„Najlepszy czeski stand-up”. Milos Cermak. Ludek Stanek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2020). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginału Prisel Buh do kavarny v Karline…

Ojej, mam z tą książką spory problem.
Otóż, książka ta składa się z dwóch części. Najpierw sceniczny monolog przeniesiony na karty książki jest autorstwa Milosa Cermaka a następnie jest druga część, w której „mikrofon” czy w tym przypadku „pióro” przejmuje Ludek Stanek. Niestety, o ile pierwszą część czytało mi się bardzo dobrze, drugą, cóż, nazwę to wprost, wymęczyłam 😦

Pierwsze przeniesione na kartki monologi Cermaka są według mnie bardzo czeskie, co cenię. Czyli z przymrużeniem oka mówią o sprawach bardzo mądrych, ważnych, istotnych. Przepełnione są też wyrozumiałością dla drugiego człowieka i samego siebie. Plus, są bardzo śmieszne, śmiałam się podczas lektury baaardzo. Ta część w fajny i zabawny sposób opowiada o tym, jak w sumie można odpocząć od pewnych oczekiwań, stresu i pogoni mając już ten wiek, który ludzie lubią określać „wiekiem średnim”. Na przykład stwierdza, co stanowi tytuł rozdziału, że , cytuję „Już was nie smuci, że nie dostaniecie Nagrody Nobla” lub „Już nie zależy wam na tym, żeby wszyscy was lubili”. Ta część jest naprawdę dobrze napisana, na wesoło ale mądrze. Nie ma wulgaryzmów, a jest naprawdę wesoło, można się odprężyć ale i pokiwać głową ze zrozumieniem.

Jak już napisałam, druga część jest kompletnie inna i w sumie czemu by nie, skoro jest innego autorstwa ale niestety, brakuje jej lekkości, tych mądrych refleksji, którym towarzyszy humor zawarty w części pierwszej. Pisząc, że czytając męczyłam tę część nie przesadzam, naprawdę skończyłam ją jedynie dlatego, że nie mam w zwyczaju pisać o książce, której nie skończę czytać.

Ponieważ część pierwsza podobała mi się ogromnie i uważam, że ocena wspólna „skrzywdziłaby” ją ogromnie, zdecyduję się na podzielenie ocen.

A więc część pierwszą oceniam na 5.5 /6 a część drugą na 2 / 6.

„I jakby mimochodem”. Dorota Koman.

Tomik poezji wydało Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa. Warszawa (2020).
Tom wzbogacają interesujące ilustracje autorstwa Grzegorza Gortata.

Ten tom poezji otrzymałam wraz z przepiękną, wzruszającą dedykacją od samej Autorki, Doroty Koman. 
Jest to drugi tom wierszy Autorki, który czytam gdyż parę lat temu miałam okazję przeczytać tom noszący tytuł „Maszyna do czytania”. 

Pisałam tu na blogu już parę razy o poezji i moim do niej stosunku. Stali czytelnicy blogu wiedzą, że poezję lubię czytać i staram się co jakiś czas zajrzeć do jakiegoś tomu z wierszami. Tym bardziej ucieszyła mnie możliwość poznania najnowszych wierszy Doroty Koman. 

Nie jest to tom obszerny. Zawiera pięćdziesiąt dwa wiersze. Większość , do czego przyzwyczaiła nas poetka, nie jest obszernych. Raczej krótkich, takich może niekoniecznie haiku ale na pewno nie ma w nich żadnego wodolejstwa. Jest krótko i celnie. Bardzo celnie często. 
Jest to też nieco inny ton wierszy niż ten, który miałam okazję wyczuwać w poprzednim tomie poetki. 
Podejrzewam, że wynika to z tego, że część z nich z pewnością powstała w okresie naszej wymuszonej przez pandemię, izolacji. O pandemii pada tam nawet trochę słów, jednak szczęśliwie wiersze Doroty Koman nie mają nic wspólnego z martynizmem pandemicznym, który mógłby się tu nasuwać. 

Niemniej jednak to, co nasunęło mi się podczas pierwszej lektury tomu (bo oczywiste, że po pierwszej lekturze będzie kolejne „wgryzanie się” w wiersze) to dość pesymistyczny, mocno rozliczeniowy styl tomiku. 

Tu niewiele miejsca jest na beztroskie smakowanie życia, raczej na podsumowanie jego, znajomości które się zawiera. Rachunki, których wyniki są różne. Czasem bardziej, czasem mniej gorzkie. Bardzo prawdziwe. Tu nie ma miejsca na samooszukiwanie się. Przejmuje chociaż niesie ze sobą nadzieję ostatni wiersz z tego tomiku, który stanowi podsumowanie całości , noszący tytuł „Patrząc wstecz”. 

Nie wiem jak inni ale ja podczas tego, co dzieje się już niemal rok w Polsce, nie odnalazłam się najszczęśliwsza. Mimo, że nie jestem typem imprezowej osoby, a wakacyjne wyjazdy naszej rodziny odbywały się jak do tej pory w Polsce, żal mi poczucia izolacji i odosobnienia jaki nastał. Przeszkadza mi chyba najbardziej brak poczucia dość względnej stabilizacji i spokoju jaki odczuwałam do mniej więcej marca roku 2020. Podobne wahania nastroju, wracanie do przeszłości jako ostoi czy wręcz kotwicy spokoju i dobrych chwil towarzyszą mi silnie, a nawet nasiliły się w minionych kilku tygodniach.  Dlatego być może wyjątkowo silnie przeżyłam lekturę „I jakby mimochodem”. 

Wiersze, które zrobiły na mnie największe wrażenie to przejmujący wiersz „Drobiazg”, „Taśmy prawdy” i „Jak w dzieciństwie” (ostatnio mam podobne refleksje i powroty do przeszłości, do rozpamiętywania), „A jeszcze dwa tygodnie temu” i wspomniany już przeze mnie wiersz podsumowujący tomik (życie?) poetki , „Patrząc wstecz”. Wybaczcie, że nie omówię tu ich szczegółowo ale zdecydowanie nie potrafię tłumaczyć innym co i w jaki sposób powinni odczuwać podczas lektury wiersza. Po prostu gdy będziecie mieli go w dłoniach i czytali już tę poezję, być może te tytuły Wam się przypomną. 

Warto jest sięgnąć po ten zbiór wierszy Doroty Koman, która w tej odsłonie jest dla mnie o wiele mniej ironiczna i żartobliwa niż do tej pory a bardziej czuła, jeszcze silniej odsłaniająca swoją wrażliwość.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Arystokratka na królewskim dworze”. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła.  Wołów (2021). Ebook. 

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka u kralovskeho dvora. 

Dwa lata naczekaliśmy się na Arystokratkę. Ale…warto było !
Tradycyjnie akcja rozpoczyna się w momencie, w którym skończyła się akcja poprzedniej części opowiadające o Marii Kostce i jej oryginalnej rodzince mieszkającej na Zamku Kostka wraz z nie mniej oryginalnymi pracownikami. 
Tym razem przed Marią i jej bliskimi zjawia się niesamowita okazja. Po tym jak odpowiedzialnie i z chęcią (Maria Kostka) i pod przymusem (ojciec Marii) oddają  władzom Holandii obraz Rembrandta, który omal nie został ukradziony z Zamku Kostka, rodzina Kostków otrzymuje zaproszenie na dwór królewski do Królowej Królestwa Niderlandów. 
I tak oto Maria rozpoczyna planowanie wielkiej wyprawy na królewski dwór. Już samo planowanie dostarcza nam, czytelnikom, moc radości i humoru. 
Z powodu pewnych perypetii i nieporozumień z królewskiego zaproszenia skorzystać mogą jedynie Maria wraz z matką i, tadam, a teraz wchodzi w roboczym fartuchu i robi wielkie wejście, panią Cichą 🙂 Zwaną na potrzeby tego wyjazdu, kustoszką. 

Najpierw więc trwają gorączkowe przygotowania do wielkiej wyprawy. Jeśli ktoś sądzi, że do królowej Holandii można wybrać się w dżinsach i w bransoletce z rzemyków, jest oczywiście w błędzie. Wielkie wydarzenie wymaga wielkiej oprawy. A jak wielkiej, najbardziej rozumie nie do końca rozszyfrowana przez rodzinę Kostków, ciotunia Nora, podarowując Marii komplet brylantowej biżuterii. 

Przyznaję, że trochę się obawiałam, że do wyjazdu jednak nie dojdzie i że autor zostawi nas bez przyjemności przekonania się jak Maria i spółka poradzą sobie w tak zwanym „wielkim świecie”. Tymczasem nie. Trzy kobiety jednak trafiają do Amsterdamu i udaje im się oszołomić towarzystwo swoim niewątpliwym wdziękiem. 

Powiem, że absolutnie się nie zawiodłam na książce. Poczucie humoru jest takie, jak nas autor do tego przyzwyczaił, naprawdę śmiałam się nad nią co chwila i szczerze. 

Z tym wielką radością informuję , że moja ocena tej części przygód Arystokratki to 6 / 6. 

Elf i spółka. Autor cyklu – Marcin Pałasz.

 Dzisiaj chcę Wam polecić z serca cykl o Elfie, który zajmuje nas rodzinnie. 

Po pierwsze, sam autor ma w domu domownika Elfa. Psa Elfa, znaczy się 🙂 
I jak sądzę, wiele z tego, co opisuje w tych książkach dla dzieci, zna z autopsji. Miejmy jednak nadzieję, że nie wszystko bowiem mieliśmy już iście kryminalne wydarzenia. 

Recepta na książki, które mój Syn czyta sam ? Bohater pies, wątki sensacyjne i kryminalne (lub, jak w przypadku części noszącej tytuł „Elf i dom strachów” wręcz paranormalne), bardzo dużo humoru (scena z karpiem potencjalnie atakującym wujka Stefana w „Elf i pierwsza Gwiazdka” przejdzie do historii literatury i baaardzo dużo miłości do ludzi i zwierząt. 
Będę zawsze wdzięczna panu Pałaszowi bo to dzięki Jego książkom mój, czytający od paru lat świetnie Syn, sięga sam z własnej woli , po książki. Tak tak, można pisać ponad szesnaście lat blog o książkach, można czytać od czwartego roku życia, można podczas posiłków miewać na stole rozłożoną książkę bądź otwarty czytnik, twoje półki w domu mogą uginać się od książek a stosy książek do przeczytania chwiać się niebezpiecznie …a Twoje dziecko jakoś molem książkowym nie jest. Tym bardziej cieszę się, że Elfiada, jak to nazywam na całkowicie prywatny użytek, pochłonęła Go i wciągnęła tak,że część książek czyta sam (streszcza nam potem, żebyśmy , wieczorem czytając je razem, wiedzieli o co chodzi w akcji książki).

Elf skradł, nie ukrywam i moje serce. Przede wszystkim ten prawdziwy, którego można poznać dzięki stronie Autora na Fb. Ale również oczywiście Elf książkowy. Elf kochający Dużego i Młodego , w domu których mieszka. 
Elf, który sprawił, że pozornie niechętna obecności zwierzaków w domu babcia Dużego, jakoś bez oporu podaje pieskowi polędwicę, głaszcze go i zwraca się do niego pieszczotliwie. Wreszcie Elf, pomagający rozwiązać różne ciekawe zagadki kryminalno-sensacyjne! 

Jeśli macie chęć na wspólną lekturę rodzinną, która rozbawi, zaciekawi i wzruszy bądź jeśli szukacie pomysłu na ciekawą serię książkową dla dziecka ( Jaś twierdzi, że 7+ i ja się z Nim generalnie zgadzam chociaż „Elf i dom strachów” to rasowy horror dla według mnie i dorosłych (nie wiem jak Wasze dzieci, moje się chyba nie bało ale ja potrafiłam się trząść, w dodatku jest tam motyw na ogół przeze mnie jednak omijany z powodów osobistych)  to jeśli nie znacie książek o Elfie autorstwa Marcina Pałasza, bardzo Wam je całą rodziną polecamy. 
Kolejność cyklu możecie sprawdzić w internecie a wydaje ów cykl łódzkie Wydawnictwo Literatura. 

„Teksas to stan umysłu”. Artur Owczarski.

 Wydana w Zona Zero. Warszawa (2020). 

Książkę wygrałam w końcu zeszłego roku i sięgnęłam po nią po lekturze „Wroną po Stanach”. 
Czyli, można powiedzieć, pozostałam na terenie Stanów Zjednoczonych.

„Teksas to stan umysłu”, nie przesadzę, jeśli powiem, że zaintrygowała mnie głównie przez to jakie mam na temat tej części Stanów Zjednoczonych, wyobrażenie. Byłam ciekawa czy nastąpi bolesne zderzenie moich wyobrażeń z tym, jak Teksas przedstawił nam autor i w ogóle, jak odebrał go Owczarski.

Od razu trzeba powiedzieć, że autor wyraźnie dobrze czuje się w USA, zresztą jego poprzednia książka, jaką już sobie nabyłam u ulubionej księgarki, opowiada o słynnej Drodze 66. Widać też, że zdecydowanie darzy Teksas sympatią. Czy zachowuje obiektywizm? Nie, ale też od razu powiem, nie jest to z mojej strony zarzut. Osobiście lubię kiedy ktoś jest bardzo pozytywnie na czymś skupiony i woli pisać o lepszych stronach niż gorszych. Czy wolałabym przeczytać o bardziej mrocznych i mniej „folderowych” sprawach? Tu jednak nie ukrywam, że jednak stwierdzę, że tak. Niemniej jednak, skoro Artur Owczarski przyjął taką formę przedstawienia nam swojej opinii czy raczej odbioru Teksasu, przyjmuję to, mając również swój własny odbiór książki. 

„To nie jest książka dla wrażliwych osób” , że tak sobie pobawię się z tytułem pewnego filmu. 
W „Teksas to stan umysłu” mowa jest bowiem i o polowaniach na grzechotniki i o polowaniach na ranczach i o hodowli bydła na mięso, które potem jest zjadane po uprzednim przyrządzeniu na BBQ. 
Jednak przede wszystkim, to opowieść o ludziach zamieszkujących ten stan USA, pracujących, wymyślających pomysły na swoje życie, zarabiających i dających zarobić. Jest też o tym, jak Teksańczycy potrafią się bawić i jak do owej zabawy potrafią zachęcić innych. Osobny rozdział to rozdział, którego w tej książce nie mogło zabraknąć, a mianowicie dotyczący rodeo.

Mnie chyba najbardziej zainteresowała część o miejscowości, której współzałożycielami byli osadnicy ze Śląska, noszącej nazwę Bandera i mającej oficjalne miano „Światowej stolicy kowbojów”. Przewodniczką a przede wszystkim serdeczną duszą i przyjaciółką autora tamże stała się pani, której zresztą książkę tę autor dedykuje czyli Eleonora Dugosh Goodley. Już wspomniałam, że książkę o Teksasie napisał Owczarski poprzez przedstawienie nam ludzi go zamieszkujących, który to zabieg bardzo mi się podoba bo sama podczas jakichkolwiek wyjazdów na ludziach lubię skupić swoją prywatną „soczewkę”. 

Jak mówiłam, w dwunastu rozdziałach książki baaardzo bogato okraszonej fotografiami (co bardzo cieszy) możemy poznać Teksas oczami Artura Owczarskiego. Teksas niezwykle ciekawy, wbrew pozorom niejednorodny a jednocześnie i bardziej swojski niż nam się mogłoby wydawać i z drugiej strony często kompletnie obcy i niezrozumiały. Na pewno ciekawy i absolutnie nie do poznania w ciągu paru tygodni czy nawet miesięcy a być może i lat? 

Zdecydowanie książka mnie porwała i mimo, że jest obszerna , 389 stron to nie przelewki, czytało mi się ją dobrze i naprawdę, bywało, że zaczytałam się do późnej nocy. Można powiedzieć, nie bez kozery, że popodróżowałam sobie tym samym po tym ciekawym stanie jakim jest Teksas. Książka mnie zaciekawiła a ze spraw, które zaskoczyły mnie chyba najbardziej to padające w rozdziale o grzechotnikach ceny surowicy tak bardzo potrzebnej przy ukąszeniu przez węża. To zaskoczyło mnie a co zaskoczy Was? Tego musicie sami się przekonać sięgając po tę książkę.

Moja ocena to 6 /6. 

Alina Białowąs

 „Bezsenne noce, senne dni”. Wydana w Wydawnictwie Replika. Poznań (2019). 
„Leniwe wieczory, burzliwe poranki”. Wydana w Wydawnictwie Replika. (2020).

Czasami w życiu jest tak, że ktoś czuje się tak, jakby nic mu nie sprzyjało w życiu. Los rzuca kłody pod nogi, bliscy go nie kochają, w pracy nie dzieje się nic ciekawego.
Tak właśnie czuje się bohaterka tej serii, Ewelina Klofta. 
Mająca pięćdziesiąt pięć lat kobieta od ponad trzydziestu lat żona Radosława Klofta i matka Igora, który jakiś czas temu wyprowadził się z domu zaczyna pewnej nocy analizować swoje małżeństwo i analiza ta nie prowadzi do niczego dobrego. 

Ogólnie mówiąc, kobieta dochodzi do wniosku, że jej małżeństwo jest do niczego i najchętniej zostałaby ona kobietą samotną ale nie osamotnioną, o nie! 
Ewelina sama wychowała się w domu, w którym nie do końca działo się dobrze, Ojciec zdradził jej mamę i rodzice rozwiedli się zaraz po tym jak Ewelina się usamodzielniła. Mama mieszka sama chociaż w pierwszej części pozna kogoś, kto osłodzi jej chwile samotności, ojciec bohaterki zaś z kobietą , z którą zdradził mamę Eweliny a którą obie panie nazywają niekoniecznie pieszczotliwie, Mumią.

Muszę powiedzieć, że pierwsza część czyli „Bezsenne noce, senne dni” nie szła mi najlepiej. Przyznaję, że podchodziłam do niej aż trzy razy i za ostatnią próbą postanowiłam, że jeśli tym razem nie pójdzie, porzucę ją, trudno. Jednak coś się zmieniło, „zaskoczyło” i ruszyłam z nią do tego stopnia, że pod koniec lektury zaczytałam się naprawdę do późnej nocy. 

Podobno postać Eweliny denerwuje czytelniczki. Czy ja wiem? Ja miałam wrażenie, że to wbrew pozorom wcale nie jakaś nietypowa postać. Mająca za sobą już lata nauki, pracy, wychowanie dziecka, które poszło na swoje. Do tego naraz nieco więcej czasu na analizę życia. Jedyne, co tak naprawdę mnie w niej irytowało to to, że ogólnie miała średni charakter i zwyczajnie była osobą niedojrzałą. Która to w dodatku wszystkie swoje grzeszki nieustająco tłumaczyła menopauzą, którą właśnie przechodziła. Natomiast akurat zgadzam się co do tego, że jej mąż, Radek, nie był jakimś niesamowicie świetnym mężem. I nawet jeśli sporo wad przypisała mu sama Ewelina to dalsza lektura ukazała mi postać mężczyzny , mimo chyba zamiaru Autorki, wcale nie w takim super świetle. Nie, nie był żadnym przemocowcem ani nic takiego ale zwyczajnie, nie był też mężem roku. 
Ogólnie mówiąc, związek państwa Kloftów jak sądzę, nie odbiegał od baaardzo wielu innych związków w kraju nad Wisłą. Był ani lepszy ani gorszy, przeciętny, dość przewidywalny. 

Niemniej jednak, jak mówię, w pewnej chwili coś „zaskoczyło” i byłam ciekawa jak potoczą się dalsze losy zarówno samej Eweliny jak i jej mamy, która przeżywa ciekawą relację. 

W drugiej części opowieści, noszącej tytuł „Leniwe wieczory, burzliwe poranki”, Ewelina wciąż analizuje swoje małżeństwo, z tym, że jest już przekonana, że jednak nie było ono takie najgorsze z możliwych. Mnie irytowało, że wszyscy przekonywali bohaterkę jak to jedynie ona jest „tą złą” a sam mąż jest niemal chodzącym ideałem. Nie, nie był. Niemniej jednak wiem, że w życiu jest też wiele osób, które uwielbiają dawać tak zwane „dobre rady” tak naprawdę niewiele wiedząc o tym, co trapi prawdziwie zainteresowanego.
Niemniej jednak, zaciekawiły mnie losy bohaterki, która co prawda nie do końca dała mi się polubić ale przynajmniej wydawała się postacią jak najbardziej możliwą do zaistnienia. Więcej bowiem na świecie narzekających na wiele i czepiających się innych ludzi niż chodzących ideałów, które rozsyłają dookoła uśmieszki, taka prawda. 

Druga część opowieści o Ewelinie wydaje mi się lepsza, lżejsza, zabawniejsza i bardziej wciągająca. Do tego stopnia, że byłam tak ciekawa jak potoczą się losy bohaterki, że aż zajrzałam na koniec książki aby zobaczyć co się wydarzy w jej życiu.

Moje oceny tych książek:

„Bezsenne noce, senne dni” 4.5 / 6 

„Leniwe poranki, burzliwe poranki”  5.5 / 6.

„Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 2”. Quino.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia.  Warszawa (2020).

Przełożył Filip Łobodziński. 

Ci, którzy znają mnie nieco bardziej niż jedynie śledząc wpisy na blogu wiedzą, że jestem ogromną fanką komiksów o Mafaldzie i jej przyjaciołach. Co ciekawe, moją ulubioną postacią z tego barwnego grona komiksowych postaci wcale nie jest ta tytułowa postać. Co nie zmienia faktu, że po części pierwszej komiksów o Mafaldzie, nareszcie przyszedł czas na część drugą tych krótkich historii o świecie, życiu rodzinnym, społecznym. O nas. O Was.

Muszę powiedzieć, że kiedy czyta się Mafaldę a tom 2 zaczęłam czytać w roku ubiegłym chociaż dokończyłam w początku tegoż, nieco dziwnie odczuwa się fakt, że te, rysowane przecież kilkadziesiąt lat temu obrazkowe historie wciąż są zaskakująco aktualne. 

Świat nieustannie choruje, coś (jakiś kraj, kraje? ) go boli ;( Chiny nie lubią się z Ameryką i ogólnie, ciekawie czyta się te uwagi o kraju, z którego to w zeszłym roku nadciągnęła pandemia na zawsze zmieniająca losy świata i ludzi. 

Mafalda to dorosła dusza w ciele dziewczynki, chociaż oczywiście na potrzeby komiksów didaskalia zostały zachowane. 
Mafalda nosi więc dziewczęce sukienki, zapinane na guzik lakierki, we włosach ma kokardę. Ale jej uwagi o świecie, spostrzeżenia dotyczące polityki, realiów ją samą dotyczących bądź szerszych, z pewnością nie padłyby z ust parolatki, nawet tej najbardziej wnikliwie przyglądającej się światu. 

Jak już wspomniałam na początku, nie jedynie Mafalda zdaje nam relację z odbioru świata i życia. Tytułowa bohaterka ma grono zarówno rodzinne, w tej części jej brat Guille już całkiem sprawnie mówi, więc też bywa ciekawie gdy czyta się rozmowy siostry z młodszym bratem. Jest oczywiście mama, której Mafalda nie omieszka wbić szpilę za każdym razem gdy mama narazi się jej oferując na kolację zupę a ma to miejsce niemal codziennie. Jest tata, borykający się z szefem, współpracownikami i kredytem na samochód. Są też wierni i zawsze obok, przyjaciele . Susanita, z którą jak obie stwierdzą, łączy je relacja nosząca znamiona , cytuję „(…) Ale jak mam nie znosić kogoś obcego, to wolę nie znosić ciebie”. Jest też Felipe, Manolito, Miguelito, Swoboda, którzy stanowią niezwykle ciekawe typy osobowości i oczywiście, że przemawiają licznymi głosami tworząc jednak jeden odautorski głos Quino. 
Miniony rok, oprócz pandemii i wielu innych zmartwień , przyniósł też niestety , poczucie osierocenia dla Mafaldy pozbawiając Ją nie tyle komiksowego, co tego faktycznego, taty. Rysownik zmarł bowiem w końcu września ubiegłego roku. 

Pozostawił nam wiele, wiele naprawdę niesamowitych króciutkich opowieści, w których zawarł tak wiele mądrości na temat otaczającego świata, że traktujmy to jako spuściznę, za którą naprawdę powinniśmy być mu wdzięczni. 

Ja cenię jego opowieści o Mafaldzie i spółce za celność wypowiedzi, szczerość obserwacji siebie i innych, za to jak bardzo są one aktualne pomimo, że z postacią Mafaldy autor pożegnał się przecież w roku 1973. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Wroną po Stanach”. Marcin Wrona oraz Maja i Janek.

 Wydana w Wydawnictwie Editio. Gliwice (2021). Ebook.

Książkę „Wroną po Stanach” dostałam jako prezent i bardzo za niego dziękuję bo ta książka okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam. Miłą rozrywką, subiektywnymi opisami, wspomnieniami, relacjami Marcina Wrony i jego dwójki nastoletnich obecnie dzieci, na temat ich poznawania Stanów. 

Nie jest to żadna analiza społeczno socjologiczna tego ogromnego kraju a jak mówię, spostrzeżenia, myśli, uwagi autora i jego dzieci. Oprócz podróży, na którą składa się osiem rozdziałów książki a więc jedynie wycinek USA poznajemy, dodane są tu również przepisy kulinarne, które autor z dziećmi wprowadził w swoją kuchnię. Przepisy, co warto wiedzieć, możliwe do odwzorowania w naszych polskich realiach. 
Poznajemy więc opowieści Marcina Wrony na temat Florydy, Hawajów, Nowego Jorku, Kalifornii, Virginii, w której autor wraz z Mają i Jankiem mieszkają, Chicago , Nowej Anglii i Południa Stanów.

Jak mówiłam, to dość lekkie rozważania, refleksje na temat tego, co w danym miejscu zachwyciło bądź nie, autora i jego dzieci. Jeśli ktoś liczy na kompendium na temat USA, nie sądzę aby czuł się po lekturze usatysfakcjonowany. Jeśli jednak , jak ja, oczekiwał rozrywki i po prostu uzupełnienia pewnej wiedzy czy właśnie osobistych spostrzeżeń, refleksji, uwag, powinien czuć się zadowolony. 

Nie ma tu też zbyt wielu zdjęć, co akurat mnie, czytającą książkę w formie ebooku nie martwiło zbytnio bo zdjęcia na czytniku to jednak nie to samo, co fotografie w książce papierowej ale może faktycznie to jedna z niewielu rzeczy, do których mogę się „przyczepić” pisząc o tej książce.

Ogólnie, dobry kawałek rozrywki, mnie zainteresowało i już ją nawet komuś zdążyłam polecić podczas rozmowy o tym, co czytamy w Nowym Roku. 

Moja ocena to 5 / 6.

Życzenia Noworoczne

 A teraz z innej beczki. 

Składam Wam Najlepsze Życzenia na nadchodzący Nowy Rok 2021 !!!

Zarówno nam jak i Wam życzę tego samego, aby był Zdrowy, Szczęśliwy i Radosny.

Abyśmy mogli wrócić jeśli nie w znanej „pełni” do tego co znamy to chociażby jak najbliżej jej .

Od lat spędzamy Sylwestra w domu, w tym naprawdę najbliższym gronie więc dla mnie to żadna nowina ale tym, którzy są niezadowoleni, życzę aby za rok mogli bawić się dokładnie tak jak sobie to wymarzyli i jak by chcieli !

Szczęśliwego, Zdrowego Nowego Roku 2021 !

Cieszmy się chwilą z Bliskimi, doceniajmy to dobro, jakie mamy !!!

Podsumowując…

 Jeśli miałabym określić rok mijający, użyłabym mocno niecenzuralnego wyrażenia (nie piszę „nieparlamentalnego”) bo zwyczajnie, w parlamencie padały już różne słowa, które w takim miejscu padać zwyczajnie nie powinny. Z przyjemnością czytam opinie osób, które na ten rok „generalnie nie narzekają”. Ja narzekam. Poziom lęku o moich Bliskich, o ich zdrowie, o moje własne zdrowie również, oczywiście, w rozmaitym kontekście, przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. To był rok , w którym mam wrażenie, że ogólnie i masowo doświadczyliśmy poczucia straty. Straty poczucia bezpieczeństwa, często właśnie utraty zdrowia na rozmaitym poziomie (znam osoby, które wiadomy wirus przechorowały) , utraty pracy, miłości, poczucia wspólnoty czy w skrajnym przypadku, jak to było w sytuacji ostatniego żyjącego Brata mojej Mamy, niektórym przyszło przeżyć śmierć kogoś z rodziny czy grona przyjaciół.Rok 2020 wjechał cały na biało, od progu walnął nas w głowę a potem galopował z szyderczym uśmiechem i złośliwie punktując wszystko to, co przy okazji nie wychodziło.A według mnie to wcale nie był rok masowej życzliwości i wspólnoty, chociaż to oczywiście moje prywatne zdanie, którego nie trzeba popierać. I nie zauważyłam również, nagłego wysypu życzliwości ludzi względem ludzi, być może w bardziej hermetycznych środowiskach jest to jakoś bardziej widoczne.Nie wiem jak Wy ale ja tym mijającym rokiem jestem zwyczajnie, po ludzku, zmęczona.Mam ochotę położyć się jak Pedro i Pablo ( którzy to są jednymi z niewielu jasnych elementów 2020 roku) i…Nic nie robić.Przetrwałam już rok , straszny rok 2011, od którego zaczęłam liczyć „moje drugie życie” bo to, co się wtedy stało, zakończyło w jakiś sposób to, co znałam. Mam wrażenie, że na swój sposób rok 2020 pokazał mi ,że można taki straszny rok przerobić na skalę masową. I wiecie co? Wcale mi się to nie podoba 🙁Życzę nam i Wam Lepszego, Wspaniałego, Zdrowego i Spokojnego Nowego Roku 2021!
Chiara76