięgnęłam po nią teraz by pozostać w kryminalnych klimatach czeskich powieściopisarzy. 

Z tego, co wyczytałam na okładce powieści, jest to debiut kryminalny Daniela Petra. I jest to niewątpliwie debiut udany. Kryminał ten posiada właściwie wszystkie składniki, które wymieszane, dają nam całkiem udane danie w postaci książki. Jest więc i policjant prowadzący śledztwo, który ma problemy w domu, jest też interesujące miejsce, w którym rozgrywa się akcja książki, którym jest Park Narodowy Czeska Szwajcaria, jest tajemnica z przeszłości, jest zły bohater i bohaterowie, o których trudno jest powiedzieć jacy tak naprawdę są. 

Vaclav Rakos prowadzi śledztwo w Rumburku. Można powiedzieć, że kierują nim powody osobiste ale łączą się z serią zgonów w miejscowym szpitalu. O morderstwo oskarżona została pielęgniarka ze szpitala. 
Kiedy dochodzi do kolejnej zbrodni, zostaje zamordowany pracownik Parku Narodowego, Rakos jest na miejscu. Szybko wszyscy prowadzący śledztwo zostają zaskoczeni informacją, że zbrodnia została popełniona przez wojskowego z byłej Jugosławii. Chyba jednak zbrodnię popełnił duch oskarżonego o zbrodnie wojenne Milosa Bjeleja, gdyż ten od dziesięciu lat uznany jest za zmarłego. 

W sumie, to po lekturze nie mam się do czego przyczepić ale też, w obecnym momencie, muszę przyznać, że kryminał ten był jak dla mnie aż nadto brutalny. W „Siostrze śmierci” jest naprawdę sporo przemocy, jest to taki konkretny kryminał, żadne tam tła psychologiczne. Jest potworna zbrodnia, jest ktoś, kto chce nie dopuścić do ujawnienia jej i jest śledczy, który prowadzi dochodzenie mając swój własny bagaż złych doświadczeń. 

Myślę, że „Siostra śmierć” jest dobrą pozycją książkową dla miłośników kryminałów konkretnych, niekoniecznie w nurcie tych skandynawskich ale z interesującym pomysłem na zbrodnię. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Koronawirus. Książka dla dzieci”. E. Jenner, K. Wilson, N. Roberts.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K Wydawnictwo. Warszawa (2020).

Bezpłatna publikacja do pobrania na stronie Wydawnictwa : 

https://sklep.poradniak.pl/blog/aktualnosci/koronawirus-ksiazka-dla-dzieci-pobierz-za-darmo

Nie wiem jak Wam ale mnie od dwóch miesięcy nie jest fajnie. Towarzyszy mi lęk, obawy, wręcz bywało, że przerażenie tym, co się dzieje. W pewnej chwili zaprzestałam czytania w internecie (telewizyjnych wiadomości nie oglądam z założenia od bardzo dawna, ale wiadomości czytuję) jakichkolwiek danych dotyczących wiadomego wirusa. Nie wiem również jak Wy znosicie przymusową kwarantannę w domu. Mnie nie jest łatwo. Oczywiście, że nie dałam się od początku omamić wizją tego, że „siedząc w domu nauczysz się pięciu języków obcych, których zawsze chciałaś się nauczyć, wypleciesz makatkę czy wyhaftujesz komplet serwet i obrusów, które podarujesz kiedyś dorosłemu synowi w dniu jego ślubu”. Nie sądziłam natomiast, że na przykład czytanie będzie przychodziło mi tak trudno chociaż przyznaję, że okazuje się, że zależy, co czytam. Słowacki Karika i czeskie autorki kryminałów (a obecnie czytana przeze mnie książka Oty Pavela, „Puchar od Pana Boga”) ujawniły, że jak najbardziej można się w książkową rzeczywistość przenieść i dobrze, bo jakiejś ulgi od rozmyślań moja głowa zdecydowanie potrzebuje. 


Ten wstęp prowadzi do pytania, czy może stwierdzenia czy też oby tych rzeczy na raz. Jeśli jako dorosła czuję się tak niepewnie, skoro zachwiane zostało moje poczucie bezpieczeństwa, jak mogą odczuwać to dzieci. No, oczywiście, że wiemy, że równie źle. I tak, pewnie, że wiedzą, co się dzieje, rozmawiamy z nimi, widzą nagłówki gazet czy internetowych wiadomości. Niektóre same już o tym mogą czytać w internecie. Ale pewnie nie do końca jest im fajnie ze świadomością tego, że nie mogą iść do szkoły (wbrew pozorom , mam wrażenie,że wcale ich ta przerwa na dłuższą metę nie cieszy), spotkać z przyjaciółmi, zorganizować urodzin w sali zabaw czy pójść z mamą i tatą na seans do kina. I wtedy pojawia się Wydawnictwo Poradnia K. całe na biało 🙂  i okazuje się, że to, co ma do zaoferowania, jest w dziesiątkę. 

„Koronawirus. Książka dla dzieci” to poradnik, niezbyt obszerny ( i bardzo dobrze), konkretnie ujmujący w kilku punktach najważniejsze aspekty tego co obecnie przeżywamy na całym świecie. 

Co to jest ten wirus, jak można go złapać, co się wtedy dzieje. Dlaczego w ogóle niektórzy mogą bardziej obawiać się zachorowania i czy istnieje na wirusa lekarstwo. Niby oczywistość ale przypomina, dlaczego powinniśmy jednak wstrzymać się od przebywania wśród ludzi jak również, przypomina,że złość, poczucie nudy itd są jak najbardziej normalne dla każdego, komu przyszło utkwić w domu na dłużej. No i, co jest miłe, przypomina, że ta cała nienormalna sytuacja, kiedyś się jednak skończy. I że będzie można nareszcie bawić się na placu zabaw z przyjaciółmi i zaprosić się wzajemnie do domu. 

Ta krótka, jak wspomniałam ale wystarczająco treściwa publikacja z ładnymi ilustracjami autorstwa Axela Schefflera i konkretną wiedzą powstała we współpracy z osobami z Wielkiej Brytanii jak i z naszymi polskimi specjalistami, dr hab.med. Wojciechem Feleszko z WUM, dr med. Pawłem Grzesiowskim i zespołem ekspertów medycznych Grupy LUX MED. 

Chciałabym podziękować wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania tej publikacji. Uważam, że pomimo, że jako rodzice, staramy się z Jasiem rozmawiać na ten temat i wyjaśniać Mu całą tą sytuację, nie ukrywajmy, że tego typu książeczka jest dla nas, rodziców, ogromnym merytorycznym wsparciem. My przeczytaliśmy ją razem z wielkim zainteresowaniem. 

Według mnie i P. ta publikacja najlepiej sprawdzi się jako rodzicielskie wsparcie dla dzieci w pierwszych trzech klasach szkoły podstawowej (bądź czterech, wliczając w to Zerówkę).

Polecam. Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Kroki mordercy”. Michaela Klevisova

https://chiara76.blogspot.com/2020/05/kroki-mordercy-michaela-klevisova.h

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2019). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Kroky vraha.

Pozostaję w kręgu literatury czeskiej i ta decyzja jest naprawdę świetna.

Tym razem przeczytałam „Kroki mordercy”, która teoretycznie jest kryminałem ale przy tym po prostu znów świetną prozą obyczajową, z dobrze nakreślonymi postaciami głównych i pobocznych bohaterów. Zdecydowanie Michaela Klevisova obserwuje ludzi i umie te obserwacje oddać na papierze.

Po pierwsze, co napiszę to to, że bardzo lubię gdy autorowi udaje się stworzyć bohaterkę lub bohatera nieidealnego, takiego, który nie budzi pełnej sympatii. No, przynajmniej mojej. Tak jest w przypadku bohaterki tej książki, Julii. Akcja książki rozpoczyna się w przeszłości kobiety, w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy w bretońskiej miejscowości dochodzi do wydarzenia, które raz na zawsze zmieni życie Julii.

Następnie przenosimy się do akcji dziejącej się współcześnie. Julia jest kobietą po rozwodzie, która mieszka sama ze swoją dwunastką kotów, którymi się opiekuje, w willi w osiedlu domków i willi na obrzeżach Pragi. Pracuje jako dziennikarka w piśmie poświęconym sztuce. Dom jest jej i dobrze, bo po rozwodzie kobieta ma przynajmniej własne lokum.

Julia to postać, która we mnie budziła wiele sprzeczności. Z jednej strony uwrażliwiona na sztukę, na krzywdę zwierząt. Z drugiej, to postać, której miłość do zwierząt wyraźnie nie pozwoliła zbytnio kochać ludzi. Pal sześć, obce osoby ale własne dzieci? Julia nie ma z nimi najlepszych układów. O ile syn od wielu lat mieszka we Francji, to córka w Pradze ale pomiędzy dwiema kobietami nie ma niestety, dobrych układów. Właściwie można powiedzieć, że Julia nie zna swoich dzieci a najbardziej córki, która mieszka bliżej.

Niemniej jednak nawet ona czuje niepokój, gdy w lasku niedaleko jej willi zostaje popełnione morderstwo na młodej kobiecie. Kobieta ta to pracująca w sklepie zoologicznym Nora Mach, która okazuje się być bardzo podobna do córki Julii, Klary. Właściwie to podobieństwo naprawdę jest uderzające. Pierwsza zauważa to właśnie sama Julia i zwraca się z tą uwagą do prowadzącego śledztwo inspektora Józefa Bergmana.

W „Krokach mordercy” nie śledztwo i intryga kryminalna podobała mi się najbardziej a obserwacje życia na podmiejskim osiedlu. Sportretowani sąsiedzi Julii, ona sama i relacje pomiędzy bohaterami, naprawdę ciekawiły i powodowały to, że w pewnym momencie właściwie niemal każdy stawał się podejrzany.

Cieszę się, że sięgnęłam po kryminały autorstwa Czeszek bo muszę powiedzieć, że są one naprawdę ciekawe a jednocześnie zupełnie inne niż to, do czego przyzwyczaili mnie Skandynawowie na przykład. Więcej tu po prostu uwagi skupionej na niby to zwykłej rzeczywistości, w której lęgną się grzeszki i błędy prowadzące często do tragedii.

Moja ocena to 5.5 / 6.

9 lat temu…

…na świat przyszła Emilka. 

Minęło dziewięć lat a ja jak co roku mogę sobie przypomnieć tamten dzień co do minuty.

Śnieg, który spadł, okropny poród, który nastąpił, lęk o Nią, wreszcie to, jak pojechali z P. do CZD, na OIOM…

Wiem, że teoretycznie graniczną datą powinna być ta równo dwa tygodnie później ale dla mnie taką cezurą czasową stał się właśnie 3 maja. Od tej pory czas dziwnie stanął (od tego czasu muszę posiłkować się już na stałe kalendarzem) a ja w prywatnym odczuciu, zaczęłam drugie życie. 

Nie ma dnia abym o Emilce nie pomyślała, nie odczuła buntu i niezgody na to, co się stało.

Dobrze, że mamy Jasia. 

Do Emilki pojechaliśmy wczoraj, wieczorem. Pusty niemal cmentarz, cisza, spokój, dookoła pięknie śpiewające zięby i kosy. 
Tradycyjnie, odwiedziliśmy też mojego ojca i dziadków. Ich grób znajduje się vis a vis alejki z grobami dzieci pochowanych w latach siedemdziesiątych, sporo tam moich rówieśników spoczywa. 

Te groby w większości są jednymi z najbardziej ozdobionych i ukwieconych wśród cmentarza. Minęło często pięćdziesiąt lat a są odwiedzane, odczytuję to oprócz miłości jako jakiegoś rodzaju osobisty pokaz rodziców, rodzeństwa często na niezgodę na to, co się stało. 

Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy mnie już nie będzie, Jaś będzie odwiedzał swoją Siostrę. 

W piątek P. zorganizował nam piękny i wzruszający spacer. Mamy tu nieopodal rosnący dąb, pomnik przyrody i około 600 letniego ostańca Puszczy Mazowieckiej. Mieszko I , bo taka jest jego oficjalna nazywa, rok temu został przez nieznanego sprawcę podpalony. Śledztwo niestety, nie doprowadziło do tego, kto chciał zniszczyć pomnik przyrody i nasze wspólne dziedzictwo a o sam dąb bardzo się martwiliśmy czy przetrwa. W tym roku lokalne portale doniosły o tym, że Mieszko zaczął odbijać na wiosnę. 

P. wymyślił, że podejdziemy do niego. 

Muszę przyznać, że to był wspaniały pomysł. 

Okazało się, że Mieszko odbija z taką mocą i siłą. Wygląda niesamowicie , z tą pięknie zieleniącą się koroną. Przyszło mi wówczas do głowy, że jest to jakiś symbol dla nas wszystkich, na te dzisiejsze trudne niewątpliwie dla większości, czasy. Otóż, po każdej życiowej burzy , po tym jak los wytarmosi człowieka niesamowicie, trzeba mieć nadzieję ,że da się podnieść i odbić ze zdwojoną właśnie siłą 

Zdrowia i spokoju życzę nam i Wam.