„Puchar od Pana Boga”. Ota Pavel.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2017). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Pohar od Panaboha.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie przypuszczałam, że zainteresuję się opowiadaniami o sporcie. Zdecydowałam się na lekturę dlatego, że chciałam poznać cokolwiek, co wyszło spod ręki Oty Pavla a nie znam jeszcze najsłynniejszej chyba „Śmierci pięknych saren”.

Okazało się ,że dobrze się stało, że sięgnęłam po zbiór siedemnastu opowiadań czeskiego autora.

Jakbym miała scharakteryzować styl, w którym zostały one napisane, to pierwsze określenie, jakie ciśnie mi się pod klawiaturę to „delikatny”. A później, „spokojny, miękki, opływowy”. Nie pytajcie, pierwszy raz chyba w życiu miałam podczas lektury książki takie konkretne skojarzenia.

Mnie osobiście w pamięci zostanie z tej książki wiele myśli, takich uchwyconych w słowach „kadrów”, niekoniecznie dotyczących sportu. Jednym z najbardziej przejmujących opowiadań w tym zbiorze, oczywiście dla mnie, było opowiadanie „Złota róża”, w którym to pani Benda, matka zmarłego alpinisty,Zdenka Bendy udaje się do Góry Śmierci aby złożyć na niej złote , żółte, róże, jakie jej zawsze przynosił syn. Nie ukrywam, że chociaż napisane w zwyczajny sposób, bez żadnego epatowania rzewliwością, ale wywołało we mnie ogromne wzruszenie i nawet łzy pod powiekami.

Następne opowiadanie, które bardzo mi się podobało, to „Zegarek” o tym, jak można mieć wiele możliwości ale ważna jest umiejętność wybrania tego, co ważne czy raczej najważniejsze w sporcie.

Bardzo podobało mi się tytułowe opowiadanie „Puchar od Pana Boga” opowiadające o losach wciąż młodego ale już wyczerpanego i właściwie można powiedzieć, wypalonego sportem piłkarza, Piotra Hendrycha. To przejmujące opowiadanie dotyczące zarówno samego piłkarza, niejako przymuszonego do przejścia na sportową emeryturę, jak również jego bliskich, żony i syna, dla którego ojciec jest ideałem i również chce zostać piłkarzem, jak tata.

Również ostatnie opowiadanie, znów o alpinistach, noszące tytuł „Odpuść nam nasze winy” jest ogromnie przejmujące. O winach, zaległych grzechach do odpuszczenia i czy wszystko można odpuścić. Czy mamy prawo do wymierzania sprawiedliwości jeśli nie jesteśmy sędziami? I kto tak naprawdę popełnił tytułową winę?

Spodziewałam się opowiadań o sporcie. A otrzymałam coś o wiele, wiele lepszego. Opowiadania o życiu, o tym, co jest w nim najważniejsze. O ludziach, o ich charakterach, o tym, co jest w życiu ważne a co mniej, a co znowu powinno być najważniejsze.

Ota Pavel jest niezwykle uważnym obserwatorem ludzkich zachowań i umie je przełożyć na niezwykle ciekawe opowieści. To niby zwykłe relacje w większości dotyczące wydarzeń sportowych a zawierające najistotniejsze życiowe prawdy. Bardzo mi się taki zabieg podoba.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siostra śmierć”. Daniel Petr.

Wydana w Wydawnictwie Afera. Wrocław (2019).

Przełożyła Agata Wróbel. 

Tytuł oryginalny Sestra smrt.

„Siostrę śmierć” wygrałam w konkursie i sięgnęłam po nią teraz by pozostać w kryminalnych klimatach czeskich powieściopisarzy. 

Z tego, co wyczytałam na okładce powieści, jest to debiut kryminalny Daniela Petra. I jest to niewątpliwie debiut udany. Kryminał ten posiada właściwie wszystkie składniki, które wymieszane, dają nam całkiem udane danie w postaci książki. Jest więc i policjant prowadzący śledztwo, który ma problemy w domu, jest też interesujące miejsce, w którym rozgrywa się akcja książki, którym jest Park Narodowy Czeska Szwajcaria, jest tajemnica z przeszłości, jest zły bohater i bohaterowie, o których trudno jest powiedzieć jacy tak naprawdę są. 

Vaclav Rakos prowadzi śledztwo w Rumburku. Można powiedzieć, że kierują nim powody osobiste ale łączą się z serią zgonów w miejscowym szpitalu. O morderstwo oskarżona została pielęgniarka ze szpitala. 
Kiedy dochodzi do kolejnej zbrodni, zostaje zamordowany pracownik Parku Narodowego, Rakos jest na miejscu. Szybko wszyscy prowadzący śledztwo zostają zaskoczeni informacją, że zbrodnia została popełniona przez wojskowego z byłej Jugosławii. Chyba jednak zbrodnię popełnił duch oskarżonego o zbrodnie wojenne Milosa Bjeleja, gdyż ten od dziesięciu lat uznany jest za zmarłego. 

W sumie, to po lekturze nie mam się do czego przyczepić ale też, w obecnym momencie, muszę przyznać, że kryminał ten był jak dla mnie aż nadto brutalny. W „Siostrze śmierci” jest naprawdę sporo przemocy, jest to taki konkretny kryminał, żadne tam tła psychologiczne. Jest potworna zbrodnia, jest ktoś, kto chce nie dopuścić do ujawnienia jej i jest śledczy, który prowadzi dochodzenie mając swój własny bagaż złych doświadczeń. 

Myślę, że „Siostra śmierć” jest dobrą pozycją książkową dla miłośników kryminałów konkretnych, niekoniecznie w nurcie tych skandynawskich ale z interesującym pomysłem na zbrodnię. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Koronawirus. Książka dla dzieci”. E. Jenner, K. Wilson, N. Roberts.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K Wydawnictwo. Warszawa (2020).

Bezpłatna publikacja do pobrania na stronie Wydawnictwa : 

https://sklep.poradniak.pl/blog/aktualnosci/koronawirus-ksiazka-dla-dzieci-pobierz-za-darmo

Nie wiem jak Wam ale mnie od dwóch miesięcy nie jest fajnie. Towarzyszy mi lęk, obawy, wręcz bywało, że przerażenie tym, co się dzieje. W pewnej chwili zaprzestałam czytania w internecie (telewizyjnych wiadomości nie oglądam z założenia od bardzo dawna, ale wiadomości czytuję) jakichkolwiek danych dotyczących wiadomego wirusa. Nie wiem również jak Wy znosicie przymusową kwarantannę w domu. Mnie nie jest łatwo. Oczywiście, że nie dałam się od początku omamić wizją tego, że „siedząc w domu nauczysz się pięciu języków obcych, których zawsze chciałaś się nauczyć, wypleciesz makatkę czy wyhaftujesz komplet serwet i obrusów, które podarujesz kiedyś dorosłemu synowi w dniu jego ślubu”. Nie sądziłam natomiast, że na przykład czytanie będzie przychodziło mi tak trudno chociaż przyznaję, że okazuje się, że zależy, co czytam. Słowacki Karika i czeskie autorki kryminałów (a obecnie czytana przeze mnie książka Oty Pavela, „Puchar od Pana Boga”) ujawniły, że jak najbardziej można się w książkową rzeczywistość przenieść i dobrze, bo jakiejś ulgi od rozmyślań moja głowa zdecydowanie potrzebuje. 


Ten wstęp prowadzi do pytania, czy może stwierdzenia czy też oby tych rzeczy na raz. Jeśli jako dorosła czuję się tak niepewnie, skoro zachwiane zostało moje poczucie bezpieczeństwa, jak mogą odczuwać to dzieci. No, oczywiście, że wiemy, że równie źle. I tak, pewnie, że wiedzą, co się dzieje, rozmawiamy z nimi, widzą nagłówki gazet czy internetowych wiadomości. Niektóre same już o tym mogą czytać w internecie. Ale pewnie nie do końca jest im fajnie ze świadomością tego, że nie mogą iść do szkoły (wbrew pozorom , mam wrażenie,że wcale ich ta przerwa na dłuższą metę nie cieszy), spotkać z przyjaciółmi, zorganizować urodzin w sali zabaw czy pójść z mamą i tatą na seans do kina. I wtedy pojawia się Wydawnictwo Poradnia K. całe na biało 🙂  i okazuje się, że to, co ma do zaoferowania, jest w dziesiątkę. 

„Koronawirus. Książka dla dzieci” to poradnik, niezbyt obszerny ( i bardzo dobrze), konkretnie ujmujący w kilku punktach najważniejsze aspekty tego co obecnie przeżywamy na całym świecie. 

Co to jest ten wirus, jak można go złapać, co się wtedy dzieje. Dlaczego w ogóle niektórzy mogą bardziej obawiać się zachorowania i czy istnieje na wirusa lekarstwo. Niby oczywistość ale przypomina, dlaczego powinniśmy jednak wstrzymać się od przebywania wśród ludzi jak również, przypomina,że złość, poczucie nudy itd są jak najbardziej normalne dla każdego, komu przyszło utkwić w domu na dłużej. No i, co jest miłe, przypomina, że ta cała nienormalna sytuacja, kiedyś się jednak skończy. I że będzie można nareszcie bawić się na placu zabaw z przyjaciółmi i zaprosić się wzajemnie do domu. 

Ta krótka, jak wspomniałam ale wystarczająco treściwa publikacja z ładnymi ilustracjami autorstwa Axela Schefflera i konkretną wiedzą powstała we współpracy z osobami z Wielkiej Brytanii jak i z naszymi polskimi specjalistami, dr hab.med. Wojciechem Feleszko z WUM, dr med. Pawłem Grzesiowskim i zespołem ekspertów medycznych Grupy LUX MED. 

Chciałabym podziękować wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania tej publikacji. Uważam, że pomimo, że jako rodzice, staramy się z Jasiem rozmawiać na ten temat i wyjaśniać Mu całą tą sytuację, nie ukrywajmy, że tego typu książeczka jest dla nas, rodziców, ogromnym merytorycznym wsparciem. My przeczytaliśmy ją razem z wielkim zainteresowaniem. 

Według mnie i P. ta publikacja najlepiej sprawdzi się jako rodzicielskie wsparcie dla dzieci w pierwszych trzech klasach szkoły podstawowej (bądź czterech, wliczając w to Zerówkę).

Polecam. Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Kroki mordercy”. Michaela Klevisova

https://chiara76.blogspot.com/2020/05/kroki-mordercy-michaela-klevisova.h

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2019). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Kroky vraha.

Pozostaję w kręgu literatury czeskiej i ta decyzja jest naprawdę świetna.

Tym razem przeczytałam „Kroki mordercy”, która teoretycznie jest kryminałem ale przy tym po prostu znów świetną prozą obyczajową, z dobrze nakreślonymi postaciami głównych i pobocznych bohaterów. Zdecydowanie Michaela Klevisova obserwuje ludzi i umie te obserwacje oddać na papierze.

Po pierwsze, co napiszę to to, że bardzo lubię gdy autorowi udaje się stworzyć bohaterkę lub bohatera nieidealnego, takiego, który nie budzi pełnej sympatii. No, przynajmniej mojej. Tak jest w przypadku bohaterki tej książki, Julii. Akcja książki rozpoczyna się w przeszłości kobiety, w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy w bretońskiej miejscowości dochodzi do wydarzenia, które raz na zawsze zmieni życie Julii.

Następnie przenosimy się do akcji dziejącej się współcześnie. Julia jest kobietą po rozwodzie, która mieszka sama ze swoją dwunastką kotów, którymi się opiekuje, w willi w osiedlu domków i willi na obrzeżach Pragi. Pracuje jako dziennikarka w piśmie poświęconym sztuce. Dom jest jej i dobrze, bo po rozwodzie kobieta ma przynajmniej własne lokum.

Julia to postać, która we mnie budziła wiele sprzeczności. Z jednej strony uwrażliwiona na sztukę, na krzywdę zwierząt. Z drugiej, to postać, której miłość do zwierząt wyraźnie nie pozwoliła zbytnio kochać ludzi. Pal sześć, obce osoby ale własne dzieci? Julia nie ma z nimi najlepszych układów. O ile syn od wielu lat mieszka we Francji, to córka w Pradze ale pomiędzy dwiema kobietami nie ma niestety, dobrych układów. Właściwie można powiedzieć, że Julia nie zna swoich dzieci a najbardziej córki, która mieszka bliżej.

Niemniej jednak nawet ona czuje niepokój, gdy w lasku niedaleko jej willi zostaje popełnione morderstwo na młodej kobiecie. Kobieta ta to pracująca w sklepie zoologicznym Nora Mach, która okazuje się być bardzo podobna do córki Julii, Klary. Właściwie to podobieństwo naprawdę jest uderzające. Pierwsza zauważa to właśnie sama Julia i zwraca się z tą uwagą do prowadzącego śledztwo inspektora Józefa Bergmana.

W „Krokach mordercy” nie śledztwo i intryga kryminalna podobała mi się najbardziej a obserwacje życia na podmiejskim osiedlu. Sportretowani sąsiedzi Julii, ona sama i relacje pomiędzy bohaterami, naprawdę ciekawiły i powodowały to, że w pewnym momencie właściwie niemal każdy stawał się podejrzany.

Cieszę się, że sięgnęłam po kryminały autorstwa Czeszek bo muszę powiedzieć, że są one naprawdę ciekawe a jednocześnie zupełnie inne niż to, do czego przyzwyczaili mnie Skandynawowie na przykład. Więcej tu po prostu uwagi skupionej na niby to zwykłej rzeczywistości, w której lęgną się grzeszki i błędy prowadzące często do tragedii.

Moja ocena to 5.5 / 6.

9 lat temu…

…na świat przyszła Emilka. 

Minęło dziewięć lat a ja jak co roku mogę sobie przypomnieć tamten dzień co do minuty.

Śnieg, który spadł, okropny poród, który nastąpił, lęk o Nią, wreszcie to, jak pojechali z P. do CZD, na OIOM…

Wiem, że teoretycznie graniczną datą powinna być ta równo dwa tygodnie później ale dla mnie taką cezurą czasową stał się właśnie 3 maja. Od tej pory czas dziwnie stanął (od tego czasu muszę posiłkować się już na stałe kalendarzem) a ja w prywatnym odczuciu, zaczęłam drugie życie. 

Nie ma dnia abym o Emilce nie pomyślała, nie odczuła buntu i niezgody na to, co się stało.

Dobrze, że mamy Jasia. 

Do Emilki pojechaliśmy wczoraj, wieczorem. Pusty niemal cmentarz, cisza, spokój, dookoła pięknie śpiewające zięby i kosy. 
Tradycyjnie, odwiedziliśmy też mojego ojca i dziadków. Ich grób znajduje się vis a vis alejki z grobami dzieci pochowanych w latach siedemdziesiątych, sporo tam moich rówieśników spoczywa. 

Te groby w większości są jednymi z najbardziej ozdobionych i ukwieconych wśród cmentarza. Minęło często pięćdziesiąt lat a są odwiedzane, odczytuję to oprócz miłości jako jakiegoś rodzaju osobisty pokaz rodziców, rodzeństwa często na niezgodę na to, co się stało. 

Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy mnie już nie będzie, Jaś będzie odwiedzał swoją Siostrę. 

W piątek P. zorganizował nam piękny i wzruszający spacer. Mamy tu nieopodal rosnący dąb, pomnik przyrody i około 600 letniego ostańca Puszczy Mazowieckiej. Mieszko I , bo taka jest jego oficjalna nazywa, rok temu został przez nieznanego sprawcę podpalony. Śledztwo niestety, nie doprowadziło do tego, kto chciał zniszczyć pomnik przyrody i nasze wspólne dziedzictwo a o sam dąb bardzo się martwiliśmy czy przetrwa. W tym roku lokalne portale doniosły o tym, że Mieszko zaczął odbijać na wiosnę. 

P. wymyślił, że podejdziemy do niego. 

Muszę przyznać, że to był wspaniały pomysł. 

Okazało się, że Mieszko odbija z taką mocą i siłą. Wygląda niesamowicie , z tą pięknie zieleniącą się koroną. Przyszło mi wówczas do głowy, że jest to jakiś symbol dla nas wszystkich, na te dzisiejsze trudne niewątpliwie dla większości, czasy. Otóż, po każdej życiowej burzy , po tym jak los wytarmosi człowieka niesamowicie, trzeba mieć nadzieję ,że da się podnieść i odbić ze zdwojoną właśnie siłą 

Zdrowia i spokoju życzę nam i Wam. 

„Osiem”. Radka Trestikova.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2019). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Osm.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Napisałabym, że „dawno nie czytałam tak dobrej książki” ale skłamałabym bo dzięki lekturom z Wydawnictwa Stara Szkoła czytam teraz same świetne książki. Ale „Osiem” faktycznie jest tak świetna, taka zaskakująca, taka świeża. Wiem wiem, wiele motywów w niej poruszonych znamy z tak wielu innych lektur. A jednak okazuje się, że można o tym co znamy napisać w sposób, który jest w jakiś sposób „inny”. Przyznaję, ta zaprojektowana przez Daniela Spacka okładka nie do końca mnie przekonała. Może dlatego nie sięgnęłam po nią gdy pojawiła się wśród nowości wydawnictwa. I dobrze, że ktoś inny polecił mi tę książkę bo umknęłaby mi bardzo dobra książka.

Jej akcja toczy się nielinearnie. Na samym początku dowiadujemy się, że w szpitalu leży w śpiączce młoda dziewczyna, Michaela Mróz, pół Czeszka, pół Romka. Młoda kobieta została ranna w wyniku postrzału, nad ranem w Lasku Diablickim.

Szybko poznajemy krąg osób, które otaczało bądź znało Miszę. I tu pojawia się ciekawy pomysł. Tytułowa ósemka to ważny w treści symbol dla samej Miszy ale również, tyle wraz z Michaelą wynosi liczba osób w książce, które odgrywają ważną rolę. Michaela, jej chłopak Janek, z którym jest od ośmiu lat, najlepsza przyjaciółka Miszy, Alicja, przyjaciel Janka, Paweł a także pewna rodzina, Julia, Maks i ich bliźniaki, Meda i Bruno.

Po scenach w szpitalu, podczas których Misza odwiedzana jest przez Janka z Alicją bądź przez rodzinę Julii i Maksa, akcja książki „wraca” do faktycznego porządku czasowego i zaczynamy poznawać to, co stało się w życiu Miszy i dlaczego trafiła na oddział ratunkowy szpitala po postrzale w głowę.

Napisałam, że dawno nie czytałam takiej książki i muszę powiedzieć ponownie, że tak właśnie jest.

Muszę powiedzieć,że zaczynałam ją czytać i stworzyłam sobie niemal natychmiast pewien obraz głównych bohaterów. A „Osiem” od początku do niemal samego końca pokazuje ,że z pewnością do obrazów wykreowanych w głowie czytelnika, nie należy się przyzwyczajać. Nic tu nie jest pewne, nic nie jest takie jak się nam początkowo wydaje.
Nie przywiązuj się do obrazu bohaterów, jaki sobie stworzyłeś, szanowny czytelniku, bo możesz się srodze zawieść. Ale to dobrze, to powoduje, że dajesz się zwieść a potem otrzymujesz prztyczka w nos.

To książka zaczynająca się jak kryminał i nawet prowadzone jest w niej śledztwo w sprawie próby zabicia Michaeli Mróz ale tak naprawdę to jest to coś więcej. To właściwie bardzo dobra książka obyczajowa z ciekawie rozpisanymi postaciami głównych bohaterów i dodany do tego w sumie marginalny wątek kryminalny. Bardziej niż to czy Policji uda się wyśledzić sprawcę, interesuje nas właściwie, jak doszło do tego, co stało się pewnego ranka w Lasku Diablickim.

„Osiem” to książka wartka, zaskakująca, z pewnością taka, którą warto czytać uważnie, tam każde zdanie potrafi mieć wrażenie i zmienić bieg akcji. To również książka z rodzaju tych, które po skończeniu masz ochotę zacząć czytać od nowa, tak ci do niej tęskno i tak żałujesz, że już jest po lekturze.

Moja ocena to 6 / 6 .

„Nawiedzony dom”. John Boyne.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła.  Rudno (2019). Ebook. 

Przełożyła Dorota Lachowicz. 
Tytuł oryginału This House Is Hounted.

Cudownie napisana współcześnie powieść odwołująca się stylem i klimatem do najlepszych powieści grozy. 

Nie znam autora, widzę, że napisał sporo ale jakoś do tej pory żaden z jego tytułów nie zainteresował mnie. „Nawiedzony dom” skusił mnie swego czasu zarówno zarówno opisem jak i samym tytułem. 
I nie zawiodłam się, o nie !

Narratorka opowieści to żyjąca w połowie dziewiętnastego wieku (akcja książki rozpoczyna się w Londynie w roku 1867 roku) Eliza Caine. 
Jest nauczycielką na pensji, którą sama kiedyś ukończyła. 
Niestety, jej ojciec umiera i dwudziestojednolatka staje przed trudnym wyborem, co robić. Oczywiście, szukać pracy. Kobieta znajduje w gazecie ogłoszenie. Lakoniczna treść informuje, że w posiadłości wiejskiej Gaudlin Hall w Norfolk potrzebna jest od zaraz nauczycielka do dzieci. Nie wiadomo dokładnie ile jest owych dzieci, które potrzebują nauczycielki ani tym bardziej w jakim są wieku ale cóż, zawsze to jakaś oferta pracy. Kobieta odpowiada na ogłoszenie i niedługo potem rusza w nieznane. Już od samego początku widać, że coś będzie bardzo nie tak. Na stacji, tuż po przyjeździe Elizy na miejsce, niemal dochodzi do wypadku. Po dość długiej drodze powozem z mrukliwym woźnicą, kobietę spotyka zaskoczenie. Otóż, oczekiwała ona, że w posiadłości powitają ją rodzice bądź opiekunowie dzieci, natomiast zamiast nich witają ją właśnie sami przyszli podopieczni. Państwo Westerley nie pojawiają się. Szybko dociera do kobiety,że jej podopiecznymi są właśnie dzieci, Isabella i Eustace.

Autor „Nawiedzonego domu” dobrze „odrobił” lekcje na temat „dziewiętnastowieczna powieść grozy”. Wszystkie elementy są na swoim miejscu. Jest więc ogromna, stara posiadłość, w której można się zgubić i która z pewnością posiada tajemne przejścia i schowki. Jest tajemnica, którą stopniowo trzeba będzie odkryć i która to rola przypadnie narratorce. Jest też w końcu odpowiednia doza grozy i strachu za sprawą wszystkiego, co spotyka kobietę na miejscu. 

Czytało  mi się „Nawiedzony dom” fantastycznie. Nie ma nic, do czego bym się przyczepiła. Książka spełniła swoją rolę, stanowiła dla mnie, która bardzo lubię stare powieści grozy, ciekawą i relaksującą lekturę, która pozwoliła mi na oderwanie się od zmartwień rzeczywistości. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Ciemność”. Jozef Karika.

Wydana w Wydawnictwie  Stara Szkoła. Rudno (2020). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Tma.

Wsiąkłam w prozę Jozefa Kariki, wciągnęła mnie niesamowicie. 
Każda z jego czytanych przeze mnie książek czy form literackich (bo poprzednio czytałam opowiadanie) traktuje w nieco inny sposób o „grozie” szeroko rozumianej. 

„Ciemność” opowiada o młodym scenarzyście seriali telewizyjnych. Tradycyjnie narracja prowadzona jest w pierwszej osobie ale o dziwo, w przypadku tego autora, wcale mi nie przeszkadza.  

Historia rozpoczyna się niemal tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Narrator przybliża czytelnikowi swoją sytuację rodzinną. Otóż w jego małżeństwie od dawna nie dzieje się najlepiej. Jego żona Natalia jest farmaceutką, teściowie zdaje się nie do końca zachwyceni są zięciem o nie do końca tradycyjnym i z pewnością nie zawsze pewnym finansowo zawodzie. Ogólnie sytuacja z domu nie jest ostatnio zbyt dobra. Nękany kłótniami z żoną i niesnaskami, narrator postanawia trochę odpocząć i na święta wyrusza na tydzień do swojej rodzinnej chatki położonej w Małej Fatrze.

Do chatki trzeba dotrzeć pociągiem a następnie dość długo na piechotę ale to nie zraża młodego człowieka, jest pełen werwy i w dobrym nastroju. Odpocznie, być może popisze coś nowego do pracy, w której ostatnio też różnie mu idzie, zapewne ze względu na kłótnie z żoną. 

Dociera do domu położonego wysoko w górach, na odludziu (chociaż w odległości mniej więcej godziny znajdują się również jakieś chatki) i rozpakowuje się w dawno nie odwiedzanej rodzinnej posiadłości. Ongiś jeździł tu szczęśliwy z rodzicami i z rodzeństwem. Wracają dobre wspomnienia ze wspólnie spędzanych rodzinnych chwil, w czasie których wszystko było dobrze. 

Wracają też dziecięce lęki, na przykład mimo upływu lat, stojąca w chacie wielka szafa na ubrania wciąż budzi lekką grozę i obawę czy aby na pewno nie mieszka w niej jakiś potwór?

Pierwsza noc mija świetnie. Bohater świetnie śpi, budzi się w bardzo dobrej formie, w jakiej nie wstał od dawna. 

Z ochotą zabiera się do pracy nad scenariuszem i pisze mu się świetnie. W pewnej jednak chwili oczy domagają się nawilżenia i narrator sięga po krople do oczu, które przyniosła mu z apteki, w której pracuje, żona. 

Zakrapla starannie oczy i nagle z przerażeniem stwierdza, że …ślepnie! Jego oczy zdają się być sparaliżowane a on sam przestaje widzieć ! Jak to możliwe ? Co się stało? Paniczne pytania zjawiają się w jego głowie jedno za drugim.

Jak to możliwe, że krople, które miały przynieść ulgę spowodowały, że scenarzysta stracił wzrok? Czy to jakaś sprawka Natalki, która ostatnio codziennie z nim się kłóciła? I czy owa ślepota jest na stałe czy chwilowa? A jeśli chwilowa, to ile potrwa? 

Sytuacja mężczyzny jest doprawdy nie do pozazdroszczenia. Sam w środku chatki położonej w wysokich górach. Nie widzący i nie mający pojęcia czy stan ten jest chwilowy czy stały.

Co mu z nowoczesnej techniki skoro nawet gdy byli to z żoną jakiś czas temu, zasięg był znikomy a ich próby połączenia się z kimś telefonicznie ograniczały się do biegania wokół chatki i wewnątrz jej i usiłowaniu znalezienia zasięgu. Tak też zapewne byłoby i teraz ale dochodzi element niemożności znalezienia zasięgu skoro bohater nie widzi. 

I wydawałoby się, że niewiele gorszego może spotkać spotkać ociemniałego nagle scenarzystę znajdującego się na odludziu gdy autor zapewnia nas, czytelników, jak również swojego bohatera, że ma dla niego jeszcze jakieś niezapomniane wydarzenia. 

Czytając opinie o „Ciemności” spotkałam się ze zdaniem jakiegoś czytelnika, że „Szczelina” oddziaływała na niego bardziej niż „Ciemność”. Ja tego zdania nie podzielam. Owszem, „Szczelina” jest rewelacyjna ale po pierwsze to dwie zupełnie inne książki, a po drugie, to właśnie „Ciemność” spowodowała, że naprawdę czułam strach i grozę.

Dawno nie czytałam tak dobrej książki, Ten thriller to przejmująca relacja z „gry o życie”. 

Każda chwila przepełniona jest strachem bohatera, który udziela się czytelnikowi. 

Karika to wciąż mało znany u nas autor, a szkoda, bo muszę powiedzieć, że „Ciemność” to rewelacyjny thriller nie ustępujący czy wręcz bijący na głowę wiele, wiele innych , jakie czytałam.

Sięgnijcie po tę książkę koniecznie a nie zawiedziecie się z pewnością! 

Moja ocena to 6 / 6.

„Samotność”. Jozef Karika.

Opowiadanie wydane w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2020). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Samota.

Proza grozy autorstwa Jozefa Kariki wciągnęła mnie ogromnie. Nie wiem, być może w sytuacji, jaka panuje obecnie, to właśnie taki rodzaj strachu, niezwiązany z tym wszystkim co się dzieje, pomaga oderwać myśli od rzeczywistości.

„Samotność” to opowiadanie, w którym autor pokazuje, że w krótkiej formie literackiej odnajduje się równie dobrze jak w dłuższej.

Bohater i narrator opowieści rozpoczyna historię od tego, że od dłuższego czas dotyka go przejmująca samotność. Niewiele więcej o nim wiemy, oprócz tych danych. Wiemy, że z kimś usiłuje się spotykać ale relacje nie spełniają oczekiwań. Aby zdusić przejmujące doznanie samotności, która niemal fizycznie go rani, znajduje sposób na wytracenie czasu w domu, w którym samotność osacza go najsilniej. Otóż podróżuje nocnymi pociągami. Są to najczęściej pociągi osobowe, w których nocą podróżuje zaledwie paru podróżnych w całym składzie.

Pewnej nocy gdy samotność jest szczególnie dotkliwa narrator wsiada do pociągu. Nie do końca wiadomo co nim powoduje gdy wybiera całkowicie ciemny wagon, w którym jest całkiem sam. Stan ten trwa jednak krótko. Chwilę później, gdy rozsiadł się na siedzeniu i powiesił kurtkę na wieszaku, do wagonu wsiadł mężczyzna. Mężczyzna od pierwszej chwili sprawia niepokojące wrażenie. To pierwsze wrażenie potwierdza się w chwili gdy mężczyzna wyjmuje ukrytą brzytwę. Od tej pory podróż, która teoretycznie miała trwać niezbyt długo, zmienia się w najdłuższą podróż życia bohatera. Podróż o ocalenie życia!

Jak napisałam wcześniej, Karika udowadnia ,że nawet na parudziesięciu stronach jest w stanie odmalować taki obraz grozy, że człowieka przechodzą autentyczne ciarki. W dodatku , śmieję się, że to taki autor, który nie bierze jeńców. Wszystko zaczyna się niemal natychmiast i akcja napięta jest aż do ostatniego słowa.

Opowiadanie „Samotność” jest do pobrania za darmo w księgarni Woblink https://woblink.com/

Bierzcie i czytajcie, jeśli oczywiście lubicie opowiadania grozy.

Moja ocena to 6 / 6.

„Szczelina”. Jozef Karika.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Rudno (2018). Ebook.

Przełożyła Joanna Betlej.

Tytuł oryginalny Trhlina.

Ebook „Szczeliny” wygrałam w konkursie organizowanym przez Wydawnictwo na stronie Wydawnictwa na Fb. I wygrana ta zdecydowanie mnie nie zawiodła.

„Szczelina” to horror czy właściwie, jak lepiej by określić, powieść grozy.

Narracja prowadzona jest ciekawie. Relacje bowiem poznajemy dwugłosem. Jeden to głos autora, Jozefa Kariki, drugi zaś to opowieść, z którą do autora zgłosił się czytelnik jego poprzedniej książki, noszącej tytuł „Strach”.

Przez ten zabieg książka zyskuje na wiarygodności. Ja zdecydowanie „kupuję” ten zabieg (zresztą, kto wie, być może naprawdę ktoś zgłosił się do autora …….).

Nie wiem czy chodzicie po górach? Ja nie. Góry to nie „moje” klimaty aczkolwiek nie jest tak, że po nich nie chodziłam. Chodziłam, ostatni raz nawet relatywnie nie tak dawno temu ale nie jest to żadna intensywna wspinaczka. Nic z tych rzeczy. Doceniam piękno i majestat gór ale traktuję je głównie relaksacyjnie, żadnych tam większych wysiłków czy rekordów nie popełniałam.

Myślę, że „Szczelina” jest dodatkowo atrakcyjną lekturą dla osób, dla których góry stanowią ważny element życia a wspinaczka jest ich chlebem powszednim (wyobrażam sobie jak jest wam teraz trudno).

Otóż, do Jozefa Kariki pewnego dnia zgłasza się czytelnik jego książki, który twierdzi, że w książce”Strach” opisał on jakieś dobrze znane mu sytuacje i wydarzenia.

Chce podzielić się z autorem swoją historią. Od tej pory poznajemy opowieść Igora, który przeżył coś niezwykłego na przemian z odautorskim komentarzem Kariki.

Igor, to chłopak po studiach, który niestety, nie ma stałej pracy i musi szukać zajęcia przez urząd pracy. Jak się można łatwo domyślić, nie są to prace rzucające na kolana. Zawsze jednak zapewniają jakiś grosz. Igor mieszka ze swoją dziewczyną, Mią. Ważne jest też to, że Igor to bloger, który walczy o to aby przynajmniej jego blog, stanowił jakąś satysfakcję w jego dość nudnym życiu. Pewnego dnia chłopak dostaje zlecenie pracy przy porządkowaniu starej willi z początku ubiegłego wieku. Okazuje się, że przed IIWŚ budynek ten był siedzibą kliniki psychiatrycznej.

Rozbudowa trwa, Igor odczuwa ciężkość pracy fizycznej i w pewnym momencie zdarza się coś. Otóż, odkrywa on na piętrze willi sejf. Nie wnikając w szczegóły, z niewiadomych powodów wymyśla, że w sejfie, w domu, w którym od dziesięcioleci nic się nie dzieje, koniecznie coś znajdzie. Włamuje się więc do sejfu i wynosi z niego jakieś kartki i stare płyty.
Okazuje się,że są na nich zapiski i nagrania z rozmów z pacjentem kliniki psychiatrycznej, który na trzy miesiące zaginął w paśmie górskim Trybecz na Słowacji. Odnalazł się ale nigdy już nie wrócił do formy psychicznej a wręcz z biegiem miesięcy jego stan ulegał stopniowemu pogorszeniu.

Ta historia tak interesuje chłopaka (nie zapominajmy, że jest ciekawym tematem na blogowy post), że zaczyna interesować się tematem. Faktycznie, dociera do informacji, jakoby w paśmie górskim Trybecz na przestrzeni dziesięcioleci ginęli ludzie. Jedni zostali znalezieni (stanowią jednak mniejszość), inni zaginęli na zawsze. Scenariusz historii zaginięcia zawsze był podobny. Nic wcześniej nie zapowiadało tragedii, nie wszyscy zaginieni byli turystami wędrującymi po górach. Ot, znaleźli się w nieodpowiednim miejscu najwyraźniej w nieodpowiedniej porze albowiem do zaginięć w Trybeczu dochodzi najczęściej w miesiącach późno jesiennych i zimowych.

Igor zaciekawia się tematem, dowiaduje coraz więcej o zaginięciach i pisze post. Post, który zaowocuje tym, że pozna dwóch mężczyzn. Davida, który kompletnie nie wierzy w jakąś dziwną teorię jakoby coś tajemniczego i dziwnego dzieje się w Trybeczu i jest jak najbardziej sceptycznie nastawiony do wszelkich teorii tajemnych przejść do innych poziomów rzeczywistości itd, jak również Andreja. Andrej dla odmiany to osoba, która jak najbardziej wierzy w to, że w Trybeczu dzieje się coś tajemniczego, co warto jest zbadać. Co ciekawe, zarówno sceptyk jak i wyznawca teorii tajemnicy chodzili już po owym paśmie górskim i jeden z nich niczego się nie doczekał, co mogłoby budzić jego niepokój a drugi, jak łatwo się domyślić, jest to Andrej, przeżył tam coś niepokojącego. Posiada nawet na dowód tego nagrania dźwiękowe.

Nietrudno jest się domyślić, co teraz zrobi Igor, bardzo pragnący mieć sukces chociażby na polu blogowym. Tak, dobrze się domyślacie. Inicjuje wyprawę w Trybecz. Wyprawy odbędą się dwie.

Jedna z nich stanowić będzie rodzaj „wstępu” do historii, i odbędzie się listopadzie. Druga, która raz na zawsze zmieni życie Igora i reszty uczestników wyprawy, będzie miała miejsce jakiś czas przed świętami Bożego Narodzenia.

Powiem tak. Może i nie chodzę po górach nałogowo ale autor najwyraźniej tak (zresztą sądzę, że faktycznie tak bo widzę, że spora część jego książek ma akcję dziejącą się właśnie w górach). I czytając „Szczelinę” miałam wrażenie, że wybrałam się na wyprawę wraz Mią, Igorem, Davidem i Andrejem.
Nie wiem też czy ktoś z was odwiedził tamto pasmo, zajrzałam do internetu, widzę różne ciekawe zdjęcia potwierdzające to, co napisane jest w książce i powiem, według mnie to ciekawe miejsce na wyprawę (jeśli ktoś z Was tam był, niech da, proszę znać).

Tak czy inaczej, grupa czterech osób wyrusza późną jesienią w miejsce tajemnicze. Z pozostałościami dawnych grodzisk, umiejscowionych w najdziwniejszych miejscach, z krzyżami i obrazkami Świętych, które poustawiane są wzdłuż trasy. Ze świadomością, że co najmniej jedna z osób biorących w wyprawie wierzy w dziwność, tajemniczość owego miejsca, w którym coś dziwnego dzieje się z człowiekiem i z jego percepcją.

„Szczelina” posiada niezwykły klimat towarzyszący czytelnikowi praktycznie przez całą lekturę. Dobrze, od początku mamy świadomość, że jest to książka grozy. Ale wierzcie mi, przez to, że nie jest to taki klasyczny horror z jakimiś hektolitrami krwi czy snującymi się po opustoszałych ulicach truposzami, klimat książki jest dodatkowo niesamowity. Tu właściwie nie dzieje się nic wprost i to jest właśnie niesamowicie dobrze wykreowane. Ta niepewność, niemożność ocenienia co jest prawdą w opowieści Igora a co stanowi może efekt czegoś innego.

„Szczelina” to jedna z tych książek, które gdy ją czytasz nocą i kiedy odkładasz książkę a czujesz, że musisz jeszcze przejść się do toalety, zastanawiasz się czy na pewno właściwie musisz? Lubię taki klimat grozy stworzony opisami przyrody, opisami ludzkich zachowań, gestów, doboru słów, wszystkich tych szczegółów jak chociażby wspomniana piosenka czeskiego zespołu Zrni pod tytułem „Hykal”, do znalezienia na YouTube jest oficjalny teledysk do tej piosenki, możecie poszukać. Takie właśnie drobiazgi tworzą nastrój narastającej grozy i niepokoju i oczekiwanie na to co wydarzy się w książce i o co tak naprawdę chodzi w całej tej historii.

Bardzo dobra książka. Moja ocena to 5.5 / 6.